Łyskawka i Ostrze Świtu
Mag, rycerz, czarodziejka, tajemniczy artefakt. I wygadana wiwerna. Na podstawie zdarzeń w klasie 1f III LO w Kaliszu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nad Kalisią zapadał zmierzch. Może to banalny początek opowieści, ale właśnie wówczas wszystko się zaczęło. Mury zamczyska wznosiły się ponad horyzont, oświetlane dogasającym słońcem i wznoszącym się Księżycem. Prości ludzie mieszkający w grodzie dookoła zamku wiedzieli, że o tej porze lepiej się nie kręcić po ulicach; dlatego spowiła je taka cisza, jakby całe miasto stało się grodem umarłych. W oknach paliły się wprawdzie światła, lecz na ulicy nie słychać było choćby psa.
Z dala od miasta, na uboczu drogi na wzgórzu, pojawiło się nietypowe stworzenie. Miało dwie nogi i przypominało wielkiego ptaka. Jego skórę pokrywały pióra w kolorze ognia; wydłużone oczy miał szmaragdowe, błyszczące. Był osiodłany; siedział na nim jeździec, skrywający oczy pod szerokim kapeluszem. Miał też na sobie nietypową wschodnią szatę. Wzniósł błyszczące oczy i z ogarniętych ciemnością ust wydostał się szept: - Dosyć tego… Więcej nie idę na urodziny do tej chińskiej wioski. Ta sake mnie zabije… - czknął głośno. – O tych tandetnych strojach nie wspominając. Zsiadł ze stworzenia, zabrał rzeczy, zdjął siodło i puścił wolno. Wszedł do lasu otaczającego ścieżkę; potem wszedł do niewielkiej pieczary, którą ukrywały krzaki. Siodło schował w jaskini pod kamieniami i poszedł dalej. W połowie drogi rozejrzał się i podniósł leżącą na ziemi pochodnię. Uniósł dłoń i pochodnia zapłonęła. Poszedł do końca jaskini. System takich jam ciągnął się w pobliżu Kalisi, a on korzystał zawsze z tej jednej, w tylko jednym celu; jako ścieżkę do domu. Na drugim końcu jaskini było wyjście, którym dostał się na niewielką polanę. Zewsząd otaczały ją kolczaste krzaki; jedynie na wprost jaskini płynął wartki potok.
Niedaleko lasu stała chata osobnika. Była okrągła, ze spiczastym dachem, obrys kwadratowych fundamentów, na których pierwotnie miała stać, miał nie więcej niż cztery na cztery metry. Osobnik wsunął klucz – srebrny, pordzewiały – do nie mniej zużytej klamki i otworzył drzwi. Wewnątrz była skromna izba, najwyraźniej jednoosobowa; był tam stół z jednym krzesłem, jednym stojącym nań kubkiem i niewielkim czajnikiem; na lewo stało wąskie łóżko, a na ścianie wisiała szafka i półka z książkami. Postać strzeliła palcami i w kominku zapłonął ogień, jakby palił się od dawna. Nie zdejmując wschodniego stroju, postać runęła na łóżko, nasunęła spiczasty kapelusz na oczy i zasnęła.
Następnego dnia chmury zbierające się w nocy szczęśliwie odpłynęły i niebo było bezchmurne. Kalisia należała do tych miast, które ładnie prezentują się tylko w pełnym słońcu albo pod grubą pokrywą śniegu. Mury miejskie były zbudowane z jasnoszarego kamienia, tak samo jak mury zamku. W zamku tak naprawdę od dawna nie mieszkał żaden władca; służył teraz jako garnizon. Wysokie wieże były na tyle mocne, by wytrzymać dwa czy nawet trzy wystrzały z armaty bez szkody. Okna były liczne, ale niezbyt duże; w niektórych znajdywały się witraże. Od strony gór i lasów, gdzie trudniej było podejść zamek, znajdowały się zewnętrzne korytarze, otoczone kolumnami. Jedna z wież stanowiła magazyn; stała w oddaleniu od zamku i prowadził do niej pojedynczy korytarz; miedzy nimi znajdowała się fosa. W razie napadu, żołnierze mieli podłożyć ogień pod piwnicami. Wieżę zbudowano na drewnianej kopule zasypanej ziemią; ogień strawiłby deski i zniszczył wieżę wraz z atakującymi. Wokół zamku pobudowano domy i inne budynki, kreując uliczki i alejki między nimi. Pośrodku stał plac ze studnią i podestem z marmuru, na którym wygłaszano przemówienia i zarządzenia. Większość mieszkańców trudniła się rzemieślnictwem i handlem; domy miały zwykle jedno piętro, gdzie znajdowała się izba mieszkalna, oraz warsztat lub sklep na dole. Nieco oddalona od miasta stała tawerna, ulubione miejsce spotkań mężczyzn z miasta i okolic. Tawerna „Pod Bukiem” (zapewne nietrudno zgadnąć pochodzenie nazwy?) została zbudowana tuż przy drodze prowadzącej do bramy głównej miasta.
Tą właśnie ścieżką podążał przybysz, kierujący się ku miastu od południa. Miał na sobie błękitne cote; na nogach widniały ciemne spodnie i skórzane buty. Wydawało się, że przynajmniej część tego ubioru jest zdobyczna. Miał też ciemne włosy i dumne spojrzenie; każdy poznałby w nim rycerza nawet gdyby przebrał się w chłopski ubiór. Ruszył w stronę tawerny, żeby zapytać o miejsce na noc. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Nikt nie zwrócił uwagi na wchodzącego przybysza. Tawerna składała się z jednej izby. Podłoga i ściany wykonane były z drewnianych bali; z sufitu zwieszały się okrągłe żyrandole, na każdym znajdowały się po cztery świece. Do zmroku była jeszcze godzina, więc wszystkie były pogaszone; sześć okien, po dwa na trzech ścianach izby, dostatecznie oświetlało wnętrze. Większość izby zajmowały ławy, tylko niewielką przestrzeń w lewym kącie zajmował komtuar. Właściciel tawerny, niewielki człowieczek w średnim wieku nalewał właśnie piwa z beczki dwóm strażnikom miasta. Mieli na sobie ciemnoszare płaszcze z ozdobnym wzorem wyszytym jaśniejszą nicią; na plecach mieli założone halabardy, hełmy trzymali w dłoniach. Wzięli kufle i usiedli przy ławie pod oknem. Dopiero po chwili rycerz zorientował się, że w tawernie prawie nie ma miejsca. Jednak mieszkańcy siedzący prz najbliższej ławie, widząc jego zmieszanie, uprzejmie skinęli mu głowami i gestami wskazali, żeby usiadł z nimi. Zrobili mu miejsce i usiadł. Jeden z mieszkańców strzelił palcami i właściciel tawerny nalał piwa do kufla. Podając je sobie z rąk do rąk, dali je rycerzowi. - Bardzo dziękuję – powiedział, sięgając do sakwy po monety. - U nas za pierwszą kolejkę się nie płaci – siedzący po lewej stronie chłop przytrzymał go za rękę i podsunął mu kufel. Rycerz trącił się z nim kuflami i wypił. Piwo było nietypowe – proporcja słodyczy i gorzkiego posmaku wydawała się zmienna. Odstawił kufel, a chłop skinął na oberżystę, by nalał mu jeszcze. Rycerz wypił wraz z mieszkańcami jeszcze parę kufli, rozmawiając o swojej sprawie. Mieszkańcy uprzejmie kiwali głowami, słuchając go i powiedzieli, że najlepsza stajnia w mieście mieści się po drugiej stronie zamku. Rycerz zapytał jeszcze o miejsce, gdzie mógłby spędzić noc, jako że zapadał już zmierzch. - W tej gospodzie miejsca nie znajdziesz – odpowiedział siedzący naprzeciwko chłop. – Ale w mieście powinno się znaleźć. Musisz tylko zdążyć tam wejść przed zmrokiem, zanim strażnicy zamkną drzwi. - Zatem czas na mnie – powiedział rycerz, wstając, ale wówczas drzwi tawerny się otworzyły i zapadła cisza. Do środka weszły trzy postacie. Były wysokie, szczupłe i kompletnie czarne. Nie ciemnoskóre, ale czarne niczym noc. Nie było widać szczegółów ich twarzy ani ciał. Ich oczy świeciły na czerwono lub ciemnożółto. Palce mieli długie i ostro zakończone. Nie nosili żadnych ubrań, jednak na plecach mieli miecze, wydające się stanowić całość z ich ciałami. - Kim oni są? – zapytał rycerz. - To Cieniołacy – odparł chłop obok, mrużąc oczy. Jeden z nich zamówił trzy szklanki wina. – Straszni ludzie cienia. Nie wiemy, skąd się wzięli, ale od wielu lat się tu pojawiają. Nigdy nikogo nie skrzywdzili, ale nikomu nie pomogli. Nie przepadamy za nimi. Cieniołacy usiedli przy ławie, która po ich wejściu nagle opustoszała. Kiedy otwierali usta, z ich wnętrz dobywało się takie samo światło, jak z ich oczu. Jedna z postaci wcale nie zwróciła uwagi na wejście Cieniołaków. Był to ten sam czarownik, który poprzedniego dnia przyjechał w okolice miasta. Siedział teraz pod ścianą, ubrany w nietypowy jak na te okolice strój – czarny płaszcz ze skóry zwierzęcej, długi do kolan, z wierzchu czarny, pod spodem brązowy; na nogach miał spodnie barwy ciemnoszarej, na stopach ciemnobrązowe buty ze skóry. Jego kapelusz leżał rzucony niedbale pod stołem. Na plecach miał coś dużego i prostokątnego, owiniętego w płachtę ze skóry. Czarownik sięgnął po kufel i upił kolejny łyk, nie zważając na fakt, że Cieniołacy siedzieli przy ławie obok. Coś błysnęło na ramieniu czarownika i pojawił się na nim mały, podobny do gada stworek. Przypominał węża z łapami, jego zębaty, spiczasty pyszczek otaczała grzywa kolców. Oczy miał puste, bez źrenic. - Nie sądzisz, że masz już dosyć? – zapytał stworek. Czarownik zerknął na niego i puknął siedzącego obok pijaka. - Mości panie, powiedz mi, czy ja mam już dosyć, czy ja naprawdę mam to na ramieniu? Pijak spojrzał mętnym wzrokiem, a widząc stworzenie, natychmiast wytrzeźwiał. - Na mą duszę, też to widzę, panie...! - Na wieki twoim dłużnikiem - podziękował mu czarownik i zwrócił się do stworka: - Dlaczego to, jak często cię widzę, jest wprost proporcjonalne do tego, ile wypiłem? - Jestem twoim sumieniem. - Nie mam sumienia, koszmarku. Przegrałem je trzy lata temu w karty. - Mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. - Nigdy nie prosiłem cię, abyś się do mnie przywiązywał. Co takiego zrobiłem? Uratowałem cię przed bandą wieśniaków, którzy chcieli cię zjeść. - I za to jestem twoim dłużnikiem. - Czemu więc karasz mnie swoją obecnością? - Jesteś bardzo miły, wiesz? – powiedział sarkastycznie stworek.
Cieniołacy obok dyskutowali o czymś w języku, którego nikt tu nie znał. W pewnym momencie, jeden z nich, chyba przywódca, uniósł głowę i spojrzał na sufit, jakby usłyszał coś z góry. Spojrzał na swoich towarzyszy i skinął głową. Poderwali się z miejsc, wywracając ławę. Natychmiast zabili strażników, potem rzucili się na resztę gości w gospodzie. Rycerz dobył miecza i rzucił się na nich, jednak, ku jego zdumieniu, nie odniosło to skutku. Klinga przechodziła przez nich, nie czyniąc im żadnej krzywdy. Jeden z nich wytrącił mu miecz kopnięciem i wziął zamach na głowę rycerza. Jednak zanim zdołał zrobić mu krzywdę, do Cieniołaka doskoczył czarownik, trzymający nietypową broń. Była to tarcza, składająca się z czterech prostokątnych ostrzy połączonych metalowym dyskiem. Również działanie broni było niezwykłe, bo najwyraźniej była zaczarowana. Kiedy uderzał nią w Cieniołaka, to w miejscu uderzenia pojawiał się pasek żółtego światła, przypominający zranienie. Cieniołacy cofnęli się, zaskoczeni tym nagłym i groźnym przeciwnikiem. Czarownik stał ukryty za tarczą, zastępując im drogę do ludzi w gospodzie.
Tymczasem za drzwiami rozpętywało się piekło. Cieniołacy w gospodzie mieli tylko za zadanie odciągnąć uwagę strażników bram. Oddziały ukryte w lasach z rykiem wypadły na zewnątrz, biegnąc ku miastu. Nie potrzebowały pochodni ani lamp – doskonale widziały w mroku. Pojawiły się nowe kolory ich oczu – zielone, purpurowe, wszystkie poza błękitnym. Wszyscy nosili jednakowe miecze i tarcze, wyglądające jak stworzone z cienia. Rycerz, czarownik i mieszkańcy wypadli na zewnątrz gospody. Armia Cieniołaków podążała pod mury miasta, więc natychmiast pobiegli w stronę bramy głównej. Rycerz chciał zostać jeszcze, aby bronić bramy, ale inni pociągnęli go za sobą. Brama zamknęła się. Cieniołacy umieli wiele rzeczy, ale nie należało do nich latanie ani przenikanie przez grube mury. Armia rozproszyła się wokół grodu, szykując się do natarcia. Strażnicy biegli wzdłuż murów, wchodząc po drabinach na górę, by przyszykować obronę. - Nic z tego – powiedział jakiś głos za rycerzem. Czarownik mówił do dziwnego stworzenia na swoim ramieniu. – Nie mają szans bez odpowiednich narzędzi. - Wynośmy się stąd – podpowiedział stworek i zniknął. Czarownik odwrócił się i pobiegł w stronę placu głównego.
Coś się pojawiało na horyzoncie. Wyglądało jak ogromny balon ze skóry, do którego ktoś przywiązał linami kadłub łodzi. Dwaj Cieniołacy stali przy metalowej bani na trójnogu, dorzucając drewna do ognia; nad ogniskiem znajdował się otwór, przez który widać było lekki szkielet tej konstrukcji. Na pokładzie było tylko dwoje ludzi. Jeden z nich nosił hełm zakrywający twarz i czarną zbroję. Drugi miał na sobie płaszcz koloru seledynowego, białą koszulę z ozdobnym kołnierzem i mankietami i ciemnoszare spodnie; drugi był ubrany podobnie, ale jego koszula i spodnie były błękitne. Ten drugi stał przy burcie i wyczarowywał podmuch pchający konstrukcję naprzód. - Zamek wkrótce będzie nasz, panie Seledine – powiedział. - Kiedy dotrą tu armaty i katapulty? - Powinny być tu w ciągu paru chwil. - A żołnierze w zamku? - Nie będą stanowić zagrożenia. - Zatem wszystko idzie zgodnie z planem. - Najzupełniej – zapewnił człowiek z ukłonem i zatrzymał konstrukcję nad zamkiem, by jego pan mógł podziwiać atak.
Rycerz podążył za czarownikiem, licząc na jakąś niezwykłą sztuczkę, która ocali zamek. Ku jego zaskoczeniu, najwyraźniej zamiast tego zamierzał dać nogę; nachylił się, podniósł kratę przy jakimś budynku i założył tarczę z powrotem na plecy. - Co ty robisz? – zapytał. Czarownik obejrzał się na niego. - Nie możesz opuścić grodu, kiedy potrzebujemy każdej pomocy! Wiem, że jesteś czarownikiem, więc pomóż ludziom! Czarownik już otwierał usta, by mu odpowiedzieć, gdy spojrzał na górę i zamarł. - Na ziemię! – zawołał, rzucając się ku rycerzowi i spychając go z drogi płonącej kuli. Kule te były robione z płótna roślinnego nasączonego smołą; owijano nimi słomę i umieszczano w katapultach. Kula ognia zastąpiła drogę do katakumb. Czarownik zaklął i wstawszy, pobiegł w uliczkę na lewo. Rycerz pobiegł za nim. Najwyraźniej czarownik znał kilka wejść do katakumb, bowiem chwilę potem zatrzymał się przy kolejnej kracie, wyjął ją i wskoczył do środka. Rycerz podążył za nim… … Stając oko w oko z czarownikiem, który przystawił krawędź tarczy do jego brzucha. - Nic z tego – powiedział. – To moje drogi ucieczki, znajdź sobie własne. - Słuchaj, jesteś czarownikiem – powiedział rycerz, takim tonem, jakby tłumaczył coś oczywistego mało rozgarniętemu dziecku. – Przed chwilą widziałem, jak niszczysz Cieniołaków. Miasto liczy na pomoc takich jak ty. - To miasto już jest ich – odparł czarownik i przesunął dwie małe przekładnie po wewnętrznej stronie dysku; układ sprężyn sprawił, że ostrza przesunęły się w kierunku dysku, zmniejszając rozmiary tarczy. – Jeden czarownik niewiele poradzi przeciwko armii. Do tego musiałbym mieć niezwykle wielką moc. Nic z tego, lepiej wiać. Zamilkł na chwilę, a potem odwrócił się i poszedł w głąb ciemnego tunelu. Rycerz ruszył za nim. Katakumby na ich szczęście były puste, gdyż normalnie były do połowy wypełnione wodą; teraz sięgała do kostek. - Jestem Łyskawka, rycerz z Kalisii – przedstawił się wreszcie. Czarownik odwrócił się. - I tak się wszystkim przedstawiasz? - Tak. - Ooo, to już po tobie. - Dlaczego? - Słyszałeś o koncepcji trzech imion? - Zdaje się, że obiła mi się o uszy. Ale niewiele z niej zrozumiałem. - Każdy człowiek nosi trzy imiona. Jedno własne, z którym się rodzi. Imię nadane, które dali mu inni ludzie. I trzecie imię, które chroni dwa poprzednie. Jeśli ktoś pozna twoje imię prawdziwe lub nadane, to ma nad tobą władzę. Ale twoje imię przybrane może je ochronić. Możesz go swobodnie używać, bo nie da się go wykorzystać przeciwko tobie. - To jakie jest twoje imię? - Moim imieniem przybranym jest Vito Zmierzch. Wiesz, wybrałem je w czasach, gdy słowo "zmierzch" coś jeszcze znaczyło. - Czyli twoim imieniem nadanym jest… - To tylko fragment mojego imienia nadanego – przerwał mu Vito. – Na niewiele ci się przyda. Musi być pełne imię, jeśli masz dwa to obydwa, i nazwisko rodowe. Łyskawka postanowił wrócić do poprzedniego tematu. - Więc, pomożesz miastu? - Głuchy czy co? – znowu błysnęło i znów pojawił się dziwny stwór. Vito tym razem zręcznie chwycił go za szyję. Łyskawka wytrzeszczył na niego oczy. - Czy to jest… Smok? - Wiwerna – poprawił go Vito. – Przypałętał się do mnie pięć lat temu i nie mogę się go pozbyć. - Służę mu za jego przegrane sumienie – uśmiechnął się znad palców Vita stworek. - Czasem faktycznie się przydaje – stwierdził czarownik. – Pilnuje moich włości, kiedy potrzeba. - Jak taki pierdek może strzec czegokolwiek? - Potęga nie zależy od rozmiarów – uśmiechnął się tajemniczo stwór. - Ma to-to jakieś imię? - Ja go zwykle wyzywam od koszmarków i upiorków. - Moim imieniem jest Skogul – powiedział stwór, wymykając się Vitowi spomiędzy palców i unosząc w powietrzu. Łyskawka zauważył jego łuski, czerwone na końcu i zielonkawe na początku. – Możemy już stąd wyjść? – zapytał Vita, który skinął głową i ruszył w tunel. Było ciemno, tylko gdzieniegdzie błyskało światło płonących domów. - Powiedz, czemu nie rozpalisz ognia? Boisz się, że ktoś cię zobaczy? Vito się odwrócił. - Czujesz to? - wskazał palcem na drugi koniec tunelu. Łyskawka pociągnął nosem. - Tak. - Widzisz to? - zapytał, wskazując na ciemny kontur człowieka na ścianie tunelu, oświetlony ogniem palącym gród. - Widzę. - On też był cwaniaczkiem, palącym ognie w kanałach. Dwa dni wyciągali jego szczątki. W katakumbach grzebano niegdyś ludzi, ale po powodzi zmieniono je w kanały z wodą. Kiedy to wszystko zaczęło się rozkładać, katakumby wypełnił piorunujący opar. Uważaj, żeby nie przesunąć mieczem po futerale, bo wszystko wyleci w powietrze. - Dobra – powiedział Łyskawka, chowając miecz do pochwy. Szli jeszcze przez jakieś sto metrów, kiedy Łyskawka zauważył wyjście z katakumb. Było zablokowane kratą; jednak Vito przystawił dłoń i krata rozgrzała się, skurczyła i spłynęła wraz ze strumieniem wody. Łyskawka podszedł bliżej i zobaczył, że są jakieś dwanaście stóp nad ziemią. Nagle gdzieś w oddali usłyszeli huk. Vito obejrzał się. Na ścianie przy zakręcie widniała pomarańczowa poświata. - Kryj się – powiedział tak, jakby zbliżał się co najwyżej pies. - Co? - Kryj się! Vito wyskoczył przez otwór akurat w momencie, gdy kula ognia docierała do zakrętu. Rycerz poszedł w jego ślady. Po chwili, leżąc na ziemi, zobaczyli ścianę płomieni, jak wystrzeloną z armaty. Vito wstał, strzelił palcem i błoto, które ich pokryło, zniknęło. Odwrócił się i odszedł. - Zaczekaj! – zawołał za nim Łyskawka. - Omówiliśmy już kwestię pomocy miastu – rzucił czarownik, nawet nie odwracając wzroku. – Mam swoje zad*ie, o które dbam, a cała reszta niech sobie należy do Cieniołaków. Byle nie podbijali cen w gospodzie. Szedł szybko i Łyskawka musiał podbiec, by go dogonić. Gród w oddali najwyraźniej był już zdobyty. - Posłuchaj mnie – powiedział, równając się z nim. – W tym grodzie mieszkali moi przodkowie. Bronili go odkąd tylko powstał. I nie zamierzam być pierwszym, który go utraci na rzecz nieprzyjaciół. - Gród już jest utracony – odparł Vito. – Cieniołacy nie podporządkowują się ludzkim prawom wojennym. Złapią mieszkańców, zabiorą ze sobą i zmienią ich w podobnych sobie. - Mówisz – powiedział Łyskawka, nagle coś rozumiejąc, - że Cieniołacy… - Byli ludźmi, tak. I myślałem, że to łatwe do odgadnięcia. Wszyscy ludzie w grodzie również zostaną zamienieni. Jest tylko jedna drobnostka. Nie jesteśmy pewni, jak się to odbywa. - „My”? - Magowie. - Dużo was jest? - Niewielu. W okolicy Kalisii nie więcej jak trzydziestu kilku. Za mało, aby stawić czoła armii. - Na pewno znasz jakiś sposób. - Nie odczepisz się, prawda? Łyskawka milczał. - Na każdą dolegliwość jest jakiś sposób, a droga do rozwiązania każdego problemu jest prosta. Problem w tym, że nie zawsze starczy nam życia, żeby ją przejść. Szli aż do lasu, gdzie Vito skręcił gwałtownie i wszedł w jaskinię prowadzącą do jego domu. Po ciemku Łyskawka nie był do końca pewien, gdzie idą; wreszcie wyszli na polanę i Vito otworzył drzwi do swojego domu. - Siadaj gdzie chcesz, bo wybór jest dosyć ograniczony – powiedział, wskazując ręką krzesło i kanapę. Kiedy rycerz wybrał kanapę, czarownik runął na krzesło, strzelił palcami i zapłonęły świece i ognisko. - Chcesz herbaty? Albo wina? - Wina… jeśli nie sprawi ci to kłopotu. Czarownik wstał, wyszedł i zniknął w mroku. Po chwili rycerz usłyszał brzęk kubła o brzeg. Wyjrzał przez okno. W krótkim przebłysku światła zobaczył, jak czarownik wyciąga małe, drewniane wiadro ze strumienia, unosi pokrywę i wyciąga butelkę wina, spuszczając resztę do wody. - Próbowałeś kiedyś wina chłodzonego w strumieniu? – zapytał czarownik, zamykając drzwi. - Obawiam się, że nigdy. - To czas nadrobić straty – powiedział i nalał wina do szklanki, podając ją Łyskawce. Nie wiedział, z czego to wino jest robione, ale było bardzo dobre, lekko słodkie. Vito wypił swoją szklankę jednym łykiem i nalał jeszcze, ale do malutkiej szklanki; rycerz patrzał na to nieco zdziwiony, kiedy pojawił się Skogul i chwycił ją łapczywie, wypijając do dna. - Repeta? – zaproponował, podstawiając mu kubek. - Na razie wystarczy – odparł Vito i Skogul zwiesił smętnie uszy. – Teraz musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz… czego konkretnie chcesz ode mnie. - Pomocy – powiedział natychmiast rycerz. – Pomocy w odbiciu grodu. I w odczarowaniu mieszkańców. - Nigdy nie lubiłem pojęcia „odczarowywanie” i tak dalej – rzekł Vito. – Taka magia przynależy do Energii. Widzisz, nie ma magii, która da nam moc zmienienia czegoś w coś kompletnie odmiennego… albo wyczarowania czegoś z powietrza – machnął ręką, jakby łapał spadające jabłko. – Magia jest przypisana do odpowiednich żywiołów. Istnieje ich pięć. - Wiem, ziemia, woda, ogień, powietrze… – Łyskawka wyliczył wszystkie znane mu elementy, ale zaciął się. Brakowało jednego. - I mój ulubiony, lód – powiedział Vito. – Pozostaje jeszcze jedno. Energia. To ona pozwala nam manipulować przedmiotami, ludźmi, istotami. Energia, według legend, powstała na samym początku stwarzania świata. Z niej powstały kolejne żywioły. W pierwszej kolejności, rozszczepiła się na Światło i Mrok. Ogień i ziemia były następne. Po nich woda i lód. Ostatecznie powietrze. Potem powstały zwierzęta i ludzie. - Wino ci szkodzi, Vito – zakpił Skogul. – Zapraszasz nieznajomego do chaty i opowiadasz mu o stworzeniu świata. Kamień pokrył Skogula od czubka ogona do szyi. - Ej! Tak się nie będziemy bawić. Kamień zamknął się wokół jego szczęki aż do nozdrzy. - Może to go uciszy – westchnął. – W każdym razie na początku ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jaka moc czeka na końcach ich dłoni. Później zaczęli eksperymentować z magią. Kiedy w pełnii zdaliśmy sobie sprawę z tego, co potrafimy, powstały gildie, stowarzyszenia magów na świecie. Gildia Najwyższa mieści się daleko stąd, tak daleko, że już nikt nie potrafi tam dotrzeć, jeśli nie otrzyma zaproszenia… Zaproszenia od magów w niej mieszkających. Potem powstawały mniejsze ośrodki. Gildie gromadzą magów z krajów. Mniejsze są zwane cytadelami. Najmniejsze to parafie. Stąd zresztą wzięło się słowo określające pewny obszar władzy Kościoła. Skogul zerwał kamienny kaganiec z pyszczka. - Nie zagalopowujesz się? – zapytał. – Wyjawiasz mu sekrety, które twoi bracia i siostry strzegli przez wieki. Równie dobrze możesz go zaprowadzić do najbliższej gildii. - Słusznie – powiedział Vito, po raz pierwszy zawstydzony. Odstawił szklankę, którą podnosił do ust. – Chciałeś, żebym udzielił ci pomocy. Powiem wprost: z moimi umiejętnościami to niemożliwe. - Twoja tarcza – zapytał Łyskawka, wskazując na owinięty w skórę pakunek, - jak ona działa? - Tarcza? – zapytał Vito, spoglądając na nią. – Przesuwasz przekładnię i wysuwasz ostrza, to pros… - Nie – przerwał mu rycerz. – Dlaczego ona działa na Cieniołaków, a mój miecz nie? - Na Cieniołaka działa tylko Światło, które… - To czemu nie działał na nich ogień albo…? - Nie dajesz mi skończyć. Światło magiczne, które może stworzyć tylko czarodziej. Światło z głębi jego własnej duszy. To bardzo rzadki talent i nie zdziwiłbym się, gdyby ta sztuka była dziś znana mniej niż sześciu tuzinom ludzi. - Możesz to zrobić z moim mieczem? – zapytał, podając mu broń. - Bogowie, dajcie mi cierpliwość lub więcej wina – Vito podparł głowę dłonią. – Czy myślisz, że gdybym miał takie zdolności, to siedziałbym tu i dyskutował, zamiast pomagać kowalom zamkowym, rozdając im nasycone Światłem bronie? Łyskawka cofnął miecz, zmieszany. - Jest jedno miejsce w tym kraju, gdzie można to zrobić. Nazywa się Ithrana. Zdaje się, że w języku mieszkańców to znaczy „Ostrze Świtu”. Niezbyt oryginalne, ale w sumie pasuje, czyż nie? Rycerz milczał. - Żebyśmy jednak mieli sto procent pewności – powiedział mag, - trzeba zasięgnąć języka… Lokalizacja Ithrany jest ukryta. Nie znasz wejścia, nie wchodzisz. Nie wchodzisz, nie ratujesz miasta. Nie ratujesz, nie żyjesz. Wstał i otworzył drzwi. - Ale na razie lepiej się prześpij. Ja muszę porozmawiać ze Skogulem. Wiwerna wymieniła z rycerzem spojrzenia i wyskoczyła za Vitem w mrok. - Rozgość się. Jak się rozgadamy, to słychać nas do rana – powiedział Vito. Strzelił palcami i zamknął drzwi. Łyskawka patrzał na nie jeszcze chwilę, a potem wzruszył ramionami i położył się na kanapie. Nagle coś do niego dotarło. Kiedy Vito mu się przedstawiał, powiedział: - …”przyjaciele mówili mi Don Vito”. Użył tego słowa w czasie przeszłym. Dlaczego? Czy nie miał już przyjaciół? A jeśli tak, jak ich stracił? W bitewnej zawierusze? Czy… Czy w inny sposób? Pełen tych rozmyślań, w końcu zasnął, nie doczekawszy powrotu czarodzieja.
Skogul spojrzał na Vita. - Myślisz że to on? - Nie mam pewności – powiedział. – Jego Światło jest normalne. Żadnych wyjątkowych objawów. Może tylko jego determinacja zaskakuje. - Co z nim zrobimy? - Na razie pomożemy. Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja. - Zaprawdę zasłużyłeś na nazwisko „Zmierzch”. - Oj tak – uśmiechnął się Vito. – A pamiętasz moje imię z Gildii? - Pamiętam… Vito Nieprzewidywalny. - I zapamiętaj to, bo usłyszysz je jeszcze nieraz – powiedział Vito i wstał. Strzelił palcami i Skogul zniknął. Wszedł do lasu. Przechadzka w świetle Księżyca sprzyjała rozmyślaniu.
W zamku trwało odnawianie komnat. Cieniołacy nie mieli specjalnych trudności z jego zdobyciem; po ucieczce Vita tak naprawdę nikt im nie zagrażał. W dawnej sali tronowej czekali dwaj ludzie; człowiek nazywany Seledine’em pozbył się już hełmu, oraz czarownik, który kierował maszyną latającą stał przy oknie. - Co tam stoi, na południu? – zapytał nagle, marszcząc brwi. Jeden z Cieniołaków podszedł i wyciągnął lunetę. - Jakaś chata, panie Kloris. Powinniśmy się nią zająć? - Nie sądzę, by było to potrzebne – powiedział człowiek w języku Cieniołaków. – Co pan o tym sądzi, panie Seledine? - Uważam, że musimy to sprawdzić – odparł człowiek. Odwrócił twarz od tronu. – Nie poświęciłem całego dnia na podbój miasta tylko po to, aby się nam wymknął. Mogłem to zrobić po cichu, ale chciałem, żeby zobaczył naszą potęgę. A on co? Wychodzi sobie jakby nigdy nic! – głos Seledine’a nieco się podniósł. – Musimy go odnaleźć i sprowadzić. - Po co nam on, właściwie? – zapytał Kloris, spoglądając z ukosa na Seledine’a. - Nie musisz wiedzieć – odparł szorstko Seledine. – Gdzie jest Sangvine? Jest idealny na takie wyprawy. - Za pozwoleniem, panie Seledine – zaprotestował Kloris, odwracając się od okna. – Nie możemy mu ufać. To niepewny… hm… człowiek. - Twoje pochlebstwa są tak subtelne, że mógłbym się rozpłakać – dało się słyszeć cichy głos i coś delikatnie osunęło się z sufitu i wylądowało na posadzce. Od razu było widać, dlaczego słowo „człowiek” utknęło Klorisowi w gardle. Sangvine przypominał człowieka tylko górnym zarysem tułowia. Miał brązową skórę, ciemnosrebrne włosy i blade oczy; nienaturalny uśmiech odsłaniał szczękę wypełnioną kłami. Ubrany był tylko od pasa w górę, w taki sam płaszcz i koszulę co Seledine; dolnej połowy ciała raczej nie przewidział żaden krawiec. Sangvine miał ogon i cztery cienkie, niby owadzie nogi, zakończone pazurami długości i kształtu szabli. Pięć lat temu Sangvine wyzwał Seledine’a na pojedynek, który miał zdecydować o losach jego grodu. Przegrał i za karę został zmieniony w to, czym był teraz. Od tamtej pory służył Sangvine’owi; przez pewien czas tylko dlatego, że liczył na powrót do dawnej postaci, ale wkrótce zasmakował w całej straszliwej glorii zwycięstw Seledine’a i został jego ulubieńcem. Być może dlatego Kloris go nie lubił, a może po prostu odrzucały go jego zwyczaje. Sangvine nie jadał posiłków z nimi, zawsze wychodził na polowania poza podbite zamki i obozy, wracając zwykle pokrytym krwią. Zresztą jego pełne imię – Sangvine Beast – pochodziło z łaciny i oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko „Krwawa Bestia”. - Wiesz, że tego nienawidzę – powiedział chłodno Kloris. - I dlatego daje mi to taką satysfakcję – odparł Sangvine. Jego głos przypominał syk węża albo dużej wiwerny. - Dosyć! – uciął Seledine. – Sangvine, weź mały oddział i idź do tej chaty – wskazał przez okno. – Cokolwiek tam jest, chcę aby poruszało się pod naszą flagą. - Zrobię, co do mnie należy – Sangvine skłonił się lekko i opuścił pomieszczenie. Kloris spoglądał na niego, dopóki nie zatrzasnęły się drzwi. - Obmierzły, pełzający, obleśny typ – rzucił, kiedy Sangvine był już poza zasięgiem. Seledine odwrócił się ku niemu. - Ty zaś jesteś zdrajcą – powiedział szorstko. – Opuszczałeś każdy lud, który cię zatrzymywał. Najpierw Kraków, potem Gród Warsa i Sawy, wreszcie zdradziłeś nam, jak przebić się do Kalisii. Daj mi jeden powód, dla którego ja miałbym ci zaufać? Kloris milczał. To była prawda. Wędrowali od miasta do miasta, a on gładko wbijał sztylet w plecy ich mieszkańców, łamiąc zaklęcia chroniące ich grody. - Ale jestem pełen podziwu dla ciebie i twoich talentów – dodał i usiadł na kamiennym tronie. – Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że właśnie dlatego cię tu trzymam? Bo jesteś dla nas zbyt cenny. Kloris pokiwał głową i podszedł do okna. - Rozumiem to – mruknął do siebie. – Ale jednak wolałbym trochę mniej myślenia, a trochę więcej bitew. Łyskawka obudził się rano, kiedy słońce wpadło przez okno i oślepiło mu oczy. Przez chwilę nie docierało do niego, co się właściwie dzieje. Dopiero chwilę potem zamknął oczy i wszystko sobie zaczął przypominać. Gospodę… Kalisię… Cieniołaków… Vita… Wyskoczył z łóżka, wziął miecz i wyszedł na zewnątrz. Vito najwyraźniej kąpał się w strumieniu, bo stał na brzegu i kończył ubieranie się. Włosy i twarz miał mokre, obok leżała zużyta, mokra szmata. - Dzień dobry – powitał go, wciągając koszulę. – Gotowy, by zbawić świat? Zachichotał, ale Łyskawka milczał. Było jedno pytanie, którego bał się zadawać poprzedniego dnia, kiedy nie wiedział, czy Vito będzie mu towarzyszył. Teraz jednak, widząc go w dobrym humorze, postanowił zaryzykować. - Vito, mogę ci zadać pytanie? - Co też właśnie uczyniłeś. - Zdaję sobie sprawę, że na pewno nie każdy może to robić, ale… Czy dałbyś radę nauczyć mnie magii? - W sumie tak – odparł Vito, kierując się ku chacie. Rycerz zamarł. - Mówisz poważnie? - W każdym siedzi magia, wystarczy móc ją z siebie wykrzesać. A jeśli mam zabrać kogoś ze sobą na wyprawę, niech to lepiej będzie ktoś choć szczątkowo znający się na magii. Wyszedł z chaty, trzymając na plecach tarczę, w prawym ramieniu sakwę, a na lewym Skogula. - Czy ratowanie świata nie może się odbywać o normalnej porze? – zapytał smętnie. – Na przykład, po południu. - Gdyby istniał kodeks dotyczący takich spraw, siedziałbym teraz w chacie i spał z butelką wina w ręku – odparł Vito. – Okej, komu w drogę temu buta na rozpęd. Machnął ręką w stronę chaty. Zmieniła się w zwęglone szczątki. - Nie szkoda ci jej? - To kamuflaż, tylko kamuflaż – odparł Vito, idąc w stronę jaskini. – Gdyby ktoś chciał sięgnąć i wyciągnąć coś z niej, natrafiłby na ścianę. To zasługa Światła. - Możesz jaśniej? – zapytał rycerz. - To co widzimy zależy od tego, jak światło trafi do naszych oczu – wyjaśnił mu Vito, wskazując kolejno chatę, słońce i swoje oczy. – Manipulując nim możemy zmieniać to, jak inni widzą różne rzeczy. Ale to tylko iluzja. Nie wpłyniemy na zmysł czucia. - Pożyteczne – stwierdził. - Pożyteczna jest moja sakwa. Daj miecz – wyciągnął rękę. - Po co? - Pokażę ci. Wziął od niego miecz i wsunął do niewielkiej sakwy – najpierw ostrze, potem gardę i rękojeść. Z każdym elementem oczy rycerza robiły się coraz większe. - To sakwa bez dna – powiedział Vito, wyciągając miecz z powrotem i oddając go. – Wkładasz tam coś i pojawia się w skarbcu miasta, w którym została wyrobiona. Potem możesz wyjąć od razu, bo skarbiec podsunie ci to, czego potrzebujesz.
Wyszli do jaskini, ale zamiast wyjść do lasu, skierowali się w dół. - Niech zgadnę – powiedział rycerz. – Uważasz, że nas szpiegują? - Nie – odparł Vito. – Uważam, że tak będzie bliżej. Nie zapalał pochodni; ściany pokrywało świecące na błękitno kamienie. Oddalili się o jakieś sto stóp od wejścia i zniknęli. Vito nie wiedział jednak, że Sangvine i jego oddział od nocy starali się przebić do jego chaty. Leżeli teraz wyczerpani, nie mogąc przełamać zaklęcia, którym otoczył polanę. - Przecież musi być jakieś wejście zapasowe – syknął pod nosem Sangvine. Siedział wkurzony na kamieniu, obserwując zmagania Cieniołaków by przejść przez krzaki, ale za każdym razem coś ich odpychało. - Panie! – powiedział nagle jeden z nich, wskazując na coś palcem. Sangvine podźwignął się na cztery nogi. Podszedł bliżej wskazanego miejsca. Za krzewami znajdowało się wejście do jaskini. Sangvine podszedł bliżej, węsząc. Jego zmysły wyostrzyły się znacznie od czasu przemiany. Przeszedł do końca i wyjrzał delikatnie. - Jest polana – rzucił, wyglądając. Nie chciał jednak ryzykować. Mogło tu być więcej zasadzek. Dwaj Cieniołacy podeszli bliżej, również się oglądając. Sangvine bez wahania złapał jednego i cisnął na polanę. Nic się nie stało. Beast wyszedł na zewnątrz. Z pewnym zawodem spojrzał na spaloną chatkę. Cieniołacy obeszli ją, zajrzeli przez wypalone krawędzie ścian i odeszli, kręcąc głowami. - Nie ma ich – powiedział jeden z nich. - Uciekli nam – warknął Sangvine. – Przeszukajcie polanę! Niech dwóch sprawdzi strumień! RAAAZ! Cieniołacy podskoczyli i zaczęli przeszukiwać wszystko, co znajdowało się dookoła domku. Jeden z nich zauważył coś przy strumieniu. - To wygląda na cumę – powiedział, podnosząc kawałek liny i kołek. – Tutaj strumień jest dosyć bystry, ale pół mili stąd robi się łagodny. Wystarczy, aby dotrzeć tam niewielką łodzią. Sangvine kiwnął głową, ale wciąż był podejrzliwy. Oczywiście, może tak być, że odpłynęli, ale równie dobrze może być tak, że uciekli inną drogą, a cuma jest tylko zmyłką. - Podzielimy się na dwa oddziały – oznajmił. – Wy trzej, idziecie ze mną – sprawdzimy strumień. Pozostała czwórka sprawdzi jaskinie. Rycerza uwięzić. Pomocników zabić. Cieniołacy skinęli głowami i czworo poszło do jaskini, a trzech wraz z Sangvine’em poszło wzdłuż rzeki. Beast po zwierzęcemu charczał i węszył, idąc przed nimi. Nawet Cieniołacy nie chcieli się do niego zbliżać.
Tymczasem Vito i Łyskawka wędrowali już z dala od chatki. Vito milczał, Łyskawka zaś miał ochotę zadać mu pytanie, jednak nie wiedział, czy powinien. Wreszcie nie mógł wytrzymać: - Słuchaj, powiesz mi wreszcie, do kogo albo po co idziemy taki szmat drogi? Vito odwrócił się w jego stronę. - Do mojego przyjaciela, Ramulusa Horna. - Jak? - Ramulus Horn. - Barani Róg? Jak ktoś może nazywać się Barani Róg? - Imię przybrane powinno pasować do człowieka. Chcesz wiedzieć, skąd się wzięło moje? - Niekoniecznie. Vito uśmiechnął się, potem rzekł: - Ramulus jest pasterzem, ale również ma w swoim księgozbiorze cenne wskazówki. No i będę miał do niego pytanie. Dotarli do sadzawki przy strumieniu. Dawno temu znajdowała się tam wypłukana przez wodę jama, potem całość zapadła się i utworzyła małe oczko wodne. - Idziemy już ponad godzinę. Zarządzam przerwę – położył sakwę na ziemi, zdjął buty i zanurzył stopy w wodzie. - Nie sądzisz, że to niebezpieczne? – zapytał Łyskawka. – Odstawiać broń, gdy w pobliżu mogą być Cieniołacy? Vito machnął ręką; powietrze wokół nich zafalowało i znów zniknęło. - Zadowolony? – zapytał. - Osłona? - Wybitnie spostrzegawczy – skomentował Skogul, chłeptający wodę ze strumienia. - Właściwie, to będzie idealne miejsce na naszą pierwszą lekcję magii – powiedział nagle Vito. - Co? - Tutaj nie ma niczego, co mógłbyś rozwalić z głośnym hukiem albo błyskiem, więc jesteśmy bezpieczni. Dobra, podejdź tu i słuchaj uważnie. Łyskawka schował trzymany w ręce miecz i zaczął słuchać. - Zaczniemy od czegoś łatwego. Ale najpierw trochę teorii. Nie wszystko da się kontrolować w takim samym stopniu, co inne. Na przykład, z oczywistych względów łatwiej kontrolować lekkie i proste powietrze, niż znacznie bardziej skomplikowaną strukturalnie ziemię. Najprościej jest kontrolować Światło. - Na pewno? – spojrzał podejrzliwie Łyskawka. Chciał się tylko upewnić, czy Vito nie robi sobie z niego żartów, ale jednak czarownik się zmieszał. - No, dobra. Najłatwiej wzbudzić w sobie Mrok. Mrok i Światło to jedyne dwa zjednoczone z duszą i ciałem. Światło można w sobie wzbudzić, sięgając po całą swą dobroć i szlachetność. To moc, której nie da się użyć do złych celów. Niestety, Mrok znacznie łatwiej w sobie wzbudzić. Do tego wystarczy czysty gniew i nienawiść. Wielu czarodziejów zatraciło się w Mroku, gdy ogarnęła ich furia; stracili kontrolę nad innymi żywiołami i tylko to im pozostało. Więc musisz uważać na to, jak się czujesz. Jeśli zaczniesz tracić cierpliwość do ćwiczeń, powiedz, a natychmiast je przerwiemy. Rozejrzał się. - Dobra, ćwiczenie pierwsze. Widzisz tamtą dziurę? W skałach naprzeciw widniała niewielka nora. - Spróbuj rozpalić w niej światło. - Jaja sobie robisz? - Spróbuj. Łyskawka wzruszył ramionami i podszedł do nory. Jak powiedział Vito? Wzbudzić w sobie szlachetność i dobroć? Przecież w głębi buzuje od gniewu przeciwko Cieniołakom, a ten wyskakuje mu z zagadkami. Jednak z drugiej strony, skoro ma to pomóc Kalisii… Skupił się i spojrzał na norę, pragnąc z całej duszy, by rozpalić w niej światło. - Skieruj ku niej dłoń i spróbuj jeszcze raz – powiedział Vito, siedząc po turecku na kamieniu za plecami Łyskawki. Rycerz spróbował jeszcze raz. Kiedy szli przez jaskinie, Vito zapalał światła; starał się powtórzyć ten ruch ręki. Nic z tego. - Nie dam rady – rzucił, opuszczając dłoń. - I wcale się tego nie spodziewałem – przyznał Vito. – Dobra, mała sztuczka. Możesz skorzystać z miecza. - Słucham? - Jest z metalu szlachetnego, więc… - Szlachetnego? Jest stalowy. - Ciągle zapominam, jak mało wiesz o naszej kulturze – Vito pacnął się otwartą dłonią w czoło. – U nas pojęcie szlachetności różni się od waszego. Kamień, metal i materiał szlachetny to substancja przewodząca energię czarownika. Moja tarcza jest nasycona Światłem, ja je tylko wzbudzam. U ciebie jest na odwrót. Światło jest w tobie. Miecz to tylko jego ognisko. - Jak soczewka w lunecie? - Szybko się uczysz – pochwalił go Vito. – Miecz może nie tylko przewodzić, ale nawet zwielokrotnić twoją magię. Spróbuj, zobaczysz. Łyskawka wyciągnął miecz i skierował w stronę skał. Tym razem poczuł w prawej ręce wzbierającą energię. Skupił się na tym, by ją utrzymać, a potem – by wysłać w kierunku skał. Miecz zalśnił na złoto i… Skałki eksplodowały, posyłając Vita i Łyskawkę w powietrze. Vito wpadł do wody, a Łyskawka na ziemię. Prychając i parskając, Vito wyszedł na brzeg. - Ech, tego się obawiałem – mruknął, osuszając się jednym ruchem ręki. – Lekcja dwa: każdy umie rozpętać sztorm na morzu albo huragan ognia, ale zajmuje kilka lat, zanim zejdzie się do poziomu takich rzeczy, jak zapalenie świeczki czy wzbudzenie chłodzącego powiewu. - Nie mamy lat – mruknął Łyskawka. - Mam to na uwadze – odparł Vito. – Liczyłem, że jeśli zaczniesz od tak małej rzeczy, to stopniowo zwiększymy twój poziom zaawansowania i zmienimy cię w ostrego wymiatacza. Zawiodłem się. - Uczyłeś kiedyś kogoś magii, w ogóle? – zapytał Łyskawka, patrząc z ukosa na Vita. - Coś ty – odparł. – Wiesz, jak ryzykuję, ucząc cię? - Nie. - To wiedz, że nauczanie magii jest dozwolone tylko w gildiach. Jeśli mnie złapią, to ty będziesz w lepszej sytuacji, bo tylko wyczyszczą ci pamięć ze wspomnień o mnie albo przyjmą do siebie; zaś ja zostanę pozbawiony swojej mocy i zesłany na jakieś zad*ie pełne drapieżników, gwarantujących mi nieprzyjemną i długotrwałą agonię. - No co ty… - Na moje szczęście nie ma zaklęć pozwalających wykryć takie praktyki. Ale za to hałasy mogą zwrócić czyjąś uwagę. Usiadł na kamieniu. - Zatem sprawdźmy, czy możesz to powtórzyć. Rozwal to drzewo – wskazał ręką na potężny dąb na skraju polany. Łyskawka wycelował mieczem i wysłał w drzewo tak potężny strumień Światła, że rozpadło się na kawałki. - Dobrze – pochwalił go Vito. – Od takiego ciosu każdy Cieniołak padnie. - Czy nie powinniśmy się martwić o ludzi, którzy się nimi stali? - Bez obaw. Istnieje sposób, by przywrócić ich do dawnej postaci. Ale będziemy szukać jego potwierdzenia, gdy dotrzemy do mojego przyjaciela. Łyskawka na jego polecenie wysadził jeszcze kilka drzew, po czym ruszyli dalej.
Kilka metrów za nimi znajdowali się już Cieniołacy i Sangvine. Stwór, nie mogąc przebyć bariery Vita, obserwował poczynania Łyskawki, stojąc za drzewami. Jeden z Cieniołaków, którego posłal bliżej, by się przyjrzeć, ucierpiał od podmuchu światła. Po tym zdarzeniu Sangvine zarządził cichy odwrót. - Więc zamierzają uzyskać jakieś wiadomości… Interesujące – odwrócił się, jego ogon śmignął w powietrzu. – Dwóch z was idzie przodem i śledzi ich. Reszta trzyma się mnie. Dopóki tam nie dotrą, nie podejmujemy żadnych działań. - Tak jest – powiedzieli i schowali wyciągniętą broń. Dwójka ruszyła przodem, jak rozkazał; Sangvine i czwórka pozostałych ruszyła za nimi po upływie kilku minut.
Vito i Łyskawka wędrowali już kolejną godzinę, kiedy czarownik się zatrzymał. Łyskawka ominął go i spojrzał, gdzie są. Stali na szczycie wzniesienia, a w dole rozciągała się dolina pełna pól i pastwisk; na kilku z nich widać było owce i krowy. Chaty z drewna stojące przy drodze były raczej niewielkie, mogły mieścić najwyżej cztery izby. Z jednej unosił się biały dym; rycerz uznał, że to piekarnia. Vito zszedł po ścieżce na dół, przeszedł jedno skrzyżowanie dróg i na drugim skręcił w lewo. Dotarli do najbardziej oddalonej chaty, stojącej na granicy pastwiska. Łyskawka domyślił się, że to chata Ramulusa, bo skoro jest pasterzem, to musi mieć swoje stada pod ręką. Za chatą stała owczarnia, z której od czasu do czasu dobiegało pobekiwanie. Przy ścieżce do domu rosła wysoka, rozłożysta jabłoń, pod którą ktoś ustawił ławkę. Nie było ani śladu płotu, nie licząc jednego postawionego wokół grządki z kwiatkami. Vito podszedł i zapukał. W drzwiach pojawił się jakiś człowiek, nieco od nich niższy, ale bardziej barczysty. Spojrzał na Vita, skinął głową i wprowadził ich obydwu do środka. Weszli do szerokiego korytarza; na lewo była kuchnia, sądząc po wiszących wszędzie garnkach, nożach i łyżkach, po prawej izba gościnna. - Pan Ramulus zaraz przyjdzie – powiedział człowiek i zniknął w drzwiach na drugim końcu korytarza. Vito i Łyskawka weszli do izby po prawej Służący przyprowadził Ramulusa. Był to człowiek wysoki, umięśniony, o kręconych jasnych włosach i bladoniebieskich oczach. Uśmiechnął się szeroko na widok Vita i wymienili uścisk dłoni; widząc miecz i ubiór Łyskawki skłonił się nisko. - Kiedy się ostatnio widzieliśmy, Vito? – zapytał z uśmiechem, sięgając po butelkę i ozdobne szklanki, ale Vito go zatrzymał: - Trzy lata temu i wybacz że nie wypijemy, ale mamy pilną sprawę – i najkrócej jak mógł wyjaśnił mu sprawę Kalisii. - O kurczę… Dwóch moich ludzi było w mieście. Myślałem, że zostali na noc. - Zostali – powiedział Łyskawka. – Widziałem ich w gospodzie. Cieniołacy musieli ich dopaść. - Szczerze współczuję mieszkańcom miasta, ale naprawdę nie wiem, jak mógłbym pomóc? - Dobrze wiesz – Vito wychylił się ku niemu. – Twoja biblioteka. - Vito, czy myślisz, że będą tam książki o Cieniołakach? Oni zaczęli powstawać dopiero dziesięć czy piętnaście lat temu. - Zaczęła wówczas powstawać ich armia – poprawił go Vito. – Obaj wiemy, że Cieniołacy istnieją od wielu lat. Więc nie utrudniaj mi pracy, Ramulusie, i przejdźmy do biblioteki. Ramulus westchnął i odwrócił się. - Zgoda. Chodźcie za mną – powiedział, idąc z powrotem w stronę wyjścia do owczarnii. Wyszli za nim; trawa przed budynkiem była gdzieniegdzie poznaczona resztkami owczego futra. Weszli do owczarni i skręcili w lewo. Ramulus schylił się w kącie, odgarnął trochę słomy na bok i otworzył wejście do piwnic owczarni. Wziął kawałek drewna, zapalił ruchem ręki i zszedł po schodkach. Vito i Łyskawka poszli za nim. Rycerzowi dech zaparło z wrażenia. Kiedy Ramulus machnął ręką, zapłonęły dziesiątki pochodni w obręczach na ścianach i zobaczył setki regałów sięgających sklepienia, na wysokość ponad dwudziestu stóp. Na końcu każdego stała drabina na kółkach. Na regałach stały tysiące książek o najróżniejszych okładkach, rozmiarach i tytułach. Niektóre mógł odczytać, np. Ród Lecha czy Rzemiosło rycerskie, ale inne były zapisane nieznanymi mu symbolami, a niektóre po prostu nie miały okładek. Stały bez ładu i składu, bez oznaczeń czy choćby numerów regału. - Jak tu się odnaleźć? – zapytał Łyskawka. Skogul zeskoczył z ramienia Vita i stanął na półce. - W ogóle nie będziemy szukać – odparł. Wyciągnął niewielką książeczkę i zaczął czytać. - Słucham? - Pan Ramulus zawsze potrafi odnaleźć potrzebną mu książkę, niezależnie gdzie stoi, kto ją wziął i w jakim języku jest napisana. To dosyć rzadki dar. - Co wziąłeś? - Zwierzęta, bestie i potwory – pokazał mu Skogul. – Patrzę, co piszą o moim gatunku. Łyskawka wziął od niego książkę i spojrzał. Rycina przedstawiała wiwernę podobną do Skogula, szczerzącą kły ku stworzeniu o długich czułkach, sgementowanym ciele i kompletnie pozbawionym nóg. - Co to jest? - Och, to jest Robak – odparł Skogul. – Nasi naturalni wrogowie. Coś było takiego w tej ilustracji, że Łyskawkę przeszedł dreszcz. Nie miał ochoty pytać Skogula, czym one są ani nawet szukać wewnątrz książki informacji o nich. Schował ją do sakwy i poszedł szukać Vita i Romulusa. Skogul wskoczył mu na ramię i poszedł z nim.
Obaj znajdowali się osiem regałów dalej. Ramulus ściągał z trzeciej od góry półki książkę o szkarłatnej okładce, z wypisanym złotymi literami tytułem Mity i legendy magicznego ludu. Podał ją Vitowi. - Trzymaj – powiedział, schodząc z drabiny. – Powinieneś tu coś znaleźć. Vito przekartkował książkę, aż zatrzymał na jednej ze stron i spojrzał na rycinę. Znajdowało się tam zakrzywione lekko ostrze z podłużną gardą i rękojeścią wysadzaną drogimi kamieniami. Pod nim znajdowały się napisy w innym języku, jednak Vito najwyraźniej mógł je odczytać.
Na zewnątrz ktoś znowu zapukał do drzwi domu Ramulusa. Służący otworzył. - Niestety, ale jeśli przyszli panowie do pana Horna, to jest zaję… - zaczął, ale wówczas poczuł coś chłodnego poniżej szyi. Stojąca na przedzie grupy istota uśmiechnęła się kpiąco i wyminęła go. Służący opadł na ziemię. Ostatnie, co zobaczył, to rękojeść miecza wystająca z jego piersi… Potem był tylko chłód i mrok.
- To wiele tłumaczy – Vito zatrzasnął książkę. – Potrzebne mi jeszcze jedno. Daj mi książkę z lokalizacją Ithrany – wyciągnął rękę do Ramulusa. Pasterz przestąpił niepewnie z jednej nogi na drugą. - Vito, jest jeden problem… - Jaki? - Niestety, tak się składa, że nie mam tej księgi u siebie. Oddałem ją komuś. - Szlag, komu? Ramulus powiedział. - O nie - jęknął Vito. - O kogo chodzi? - zapytał Łyskawka. - Zołza nad zołzami. - Monika Kwarc - odpowiedział Horn. - Słucham? – zapytał Łyskawka. - Przyjaciółka Vita – uśmiechnął się Ramulus. - Taaak, jest mi tak bliska jak Brutus Cezarowi – zakpił Vito. - Mieszka w osadzie osiem kilometrów stąd. Jeśli natychmiast wyruszycie, będziecie tam przed zmrokiem. - Tak, ale najpierw ostatnie pytanie, Ram. - Zamieniam się w słuch. - Powiedz mi, czy ktoś kupował od ciebie dużo baraniej skóry? Ramulus pomyślał chwilę i odpowiedział: - Tak. Pewien człowiek kupił ode mnie połowę mojego stada. Dwieście sztuk owiec! - Powiedział ci, jak się nazywa? - Kloris. - Wiedziałem - mruknął Vito. - Znasz to nazwisko? - zapytał Łyskawka. - To jeden z poruczników Kadmusa Seledine'a. Paskudny człowiek. Ja, on i Seledine uczęszczaliśmy do jednej gildii. Kiedy ja byłem w czwartej klasie, oni kończyli ostatnią, siódmą. Zawsze pociągała ich magia mroku, uważali, że potrafią całkowicie nad nią zapanować i wykorzystać do wielkich celów. Sam widzisz, jak się to skończyło. - Ach, a ja nie zważałem na pana Seledine’a, gdy mówił mi jaki jesteś sprytny – odezwał się głos za nimi. Vito i Ramulus odwrócili się, unosząc dłonie, Vito ściągnął tarczę z pleców. Sangvine i Cieniołacy schodzili po schodach, unosząc broń. Łyskawka wyciągnął miecz. - Mam ich rozwalić? – zapytał. - Jeszcze nie – szepnął Vito, cofając się. – Kiedy podejdą, dajemy dyla między półki. - A książki? - Są chronione zaklęciami – odparł Ramulus. - Muszę przyznać, panie Vito, że jestem pod wrażeniem pańskich zdolności. Jeszcze nie spotkałem się z tarczą ochronną, której nie umiałem przebić. A pan, panie Horn, cóż za wspaniała kolekcja. Bylibyście wspaniałymi generałami w armii pana Seledine’a. - Wprzódy w morzu wyschnie woda… - zakpił Vito. – TERAZ! Z miecza Łyskawki, tarczy Vita i dłoni Horna wystrzeliły strumienie światła, uderzając w półki, z których posypały się książki, grzebiąc napastników. Vito i Horn rzucili się w przeciwną stronę, a Łyskawka popchnął ramieniem jeden z regałów, który przygniótł Sangvine’a do ziemi. Ramulus wyskoczył zza regału i zdmuchnął Cieniołaków gwałtowną falą powietrza; uderzyli o ścianę i przestali się ruszać. Sangvine wreszcie wygrzebał się ze szczątków regału i z furią ruszył na Horna, omijając jego czary, wskakując na ściany i sufit. Nagle coś go strąciło na dół; Łyskawka przykucnął przy jednym z regałów i strącił go strumieniem światła. - Brawo, rycerzyku – pochwalił go Vito. Sangvine jednak już wstawał. - Horn, uciekaj, uciekaj!!! – krzyknął Vito, a Ramulus wybiegł na górę po schodach. - Teraz uważaj – powiedział Vito i wyskoczył zza regału. - Ej, krzywa gębo – rzucił niedbale, stając z założonymi rękoma za Sangvine’em. Stwór odwrócił się, a wówczas Vito wycelował w niego dłońmi i uwolnił potężny strumień niebiesko-białego światła, które zdmuchnęło Sangvine’a i najbliższe regały na ścianę; kiedy wygasło, widzieli ogromny stos lodu, kryjący w sobie regały i Sangvine’a; ruszał zastygłymi w niedowierzaniu oczyma, ale poza tym był unieruchomiony na amen. - No – powiedział Vito i podniósł puszczoną tarczę. – Łysek, żyjesz? - Jestem cały – powiedział rycerz, wychodząc i chowając miecz. - Wyjdźmy lepiej na zewnątrz. Przy domu, Horn i jego ludzie szykowali się do odparcia ataku. - Już po wszystkim – powiedział Vito. - Zabili jednego z moich ludzi – rzekł Horn. - Bardzo mi przykro z tego powodu – przyznał Vito. – Nie wiedziałem, że jesteśmy śledzeni. Ale to oznacza, że ktoś wie o naszej obecności i musimy szybko ruszać w drogę. Dziękujemy za pomoc, Ramulusie. Uścisnęli sobie dłonie i Vito i Łyskawka wyszli na drogę. Wrócili do skrzyżowania i poszli w lewo.
Tymczasem Ramulus skinął na swoich ludzi. - Chodźcie, trzeba wynieść tego stwora z mojej biblioteki. Zeszli na dół, by zająć się Sangvine’em, gdy zamarli w połowie schodów. Bryła lodu była rozbita, a w ścianie naprzeciwko widniała dziura. Sangvine dał nogę. Za wioską, ziemia otworzyła się i wyszedł z niej czworonogi potwór. Sangvine wciąż trząsł się z zimna. - Ch-ch-chol-l-l-era! – zaklął, trąc dłonie i oddychając szybko. – T-t-t-rzeb-b-b-b-a się zat-t-t-troszczyć o wsparcie. Strząsnął z siebie resztki lodu, poszedł w stronę lasu, z którego przyszedł on, Vito i Łyskawka i tam rozpalił ogień na ziemi. Po chwili wydobrzał na tyle, że mógł przystąpić do obmyślania planu. - Więc, jeden rycerzyk, jeden czarodziej i najwyraźniej jedna kobieta – mruknął pod nosem. – Mówili coś o Ostrzu Świtu i osadzie położonej niedaleko stąd… Ale jestem za daleko, żeby wracać po posiłki. Trudno. Uderzył jedną nogą o ziemię, posyłając niemal niewidoczną falę białego światła. Odczekał chwilę, spoglądając na grunt. Po chwili, pojawiły się na niej bruzdy, jakby pełzł pod nią kret, a chwilę potem coś zaczęło wyłazić na powierzchnię. Sangvine skierował dłoń ku wiosce Ramulusa. - Czas na obiad – powiedział, posyłając stworzenia w stronę wioski.
Vito i Łyskawka szli ścieżką wskazaną przez drogowskaz, niemal w kompletnym milczeniu. Tylko od czasu do czasu Vito mruczał pod nosem „w prawo”, „w lewo” albo „prosto”. Wreszcie Łyskawka zapytał: - Słuchaj, Vito, zdaję sobie sprawę, że wasze relacje między tobą a nią mogą być… hm… - tu zamilkł na dłuższą chwilę, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa. - Bolesne? Nie do końca – pomógł mu Vito. – Monika po prostu źle mi się kojarzy. Klasyczny przykłady wyboru swego imienia tylko dlatego, że ładnie brzmi, bez zastanowienia, cz będzie dobrze bronić. - Myślę, że jest coś jeszcze – Łyskawka spojrzał na profil Vita. - Nie byliśmy parą, jeśli o to ci chodzi. Nie byliśmy nawet klasyfikowani jako przyjaciele. I spotkaliśmy się w fatalnych okolicznościach. Monika jest dwa lata młodsza ode mnie. Kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy, miałem piętnaście lat. Byłem na drugim roku w gildii i wyszedłem do miasta na targ. To nie był jeszcze mój poziom, ale samodzielnie nauczyłem się władzy nad lodem. Zawsze uważałem, że jest najpożyteczniejszy. Środek transportu i tarcza przeciw wrogom w jednym. Kiedy kupowałem owoce, usłyszałem okrzyk „Złodziejka!” Odwróciłem się i zobaczyłem Monikę, ale wtedy oczywiście nie wiedziałem jak ma na imię. Uciekała z jabłkiem w dłoni. Gonił ją handlarz. Monika była wolniejsza, ale widziałem, jak zbliża się do ściany domu, przy której była drabina. Miałem może dwie sekundy, żeby zdecydować, kogo zamrozić – Monikę czy handlarza? Wybór między tym, co uważałem za dobre, a tym co słuszne. - Jaki był? Vito spuścił głowę. Najwyraźniej zarumienił się, ale noszony przez niego kapelusz uniemożliwił odgadnięcie tego. - Zamroziłem handlarza. Jak sobie o tym pomyślę, to sam sobie się brzydzę. Ale zreflektowałem się i ruszyłem za Moniką. Złapałem ją trzy ulice dalej, w małym mieszkaniu na poddaszu. Domyślasz się, jak zareagowała? - Chyba tak. Próbowała ci podziękować? - Tak, a w dodatku chyba próbowała zrobić sobie ze mnie prywatnego ochroniarza. To się nazywa uwodzenie albo coś. W każdym razie zaczęliśmy się trzaskać. Ja złamałem jej serce, a ona połamała mi ręce. Ciągle mam bliznę. Podwinął rękaw i pokazał mu jasne pasmo biegnące na spodzie przedramienia. Przy okazji Łyskawka zwrócił uwagę na to, jak przeraźliwie chude ręce ma Vito. - Oddałem ją, komu trzeba i wróciłem do gildii. To przerwało moją edukację na parę miesięcy. - Nie mogli cię wyleczyć? - Leczenie, latanie i teleportacja to jedne z wielu bajek, jakie się o nas opowiada. Latać możemy, jeśli posiadamy odpowiedni obiekt, który nam to umożliwi. A przyspieszenie leczenia i teleportacja są niemożliwe, wszyscy w gildiach to wiedzą. Coś tak zbladł? Łyskawka faktycznie lekko pobladł. Skoro leczenie za pomocą magii odpada, to jego plany odbicia Kalisii nieco się komplikują. W ogóle, co sobie myślał? Dwóch ludzi przeciwko armii Cieniołaków? Na pewno setki ludzi próbowały sobie z tym poradzić i nie udało im się. - Tu cię mam – powiedział chytrze Vito, jakby czytał w jego myślach. – Boisz się, czy damy radę? Oczywiście. A wiesz, czemu? - Nie. - Bo wszyscy inni nie wierzyli w Ithranę. A ja mam w tej kwestii otwarty umysł – pogrzebał chwilę w swojej sakwie. – Tu masz odpowiedź. Przeczytaj sobie. Łyskawka sięgnął po książkę; były to wcześniej zabrane od Ramulusa Mity i legendy magicznego ludu. Otworzył ją tam, gdzie była wyszywana zakładka i sprawdził. - Nie znam tego języka – powiedział. - Szlag – mruknął Vito, wziął księgę i zaczął czytać: - Legenda o Skarbach Światła… bla, bla bla, to jest niepotrzebne… to też… No, dobra! – zatrzasnął książkę. – Sam ci powiem, bo szkoda czasu. Skarby Światła zostały wykute jako pierwsze obiekty nasycone Światłem. To Ostrze Świtu, Włócznia Południa i Tarcza Zmierzchu. Dwa ostatnie zaginęły, moja tarcza została wykuta ku czci Tarczy Zmierzchu. Ale Ostrze Świtu, czyli Ithrana, jest przechowywane w wiosce ukrytej gdzieś z dala od ludzkich oczu. Według legend, wioska powstała wokół twierdzy, w której jest trzymane. Ostrze Świtu ma w sobie tyle Światła, że może spokojnie odmienić wszystkich zcieniołaczonych w okolicy. - Dużo wiesz o tych sprawach. - Byłem młodym człowiekiem, kiedy siedziałem w gildii – puknął go w czoło Vito. – Myślisz, że ja, chłopacy i dziewczyny z dormitoriów szliśmy spać,gdy tylko nam kazali? - Oszczędź mi tych jakże radosnych wspomnień. Gdzie leży haczyk? - Nie można się ot, tak sobie dostać do Ithrany, jak do każdego innego miasta. Istnieją tylko trzy wejścia do niej i tylko jedno leży w naszym zasięgu. Ale potrzebujemy dokładnych informacji. Na nic ci się zda wiedzieć, gdzie są drzwi, gdy nie wiesz, o której godzinie przez nie przejść. I dlatego potrzebujemy książki Moniki.
Przejście do wioski Moniki zajęło im godzinę. Kiedy tam dotarli, zbliżało się południe. Łyskawka zauważył małą tabliczkę z napisem „Tyniec”. - Byłem tu kiedyś – stwierdził rycerz. – Przyprowadzaliśmy tu rozbójników z rozbitych gromad. - Nie dziwota, niedaleko jest więzienie. W lewo – powiedział Vito, wskazując na fortecę z kamienia, położoną na niewysokim wzgórzu. Dobiegały z niej odległe jęki skazanych. Dotarli do targu miejskiego. Kupcy oferowali im towary umieszczone na stoiskach osadzonych na kołach. Vito i Łyskawka zignorowali ich. - Momencik… To było tutaj, pobiegliśmy tędy… - Nie wiesz, gdzie ona mieszka? - Nie ma stałego mieszkania, ale może szczęście nam dopisze i znajdziemy ją w tym samym miejscu co dawniej. Odnaleźli miejsce, gdzie w wieku piętnastu lat Vito spotkał Monikę. Następnie skierowali się w stronę domku z drabiną, weszli na dach, a potem poszli drogą, którą czarownik gonił złodziejkę. - Jest! – powiedział cicho Vito, wskazując na małe przejście między budynkami; pomost z linek i desek wisiał niebezpiecznie nad ulicą. – Tam jest wejście do jej siedziby. Na końcu pomostu, w rogu budynku, znajdowała się dziura przesłonięta kawałkiem materiału zawieszonego na drążku. Vito i Łyskawka przeszli nad nią ostrożnie i znaleźli się w środku. Kryjówka znajdowała się na strychu budynku. Podłoga była nieokryta, tylko goły kamień, nie było też żadnych okien. Było całkiem ciemno. Vito rozpalił mały płomyczek i trzymał go nad dłonią. Łyskawka, raczej dla satysfakcji z magii niż potrzeby, sprawił że ostrze jego miecza zaczęło błyszczeć. - Nie ma jej – powiedział z niezadowoleniem Vito. - Chciałam, żebyś tak pomyślał – odezwał się głos pod ścianą. Obydwaj odwrócili się, odruchowo wyciągając broń. Stała tam dziewczyna wzrostu Vita, z czarnymi prostymi włosami i owalną twarzą. Jej uśmiech był lekko kpiący, jakby z faktu, że nie zauważyli jej za pierwszym razem. - No tak, stara sztuczka – mruknął Vito. – Powinienem się domyślić. - To samo, co zrobiłeś ze swoją chatką? – zapytał Łyskawka. - Mniej więcej – odwrócił się z powrotem ku dziewczynie. – Okej, słuchaj mnie uważnie, bo nie jestem tu by wspominać dawne czasy… - Jak ramię? Zagoiło się? – zapytała Monika. - Nie zbijesz mnie z tropu. Pożyczyłaś od Ramulusa księgę, w której jest lokalizacja Ithrany! A teraz albo oddasz mi ją, albo wynosię cię stąd i pogrzebię za miastem. - Słuchaj, ogrodniku, ostatnie spotkanie z tobą zaowocowało siedmioma dniami w gildii za bezprawne użycie czarów. Teraz przychodzisz i żądasz ode mnie czegoś, czego nie mam! Powietrze nagle zafalowało, jakby Vito zmienił się w ognisko. Monika cofnęła się. - Eeeej! Jestem za młoda, żeby się usmażyć! - To przestań kłamać i oddaj książkę. - Już, już! – poddała się Monika. Najwyraźniej ten lekki żar bijący od Vita był dla niej nie do zniesienia. Odwróciła się i wyszła. - Co jej zrobiłeś? - Jest magiem wody – wyjaśnił Vito. – Może wstrzymywać oddech na bardzo długi czas, ale za to jest wrażliwa na wysoką temperaturę i brak wilgoci. Częste używanie określonego elementu wpływa na charakter i zdolności człowieka. - Aa, to wiele wyjaśnia – uśmiechnął się Łyskawka, spoglądając na Vita i przypominając sobie chłodne powitanie i to, że lód jest jego ulubionym żywiołem. Czarownik go zignorował. Poszli za Moniką po szeregu dachów, przeskakując niewysokie szczeliny między budynkami. Wreszcie Monika otworzyła klapę w jednym z dachów i zeszli na dół. Mieszkanie, do którego weszli, było o wiele porządniejsze od poprzedniego. Umeblowane było podobnie jak mieszkanie Vita, ale było więcej krzeseł, a zamiast półek – regał. Leżała na nim jednak tylko jedna książka. Monika zdjęła ją i oddała Vitowi. - No, wreszcie – powiedział. - Z ust mi to wyjąłeś – odezwał się głos. Vito nie tracił czasu na sprawdzanie, kto mówi, po prostu odwrócił się i uwolnił strumień ognia, prosto w Sangvine’a. Stwór zdołał się odsunąć, ogień osmalił ściany. Łyskawka zareagował jeszcze prędzej niż Vito, miotając w Cieniołaków za Sangvine’em wiązkę światła. Monika uniosła dłonie i zdmuchnęła troje z nich wodną falą…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gwiazda Piołun
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…