Wróć do katalogu

Łyskawka i Włócznia Wiedzy v.1

Ostatnia część trylogii Łyskawki. Ze względu na obszerność tekstu podzieliłem go na dwie części. V.2 będzie gotowe wkrótce. Ze względu na porzucenie opowieści na długi czas mogą występować pewne nieścisłości fabularne.

Gwiazda Piołun, opublikowano , 1 godz. 19 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Obudził go ryk wściekłości i dziwny, przepełniony mściwą satysfakcją śmiech. Zerwał się z łóżka, pewien, że to jego nowy wróg przyszedł po niego. Jednak nie: gdy się rozejrzał, wiedział już, że Jasper Ignotus jest daleko, a on, Łyskawka, leży na łóżku w pokoju w gildii magii, ulokowanej w lasach między Kalisią a Koźlątkowem. A Vito Zmierzch, do którego należał ten śmiech… Tak, Vito już im nie zagrozi. Łyskawka, Monika Kwarc i gildia magii zaatakowali zamek Vita Zmierzcha, jednak ten ostatni nie poległ z ich rąk, a własnie poprzez zdradę Ignotusa. Zanim jednak odszedł w zaświaty, zabrał ze sobą starożytny skarb – Włócznię Wiedzy. Teraz zarówno Ignotus, jak i magowie gildii chcieli ją odzyskać, wiedząc doskonale o możliwościach, jakie niesie. Zdumiewające, ile może się wydarzyć w dwa tygodnie, pomyślał Łyskawka. Przez ten czas on i reszta przygotowywali plan działania, przemaglowali wszelkie możliwe wypadki i doszli w końcu do tego samego wniosku, co na początku – Łyskawka, Monika oraz magowie, którzy zgłoszą się na ochotnika, udadzą się pod ziemię, aby odszukać Włócznię i w miarę możliwości ciało Vita. Ktoś zastukał do drzwi i wszedł. - Arthurus nas wzywa – powiedziała Monika. – Zebrał magów do pomocy. - Ilu? – zapytał Łyskawka. - Jeszcze nie wiem. Chodź na dół, to się dowiemy. Ich pokoje, na czas pobytu w gildii, mieściły się na najwyższym piętrze wieży Arthurusa Serathe’a, Starszego gildii. Przeszli pięknymi, dębowymi schodami i wyszli przez ukryte półką z książkami drzwi do jego pokoju. Spodziewał się tłumu, a ku swojemu zdumieniu ujrzał tylko czworo – Arthurusa i trzech innych magów. Arthurus wstał - Witam, panie Łyskawka. Panna Kwarc przekazała, że ochotnicy się znaleźli? - Tylko trzech? – zapytał Łyskawka. - No cóż, większość magów uważa Włócznię za mit, część za diabelski pomiot, część boi się konsekwencji walki z takim przeciwnikiem, jakim jest Ignotus. Tylko ci trzej zgłosili się na ochotnika. Pierwszy mag miał ciemne włosy, sterczące we wszystkie strony, gęste brwi i mocno zarysowaną szczękę; był trochę niższy od Łyskawki i zdecydowanie najniższy z całej grupy. - Marcin Sosna, mag legnicki. - Witam was – powiedział wesoło Sosna, podchodząc do nich i uściskując im dłonie. Trzeci mag wyglądał o wiele mniej przyjaźnie od Sosny. Miał ciemne włosy, prawie czarne oczy i twarz do połowy zasłoniętą wysokim kołnierzem płaszcza i chustą. Stał oparty o kominek, spoglądając spode łba na grupę. - To jest… - zaczął Arthurus. - Sirocco, mag ze Wschodu – mruknął ciemno ubrany mag. – Adept powietrza i ziemi. - Tak, dokładnie – powiedział Arthurus. – I ostatni z ochotników, Vincent Sayle. Ten wyglądał najdziwniej spośród całej grupy. Tak jak Skogul, miał dwukolorowe łuski – czarno-złote, jaszczurzą głowę o ostrym zarysie, złociste oczy bez źrenic, żółte zęby i pazury, odziany był w płaszcz, na nogach miał czarne spodnie; nie nosił butów, widzieli jego pazury u nóg. - Łowca do wynajęcia – podsumował Vincent, kłaniając się z uśmiechem. - Macie też mapę podziemnych korytarzy, ale sięga tylko do poziomu trzysta metrów w głąb – powiedział Arthurus, podając Łyskawce kawałek pergaminu. – Dalej będziecie musieli zdać się na Vincenta. Jest jedynym magiem, który zszedł poniżej tego poziomu. Łyskawka spojrzał na mapę. Na małym kwadracie była zanotowana droga do tunelu, natomiast większy zajmował większość pergaminu i opisywał drogę w dół. - Nie traćmy już więcej czasu – powiedział, składając pergamin i wsuwając go do sakwy. – Idziemy tam natychmiast. Dasz nam jakiegoś konia, żeby niósł rzeczy? - Dam wam coś lepszego – odparł Arthurus, wstając z krzesła. – To był dla mnie wielki zaszczyt cię spotkać, panie Łyskawka. Mam nadzieję, że was jeszcze spotkam... albo że chociaż usłyszę, że wróciliście. - Możemy już iść? – mruknął zza kołnierza Sirocco. - Nie gorączkuj się tak – odparł Sosna, przechodząc obok niego. Sirocco odprowadził go powolnym wzrokiem, który Łyskawce nieprzyjemnie skojarzył się z machinami Vita. - No to, do zobaczenia – powiedział Łyskawka, ściskając dłoń Arthurusowi. - Bóg z wami. - Dla mnie wystarczy, że magia jest z nami. Wyszli na zewnątrz. Tam Łyskawka zobaczył parę dziwnych zwierząt, podobnych do pomarańczowych strusi. Miały szmaragdowe oczy i spokojnie szczypały trawę przy wozie, do którego były uwiązane. - Hm, ścierwojady niepospolite – powiedział Sosna, podchodząc, aby pogłaskać jednego. - Co to jest? – zapytał Łyskawka Monikę. - Duże nielotne ptaki, które żyją w lasach przy Koźlątkowie. Chętnie pomagają ludziom... Sirocco podszedł do jednego z ptaków, popatrzył z niesmakiem, jak Sosna głaszcze go po łbie i mruknął: - Paskudne, cuchnące zwierzęta. W tym momencie drugi ptak nagle uniósł nogę i kopnął go w brzuch z taką siłą, że Sirocco aż się zwinął i cofnął o kilka kroków. - Ale nie lubią, gdy się je obraża – dokończyła Monika. Sosna załadował się na wóz, siadając z tyłu, plecami do kierunku jazdy. - To co, ruszamy w drogę? – zapytał z uśmiechem, podczas gdy klnący Sirocco usiadł z dala od niego. Vincent podał Monice rekę, gdy wsiadała i przepuścił Łyskawkę, samemu sadowiąc się obok Sosny. Monika klasnęła w dłonie, ptaki obejrzały się i ruszyły przed siebie. - Dlaczego mam przeczucie, że to się źle skończy? – zapytał Vincent takim tonem, jakby pytał o szanse w loterii. - Noo, co tak pesymistycznie? – odparł Sosna. Uśmiech zdawał się nie schodzić mu z twarzy. – Pomyśl sobie raczej: skoro pewnie wszyscy zginiemy, to nie muszę się już martwić o długi ani o wrogów. Wszyscy poza Sirocco wybuchnęli śmiechem.

Dwa tygodnie wcześniej, w zamku Ignotusa. - Jeśli macie jakieś wyjasnienie, dlaczego uciekliście razem z Łyskawką, gdy zginął Vito, to lepiej się pospieszcie – warknął Ignotus. Amaja Szept, Sangvine Beast i Angelo Seraphine zostali zmuszeni do klęknięcia, skrępowano im ręce i nogi i wkrótce miała zostać dokonana egzekucja. - To bardzo proste, Ignotusie – odezwał się Sangvine. – Ruszyliśmy, aby ich złapać, ale w lesie czekała już cała armia gildii. Mieliśmy niby z nimi walczyć? - Opowiadanie bajek nigdy nie było twoją mocną stroną, Beast – powiedział Ignotus, ściągając z pleców miecz, którym zniszczył zamek skrzyni Włóczni w kopalni. Sangvine zamknął oczy, starając się nie myśleć o dźwięku, jaki będzie wydawać jego rozsypujące się ciało. - Zły pomysł – skomentowała Amaja. - Dlaczegóż to? – zapytał Ignotus, zwracając wzrok ku niej. - Armia złożona z samych maszyn to słaba armia. Brutalna siła tu nie wystarczy. Widziałeś, jak Żywiołacy łatwo ich okiwali. Bez generałów, takich jak ja i dowódców jak Sangvine i Angelo będziesz miał sporo trudu, aby nad wszystkim zapanować. Ignotus najwyraźniej uznał te słowa za przynajmniej częściowo słuszne. - Cwana jesteś – powiedział, chowając miecz. Sangvine odważył się otworzyć oczy. – Ale jeśli okaże się, że w czasie wyprawy pomagasz po cichu Łyskawce i jego ludziom, to odnajdę cię choćby i w piekle. - Wyprawie? – Sangvine uniósł łeb. – Gdzie nas wysyłasz? - Do podziemi – powiedział Ignotus. – Odnajdziecie Włócznię Wiedzy, zanim zrobi to Łyskawka. Macie dwa tygodnie, aby się przygotować. Po czym opuścił komnatę. - Dwa tygodnie? – zapytał Sangvine, wyczarowując kulę ognia, która spaliła sznury. – Dwa tygodnie na skompletowanie oddziału, przystosowanie go do działania pod ziemią, przygotowanie niezbędnego sprzętu? Coś mi mówi, że egzekucja jednak się odbędzie. - Bądź dobrej myśli, Sangvine – powiedział Angelo, gdy ten go rozwiązywał. – Ignotus nie zaryzykuje posłania siły swojej armii na nieznany teren. Pójdziemy w szóstkę. - Szóstkę? – zapytała Amaja. – Zaraz, ja, ty, Sangvine i…? - Klemens, Fabian i Aleks – dokończył Angelo. - Przecież Ignotus nie da nam generałów. - Myśl jak Jasper, Amaja – powiedział łagodnie Angelo. – Wyśle ich, aby nas szpiegowali. Musimy ich nakłonić, aby z nami współpracowali. Włócznia nie może dostać się w ręce Ignotusa – dokończył z naciskiem. – Vito chciał zaprowadzić porządek, choć wybrał sobie zły sposób… Jasper będzie chciał władzy nad światem.

Amaja poszła do generałów, aby powiedzieć im o planie, jednak coś ją tknęło. Wciąż nie wiedziała, komu są wierni. Klemens na pewno by jej posłuchał, jednak Fabian i Aleks to inna bajka – posłuchają tylko swojego dowódcy. Dlatego przywołała go do swojej komnaty, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać. Wytłumaczyła mu, co i jak. Ale on odparł: - Daj spokój, Amaja. To nie wyjdzie. Ignotus jest za silny, aby z nim walczyć. Jeśli spróbujecie kombinować, będziemy musieli was zatrzymać. Amaja spojrzała na niego najbardziej pogardliwym wzrokiem, na jaki było ją stać. - Myślałam, że wraz z umysłem Vito przeniósł w tę zbroję też twoje serce. Widocznie się myliłam – założyła hełm i wyszła z komnaty. Osłona głowy pomogła jej ukryć drobne łzy.

Powóz Łyskawki i jego grupy toczył się szeroką przecinką między dwiema ścianami lasu. - Gdzie właściwie jest wejście do tego całego podziemia? – zapytał Sirocco, przerywając milczenie. - To nie jest właściwe pytanie – powiedział, wciąż wesoło, Sosna. - A jak ty byś to ujął? – odparł Sirocco, z gotowością do kłótni w głosie. - Pytanie powinno brzmieć: co należy zrobić, aby się do wejścia dostać? Sirocco otwierał już usta, aby coś odpowiedzieć, ale nagle się zawahał. Najwyraźniej zauważył drugie dno tego pytania. - Dobre pytanie – skomentował Vincent. – Co wiemy o strażnikach tego miejsca? Łyskawka zerknął na mapę. - Nie ma tu żadnych ostrzeżeń. - Gdy patrzysz na nazwę, ona również nie zawiera żadnych ostrzeżeń – odparł Sosna. – Musisz użyć rozumu, aby ją zauważyć. - To znaczy? - Dajmy na to „Wielkie Bagno”. Mocna nazwa, żeby obrazić jakieś miejsce. Ale dopiero, gdy się zastanowisz, to dojdzie do ciebie, że bagna są śmiertelnie niebezpieczne. - Przy następnej zagadce wyduszę z niego prostszą odpowiedź – mruknął Sirocco do Vincenta. - Powiedz mi coś, Sirocco – odparł na to Vincent, - skoro jesteś takim socjopatą, to dlaczego się do nas przyłączyłeś? Sirocco przez chwilę patrzył mu w oczy. - Moja sprawa – mruknął, odwracając się. - Możesz nam powiedzieć – wtrącił Sosna. – I tak wszyscy zginiemy, więc nikt cię nie wyda. - Powiedzmy, że dbam o zdrowie – odparł. - A, i wszystko jasne – Sosna rozłożył szeroko ramiona w geście zrozumienia. – Cierpisz na jakąś chorobę i liczysz, że podczas swych licznych wędrówek znajdziesz na nią lekarstwo. Sirocco spojrzał na niego, jakby chciał go zgnieść. Łyskawka uznał, że lepiej się wtrącić. - No, a ty, Sosna? Czemu się do nas przyłączyłeś? - Jestem magiem Roślin – odparł. – Podróżuję tu i tam, zbierając rzadkie okazy i chroniąc takie, które mogą wymrzeć. Rośliny są fascynujące. Nie mają oczu, a widzą, nie mają uszu, nosa ani skóry, a czują. Nie mają serca, a żyją. - On nie ma mózgu, a kombinuje – mruknął cicho Sirocco do Vincenta. Łowca spojrzał na niego z niesmakiem. - A ty, Vincent? – zwrócił się do niego Łyskawka. – Skąd jesteś? - Z takiej jednej wyspy na południowym zachodzie – odparł. – Ale będąc szczerym, żyłem tam przez dwadzieścia osiem lat. Bo widzicie, nasi ludzie żyją dwa razy dłużej niż wasi. Teraz mam osiemdziesiąt cztery, czyli jestem w średnim wieku. - A co cię skłoniło do wyprawy? - Jestem łowcą nagród. Bez fałszywej skromności, jednym z najlepszych w swoim fachu. Przemierzyłem cały kontynent, szukając ofiar i skarbów za odpowiednią cenę – tu zachichotał i zakrył uśmiech dłonią. – O rany, nigdy nie zapomnę tego polowania na czterech kurdupli z pierścionkiem. Wprawdzie mi uciekli, ale zabawa była przednia. - Gdzie to było? - Gdzie? O kurczę… Zaraz sobie przypomnę… - podrapał się po policzku, myśląc intensywnie. – Nie, nie pamiętam. Coś ze środkiem i ziemią. Las powoli gęstniał, przecinka robiła się coraz węższa. Wóz zaczął ocierać się o gałęzie. Wreszcie nad drogą wyrósł baldachim gałęzi, przepuszczających tylko odrobinę słońca. Sosna zaczął uważnie spoglądać na drzewa. - Ej, słyszycie? – zapytał. - Nie, i co? – odparł opryskliwie Sirocco. Łyskawka także niczego nie słyszał. Drzewa szumiały całkiem normalnie, ściółka nie wskazywała na niczyją obecność. Monika również rozglądała się uważnie, ale niczego nie dostrzegła. - Jeśli mogę coś powiedzieć… - zaczął Sosna. - Nie, nie możesz – przerwał mu Sirocco. - Dlaczego? - Bo drażnisz ludzi. Zwłaszcza tych, którzy mogą cię przerobić na unoszony wiatrem proch. Sosna zrobił taką minę, jakby miał się rozpłakać, ale najwyraźniej tylko udawał, bo po chwili na twarz powrócił mu jego zwyczajny uśmiech. - Cóż, skoro nie chcecie mnie słuchać – powiedział, - to nie powiem wam, że otoczyła nas grupa uzbrojonych, leśnych wojowników. Obrażam się i sami na to wpadnijcie. - Grupa kogo? – zapytał Łyskawka, ale Vincent już dostrzegł niespodziewanych przybyszów. Wszyscy byli odziani w stroje ze skóry, chyba jeleniej, nosili ze sobą długie włócznie, ale najwyraźniej nie zamierzali ich użyć – trzymali je na plecach. Łyskawka obrócił się ku Sosnie. - Skąd wiedziałeś? Sosna wzruszył ramionami. - Jestem magiem Roślin. Drzewa mi powiedziały. Wojownicy otoczyli polanę, na którą wjechał wóz. Ścierwojady trochę się zdenerwowały, ale nie uciekły. - Kto wchodzi na teren naszego plemienia? – zapytał najokazalszy z wojowników. Mógł mieć ze dwa metry wzrostu, skórę rąk wybrzuszoną od mięśni, miał zarzuconą na plecy skórę niedźwiedzia, wyprawioną w taki sposób, że łeb mógł służyć za kaptur, a w łapy z pazurami wsunąć dłonie jak w rękawiczki. - Łyskawka, władca Kalisii. A kto pyta? - Michał Twardy, prawa ręka Andrzeja Skrytego, wodza naszego plemienia. Zaczekaj – rzucił w stronę jednego z wojowników, który powoli sięgał po włócznię; ręka zamarła w pół drogi. – Co was tu sprowadza? Jesteście przygotowani do drogi, ani razu się nie obejrzeliście czy dobrze idziecie, więc wnioskuję, że trafiliście tu celowo. - Szukamy wejścia do podziemi – powiedział Łyskawka. – Wiemy, że znajduje się gdzieś tutaj. Michał popatrzył na nich przez chwilę, a potem odwrócił się i skinął palcem. - Idźcie za mną. Wóz wjechał na wąską dróżkę prowadzącą do kolejnej polany. Znajdowała się tam mała wioska złożona z drewnianych chat, krytych strzechą. Pośrodku znajdował się plac, na którym znajdowały się ślady po ognisku, a na skraju wioski widniały dwa wysokie, gładkie pale. - Wódz oczekuje – powiedział Michał, wychodząc z najokazalszej chaty. Łyskawka i Monika weszli do środka. Wódz był bardzo stary, miał długie siwe włosy i pomarszczoną twarz, ale jego oczy błyszczały bursztynowym kolorem jak u dwudziestolatka. Siedział na drewnianym krześle okrytym skórami. - Witam was – powiedział słabym głosem, wstając. Przy kominku kręciła się kobieta w średnim wieku, Łyskawka uznał, że to albo jego żona, albo gospodyni. – Michał powiedział mi, że szukacie tu wejścia do podziemnych korytarzy. - Dokładnie tak – powiedział Łyskawka, - ale wolałbym zatrzymać w tajemnicy, po co. - Nie szkodzi – kiwnął głową wódz. Gdy wstał, Łyskawka zobaczył, że ma bardzo długą, brązową szatę ozdobioną geometrycznymi wzorami. – Ale za wskazanie wejścia trzeba zapłacić. - Mamy złoto. - Nie, chodzi mi tu o coś innego – wódz skierował się do wyjścia. – Zaraz wam pokażę. Wyprowadził ich na zewnątrz, skinął na Michała Twardego i razem poszli w stronę dwóch pali na skraju wioski. Vincent, Sosna i Sirocco już za nimi szli. - Jedno z was musi pokonać Michała Twardego we wchodzeniu na pal – powiedział. – Jeśli wygra, pokaże wam, gdzie jest wejście. Jeśli przegra, pozwolimy wam odejść, ale pod ziemię was nie wpuścimy. Możecie też odejść bez walki. - Po moim trupie – powiedział Sirocco, kierując się ku palowi, ale Łyskawka go zatrzymał. - Nie, ja to zrobię. Zdjął z siebie zbroję, aby się odciążyć, pozostawiając tylko rękawice. Na lewo Michał zginał i rozprostowywał palce, przygotowując się do turnieju. - Na mój znak… - powiedział wódz, unosząc dłoń. – Zaczynać! – opuścił ją, a Michał i Łyskawka wskoczyli na pale i zaczęli się wspinać. Zadanie okazało się trudniejsze, niż Łyskawka się spodziewał. Wspinał się już co prawda po palach, ale nigdy nie spotkał aż tak dokładnie obrobionych. Po prostu nie było się czego uchwycić. Natomiast potężna postura Michała pomagała mu we wspinaczce: po prostu przyciskał się do pala i sprawnie wspinał. Sosna obserwował uważnie pojedynek. - Nic z tego – skomentował. – Te pale są zbyt śliskie. Nie uda mu się, chyba że… - Chyba że, co? – zapytał Vincent. Sosna nie odpowiedział, tylko wykonał dziwny ruch rękoma i w tym samym momencie na całej długości pala w regularnych odstępach wystrzeliły długie gałęzie. Łyskawka spojrzał ze zdumieniem na tę nieoczekiwaną pomoc, także Michał, będący już w połowie drogi, zamarł. Łyskawka jednak szybko się otrząsnął i zaczął wspinać po gałęziach jak po drabinie. - Chyba że mu trochę pomogę – dokończył Sosna.

Co prawda, Łyskawka nie wspiął się na górę tak, jak tego oczekiwano, ale wódz uznał mu tę pomoc za „innowację”. Wsiedli do wozu i wraz z Michałem Twardym udali się w stronę, gdzie, jak obiecywał wódz, znajdowało się wejście do podziemi. Szli tak przez jakieś pięć minut, kiedy wyszli na kolejną, tym razem nie zasłoniętą polanę, gdzie znajdowało się wzniesienie całkowicie pozbawione roślinności; w jego zboczu zobaczyli wejście – jaskinię otoczoną wapiennymi skałami na wzór progu i futryny. - No, to jesteśmy – powiedział Michał. – Wasz wóz tam nie wjedzie, jeśli chcecie, to mogę go zabrać do wioski. - Zgoda – powiedział Łyskawka, podchodząc do niego. – Dzięki serdeczne za pomoc. Możecie zawsze liczyć na pomoc Kalisii. - I nawzajem – odparł Michał, ściskając mu dłoń tak mocno, że gdy już odszedł, Łyskawka jęknął i złapał się za palce. - Chyba rozumiem, czemu nazywają go „Twardym” – powiedział, wsadzając dłoń pod ściekającą ze skały wodę. Sirocco z powątpiewaniem spojrzał na niewielkie wejście do środka. - Myślicie, że w ten sposób dojdziemy pod zamek Vita? Przecież jest wiele mil stąd. - Myślę, że jest w tym coś głębszego – powiedział Sosna. - Znowu zaczyna z zagadkami – Sirocco pacnął się otwartą dłonią w czoło. Vincent zwrócił głowę w stronę Sirocco. - Wierzysz, że istnieje jakiś wewnętrzny wszechświat, inny świat, którego zwyczajnie nie możesz dosięgnąć? - Wierzę, no i co? - Wewnętrzny wszechświat? – zapytał Łyskawka. – O czym ty mówisz? - Łysek, chyba zapominasz, że odwiedziliśmy jeden – powiedziała Monika. – Pamiętasz Ithranę? - Pamiętam, ale… Vito mówił, że po prostu nas przeniosło w inne miejsce. - Bo on nie wierzył w alternatywne światy, z wyjątkiem dwóch – piekła i nieba. - Wejdźmy już może do środka? – zasugerował Sirocco, wskazując na wejście.

Amaja, Sangvine i Seraphine mieli więcej szczęścia – wytropili wejście od trudniejszej, ale za to wyludnionej strony. Obchodzili własnie szczyt, gdy Sangvine syknął: - Kryjcie się! Idą! Odsunęli się z powrotem w samą porę – wóz Łyskawki wychynął zza krzaków. Usłyszeli jak mówi do Michała Twardego: - Dzięki serdeczne za pomoc. Możecie zawsze liczyć na pomoc Kalisii. - I nawzajem. - Puszczamy ich przodem? – zapytał Sangvine. - Dobra – odparł Seraphine. – Ale pamiętajcie: i my, i oni muszą znaleźć Włócznię. Będziemy im dyskretnie pomagać. Gdy Łyskawka i jego grupa zniknęli w górze, odczekali moment i poszli za nimi.

Wewnątrz jaskini było dosyć jasno – wciąż nie byli dość głęboko, a w ścianach były szczeliny. Po twarzach łaskotał ich lekki, zimny, tunelowy wiatr. - To zdecydowanie nie jest jak ciepły, letni deszcz – skomentował Sosna. Sirocco podniósł za jego plecami kamyk wielkości korka i cisnął nim prosto w bark Sosny. Sosna wrzasnął krótko i padł na ziemię. Sirocco, po raz pierwszy odkąd go spotkali wydał dźwięk, który można było uznać za śmiech. - Tak własnie bywa w tunelach, Sosna. Byłem tu już raz, to jest – nie tutaj, ale w tunelach, i wiem, czym to grozi. Więc pamiętaj – nie jesteśmy na wycieczce. Sosna wciąż się uśmiechał, ale jakby bladziej. Grupa szła mniej więcej na tym samym poziomie, kiedy doszli do zakrętu, za nim jednak droga zaczęła gwałtownie opadać. - Rany, ale ciemno – powiedziała Monika, pochylając się w przód. Naraz usłyszeli, jak coś spada w dół, a obok nich przemknął kamień. - Intruzi? – zapytał Vincent. - A my nie jesteśmy intruzami? – zapytał wesoło Sosna. - Jak wyjdziemy, przypomnijcie mi że mam go zabić – mruknął Sirocco. Czekali, wpatrując się w górę, ale nic się nie stało. - Na pewno za nami idą – powiedział Łyskawka. – Monika, weź Ostrze i oświetlaj drogę. Ja i Sosna pójdziemy na tyłach. Monika złapała rzucone jej Ostrze i natychmiast zapłonęło ono jasnym światłem. Łyskawka i Sosna szli z tyłu, obserwując wejście za nimi. Nagle, gdy zeszli niżej, pojawiła się wielka ściana wody, sunąca prosto na nich. Łyskawka i Sosna cofnęli się, ale w tym samym momencie Sirocco wybiegł naprzód i wbił rękę w nadpływającą falę. Momentalnie cała masa wody zamarzła. - No, moje gratulacje, Sirocco – powiedział Sosna. – Właśnie zamroziłeś wyjście. - Będziemy się tym później martwić – odparł Sirocco. – Lód naruszył konstrukcję tunelu! Od ścian i sklepienia zaczęły odpadać kolejne fragmenty skał. Łyskawka i Sosna jednocześnie unieśli ręce: sklepienie i ściany pokryła warstwa kryształów, a potem siatka z grubych pnączy. - Ruchy zsynchronizowane, zagrożenie wyeliminowane – skomentował Sosna. - Gada zagadkami i rymuje – Sirocco ukrył twarz w dłoniach. – Może faktycznie niepotrzebnie zamrażałem wejście. Poszli dalej, w głąb.

Sangvine, Amaja i Seraphine obserwowali wejście. - Myślisz, że zdążyli coś wymyślić? – zapytał ten ostatni. - No pewnie, przecież woda stoi zamiast płynąć dalej – odparła Amaja. - Co z nami? – zasyczał Sangvine. - Co? - Jak MY wejdziemy? - Bardzo prosto. Seraphine, pochwal się. Seraphine podszedł do skały i wsunął w nią rękę. Sangvine popatrzył na to z lekkim zdumieniem. Seraphine wysunął rękę z powrotem. - Złapcie się za ręce i wchodzimy – powiedział. - Czekajcie – powiedział głos za nimi. Na polanie pojawiły się trzy maszyny: błękitna, zielona i biała. - Klemens? – zapytała ze zdumieniem Amaja. – To… zmieniłeś zdanie? - Może i nie mam oczu, ale twój wzrok dalej działa na człow… - powiedział i urwał, przypominając sobie, że już nie jest człowiekiem. – No, wiesz o co mi chodzi. - Wasze zagadki i uczucia są bardziej pokręcone niż mój ogon w wilgotne dni – mruknął Sangvine. - Idziemy z wami – powiedział Aleks, ukryty w zielonej zbroi. – Ignotus nic nie wie, myśli, że was śledzimy. - No to w drogę – powiedział Seraphine i wprowadził całą grupę przez ścianę do korytarza.

Grupa Łyskawki schodziła coraz niżej. Sam Łyskawka zauważył, że ściany korytarza coraz mniej przypominają… twory naturalne. Ściany były zbyt gładkie jak na wyrzeźbione przez erozję, ale również nie znał rzemieślnika, który potrafiłby pracować na takiej głębokości. - Spójrz na to – powiedział nagle Vincent. – Co to może być? Pocierał opuszkami dłoni jakiś symbol na ścianie jaskini. Wyglądał jak zębatka. - Co może oznaczać? - Ktoś, kto stworzył ten symbol – powiedział Sosna, - musiał wiedzieć, że nie każdy może go odczytać. Musi zatem mieć ukryte znaczenie. Obejrzyjcie go dobrze. Łyskawka przyjrzał się zębatce i nagle zauważył, że część symbolu została wytarta: jeden z ząbków był tak naprawdę strzałką, z której starto element wskazujący. Monika też go zauważyła i przysunęła do niej dłoń: strzałka znów stała się wyraźna. - Czyli tędy? – zapytał Sosna. – Czy „tu jest pułapka”? - Przekonajmy się – powiedział Vincent i zerwał kilka łusek z ramienia, które zaraz odrosły. Rzucił je na ziemię, a łuski zaczęły się zmieniać: wyrosły im ogony i pojawiły się owadzie głowy. Zaczęły przypominać larwy Robaków. Gdy skinął dłonią, popełzły naprzód przez korytarz. - Idziemy, pięć kroków za nimi – uprzedził i poszli szlakiem wyznaczonym przez łuski. Droga nie była usłana pułapkami, jak się spodziewali. Łuski pełzły posłusznie przez korytarz, nie zwalniając i nie skręcając. Wreszcie przystanęły.

Spojrzeli w dół i zamarli. W dziurze wielkości sporego stołu widniało coś, co wyglądało jak… niebo. Niebo o zachodzie słońca, różowo-pomarańczowe. Po niebie płynęły białe chmury. - Mam zwidy? – zapytał Sosna. - Choć jesteś pewnie nie-ten-tego… tym razem nie – odparł Sirocco. - Jak sądzicie, co jest w dole? - Zaraz wam powiem – odparł Vincent. Jego oczy, wlepione w dziurę, zaczęły świecić coraz mocniej i mocniej, aż patrzenie w nie stało się bolesne. - Dziwne. - Co? - To „niebo” ma kilka metrów wysokości. - Że jak?! - Patrzcie – powiedział i skoczył w dół. Przebił się przez barierę chmury, która zakrywała widok w dół. I wówczas z dziury wyleciał kamień, niechybnie rzucony przez Vincenta. - Wchodzimy – powiedział Łyskawka i skoczył w dół. Za jego przykładem poszła reszta. Gdy Łyskawka zeskoczył na dół, jego oczom ukazał się nezwykły widok. Byli w rozległej jaskini, jednak gdzieś pięć metrów nad nimi zaczynało się niebo. Unosiło się na nim kilka obłoków. Monika zeskoczyła obok niego. - Wszystko jasne – powiedziała z satysfakcją. – Widzisz to podłoże? – opukała przypominającą kryształ ziemię pokrytą nieco pyłem. – Pod spodem coś się świeci. To „niebo” to tylko odbicie. A „chmury” to obłoczki ciepłej pary. Musi tu gdzieś być podziemne źródło.

Błękitna błyskawica przemknęła obok nich, rozbijając się o skałę. Dwa kroki dalej i to mogła być ich skóra. - Stać! – coś odpadło od ściany i wylądowało zgrabnie na ziemi. – Kim jesteście i co tutaj robicie? Gdy pył wzniecony wybuchem nieco opadł, Łyskawka spojrzał w kierunku głosu. Zobaczył tam znajomą sylwetkę… - Vito? – zapytał, podchodząc. Wówczas jednak okazało się, że młodzieniec stojący przy skale jest bardzo podobny do Vita… ale to jednak nie on. Miał jaśniejsze włosy i ciemniejsze oczy. Odziany był w ciemny płaszcz i znacznie nowsze ubranie niż grupa. Był też widocznie młodszy od Vita: podczas gdy Zmierzch był po dwudziestce, tak jak Łyskawka, ten tutaj mógł mieć góra siedemnaście lat. Na plecach miał potrójny futerał: jeden miecz był wsadzony na skos, a jeden pionowo. Trzeci z nich trzymał w ręce. Był nadpęknięty wzdłuż górnej krawędzi, ale Łyskawka go poznał. - Skąd to masz? – zapytał. - Hę? - Znam ten miecz. Skąd go masz? I skąd się tu wziąłeś? Nieznajomy popatrzył na niego spode łba. Wyglądał na tak samo asocjalną osobę co Sirocco. - Mogę odpowiedzieć tylko na jedno twoje pytanie, przybyszu – odparł. Ku ich zaskoczeniu, nagle się zmartwił. – Nie wiem, kim jestem, ani skąd się wziąłem. Nazywam się Chris Alies. A jeśli chodzi o te miecze… Spojrzał na jeden z kamieni i usiadł na nim. - To było dwa tygodnie temu. Nagle obudziłem się w innej jaskini, wiele mil stąd. Nic nie pamiętałem. Nie wiedziałem, jak się nazywam, jaką magię uprawiam ani gdzie jestem. Obok mnie leżały potrzaskane szczątki jakiejś tarczy i czterech mieczy. Jeden był całkiem rozwalony, a trzy nadawały się jeszcze do użytku, więc je wziąłem. Wtedy znaleźli mnie strażnicy. Zaprowadzili mnie do Technokracji. - Powtórz – powiedział nagle Vincent, podchodząc do niego i łapiąc za ramiona. - Technokracji. Leży niedaleko. Jej król był pod takim wrażeniem tego, co umiem, że wziął mnie do straży. Odbywałem patrol tej sekcji, gdy nagle tu wpadliście. Dlatego was zaatakowałem. - Możesz nas zaprowadzić do miasta? - A mogę wam ufać? - Więc my powiemy ci, czego szukamy – odparł Łyskawka. – Szukamy naszego byłego przyjaciela, który wpadł do podziemi dwa tygodnie temu. Nazywał się Vito Zmierzch. Ku ich zdumieniu, z ust Chrisa wydało się krótkie warknięcie, podobne do kota niezadowolonego z polowania. - Vito Zmierzch… - powiedział powoli, z nienawiścią w głosie. – Nie wiem dlaczego… Ale mam wrażenie, że odpowiada za wszystko, co złego przydarzyło się w moim życiu. Dla Łyskawki, to wydawało się logiczne. Jeśli chłopak znalazł się w miejscu, gdzie zginął Vito, to zapewne ciało Vita albo jego fragment musiał na niego spaść, wywołując amnezję. Nie wiedział, co się stało z jego ciałem, ale wówczas przypomniał mu się główny cel wyprawy. - Chris – odezwał się, - czy może… Leżała w twoim pobliżu włócznia o dwóch ostrzach? To dla nas bardzo ważne. Chris, który wchodził do tunelu w ścianie, odwrócił się. - Ja nic nie wiem – powiedział Chris. – Ale być może w mieście będą. Chodźcie.

Sangvine, Amaja i Seraphine wędrowali dłużej niż Łyskawka, bowiem zamierzali przekraść się pod zamek, aby tam zacząć poszukiwania, wbrew woli Ignotusa. Kiedy jednak dotarli do jednej z komór, ujrzeli coś równie niezwykłego, co Łyskawka. Pole Włóczni Wiedzy. Była to taka sama jaskinia, jak ta w której wylądowali Łyskawka i jego drużyna, ale „niebo” było jeszcze niżej, a po horyzont było widać Włócznie Wiedzy, wbite ostrzami w ziemię. - Jasny gwint, co jest? – zapytał Sangvine, podchodząc do najbliższej. Wziął ją do ręki, gdy ta nagle stanęła w płomieniach. - Ałaaaj! – krzyknął, odskakując. – Poparzyło mnie. - Musi się naprawdę mocno palić – zauważył Seraphine, podchodząc do włóczni. – Niewiele rzeczy jest w stanie przepalić łuski Sangvine’a. - A, kawaleria przybyła – odezwał się nagle głos. Brzmiał, jakby dobiegał zewsząd dookoła. - Vito? – zapytała Amaja. – Żyjesz? Gdzie jesteś? - Nie, nie żyję. Ten głos to tylko iluzja, którą tu zostawiłem w ostatnich chwilach życia. Pomyślałem, że byłoby lepiej, aby zajęło wam trochę czasu, zanim odnajdziecie Włócznię, żeby gildia mogła się wami zająć. Nie martwcie się – chcę, aby wam zajęło to parę tygodni, ale nie całe życie. W końcu gildia też musi ją znaleźć. - Wszystko się zmieniło, Vito – powiedział Seraphine. – Nie jesteśmy z Ignotusem. Stoimy po jednej stronie. Nastała cisza. A potem.. - Przykro mi. Nie wierzę wam – odparł Vito i jego głos nie odezwał się więcej. - Człowieku! – warknął Sangvine w stronę nieba. – Mamy kryzys, a jemu się na fochy zbiera. - Seraphine, możesz sprawdzić, gdzie jest prawdziwa Włócznia? – zapytała Amaja. - Vito na pewno się przed tym uchronił... ale warto spróbować – powiedział Seraphine. Usiadł na nabliższym kamieniu i zamknął przyłbicę hełmu. Wewnątrz, na wypolerowane powierzchni, pojawiła się wizja. Widział białe kontury Sangvine’a, Amaji, maszyn i fałszywych Włóczni. Wiedział, że prawdziwa będzie nieco inna i będzie miała inny kolor. Ale... - Coś jest nie tak – powiedział powoli. Przed jego hełmem pojawiła się jego projekcja, która odleciała i wniknęła w ścianę. Po kilku minutach otworzył hełm. - Włóczni tu nie ma – powiedział, wstając. - Że co? – zasyczał Sangvine. - Zabrali ją. Wiele mil stąd jest portal, ukryty... Nie wiem, dokąd prowadzi, ale wiem, że Łyskawka i reszta już tam idą. Z kimś jeszcze. - Więc ruszajmy za nimi – powiedział Aleks. - Minutkę – uniosła dłoń Amaja. – Jest nas dużo, a portal na pewno jest chroniony. Idę o zakład, że ten dodatkowy w drużynie pozwolił im przejść... a na pewno odkryją trzy maszyny, faceta w zbroi ze skrzydłami i innego z ogonem. Ci dwaj ostatni spojrzeli po sobie i zachichotali. - Co was tak bawi? - Wybacz, Amaja – odezwał się Seraphine, - ale to ty jesteś najsłabszym ogniwem. - Słucham?! - Wiem coś o takich portalach. Łatwo znajdą człowieka w zbroi. Ale Klemens, Fabian i Aleks są maszynami. Ja noszę zbroję, której, dobrze o tym wiem, nie można wykryć. A Sangvine... cóż, on właściwie nie jest człowiekiem (Sangvine za jego plecami uśmiechnął się szeroko), sądzę też, że jego łuski stanowią pewną ochronę. Więc jeśli już kogoś wykryją, to ciebie. - Więc, jakaś sugestia? – Amaja, wyraźnie urażona, skrzyżowała ręce. - Pomyślimy – odparł Sangvine, rozbijając kamień pod stopą.

Łyskawka i jego drużyna poszła za Aliesem, wszyscy (poza Sirocco) z dziwnym uczuciem, że skądś go znają. Vincent, Monika i Sosna wymieniali uwagi, gdy Łyskawka starał się nawiązać kontakt z Chrisem. - Więc co się stało? - Że nic nie pamiętam? - No właśnie. - Nie mam pojęcia. Doskonale pamiętam ostatnie dwa tygodnie, odkąd osiedliłem się w Technokracji i nic poza tym. - Liczyłem, że może gdy zobaczysz kogoś z powierzchni, coś sobie przypomnisz. - Ale nie zadziałało. Dotarli do miejsca, przy którym Chris sie zatrzymał. - Jesteście pewni, ze chcecie tam wejść? – zapytał, wskazując na portal: srebrną linię biegnącą po ścianach i sklepieniu, a pośrodku absolutne nic. – Niektórzy dostają świra, gdy widzą nasz świat. - Skoro ktoś taki jak ty nie ześwirował – odparł szorstko Sirocco, - to ja na pewno. Włazimy i już. Chris zmierzył go wzrokiem i wkroczył w portal, znikając. Reszta ruszyła za nim.

Po drugiej stronie powitała ich kolejna jaskinia, bardzo krótka – miała może trzydzieści stóp długości. Łyskawka pierwszy podszedł do wyjścia za Chrisem i aż oniemiał. - Technokracja wita – powiedział Chris, wskazując na miasto. Było niezwykle rozległe, Łyskawka jeszcze nigdy nie widział tak wielkiej osady. Miasto mogło mieć powierzchnię kilkuset kilometrów kwadratowych, a po horyzont wypełniały je białe budynki, wysokie, z nieznanego Łyskawce metalu lub kamienia i szkła o niesamowitym odcieniu. Gdzieś pośrodku miasta płynęła rzeka, a nad nią były przerzucone cztery czy pięć mostów. Wiele mil przed nimi widniało ogromne jezioro wypełnione błękitną wodą. Niebo było czyste, blade, bez jednej chmurki. W powietrzu unosiły się statki powietrzne, wydmuchując chmury białej pary. Były to srebrne kadłuby, podczepione do balonu w kształcie cygara, a dysze na końcu nadawały im kierunek lotu. - Widziałem to już kiedyś – zauważył nagle Łyskawka. – Seledine przyleciał czymś takim do Kalisii. - Półtorej roku temu jakiś bubek wyniósł księgę, w której zapisano konstrukcję statków – powiedział Chris. – Nie zdziwiłbym się, gdyby to był właśnie ten wasz Seledine. Sosna spoglądał na park, umieszczony w północnej części miasta. - O, i to jest dobre – powiedział z uśmiechem. - Ale nie za bogate – odparł Chris. – Nasze ekspedycje są bardzo rzadkie. Nie możemy się wychylać, rozumiesz? - Z taką twarzą to oczywiste – skomentował Sirocco. Nawet się nie obejrzał, jak Chris nagle pojawił się za nim i zrzucił w dół zbocza. Sirocco stoczył się boleśnie na sam dół, gdzie legł u stóp strażników. - O, bracie – powiedział Sosna z takim uśmiechem, że niemal pękły mu policzki, - to początek nowej, wspaniałej przyjaźni. - Epickiej, powiedziałbym – dodał Chris. Na dole strażnicy zmusili Sirocco aby wstał, przykładając mu końce włóczni do gardła. - W porządku, oni są ze mną – powiedział Chris, schodząc po wykutych w skale schodkach. – Ale tego możecie traktować, jak wam się podoba. Sirocco spojrzał z nienawiścią na Chrisa, podobnie jak wcześniej patrzył na Sosnę. Drużyna skierowała się do grupy statków powietrznych, zgromadzonych nad urwiskiem. Wsiedli do takiego samego sterowca, jak na niebie. Z przodu, pod spodem kadłuba widniała szklana kopuła w kształcie jajka – tam znajdowała się sterownia. - Łaa... i to ma latać? – zapytał Vincent. - Jak najbardziej – odparł Chris, chwytając stery. Sterownia była wyłożona drewnem, tylko sekcja kapitana była metalowa. Nad kopułą szła kładka z pojedynczej metalowej belki. – Ale nie uniósłby się, gdyby nie połączenie magii z nauką. Widzice to? – zapytał, wskazując na płytę, na której wyrysowany był model statku. – To są kryształy powietrza. Między fragmentami takiego kryształu istnieje nierozerwalna więź. Jeśli jeden z nich jest aktywny, to drugi też. Patrzcie. Przyłożył dłoń do kryształu i wówczas zajarzył się on na zielono, a statek łagodnie uniósł się w górę. - Tak to działa – powiedział. – Nadaj mu odrobinę swojej energii, a statek będzie w powietrzu. Statek zrobił koło i poleciał w stronę najokazalszego budynku w mieście – potężnej cytadeli z białej skały. - Gdzie nas zabierasz? – zapytała Monika. - Do Sao Lenga – odparł Chris. – Jeden z ostatnich potomków twórców Włóczni Wiedzy. - Vito mówił, że w pobliżu Kalisii żyje jeszcze jeden – zauważył Łyskawka. - Prawowitych potomków – poprawił Chris. – Chu Li, żona Hai Lenga – dawnego władcy, była kobietą o dość... elastycznych zasadach moralnych. Wszyscy, którzy nie byli prawowitymi synami lub córkami Lenga, zostali wyrzuceni z Technokracji. - A co z Chun? – zapytał Vincent. - Hai był człowiekiem miłościwym – odparł Chris. – Pozwolił jej odejść wraz ze swoimi dziećmi, choć mogła zostać zabita. Interesujące, nie? - Skąd wiadomo, że Sao i reszta są dziećmi Lenga? – zapytał Łyskawka. - Dobre pytanie. I odpowiedź jest prosta. Każdy w rodzinie Lenga rodzi się ze znamieniem. Maleńkim, chińskim znakiem, czytanym jako „smok” na lewej łopatce. Stąd właśnie to nazwisko. „Leng” po chińsku oznacza „smok”.

Grupa Amaji dotarła do portalu. Problem polegał na tym, że strażnicy już zdążyli zmienić Chrisa i stali przy tunelu. - Co z tym? - Zostaw to mnie – odparł Aleks, ukryty w białej zbroi. Schował się przy krawędzi tunelu i gdy strażnicy wyszli z niego do komnaty z „niebem” – zdzielił ich obu w twarz, powalając na ziemię. - Mam nadzieję, że ich nie zabiłeś – powiedział Seraphine, badając puls jednemu z nich. – W końcu to by było niezgodne z doktryną Vita, no i zwłoki niepotrzebnie rzucają się w oczy. - Nigdy nikogo nie zabiłem, tak jak Fabian czy Klemens, czy też Vito i tej tradycji będę się trzymał – odparł Aleks. – Portal jest nasz. - Sprawdzę go – powiedział Fabian i wszedł do środka. Po chwili wychylił się jeszcze raz. - Czysto.

Sirocco stał przy szklanej kopule i patrzał w dół, kiwając się lekko i trzymając za brzuch. - Co ci jest? – zapytał Sosna. - Nic – warknął Sirocco. – Po prostu... nie lubię latać. - Masz lęk wysokości, tak? – trajkotał Sosna pomimo ciągłych warknięć Sirocco. – Nie martw się tym. Da się z nim żyć. Znam wielu wspaniałych ludzi którzy mają lęk wysokości. Czasem dadzą komuś uciec, bo umie latać, ale mimo wszystko... - Żeby cię tak demon...! – warknął Sirocco, jeszcze bardziej się krzywiąc. - Ej! – zawołał Vincent z drugiego końca kopuły. – To był naprawdę nieuprzejme, Sirocco, przebija wszystko do tej pory. - No, dobra, przepraszam – ustąpił Sirocco. - O co chodzi? – zapytał Chris. - Demony to pasożyty – wyjaśnił Vincent, podchodząc. – Paskudne stworzenia, zawieszone między światem materialnym a duchowym. Dla zarażonego nie ma ratunku: demon sprawia, że ciało zaczyna się rozkładać, powoli i czasem boleśnie. - Klemens mówił, że zapadł na rzadką chorobę i dlatego Vito zbudował dla niego nowe ciało – powiedziała Monika. – Nie zdziwiłabym się, gdyby chodziło właśnie o demona. - Kończcie rozmowy, ci którzy je prowadzicie – przerwał Chris. – Zbliżamy się do Cytadeli. Znów przyłożył dłoń do kryształów i tym razem zgasły one powoli, a w miarę jak ciemniały, statek opuszczał się w dół. Chris wyszedł pierwszy ze statku, pokazał strażnikom insygnia na ramieniu i grupa została poprowadzona korytarzem do sali tronowej Lenga. - Uprzedzam, że Leng jest trudną osobą – powiedział szeptem Chris, zatrzymując się z dłonią na klamce. – Jeśli macie jakąś sprawę, która jest dla was ważna... to być może on będzie chciał w zamian jakiejś przysługi. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Sala nie była aż tak potężna, jak w zamku Vita, ale wciąż robiła wrażenie ze względu na przeróżne urządzenia stojące tu i ówdzie. Tron był wykonany z ciemnego, podobnego do węgla metalu ozdobionego czerwonymi i złotymi kamieniami szlachetnymi. Leng stał przy oknie i odwrócił się, gdy weszli. - Witaj, królu – Chris skłonił się nisko. – Ci podróżnicy chcieli by z tobą porozmawiać – i cofnął się na bok, dopuszczając Łyskawkę i resztę do Lenga. - Witajcie, witajcie – powiedział entuzjastycznie władca, potrząsając ręką Łyskawki. – Jestem Sao Leng. A wy jesteście...? - Jestem Łyskawka, król Kalisii…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych