Małagłówka
spotkanie dziwnego człowieka w dziwnym swiecie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Małagłówka
Jedliśmy żółte, jeszcze niedojrzałe czereśnie, siedząc na wysokim kamiennym murze starego sadu księdza proboszcza. Lipcowe słońce grzało rozkosznie. Machaliśmy nogami i pluliśmy pestkami jak najdalej, a kury ze smakiem połykały pestki. W dole rozpościerał się szeroki widok na srebrną Odrę. Niezapomnianie pachniał świeży, koński obornik na ulicy w tle oddalającego się wozu z sianem i stukających miarowo kopyt. Któż mógł wiedzieć, że za parę lat koń nawet tutaj będzie, niczym archeopteryks w zmieniającym się z Bożej Łaski świecie ? Reagan właśnie dusił lewiatana, w którego wnętrznościach umieraliśmy i rodziliśmy się, trawieni już od prawie trzech pokoleń, a magowie robili wszystko, żebyśmy po wypatroszeniu bestii nawet tego nie pamiętali. W dzień, gdy zagłuszarki nieco odpoczywały, wpatrywaliśmy się rytualnie w ten dziwny, niezrozumiały dla nas wówczas świat na kanale zachodnioniemieckiej telewizji, chyba BRD. W zaśnieżonym i zawsze bez głosu ekranie celebrowaliśmy słowo WERBUNG, zwiastun niezwykłości, epifania dobrobytu i wolności (wówczas myśleliśmy że to jedno i to samo): pieniącego się mydła, kolorowych tub past do zębów, czekoladowych cudów, pięknych butów i dżinsów, bez przyczyny uśmiechniętych ludzi i czego tam jeszcze… Tylko dziadek, żołnierz Września i Akowiec, gorzko mruczał: - A oni robili z nas mydło i przegrali wojnę… - i znowu dusił się od astmy i spluwał flegmę za piec, zerkając ukradkiem czy babcia tego nie zauważy. Nie wiedziałem o co mu chodzi. „Czterej pancerni i pies” oglądałem namiętnie już od paru lat prawie rok w rok, a żołnierze sowieccy, którzy niekiedy przejeżdżali z jednej bazy do drugiej przez nasze małe miasteczko, zawsze częstowali nas kanfietami za paczkę KLUBOWYCH, a i kanister paliwa znaleźli lub kolorowy telewizor w czołgu za inne wiktuały. Cóż było robić ? Od południa rysował się na lazurowym niebie daleki, wielki obelisk orła na Górze Czcibora. Rok temu, kiedy wakacje dobiegały końca i suchy sierpień wysuszył połacie wrzosowisk na północno wschodnim stoku, jeden z nas – Rysiek, dzisiaj nic o nim nie wiadomo, odkąd zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej i po 3 latach przestał pisać listy do matki, być może zginął gdzieś w równikowej dżungli trafiony kulą murzyńskiego bohatera, dla hecy podpalił suche wrzosowiska i detonacjom powojennych niewypałów nie było końca przez dwa dni. Ogień tlił się w torfowisku jak w cygarze, co chwila tylko wystawiał łeb i wyrzucał grudy ziemi w górę lub świszczał nabojami w powietrzu. Wojsko, ORMO, Milicja, cały ten mundurowy zwierzyniec z całej okolicy postawiono na baczność. SB szybko dorwała Ryśka. Rysiek miał twardy charakter. Szybko stracił ojca. Był uczciwy. Zawsze ogorzała twarz, trzeźwy umysł, po czasie dowiedziałem się, że był wnukiem po mieczu żołnierza Wehrmachtu; mutacja szybko ukróciła dziecięcą bezkarność, bo chociaż ciało jak na szesnastolatka miał jeszcze drobne, chłopięce, to jednak jego głos i męska twarz z miękką szczecinką, po każdej głupiej psocie ściągała gromy głównie na niego. Dlatego szybko zhardział i stawał się jeszcze bardziej niezależny od otoczenia i w tym dzielnie trwał. Potrafił rzucać się na dwa razy większego od siebie przeciwnika i nigdy nie płakał, gdy przyszło mu zbierać cięgi. Poprzez swoją wolność coraz bardziej stawał się samotny, aż wreszcie wyjechał w nieznane... Gdyby urodził się tysiąc lat wcześniej, pewnie by zginął pod sztandarem margrabiego Hoddona jako dzielny knecht Richard. Arek, wysoki blondyn, z szerokimi jak łopaty zębami z przodu, miał talent w budowaniu szałasów w lesie i kopaniu ziemianek, zresztą dzisiaj chyba buduje domy i jest majętny. Miał pięciu braci i był bardzo biedny, dlatego pracowity. Rodzice pochodzili z Wołynia, ale po wołyńskim piekle chcieli stamtąd uciec, tym bardziej, że po Kainowych zbrodniach nadciągnęli Sowieci z nową obietnicą raju, wyłapując podstępnie ostatnich Akowców, żołnierzy którzy jako jedyni bronili tak zaciekle ludności przez całą okupację nie zważając na politykę. I uciekli jako repatrianci tutaj, na stare, prapolskie ziemie, jak głosiły plakaty. Piotrek, podły charakter od urodzenia, z helisą DNA wygiętą w liczbę 666, patrzący zawsze na boki, złodziej, kłamca i seksualnie zdeprawowany już chyba we wczesnym dzieciństwie, dziś już nie żyje, umarł w więzieniu. Nie wiem skąd pochodziła jego rodzina, ale widział od dziecka straszne rzeczy w swoim domu, doświadczył zła jeszcze przed uświadomieniem sobie jego istnienia. Słów matka i ojciec nie używał już od Komunii Świętej. Gorzała uczyniła z ich domu piekło, a w więzieniu umarł jako wielokrotna recydywa, gdy odsiadywał wyrok za zbrodnię, podobno na tle seksualnym. Wokół nas pachniały sosnowe lasy, łąki pełne kwiatów i grzybów po deszczu, w trzcinie buszowały szczupaki, które później piekliśmy na ognisku. Nie widzieliśmy piękna przyrody, bo byliśmy jej częścią. Właśnie, gdy planowaliśmy, co będziemy dziś robić, na końcu ulicy pojawiły się dwie postacie. Dwaj chłopcy jeden w naszym wieku, a drugi o parę lat od nas młodszy. Nie znałem ich. Tylko Piotrek rzekł z szyderczym uśmieszkiem: - Patrzcie kto idzie. Będzie wyżerka… Im bardziej chłopcy przybliżali się do nas, tym bardziej dziwił mnie wygląd jednego z nich, aż w końcu przeraził. Był to bardzo szczupły, średniego wzrostu chłopak, który idąc powłóczył końcem każdej stopy o ziemię, jakby był pajacykiem. Od razu pomyślałem o Pinokio. Na tych wahliwych nogach, patykowatych rękach i korpusie o wklęsłej klatce piersiowej, ponad tą całą jakby niewprawnie drutem skręconą pacynką, górowała głowa czy raczej… - Cześć Małagłówka ! – tak po prostu odezwał się Rysiek i było w tym zawarte wszystko, co mnie tak przeraziło, a czego nie mogłem nazwać. - Cześć wszystkim ! – trochę sepleniąc, rzucił Małagłówka. Jego przezwisko opisywało schorzenie, któremu uległ – mikrocefalizm. Miał wyraźnie mniejszą głowę od naszych, głowę łysą, ale na tej małej twarzy były oczy duże, przenikliwe i ciemne, zaś uśmiech, ciągły uśmiech jak małe witalne zwierzątko skakał ciesząc się wszystkim dokoła. Oczy miałem wbite w to dziwo i otwartą gębę, aż wreszcie nasze spojrzenia się spotkały. Poruszył zaropiałymi powiekami, uśmiechnął się i podał mi rękę. Zrobiło mi się głupio i już nigdy nie starałem się patrzeć na niego jak na eksponat w formalinie, chociaż w mej chorej wyobraźni od razu zobaczyłem czarno-białe zdjęcia „eksperymentów” Mengele, chluby aryjskiej nauki i medycznych koncernów Rzeszy, od których za parę lat w mej wolnej Polsce miałem kupować nawet aspirynę… Małagłówka wyciągnął do nas szarą, papierową torebkę pełną najróżniejszych cukierków, a my rzuciliśmy się jak wygłodzone szpaki, bo cukierkiem czekoladowym, duszą cukiernictwa, a zgagą socjalizmu, wtedy nikt nie częstował. Małagłówka jadł dużo słodyczy, zęby miał przeżarte próchnicą od ich nadmiaru, my zaś od braku dobrej pasty i pieniędzy na prywatnego dentystę... Potem wyciągnął drugą torebkę, w której były bordowe, słodkie i wspaniałe czereśnie jak kawałki soczystego mięsa. - I co tam Małagłówka, jak się czujesz ? – rzucił Piotrek z przyrodzonym sarkazmem, prostując jednocześnie kolorowy papierek po cukierku na udzie. - Coraz gorzej, głowa mnie boli i nie czuję pleców ? – przyzwyczajony do podobnych pytań odrzekł mikrocefal. - Jak to nie czujesz pleców ? – zagadnął Arek. Kolega Małejgłówki, może najwyżej trzynastoletni, zadbany i sympatyczny chłopiec, syn pary nauczycielskiej, który dotychczas stał milcząc i przysłuchując się rozmowie, wziął głęboki oddech i wyrzucił z siebie fontannę słów jak humbak morską wodę: - On nie ma bólu na plecach i nawet skóra go nie piecze jak się kłuje igłą… Małagłówka uśmiechnął się, a jego witalny uśmiech jak mała psina z merdającym ogonkiem zalizywał nas wszystkich i rozbrajał. - Wbijasz sobie szpilki w skórę i nic nie czujesz ? – spytał wyraźnie zazdrosny Piotrek. - Tak, ale tylko na plecach nic nie czuję, na nogach i rękach troszkę jeszcze czuję…, ale już coraz mniej. – zasmucił się i znowu pomerdał swoim uśmieszkiem. - Daj, spróbuję. Mogę ?! – nie odpuszczał Piotrek. Małagłówka zadowolony z tego, że wywołał takie zainteresowanie rówieśników i mógł być tym, który decyduje w co się koledzy będą bawić w wakacyjny dzień bez zastanowienia odrzekł: - No pewnie ! – i znów zamerdał uśmieszkiem. Piotrek, jak przystało na urodzonego sadystę znanego na całej ulicy z eksterminacji nieszczęsnych kotów i nawet psów, pośpiesznie zaczął szukać jakiegoś narzędzia eksperymentu. - Przestań wariacie i spieprzaj ! – krzyknął pośpiesznie Rysiek do Piotrka. – Małagłówka idź już do domu ! Piotrek mignął agrafką w powietrzu, a w jego oczach błyskał już ognik, który w historii zostawiał po sobie zgliszcza Rzymu, Troi, Warszawy... Trochę się z Ryśkiem poprzepychał, wyrzucił z siebie potok obrzydliwych słów i błagalnie patrzył na Małągłówkę głaskając go po malutkiej, łysej główce, niczym po strusim jaju. Ten widząc z radością, że tak wiele od niego znowu zależy, bez namysłu zarzucił swe chude rączki za ramiona i zgrabnie ściągnął z pleców koszulkę, ukazując bladą, wybiedzoną, suchą skórę i parę zaschniętych ran oraz siniaków. Był to żałosny widok. - Kłuj ! – krzyknął dzielnie, wyraźnie upajając się tą chwilą, że jest kimś od kogo wiele zależy, a że własna zjawiskowość była jedynym sposobem na ściągnięcie uwagi rówieśniczego grona beznamiętnie dodał: - Moje plecy są jak deska. Piotrek nie dał się drugi raz prosić. Powoli wbijał ostrze agrafki, aby po chwili zapiąć ją na skórze jak na kawałku bielizny bez guzików i zaczął się śmiać tym pustym śmiechem jaki zapewne rozchodził się echem po rzymskich świątyniach, gdy Atylla oglądał Koloseum. Wszyscy patrzyliśmy z niedowierzaniem. Małagłówka rzeczywiście nic nie czuł, a z rany wypłynęła mała kropelka jego chorej krwi. Piotrek opętany niezwykłymi możliwościami zjawiska tryskał różnymi pomysłami dalszych autopsji, aż wreszcie upojony zawczasu swoim pomysłem wyciągnął z kieszeni papierosa i powoli odpalił go, wszyscy sztachnęliśmy się Popularnym, a „geniusz zła” spojrzawszy na żar peta spytał z akademickim spokojem: - Na ogień Małagłówka… – sztachnął się i wypuścił dym - …też jesteś odporny ? - Nie wiem, chyba też… – odpowiedział szczerze. Nie chciał tracić rezonu, gdyż najczęściej wśród dziecięcych drapieżników był zwykłym pośmiewiskiem lub ofiarą, chciał odpowiadać na pytania, decydować i imponować chłopcom swoją odwagą, chciał być razem z nami, a że był niedorozwinięty na ciele jak również na umyśle bez wahania odparł: - Możemy spróbować ! Piotrek tylko na to czekał, twarz jego zajaśniała radością odkrywcy, ale i powagą metodologicznych wyzwań. Jakich użyć narzędzi, aby sprawdzić najrzetelniej efekt końcowy tak rzadkiego badania, tym bardziej że może się ono odbyć tylko raz ? - Idźcie wszyscy do piwnicy Artka, ja tam za chwilę będę ! – rzucił w natchnieniu Piotrek i pobiegł w kierunku swojego domu. Pobiegliśmy, jak rozkazał, gnani niezdrową ciekawością tajnych cudów natury. Małagłówka chyba jednak trochę nieświadom tego, co ma się stać, biegł jak tylko mógł najszybciej; prowadził Artek, Rysiek nie odpuszczał Małejgłówki na krok, ja zaś wlokłem się z tyłu razem z tym miłym i dobrze wychowanym chłopcem niczym dwaj politrucy. Dzieci to tylko trochę szczersi dorośli, a rodzimy się wszyscy takimi jakimi musimy umrzeć. W piwnicy były ziemniaki i półki pod sufit pełne słoików oraz dużo…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mars
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…