Wróć do katalogu

Małość z Turbacza

Nowela - to jest powolne zawiązanie akcji, punkt kulminacyjny i szybkie rozwiązanie. Tłem są wspomnienia z podróży na Turbacz, próba wykorzystania języka do opisu przyrody. Filozoficzny wniosek wysnuty z błahego epizodziku.

lukkad, opublikowano , 15 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wyszli na nieokiełznaną i malowniczą przestrzeń, gdzie jedynymi władcami o tej porze roku byli król wiatr i kapitan mróz. Razem dokonywali cudów, a ich dzieła widoczne były gołym okiem. Zawsze współpracowali ze sobą bardzo intensywnie, czego najwyrazistszym owocem były liczne, zakute w lodowe skafandry jodły – mieszkanki owej magicznej przestrzeni. Jednak tego dnia nasi wędrowcy, najwyraźniej zupełnie nieświadomie, korzystali z profitów małego sporu pomiędzy obydwoma żywiołami. Ostatniej nocy nad ową przestrzeń zakradła się mgła. Kapitan mróz, najwyraźniej zainteresowany nowymi formami gnębienia choinek, rozpoczął zabawę z mgłą i figlując z nią pomiędzy zmrożonymi gałązkami pomalował wszystkie drzewa bielą bajecznej szadzi. Nie spodobało się to najwidoczniej wiatrowi. Zaraz z rana rozpędził mgłę i pozwolił rozprawić się słońcu z efektami tajemniczych gierek dwóch nocnych sprzymierzeńców. I to sprawiło, że tego dnia nasi turyści mogli delektować się wspaniałymi widokami i cieszyć się przyjaznym ciepłem styczniowego słońca. Szli bardzo wytrwale ledwo widoczną w blasku słońca ścieżyną. Na tych przestrzeniach wyglądała ona jak wąziutka blizna szpecąca gładkość białego i mocno zmrożonego śniegu. Ale ta blizna pełniła bardzo ważną funkcję, gdyż to ona prowadziła turystów do bezpiecznej przystani schroniska na Turbaczu. Jednak dla Krysi i Lucjana wyznaczony szlak był najwyraźniej zbyt wąski i nagle wskoczyli w głęboki śnieg. Jak się okazało obydwoje zostali oczarowani pięknem smutnej jodły przybranej w lodową suknię. Brnęli poprzez głębiny zmrożonego śniegu. Lucjan miał nadzieję, że twarda skorupa śniegu nie zapadnie się pod smukłym kobiecym ciałem Krysi, i że będzie ona jak prawdziwy tolkienowski elf opierała się prawidłom natury. Niestety tonęła ona w morzu białości, co natychmiast stało się przedmiotem jego komentarza: - A widzisz, nie jesteś żadnym elfem. - A właśnie, że jestem – odpowiedziała ze znaną sobie stanowczością. - Właśnie, że nie jesteś, ale..., ale dam ci jeszcze jedną szansę - Jaką? - Zobaczymy dziś po zmroku, czy widzisz w ciemnościach. - No jasne. W końcu jestem prawdziwą elfką – wyrzekła i po tych słowach stanęli przy drzewie. Teraz z bliska mogli podziwiać lodowe dzieło zimowych żywiołów. Suknia pani jodły była swoistym majstersztykiem. Była miejscami jak wielka czapa lodu okalająca niewinne gałązki drzewa, powstała z najlepszych śniegowych gwiazdek importowanych znad Atlantyku, kilkakrotnie przewianych przez wiatr, z lekka przetopionych w promieniach zimowego słońca i starannie przymrożonych do siebie nawzajem. Stanęli w zadumie przyglądając się smutnemu życiu jodły przynoszącemu postronnemu obserwatorowi multum niezapomnianych doznań artystycznych. - Ustawcie się na tle tego cudu – zrobię wam zdjęcie – przerwała tą naturalną, dziką a zarazem pełną melancholii zadumę nadchodząca Tosia. Była pełna zapału i od dłuższej chwili szukała zwierzyny do swoich bezkrwawych, fotograficznych łowów. Lucjan wypatrzył jedną z gałęzi. Była tak mocno zmrożona, a jednocześnie tak mocno przywierała do ziemi, że postanowił wykorzystać ją jako tron. Wybór był trafny i już po chwili rozsiadł się wygodnie na swoim nowym siedzisku. Obok zauważył drugą gałąź, która jednak była bardziej ośnieżona niż zmrożona. Ale miał nadzieję. Nadzieję na to, że tym razem śnieżny tron zdzierży napór nikłego, kobiecego ciała Krysi. Przywołał ją do siebie, a ona zaakceptowała ten niezbyt trafny jak się okazało pomysł. Smukła elfka siadła i ... znowu zawiodła. Zdążył ją jednak chwycić męskim ramieniem i podtrzymać przez kilka chwil. To wystarczyło, aby nawet mało wytrawny majster od robienia fotografii zdołał wykonać swojej powinności. Tosia szybko sprężyła się i krótkie pstrykniecie było zwiastunem nadziei, że za kilka dni będą mogli zobaczyć siebie na małym obrazku popijając herbatę w ciepłym mieszkanku. Po zrobionym zdjęciu był już tylko upadek elfki w śnieg. Lucjan szybko zareagował. Wstał z tronu, podał rękę tonącej, postawił ją na nogi i zaczął otrzepywać z śniegowych plastrów, które przyczepiły się do jej kurtki. Obawiał się, że słońce zacznie przetapiać śnieg stawiając dziewczynę w dyskomforcie wędrówki w mokrym ubraniu. Do tego nie chciał dopuścić. Wrócili na cienką bliznę szlaku. Przenikali przez biały ocean pomiędzy nielicznymi jodłami. Cisza znudziła Lucjana. Spokój otaczającej przyrody sprawił, że zostawił on jej piękno i wybiegł na pastwisko własnego świata, który mieszkał w jego głowie. Myślał o piękności niektórych uczuć, małości człowieka, bezrobociu i ... - Jaki piękny błękit nieba – wyszeptała Krysia. - Tak – odpowiedział wielce zmieszany Lucjan wyrwany z rozmyślania. Spojrzał na niebo i stwierdził, że mu się nie podoba. Było piękne, ale zimne. Lucjan kochał barwy natury, ale szczególnie preferował światło słoneczne. To ono nadawało wszelkim innym barwom ciepło i niepowtarzalności. Nie podzielił się jednak tymi spostrzeżeniami z Krysią, która nadal podziwiała zimowe niebo. Z wolna zaczęli przybliżać się do ściany lasu. Ale zanim zanurzyli się w jego głębinie, a właściwie zanim zaczęli iść jego skrajem, przeszli obok chatki. Obok domku stał samochód terenowy. Zdziwiło to trochę Lucjana, ale już po chwili uświadomił sobie fakt, że ich wąska blizna za chwilę połączy się z szeroką drogą, po której mogą poruszać się samochody terenowe. Obok domku bawił się mały smyk walcząc z nadmiarem śniegu. Wszystko to odbywało się pod bacznym okiem rodzica – tatusia, który zapewne był kierowcą owego samochodu. Przeszli obok miłej rodzinki w wielkim pośpiechu. Po chwilowym marszu szeroką drogą ponownie znaleźli się na wąskiej bliźnie, wśród głębokich śniegów. Z nagła wąska ścieżyna skrzyżowała się z szerokim zimowym traktem. To tamtędy weekendowi wczasowicze przedostali się do własnej chatki. Ale nie owa droga zaintrygowała wędrowców, ale gwałtowny hałas. Był on jak straszliwa plama szpecąca biel miejscowej ciszy. Wbił się w uszy turystów niczym brzęczenie fanatycznej muchy, która wpadła w ciszę pokoju pełnego oddechów odpoczywających letników podczas poobiedniej, niedzielnej drzemki. One tu nie pasowały. A jednak po to zostały stworzone, aby nieść pomoc, radość, wzrost adrenaliny wśród jeszcze większej głuszy niż tutaj. Szybko jednak odjechały. Skutery śnieżne, bo o nich mowa, przemknęły bardzo blisko Tosi, Lucjana i Krysi. Mimo wielkiej ciekawości ich wyglądu całun jałowców nie pozwolił im zobaczyć tych śnieżnych rumaków, jedynie musieli delektować się ich nieprzyjemnym warkotem, który nagle tak niespodziewanie urwał się, że wydawało się jakby przyroda sama zainterweniowała, pochwyciła hałas i zagłuszyła go ciszą. Wędrowali dalej. Przedarli się przez pierwsze otchłanie leśnych cieni i dotarli do miejsca, gdzie czekała na nich reszta grupy. Przy wielkim głazie - ołtarzu zatopili się w modlitwie południowej, wysławiając Tę, której barwy nosiło dzisiejsze sklepienie nieba. Ich modlitewne szepty wyrywał z ust wiatr, który niósł dźwięki z dala od ich uszów sporadycznie okradając poszczególne osoby ze słów wypowiadanych przez stojącego obok towarzysza. Pokrzepieni strawą duchową powędrowali dalej. I znowu grupa rozerwała się na dwie części, znowu otwarta ścieżka, jakby wstydząc się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych