Wróć do katalogu

MASKOTKA

Opowiadanie napisane na cześc mojej ulubionej maskotki

pabro68, opublikowano , 24 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na imię mam Mike i jestem małym, pluszowym niedźwiadkiem. Niektórzy, a zwłaszcza Ci, którzy długo i bardzo dobrze mnie znają, nazywają po prostu Miki. Nie traktuję tego ani jako błędu, ani jako obelgi. Pozwalam im na to uważając to za swego rodzaju skrót… Poczęty zostałem dziesięć lat temu. W miejscu szczególnym. Na desce kreślarskiej w kreślarni największego, do dnia dzisiejszego, chińskiego projektanta zabawek. W parę miesięcy później przyszedłem na świat na taśmie produkcyjnej największej w Szanghaju korporacji zabawkowej, jako kolejne już, cudowne dziecko szczęśliwego małżeństwa: ludzkiego geniuszu i niezawodnej techniki. Razem ze mną z tego miotu zeszło tego dnia z tej samej taśmy blisko sto tysięcy podobnych do mnie stworzeń, tak samo, jak ja doprowadzonych do perfekcji zarówno pod względem zdobniczym, jak i materiałowym. To się dopiero nazywa rozmach, mieć tylu braci. Od razu dano nam szczególną misję. Mieliśmy być skazani na sukces. Mieliśmy zalać sobą rynki całego świata, być w każdej witrynie sklepu z zabawkami, a gamą kolorów i pięknem oraz delikatnym dotykiem swego futerka przekonywać przechodniów, że wydanie na nas pewnej kwoty (wcale nie mieliśmy sprzedawać się drogo - wystarczająco, aby przeciętny człowiek mógł sobie na nas pozwolić) jest bardzo dobrym interesem. Takie zadanie postawiono nam już na etapie naszego poczęcia, nic więc dziwnego, że byliśmy piękni. Każde z nas, jedno do drugiego podobne, jak dwie krople wody, przypominało swoim wyglądem misia pandę. Różniliśmy się tylko miedzy sobą kolorami futerek. I tak ja miałem to najładniejsze: czarno - siwo – białe. Większość moich braci była odmiennych barw, spośród których najbardziej popularnymi okazały się jaskrawe kolory, takie jak żółty, pomarańczowy, czy ciemno zielony. Wszyscy natomiast mieliśmy dwie cechy wspólne: czterdzieści dekagramów wagi i osiemnaście centymetrów wzrostu… Ze swoimi braćmi nie było mi dane długo przebywać, albowiem zaraz po zejściu z taśmy produkcyjnej każdego z nas, w tym i mnie, zamknięto w pięknie zdobiony prostokątny kartonik z plastikową szybką z przodu, a następnie po pięćdziesiąt takich opakowań zapakowano do wielkich białych kartonów, by na koniec każdy z nich wysłać w innym kierunku świata… W swoim domku czułem się jak w klatce. Było tam ciasno, że nawet nie mogłem rozprostować kończyn. To skandal, żeby ktoś taki, jak ja przez tak długi okres czasu miał zapewnione warunki gorsze aniżeli śledź w beczce. Nim pozwolono mi wyjść z tego ciasnego pomieszczenia, minęła chyba wieczność. I tak nie miałem co narzekać, bo po wyjęciu z kartonika, natychmiast postawiono mnie w wielkiej witrynie nowojorskiego sklepu obok trzy razy większego ode mnie czołgu z plastiku. Reszta pięćdziesięcioosobowej wycieczki trafiła gorzej, bo na sklepową półkę gdzieś w głębi sklepu. Tak wiec los był dla mnie łaskawy, tym bardziej, że obok mnie znajdowało się mnóstwo różnych zabawek. Ciekawe czemu zawdzięczałem ów zaszczyt możliwości oglądania świata?... …O ile szerokość ulicy, to świat… Zależy jak dla kogo… Dla mnie wtedy to był świat, dzisiaj to tylko szerokość ulicy, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a właściwie to stania. A te wtedy i dzisiaj są jakże diametralnie różne. Wówczas to było wszystko, co miałem, nie ma się więc co dziwić, że cieszyłem się, iż mogę cokolwiek oglądać. A dzisiaj? Nawet bym nie spojrzał na to wszystko. Było to o wiele lepsze od ciasnego, ciemnego i śmierdzącego farbą drukarską kartonika, w którym mnie przetransportowano. Radowała mnie jeszcze jedna, rzecz. Oto mogłem swoje futerko, do którego pani ekspedientka ostrą szpilką przyczepiła karteczkę z napisem „15$” zasłaniającą moje prawe oko, okazywać przystającym po drugiej stronie dzieciom i dorosłym. I wtedy właśnie marzenia mojego producenta ziszczały się… Pomimo tego, iż patrzyłem jednym okiem, dobrze widziałem, jak niektóre z przystających po drugiej stronie dzielącej nas szyby istot, patrzyły niejednokrotnie pożądliwym wzrokiem w moim kierunku. Z początku bardzo mi się to podobało, bo wszyscy się mną zachwycali. Jednakże w pewnym momencie poczułem się jak dom wystawiony na licytację. Fala początkowego entuzjazmu zaczęła się szybko cofać, a na mnie prócz paprochów kurzu zaczęły spadać: niechęć i nieufność. Gdzieś zginęły iskierki z oczu zatrzymujących się ludzi. A i ja gdzieś zgubiłem swą świeżość. Zagubiłem piękno. A te istoty po tamtej stronie szyby wciąż przystawały, patrzyły takim miłym, ciepłym wzrokiem i… odchodziły. Rzadko która wchodziła do sklepu, a jeśli już weszła, to nigdy nie pytała o mnie. Nie wiedziałem komu mam wierzyć: sobie czy twórcom. Zwątpiłem w swoje piękno. Gdybym mógł się zawstydzić, na pewno uczyniłbym to… A tymczasem nadal stałem w sklepowej witrynie i czekałem na dzień, w którym uśmiechnie się do mnie szczęście, szukając wciąż w tłumie kogoś, kto by mnie kupił… Mijały dni, a może i miesiące, a ja wciąż stałem i stałem, nikomu niepotrzebny… Pewnego dnia wszedł do sklepu mały, nieśmiały chłopczyk, który oczami sięgał lady sklepowej i poprosił… o mnie! W sklepie było czterdzieści dziewięć innych mnie podobnych niedźwiadków, ale on chciał właśnie mnie. Czego nie robi się dla dzieci, więc kobieta za ladą uległa jego namowom i pozwoliła mu zdjąć mnie z miejsca, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, wręcz wydawało mi się, że przyrosłem do niego. Wziął mnie w ręce, ucałował, a po wyjściu ze sklepu – przytulił do piersi. Wiedziałem, co oznaczają te gesty. Nie ukrywam, że zawsze marzyłem o czymś takim, więc byłem szczęśliwy, bo oto nagle dziwnym zrządzeniem losu spełniły się marzenia. Najskrytsze sny. Oto w końcu ktoś się mną zainteresował. Stałem się dla kogoś ulubioną zabawką… Chłopiec zaniósł mnie do domu i postawił na honorowym miejscu – na środku półki. Potem długo na mnie patrzył. Nawet uśmiechał się do mnie wielokrotnie. Byłem bardzo szczęśliwy… Ale w chwilę potem lądowałem na… ulicy! To wyrzucił mnie przez okno jego ojciec, który wpadł w furię, gdy dowiedział się, na co jego syn wydał ostatnie pieniądze. Przy tym zapowiedział mu szlaban na wszystko przez najbliższy miesiąc… Płyty chodnikowe były bardzo twarde! Pamiętam to dokładnie. Upadek ten bardzo mnie zabolał. Najbardziej jednak chyba wewnętrznie. Chłopiec z łzami w oczach odniósł mnie spowrotem do sklepu, a po odebraniu należnej kwoty spojrzał raz jeszcze na mnie i dopiero wtedy odszedł. I tyle go widziałem… Zrobiło mi się i żal, i głupio. Chciało mi się płakać, ale zabawki podobno są bezduszne. Żal mój pogłębił się w momencie, kiedy zobaczyłem, że moje miejsce w witrynie sklepowej zajmuje czarno – zielono – czarny brat. Dopiero wtedy zrozumiałem złośliwość losu. Uświadomiłem sobie natychmiast, że odtąd jedynym moim miejscem egzystencji będzie mały kartonik, w którym przyjdzie mi żyć do końca moich dni. I niewiele się pomyliłem, albowiem pani ekspedientka włożyła mnie do owego kartonika i powędrowałem w nim na półkę podzielając tym los pozostałych moich braci. Znowu zapanowały niepodzielnie ciemność i ten przenikający na wskroś fetor farby drukarskiej… Przez najbliższy bardzo długi okres czasu pozostałem sam na sam ze wspomnieniami chwil spędzonych za szybą wystawową oraz z myślami o pierwszym moim właścicielu. To było takie gorzkie i smutne, że gdybym tylko potrafił płakać… …nie darowałbym sobie i zapłakałbym. Pewnego dnia coś szarpnęło moim domem i po chwili przestało. Po paru sekundach miało miejsce identyczne szarpniecie, które tak samo szybko skończyło się, jak rozpoczęło. Potem długo leciałem, by w końcu upaść razem ze skorupą, w której się znajdowałem na coś miękkiego. Co było dalej, nie pamiętam, bo… zemdlałem, ale po paru godzinach, gdy otworzyłem oczy, ujrzałem światło dzienne. Rozejrzałem się wokoło i po chwili zobaczyłem, że postawiono mnie pod wysoką (koniec jej ginął gdzieś pod sufitem), bardzo gęstą choinką przybraną różnokolorowymi świecidełkami, bombkami i łakociami oraz srebrnymi i złotymi łańcuchami, które serpentynowo oblekały ciemnozielone gałązki. Krótką chwilę potem trzymał mnie w swoich dłoniach brzdąc z uradowaną miną, który energicznym ruchem wyjął mnie z miejsca, w którym się znajdowałem i podniósł na wysokość swoich oczu. Lazurowego bodaj koloru. I znowu zacząłem wierzyć w to, że mogę być komuś potrzebny, ale niestety pomyliłem się. W parę dni później zostałem bowiem ofiarowany drugiemu brzdącowi, a ten z kolei przekazał mnie swojemu koledze. I tak kursowałem, jak pałeczka podczas biegu sztafetowego, z rąk do rąk, zagrzewając w nich, bądź nie zagrzewając w nich miejsca. Wszystko nie byłoby takie złe, gdyby wraz z tym przyszło miejsce w czyimś sercu. Niestety… Ale wreszcie te ostatnie ręce (to były chyba dziewiąte z kolei) przekazały mnie jako prezent paroletniemu chłopcu umierającemu w szpitalu na nieuleczalną chorobę. Tak twierdzili wszyscy wokoło. Był to podobno rak krwi… Miałem zatem zostać jego maskotką i chyba nią byłem, bo bardzo mnie lubił. Ja go również…, lecz on umierał. I w końcu… umarł, a ja znów zostałem sam… Nikt się mną nie zaopiekował, więc kilka dni później jakaś pielęgniarka wrzuciła mnie do wielkiego wiklinowego kosza, z którego przy pomocy zsypowej rury dostałem się na śmietnik. Tam też nie było mi dane długo egzystować, bo któregoś dnia znalazł mnie pracownik zakładu oczyszczania miasta i zabrał ze sobą. W domu wykąpał, wysuszył i następnego dnia zaniósł mnie do pobliskiego sklepu, a tam sprzedał za niewielkie pieniądze… Deja vu. Lecz tym razem nie trafiłem na wystawę a wręcz przeciwnie, wepchnięto mnie w najdalszy kąt półek sklepowych, wśród których egzystowałem kilkanaście miesięcy. Po tym czasie właścicielka sklepu, w związku z likwidacją branży, wystawiła mnie na licytację… Kupiła mnie na niej zgrabna jasnowłosa kobieta, która wrzuciwszy do pękniętej siatki zaniosła do domu. Tu włożony zostałem do szarego kartonu obok ołówków, kolorowych ciuchów i pluszowych psiaków, po czym wraz z tym wszystkim zapakowany w paczkę (zrobioną z tego kartonu) i wysłany pocztą w nieznane. Do kraju, którego ani położenia nie znałem, ani jego nazwy nigdy nie słyszałem. Do Polski… Kolejny raz światło dzienne ujrzałem dopiero po ośmiu tygodniach, kiedy to dłonie trzynastoletniego chłopca wydobyły mnie z mroków pudełka i osadziły na półce segmentu w jasnym kolorze. Tu przyszło mi wieść długie, samotne jak pustelnik życie, które trwało około sześciu miesięcy. Z tej segmentowej półki wiało nudą, gdyż tak, jak zostałem postawiony na niej, tak pozostałem już do końca… Do mojego nowego właściciela, którego wszyscy nazywali Sebastian, przychodziło wielu ludzi. Niektórzy z nich przejawiali nieraz mną nawet duże zainteresowanie. Nieliczni tylko przechodzili obok mnie do porządku dziennego. Wśród gości, którzy przeszli w tym czasie przez pokój Sebastiana, był tylko jeden, którego stosunek do mnie był szczególny – przynajmniej tak mi się wydawało. A może to była prawda?! Podobno był to kuzyn mojego właściciela, starszy od niego o siedem lat. Na imię miał Paweł i kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, miał tragiczną twarz. Poznałem go tego samego dnia, w którym zaległem na półce w sebastianowym pokoju. Pamiętam, jak dziś, że właśnie Paweł wziął mnie w swoje szorstkie, spracowane dłonie i oglądał chwilę jakąś, jakbym był najcenniejszym na świecie klejnotem, nigdy przez nikogo nie dotykanym. Przypominam sobie, że strużka łez popłynęła po jego policzku i po chwili, jak oparzony postawił mnie na półce. I zrobiło to na mnie tak niesamowite wrażenie, że od tego momentu głowę nie miałem niczym innym zaprzątniętą, jak właśnie Pawłem... Długo go potem nie widziałem, bo pół roku, ale nie mogłem o nim zapomnieć. Tęskniłem do niego, jak do ukochanej osoby. Pragnąłem wielokrotnie spocząć znowu w jego dłoniach. Szorstkich, spracowanych, ale jakże drogich. Sprawiedliwych. Nie znałem go, a jednak był mi bliski. Głupie…, nie?! Lecz prawdziwe… Co chwila stawała mi przed oczyma ta jego tragiczna twarz, prześladowała mnie jak mara. Wielokrotnie próbowałem dociec w swoim…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych