Wróć do katalogu

Megido

W wakacje student odwiedza małą amerykańską miejscowość. Okazuje się, że jego mieszkańcy mają pewien mroczny sekret...

SatorErwin, opublikowano , 1 godz. 30 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1

- Wymyśliłeś już sobie miejsce ? – spytał Scott. - Jeszcze nie, mam kilka pomysłów, ale wiesz jak to jest. Duży wybór to mało zdecydowania – odparł Mike. - Taaaaaa, ja już mam. Wybrałem sobie Górę Rushmore. - Twój wybór. Na razie Scott, dzisiaj mi się spieszy. - Na razie !! Mike skręcił w lewo i ruszył chodnikiem wzdłuż zachodniego muru Uniwersytetu Columbia. To jeden z ostatnich dni tego roku akademickiego, sesja (z trudem ) zaliczona. Pozostała tylko praktyka zlecona im na wakacje. Tym razem dostali wolną rękę, mieli sami wybrać sobie temat i miejsce i zrobić z tego porządny fotoreportaż albo coś około tego. Seria inspirujących zdjęć, w dowolnym miejscu USA. Okazuje się, że jednak zbyt duża dowolność rodzi jeszcze większe problemy. Zastanawiająca jest natura ludzka, jeśli nie ma wyboru waha się bo chciałby go mieć, jeśli ma wolałaby już mieć coś nakazane. Tym razem warto jednak poważnie się zastanowić bo to najważniejsze zadanie na studiach. Sztywniacy, na co dzień zwani wykładowcami, liczą na coś oryginalnego, coś czym adepci fotografii ich zaskoczą. Mimo iż Mike jeszcze nie wybrał miejsca swojej wakacyjnej pracy, wcale tego nie żałował. Taki Scott na przykład…. Góra Rushmore. Każdy jego wysiłek zostanie skwitowany przez egzaminatorów słowami w stylu „wie Pan prezydentów z Rushmore to ja już widziałem w każdym układzie, nie myślał Pan może o prawie albo innym kierunku gdzie nie potrzebna jest inwencja twórcza”. Trzeba więc wymyślić coś oryginalnego, tematu którego nie da się znaleźć w Google. Ale to później, w końcu nie można marnować takiego pięknego dnia.

2

Wieczór upływał mu jak każdy inny, który spędzał sam w swoim mieszkaniu. Oczywiście, był studentem więc wiele takich się nie trafiało ale Mike czasami lubił spędzić godziny zmierzchu przed telewizorem lub dobrą ksiązką i piwem w swoim własnym kacie. W sumie do kampusu miał jakieś 3 km, mógł mieszkać w akademiku, ale jego rodzice uparli się by kupić mu mieszkanie. Twierdzili, że mieszkając samotnie będzie mógł lepiej skupić się na nauce. Mike Lester nie urodził się w Ameryce. Przyjechał z Europy, ze Szwajcarii na studia do USA, to był jego pomysł na usamodzielnienie się od swoich staruszków. W przypadku ich rodziny pieniądze nie były problemem, nie żeby mieli w domu diamentowe kieliszki ale praca księgowych obojga rodziców pozwalała im na życie bez liczenia czy starczy do pierwszego. Wraz z upływem czasu, nudziło mu się skakanie po kanałach. Zgasił telewizor i postanowił przejrzeć trochę prasy. Times, Fokus i National Geographic z października poprzedniego roku. Spojrzał na niego z uśmiechem, do tej pory go nie przeczytał. Przewrócił okładkę i zaczął czytać komentarz naczelnego. Chris Jones poleca artykuł o wiosce amiszów. „ Wszystkie zabudowania wyglądają jak z początków kolonizacji, można tu poczuć prawdziwego ducha przeszłości, ba to nawet przeniesienie się ciałem, nie tylko duszą, do przeszłości. Podobne rzeczy, poza osadami amiszów, można spotkać w Stanach jeszcze tylko w miasteczku Arvens”. Miasteczko Arvens ? Nigdy o tym nie słyszałem – pomyślał Mike. Co tam jest ciekawego ? Niestety tych informacji z tego numeru się nie dowie. Poza tym jednym zdaniem nie ma nic więcej. Mike’a jednak to dziwnie zainteresowało. Miasteczko wyglądające tak jak trzysta lat temu. Jeśli to tylko budynki to nic dziwnego pewnie znajdzie się jeszcze dużo takich dziur w każdym stanie. Ale przecież Jones mówił o tym w kontekście wioski amiszów, może miał na myśli, że absolutnie wszystko jest jak kiedyś, ubrania, zachowanie ludzi, sprzęty. W takim przypadku to by było ciekawie. To byłby ciekawy pomysł na temat jego fotoreportażu. „Witamy w przeszłości”. Fotki ludzi w kapeluszach, uprawiających pola przy pomocy koni, ulice bez samochodów. Drogi bez stacji paliw. Domy bez telewizorów, pralek, zmywarek , ba może nawet bieżącej wody. Przy odpowiednim ujęciu temat może być naprawdę interesujący. Tylko gdzie jest to pieprzone Arvens ? Mike podniósł się ze swojego fotela i podszedł do półki na książki. Oprócz wielu albumów fotograficznych i kolekcji płyt Iron Maiden znajdował się tam atlas geograficzny. Dawno nie wyjmowany trochę się zakurzył. Mike otworzył go i zaczął szukać w indeksie nazw. Arvens, Arvens…. Szlag by to, nie uwzględnili tu tej wiochy. Może „wszechwiedzący” internet mu pomoże. Pierwsze strona Google nie przynosi jednak sukcesu na tacy. Druga, trzecia, czwarta…. Jest w końcu jakiś zapomniany blog podróżnika amatora, nie redagowany od 4 lat. Informacji tez nie jest zbyt wiele, ale na początek powinno wystarczyć. Arvens leży jakieś trzydzieści kilometrów na południowy – wschód od miasta Altus w Oklahomie niedaleko granicy z Teksasem. Niestety nasz autor nie mówi o niczym poza położeniem tej mieściny. Był w okolicy i słyszał o tym miejscu. Jego internetowy dziennik wspomina tylko, że ludzie z tamtych stron niechętnie mówią o Arvens. Ciekawe. Wygląda na to, że to nie jest miejsce tak obcykane jak Góra Rushmore. Chyba znalazłem swoje miejsce praktyki – pomyślał Mike. Prawą ręką sięgnął po paczkę Marlboro leżących na szklanym stoliku stojącym obok fotela i zapalił jednego. No to czas się odstresować – powiedział sobie i wypuścił w górę z ust wielki obłok dymu.

3

Ten wkurzający dźwięk męczył go co rano. Ale tym razem słyszał go jakoś niewyraźnie. Wolno budząc się do życia zaczynał rozumieć dlaczego. Budzik dzwonił w sypialni. A on pozostał w salonie. Na fotelu. Przespał tu całą noc. Dobrze, że chociaż zgasił papierosa zanim zasnął. Silny ból pleców przebiegł jego ciało gdy stanął na nogi. Cholera przecież już nie raz powtarzał sobie, że nie będzie tak robił bo rano czuje się jeszcze bardziej zmęczony niż poprzedniego wieczoru. Mike poczłapał do kuchni rozcierając obolały kark. Duża kawa powinna postawić go na nogi. Taką przynajmniej miał nadzieję. Po drodze do sypialni zaszedł do salonu i włączył telewizor. Muszę się ogarnąć, spakować i ruszać w drogę. W sumie nie mam na co czekać. Jak widać jego plan był krótki. Mike postanowił, że wszystko wyjdzie z worka na miejscu. Przecież i tak nie wie czego się spodziewać. Tylko intuicja podpowiada mu, że to może być trafiony temat. Może nagrody Pulitzera z tego nie będzie ale powinno być wystarczająco ciekawe dla komisji. Głośny, rosnący dźwięk gwizdka przypomniał mu, że czas zalać kawę. Musze sprawić sobie ekspres jak chyba każdy w tym kraju – pomyślał. Kawa rzeczywiście postawiła go na nogi. Spakowanie wszystkich potrzebnych rzeczy zajęło jakieś 10 minut. Czyżbym był już gotowy do drogi ? Wyglądało na to, że tak. Mike postanowił, że zje jakieś śniadanie po drodze. Musi tez wstąpić do sklepu i kupić kilka niezbędnych rzeczy, ale może wystarczy zatrzymać się na stacji. Upewniając się, że zakręcił gaz i zamknął wszystkie okna Mike trzasnął drzwiami i zamknął je na obydwa zamki. Kolejny słoneczny dzień – pomyślał wychodząc z bloku. To zachęcało go do działania. Podobno ludzie są szczęśliwsi i bardziej pracowici gdy słoneczko wesoło im przyświeca. Mike nie wiedział jeszcze, że za jakiś czas nie będzie pamiętał co to słonce z powodu ilości mroku jaki go otoczy. Wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk w stacyjce i z radiowych głośników popłynęło uspokajająco brzmiące country. Właśnie tak sobie wyobrażał Amerykę, długie, szerokie drogi przemierzane w starym chevrolecie z country na cały regulator. Uśmiechnął się do siebie i wyjechał z parkingu.

4

Przed długą drogą trzeba porządnie zatankować. Mike nalał bak do pełna i wszedł do środka stacji przez drzwi otwierane na fotokomórkę. Właśnie od kasy odszedł poprzedni klient i ciekawym trafem nie było tu nikogo więcej. Poza sprzedawcą oczywiście. - Hej słyszał pan kiedyś o Arvens ? – spytał starszego gościa za kasą. - Arvens ? Przykro mi synu. A co szczególnego tam jest ? - Jeszcze nie wiem. Nie bardzo wiem nawet jak tam dojechać. Podobno to gdzieś w Oklahomie – odparł Mikie. - Może mapa będzie w stanie ci pomóc – ciągnął stary. Ta Pascala za 5 dolców jest naprawdę niezła. Mówiąc to wskazał regał w rogu zarzucony różnymi planami. - Ma zielony kolor. Mike z zainteresowaniem podszedł do półek. Szczęście mu dopisało i zielona mapa Pascala leżała akurat na wierzchu. Gdyby nie to pewnie szukałby jeszcze do wieczora. Rozłożył ją na pozostałych spisem nazw do góry i zaczął szukać swojej mieściny. Musiał jednak przyznać, że znalezienie Arvens trochę go zaskoczyło. Albo podświadomie chciał zrobić sobie przygodę z szukania jakiegoś dawno zapomnianego miasteczka albo sam nie wie co sobie myślał. Tak czy inaczej ta mapa oszczędziła mu sporo trudu w przyszłej drodze. - I co znalazł pan ? – spytał kasjer gdy Mike wracał do kasy. - Jasne – rzucił. Oprócz benzyny ze stanowiska 9 i tej mapy wezmę jeszcze 2 kanapki z kurczakiem i Colę. - Już podaje. 48 dolców i 20 centów. Mike rzucił na ladę pięćdziesiątkę. Reszta twoja – powiedział zbierając swoje rzeczy. - Udanych poszukiwań – krzyknął jeszcze sprzedawca. - Dzięki. Miłego dnia. Dalszą część rozmowy przerwały ruchome drzwi zamykając się za wychodzącym Mikiem. Zadowolony z nabytej mapki rzucił zakupy na przednie siedzenie pasażera i usiadł za kierownicą. - No to zobaczmy którędy mamy jechać – szepnął sam do siebie. Chwilę później, ruszając ze stacji paliw, zagryzał już pierwszą z zakupionych kanapek. Radio dalej wypluwało swoje radosne dźwięki. 5

Amerykański high road dream, który tak cukierkowo wygląda w wielu hollywódzkich filmach okazuje się wcale nie być taki różowy. Mimo iż Mike lubił jeździć samochodem to ciągłą jazda od wielu godzin zaczynała go męczyć. Zaczęło się to robić dość monotonne. Dosyć często zatrzymywał się na stacjach benzynowych, nie zawsze po to żeby zatankować. Jedząc różne rzeczy Mike umilał sobie czas. Proporcjonalnie do drogi na przednim siedzeniu rosła góra opakowań po Snickersach, chipsach i kanapkach z kurczakiem. Na wycieraczce poniżej swoje miejsce znajdowały puszki i butelki po Coli i Fancie. Nasz student raczej nie był zaciętym palaczem, jednak od czasu wyjazdu z domu kończył już druga paczkę. Trzecia spokojnie czekała na niego w schowku na rękawiczki. O tej porze najbardziej nie lubił prowadzić. Było w pół do siódmej wieczorem, słońce schowało się za horyzontem i powoli zaczynało szarzeć. Mikie nie nosił okularów ale nie miał sokolego wzroku. Szczególnie o tej porze. To jednak nie miało znaczenia. Nie jestem w centrum Nowego Jorku – pomyślał. Rzeczywiście droga była prosta jak drut a i samochodów z na przeciwka nie nadjeżdżało zbyt wiele. Jeszcze rzadziej zdarzało się żeby ktoś go wyprzedzał, trzeba przyznać także, że Mike’owi się nie spieszyło. W końcu miał wakacje a Arvens raczej nie zwinie się i nie przeniesie w inne miejsce jak cyrk ze swoim namiotem i wagonami. Dzisiaj tu jutro tam. O nie wszystko wskazuje raczej na to, że miasteczko Arvens mocno tkwi korzeniami w ziemi, i to od lat. Co prawda mógł kontynuować swoją podróż jeszcze chociaż przez kilka godzin, ale doszedł do wniosku, że kilka drinków w jakimś przydrożnym motelu mu nie zaszkodzi. Jakieś 10 mil później pojawił się zielono-czerwony neon Dave’s Motel. Mike wrzucił prawy kierunkowskaz i skręcił w zjazd, który szybko przeszedł w wysypany żwirem parking. Jak widać po ilości aut na parkingu o wolny pokój nie będzie problemu, tylko połowa miejsc była zajęta a pewnie i tak nie wszyscy będą potrzebowali łóżka. Większość z nich ulotni się jeszcze przed północą. Wyjął portfel ze schowka, nie trzymał go w kieszeni podczas jazdy, przeszkadzał mu, czuł się niewygodnie, i schował go do lewej kieszeni. Do prawej wcisnął nową paczkę Marlboro i swoją chromowaną zapalniczkę Zippo. Po zamknięciu drzwi obok tej pary upchnął jeszcze kluczyki. I znowu całe kieszenie zawalone – zawsze brakowało mu miejsca, zazdrościł kobietom ich torebek, tam zmieściło by się znaczeni więcej rzeczy. Po kilku chrzęszczących krokach po żwirze otworzył drewniane, wysłużone drzwi z małą szybką pośrodku i wszedł do środka motelu. Hol oklejony zieloną, odchodzącą przy suficie tapetą, nie wyglądał zachęcająco. Po prawej podobne do wejściowych drzwi nie zostawiały wątpliwości co znajduje się za nimi. Głośne rozmowy, czasem krzyki i charakterystyczne pobrzękiwanie szklanek i kufli od razu zdradzało tutejszy bar. Na wprost widać było słabo oświetlone wąskie schody, skręcające w prawo na górę. Po lewej za drewnianym kontuarem siedziała ledwie teraz zza niego widoczna recepcjonistka. Na oko miała jakieś 25 lat, może więcej i pewnie nie była to jej wymarzona praca, szczególnie w porównaniu z ambitnymi planami jakie pewnie maiła jeszcze na studiach. Ciemne kręcone włosy splecione w kucyk i okulary nadawały jej nieco poważny wygląd. Na ladzie stał dzwonek jaki znajduje się w prawie każdym hotelu i Mike miał ogromną chęć go nacisnąć mimo iż recepcjonistka była na miejscu. Stwierdził jednak, że mogłoby to niepotrzebnie rozzłościć dziewczynę. - Hej, znajdzie się jakiś wolny pokój ? – zaczął Mike przyjaźnie się uśmiechając. - Jedynka ? – spytała dziewczyna podnosząc się z fotela. Mike nie od razu zorientował się o co jej chodziło. - Tak jestem sam - odrzekł. - Jasne, nie ma tu dużego tłoku – tym razem i ona lekko się uśmiechnęła. Numer 25, prosto po schodach, szóste drzwi po lewej – dodała podając mu klucz. - Dzięki. Mike zabrał klucz ze zdecydowanie zbyt dużym plastikowym breloczkiem z numerem i ruszył w stronę schodów. Te, mimo jego oczekiwań, nie zaskrzypiały ani razu podczas drogi na górę. Korytarzyk na piętrze był już znaczenie lepiej oświetlony, trzem żyrandolom towarzyszyły kinkiety w przerwach między kolejnymi drzwiami. Lekko pozrywana wykładzina ściągała się i przesunęła na ukos. Drzwi pokoju 25 wyglądały na niedawno wstawione i przy otwieraniu nawet nie zaprotestowały ani skrzypnięciem. Pokój wyglądał zadziwiająco porządnie, szczególnie po tym co Mike zobaczył na dole. Starannie zasłane łóżko z pościelą w kwiaty i lampka z kremowym abażurem na dębowej szafeczce obok. Dalej w lewo wzrok padał na okno z firaneczkami do parapetu i mały regalik z kilkoma imitacjami książek przy ścianie po lewej. Półkę niżej stało stare radio. Zaraz obok tego mebla były harmonijkowe drzwi, teraz otwarte, a za nimi łazienka. Pokój był mały ale wydaje się, że jak na jedną noc powinno spokojnie wystarczyć. Co ciekawe nie było w nim szafy, dopiero teraz Mike’owi przypomniało się, że nie zabrał torby z ubraniem z bagażnika. Raczej powinien tez zabrać swój sprzęt z samochodu, chociaż trudno ocenić gdzie będzie bezpieczniejszy, tu czy na dole. Zbiegł więc szybko na dół. - Cholera zapomniałem walizki – rzucił do recepcjonistki przechodząc przez mały hol. Chwilę później był już z powrotem na górze. Torbę z aparatem położył na półce obok radia, a tą z ubraniem rzucił obok regału. Czas coś zjeść i wypić – powiedział sobie i poszedł na dół. Tym razem dziewczyna zza lady nie zwróciła na niego uwagi kiedy przechodził obok niej w drodze do baru. Lektura jakiegoś babskiego pisma pochłonęła ją ponad miarę. Mike popchnął podwójne drzwi i wszedł do mocno zadymionego, sporego pomieszczenia. Przy większości stolików siedzieli klienci z drinkami w rękach i fajkami w ustach. Tylko kilku z nich zwróciło uwagę na nowego towarzysza wieczoru ale po przelotnym spojrzeniu wróciło do swoich zajęć. Wyglądało na to, że sporo z tu obecnych jest w podobnej sytuacji jak Mike, byli sami, tylko niewielka część siedziała z kimś, ale za to ta część głośno rozmawiała. Ciekawe jak oni w tym stanie będą chcieli wrócić do domu – pomyślał Mike zakładając, że nie wszyscy zostaną na noc u Dave’a., po czym usiadł przy barze. Chwile później pojawił się barman. - Co podać ? – spytał Latynos z lekkim znużeniem. - Coś dobrego do żarcia i Cuba Libre – usłyszał w odpowiedzi. Barman nawet nie zapytał co gość po drugiej stronie baru ma na myśli mówiąc „coś dobrego do żarcia” ale za chwilę obok drinka postawił pół podgrzanej w mikrofali pizzy. Nie był to szczyt marzeń ale czego się można spodziewać po takiej dziurze. - Pięć dolców – dodał. Widać nie chciało mu się bawić w centy. Mike wyjął z portfela piątaka i dorzucił jeszcze dwa. Latynos w czarnej koszulce zwinął je bez słowa i schował w kieszeni spodni po drodze omijając lekko poplamiony fartuch. Ach te kawalerskie życie. Ale to przynajmniej jakaś odmiana od kanapek z kurczakiem. Jakieś dziesięć minut później barman musiał wrócić i nalać kolejne Cuba Libre. Mike szybko wypił go do dna, rzucił na ladę następne kilka dolarów i już miał wychodzić gdy ktoś z tyłu złapał go za ramię. - Hej stary nie postawił być drinka ? – spytał mężczyzna z kilkudniowym, czarnym zarostem. - Jasne – odpowiedział Mike. Amigo, jeszcze coś dla tego pana i reszta dla ciebie – dodał i tym razem naprawdę wyszedł. Na schodach złapał się na myśli, że może i dobrze, że szybko opuścił tutejszą restaurację bo amigo mogło nie spodobać się gościowi, który podał mu pizzę. Zamknął drzwi z lekkim trzaskiem i przekręcił klucz w zamku. Przyda mi się ciepły prysznic – pomyślał. Nie był przemęczony ale na pewno nie mógł o sobie powiedzieć wypoczęty. Chwile później przykrył się pościelą w kwiaty i szybko zasnął.

6

Jako, że zapomniał nastawić budzik wstał dopiero o jedenastej. Może i nie musi się spieszyć ale to już lekka przesada, pomyślał. Ubrał się, umył, spakował ponownie i wyszedł. Tym razem nie zapomniał toreb. Szybko wymeldował się, zapłacił i pojawił się na parkingu. Postanowił, że chyba nie zje tutaj śniadania. Bo raczej barman był tylko jeden. Rzeczywiście miał wczoraj rację co do przyjezdnych, dzisiaj na parkingu zostało może dziesięć samochodów. Wrzucił torby do bagażnika i właśnie miał wsiadać do środka gdy usłyszał: „Chwila, proszę zaczekać ! ”. Obejrzał się i zobaczył blondynkę z plecakiem na plecach machająca do niego w biegu. Lekko zdyszana zaczęła tłumaczyć o co jej chodzi gdy tylko dobiegła. - Jedziesz w stronę Arkansas ? – spytała. - Ta – odparł Mike. - A mógłbyś mnie kawałek podrzucić – ciągnęła. - Jasne wsiadaj – powiedział Mike i pomógł jej zapakować bagaż. Ponownie otworzył drzwi swojego chevroleta i tym razem nic nie powstrzymało go przed zamknięciem ich po drugiej stronie. - A więc dokąd ? – spytał gdy wsiedli do samochodu. – To mała mieścina, powiem ci po drodze. A tak w ogóle to jestem Suze – odpowiedziała i podała mu rękę. - Mike – mówiąc to odwzajemnił uścisk. Dzięki niespodziewanemu pasażerowi podróż zrobiła się nieco ciekawsza. Szczególnie, że Suze okazała się dosyć gadatliwa. Czasami nawet zbyt bardzo, można by powiedzieć. Mimo iż Mike musiał wysłuchać całej historii jej życia to przynajmniej nie musiał zerkać na mapę. Suze mówiła mu gdzie ma jechać. Najciekawsze jest jednak to, że ona słyszała o Arvens. Już prawie mitycznym Arvens, tak przynajmniej wydawało się Mike’owi. - Zaznaczę ci dokładnie jak tam dojechać. I zanim nasz podróżnik zdążył zaprotestować zaczynała kreślić po mapie. W sumie lepiej – pomyślał Mikie. Nie będę musiał za każdym razem szukać drogi na tej cholernej mapie. Ale o wiele ciekawsze było to co o Arvens powiedziała. - To złe miejsce – mówiła. Nie wiem co tam jest nie tak ale wszyscy mówią, że nie chcieli by tam mieszkać. Ogólnie mało jest tam nowych mieszkańców a jeszcze mniej turystów takich jak ty – stwierdziła. Okazało się, że Suze jest z Oklahomy a teraz po prostu jedzie do przyjaciółki. Jakiś czas potem Suze dotarła do swojego celu i dalszą część drogi Mike znów pokonywał sam. No oczywiście jeśli nie liczyć głośnego country z głośników. Mimo iż miał zaznaczoną drogę postanowił spytać miejscowych czy jego kreska na mapie doprowadzi go do celu. Nigdy nie zaszkodzi się upewnić, miejscowi lepiej przecież znają okolicę. Zatrzymał się na stacji benzynowej jakieś dwadzieścia pięć kilometrów przed swoim miasteczkiem. Stwierdził, że nie zaszkodzi zatankować, więc wlał trochę benzyny i dopiero wszedł do środka. Tu, jak to zwykle na prowincji, sprzedawcy towarzyszyła grupka znajomych w jego wieku czyli w tym wypadku około sześćdziesięciu lat. Gdy wszedł przerwali swoją ożywioną rozmowę. Widocznie nie spodziewali się nieznajomego. - Dzień dobry – pozostało bez odzewu, oprócz cichej odpowiedzi zza kasy. Wygląda na to, że nie są zbytnio gościnni. Mike podał sprzedawcy pieniądze do ręki i szybko otrzymał resztę - Skąd jesteś młodzieńcze ? – usłyszał z tyłu nieco archaicznym językiem. - Z Nowego Jorku. - Ooooo to się miastowy trafił przejazdem – zaczęli żartować mężczyźni. - A co cię tu sprowadza ? – zapytał kolejny, ten nosił wielkie okulary i czapkę z ledwie już widocznym napisem Chicago Bulls. - Interesuje mnie miasteczko Arvens ? Możecie mi powiedzieć jak tam dojechać ? – spytał Mike. Takiej reakcji się nie spodziewał. Staruszkowie, którzy wydawali się coraz bardziej przyjaźni i rozmowni nagle ucichli jakby zobaczyli ducha. Ich wyraz twarzy zdradzał, przerażenie jakie mogłoby mieć na twarzy dziecko gdyby mu powiedzieć tuz przed zgaszeniem światła, że ten potwór z jego szafy to nie tylko urojenia, ale prawdziwa istota, i że na pewno przyjdzie dzisiaj w nocy. - Powinieneś szybko wrócić do domu i więcej tu nie przyjeżdżać – powiedział w końcu ten, który zapytał go skąd jest. Jego ton był poważny, wręcz grożący. - Czemu ? – spytał Mike próbując ukryć zaskoczenie jakie wywołała w nim nagła zmiana sytuacji ale to nie do końca się udało. - To nie twoja sprawa, ale to złe miejsce. – odrzekł rozmówca, podnosząc się i gestem zachęcając go do wyjścia. Pozostali też ruszyli w jego kierunku. - Jeśli nie masz innych kłopotów to tu ich nie szukaj. Mimowolnie Mike cofnął się aż za drzwi. Fotokomórka zadziałała i te, jakby na zawołanie, zamknęły się mu tuz przed nosem odgradzając niedawnych rozmówców swoją szklaną barierą. Mike jeszcze chwilę patrzył na wyraźnie niechętne mu w tej chwili twarze po drugiej stronie szklanej bariery. Już miał coś powiedzieć, ale usta otworzył tylko w połowie i zrezygnował. Stwierdził, że dalsze pytanie nie ma sensu, i tak niczego mu nie powiedzą. Odwrócił się więc i poszedł do swojego chevroleta. Odjeżdżając widział jak trójka starych mężczyzn gapi się na niego przez oszklone ściany stacji paliw z morowymi minami. Szczerze mówiąc to nie była najlepsza zachęta ale wyszedł z założenia, ze to pewnie tylko jakieś przesądy starych ludzi, albo niechęć miejscowych do przyjezdnych. Pewnie i jedno i drugie po trochu. Nawet gdyby wziął pod uwagę ich sugestie to pewnie i tak duch przekory, o którym tam wymownie pisał Poe, wziąłby górę. Tak czy inaczej nie widział powodu żeby rezygnować ze swojej wyprawy do Arvens. Przemierzając ostatnie kilometry drogi do miasteczka zastanawiał się jednak o co tym wszystkim ludziom chodzi. Począwszy od bloga podróżnika-amatora, przez opowieść przypadkowej (a czy oni mogą być nieprzypadkowi ?) autostopowiczki, aż do tych mężczyzn na stacji – wszyscy mieli jakieś zastrzeżenia do Arvens, a nie była to raczej zwykła, miejscowa ksenofobia. „Słuchaj Ted on jest z Arvens a przecież wszyscy stamtąd to palanty”. To nie wyglądało w ten sposób. Może Mike dowie się dlaczego a może nie. Jeszcze nie wiedział jak bardzo będzie żałował tego, że się dowie.

7

Prawie całą drogę pomiędzy stacją a miastem Mike’owi towarzyszył las. Może nawet powinno się to nazwać puszczą, drzewa i krzewy tworzyły bowiem niezwykle zwartą ciemnozieloną ścianę. Sprawiały wrażenie, jakby nie było mowy żeby pomiędzy nie wejść i w ich chłodnym cieniu trochę pospacerować na łonie natury. Z resztą tu cały czas było się na łonie natury – miasto pozostało daleko stąd i Mikie powoli zapominał o jego szalonym tempie życia, rannym zrywaniu się z łóżka, spieszeniu do pracy lub szkoły, przepychaniu się w metrze, warkocie samochodów i ludziach nie widzących nic poza swoim czubkiem nosa. Tu miało się wrażenie, że czas płynie wolniej. Z tego zamyślenia wyrwał go nagły widok pierwszych domków, i określenie nagły wcale nie jest tu przesadzone. Zielona ściana tuż przy drodze urwała się jak nożem uciął. Zaraz za nią pojawiły się stare, drewniane domostwa, pomalowane tak wyblakłą farbą, że teraz trudno powiedzieć jaki pierwotnie miała kolor. Prawdopodobnie był to błękit. Dachy kryte były gontem, gdzieniegdzie pozieleniałym od mchu, czemu mocno przysłużyły się rosnące blisko nich drzewa. Wielkie werandy, często zabudowane siatkami przeciw owadom skrywały równie zużyte stoły i krzesła a czasem ławy lub bujane fotele. Ogólnie to wszystko wyglądało jak wyrwane z gardła tego lasu co to się prawie przed chwilą skończył – jak chwilowe zawieszenie broni pomiędzy cywilizacją a matka naturą. Naturalnie domki zajmowały swoje miejsce, w końcu to miasto, ale wszędzie dookoła rosły drzewa. Mnóstwo drzew. I mnóstwo cieni. Z tej racji większa część budynków pozostawała w półmroku, mimo iż był środek dnia. Rany jak opuszczony Dziki Zachód – pomyślał Mike. Aczkolwiek słowo opuszczony nie do końca pasowało do tego opisu. Z początku Mike po prostu nikogo nie zauważył, teraz zza budynków wyłaniali się kolejni ludzie. Często całymi gromadkami, może rodzinami. Obserwowali nadjeżdżającego chevroleta ze zdumionymi minami, na ich twarzach próżno było jednak szukać wyrazu szczerej gościnności. Krótko mówiąc nie wyglądali na zadowolonych z przyjazdu przybysza, ale z tym, może trochę podświadomie po poprzednich doświadczeniach, Mike już się oswoił. Szczerze trzeba przyznać, że oprócz tego ich miny wyglądały trochę tępo, jakby nie rozumieli co się dzieje. Chyba widzieli już kiedyś samochód – uśmiechnął się sarkastycznie w duchu Mike. Doszedł do wniosku, ze tłumaczenie pierwszemu napotkanemu mieszkańcowi po co tu przyjechał mija się z celem. Musi znaleźć jakiś ratusz albo posterunek policji i zapytać o radę. Taaa w filmach policja zawsze pomaga zagubionym turystom w małych mieścinach. W sumie oprócz tych dwóch urzędów nikt inny nie przychodził mu do głowy. Droga, która wjechał do miasta i która do tej pory cały czas wiodła prosto tutaj skręcała w lewo. I to bez alternatywy bo na wprost stał kościół. Albo coś co dawno temu było kościołem, ale wątpił żeby małomiasteczkowi ludzie nagle jakiś czas temu przestali uczęszczać do swojej świątyni. Na prowincjach te religijne bujdy mają głębokie korzenie. Może po prostu o niego nie dbali albo nie mieli pieniędzy żeby go wyremontować. Dzwonnica z przodu budynku przechyliła się lekko w prawo i straciła kilka swoich drewnianych klepek, jakby cały czas wahała się czy zawalić się czy jeszcze trochę zostać na swoim miejscu. Tu pod nią, w miejscu gdzie smukła wieżą przechodziła w większą bryłę kościółka zaczynały swój bieg łukowate drzwi. Tym razem drewniane deski ułożone były nie poziomo, jak w reszcie budynku, ale na ukos, rozpoczynały swój bieg przy złączeniu obydwu skrzydeł a opadały w stronę boku z zawiasami. Pionowo łączyły je metalowe okucia, tak zardzewiałe, że aż prosiły by je odmalować. W tym stylu była również wielka klamka, jaką można spotkać w wielu budynkach sakralnych a powyżej niej i nieco po boku znajdowało się wielkie metalowo koło służące za kołatkę. Długie, gotyckie okna z witrażami przedstawiającymi sceny z biblii zdecydowanie ożywiały i poprawiały wygląd tej ruiny. Pochylona dzwonnica nie dźwigała już też krzyża – ten pewnie odłamał się podczas jakiejś wichury i leżał teraz lekko zarośnięty trawą obok wielkiego rozłożystego dębu. Większej liczby szczegółów Mike na razie nie miał okazji zaważyć bo jego chevrolet sunął dalej jedyna drogą miasteczka Arvens. Przy kolejnym zakręcie, tym razem w prawo, swoje miejsce miał tutejszy sklep – U Garego. Wygląda na to, ze ta część miasta to trakt użyteczności publicznej bo dalej był fryzjer, księgarnia i pralnia a po drugiej stronie bar i coś co wyglądało jak z pośpiechem urządzony warsztat samochodowy. Parę działek dalej znalazł się posterunek policji. Mike zaparkował samochód przed drewnianym podestem rozpoczynającym budynek, dopiero teraz zauważył, że asfalt urwał się wraz z lasem tyle, ze do tej pory bardziej interesowało go otoczenie niż nawierzchnia po której się porusza. Tak czy inaczej skoro nie było asfaltu nie było także krawężników przy których można by zaparkować. Nad otwartymi na oścież teraz drzwiami wisiała tablica z wypisanym na biało Police i gwiazdami szeryfa po obu stronach wyrazu. Pomieszczenie posterunku było małe i uderzało unoszącym się tu zapachem zgnilizny. Jako pierwsze wzrok przyciągało biurku przy ścianie po lewej, jak się okazało biurko szeryfa. W prawym rogu za kratą kryła się jednoosobowa niewielka cela. Widocznie nie mają tu za dużo przestępstw – przyszło na myśl Mike’owi. Ledwie zauważył, że tuż za otwartymi drzwiami stoi jeszcze jedno biurko i siedzi za nim drugi stróż prawa. Skierował się do faceta, który jak wnioskował był tu szefem i zaczął się przedstawiać. - Witam, jestem Mike Cross. Słyszałem, że to niesamowite miasteczko i chciałbym zrobić o was reportaż – właśnie dlatego nasz Mike został fotografem a nie spikerem, jego sztuka konwersacji nie była na najwyższym poziomie i jak widać lubił wszystko przedstawiać w pigułce. Od razu do sedna bez owijania w bawełnę, a jak wiadomo odpowiednie polukrowanie swojej wypowiedzi z reguły przynosi pewne profity. Szeryf nic nie odpowiedział, a jego mina wskazywała na to, że czeka na dalsze wyjaśnienia tego niecodziennego spotkania. – Jestem studentem fotografii na Uniwersytecie Columbia i chciałbym, żeby wasze miasteczko było tematem mojej praktyki wakacyjnej – kontynuował. Tym razem szeryf postanowił zamienić ten monolog w dialog. – A czemu akurat to miasto ? – spytał z niewielkim zainteresowaniem jakby robienie czegokolwiek innego niż siedzenie z założonymi na stół nogami w godzinach pracy zdecydowanie nie leżało w jego obowiązkach. - Podobno jest w nim coś szczególnego, cos z przeszłości i jeśli pozwolicie panowie chętnie sprawdzę co – tłumaczył Mike. Ta wypowiedź najwidoczniej zaniepokoiła policjanta mimo, że z całych sił próbował to ukryć. - Z przeszłości hę ? Jasne wszystko tu jest z przeszłości – uśmiechnął się i wychylił zza przybysza by mrugnąć do swojego kolegi. – Jak pan chce panie Cross – ciągnął wracając wzrokiem do Mike’a. - Proszę mi mówić Mike – zaproponował i wyciągnął rękę ale szeryf to zignorował. - Proszę poczekać – powiedział i nic nie wyjaśniając wyszedł. Za chwilę zza budynku, pewnie z jakiegoś tylniego parkingu, wyłonił się stary pick up, wyblakły i w wielu miejscach poobijany, który lśnił nowym napisem Police naklejonym na boku. Trzeba przyznać, że nawet jak na taką dziurę wyglądał tandetnie. Mike zaczął się zastanawiać na co ma czekać gdy, jakby domyślając się jego krótkich rozważań, odezwał się policjant siedzący za drzwiami. – Pojechał szukać kogoś u kogo będzie pan mógł zamieszkać – jego głos był o niebo przyjemniejszy niż jego starszego kolegi – bo nie mamy tu żadnego hotelu ani schroniska – tu wymownie wzruszył ramionami – trochę brakuje chętnych by się tu na dłużej zatrzymać. Mike ze zrozumieniem pokiwał głową. – Kawy ? – spytał młody mężczyzna w niebieskim mundurze na oko mający nie więcej niż dwadzieścia lat podnosząc się z krzesła. – Z chęcią, bo domyślam się, że szeryf nie wróci za pięć minut - odpowiedział lekko zadziornym, ale wesołym tonem Mike. Okazało się, że za drzwiami oprócz części biurka które skrywały, znajdowała się jeszcze mała szafeczka z ekspresem. Chłopak wyjął z jej środka żółty kubek, nalał ciemnego, wspaniale pachnącego płynu i nachylił się by podać szklankę. Dolał także do swojego kubka stojącego na biurku obok stosu różnych papierów. – Dave - powiedział i z przyjaznym uśmiechem podał rękę przybyszowi. –Możesz usiąść za stolikiem szeryfa do czasu jego przyjazdu. Tylko niczego mu nie ruszaj – dodał tym razem śmiejąc się już pełną gębą. Rzeczywiście to była chyba jedyna opcja bo tutejsi stróże prawa nie przywidzieli niczego do siedzenia dla interesantów. No chyba, że tak owych też nie było. Mike zajął wskazane mu miejsce i postawił kubek przed sobą. – Naprawdę chcesz pisać o naszym mieście ? – spytał z zainteresowaniem Dave. - Tak, to zlecenie na samodzielna praktykę wakacyjną z uczelni. Dali nam wolna rękę co do tematu. A mi akurat wpadły w ręce wzmianki o Arvens – odparł Mike. Podobno żyjecie tu jak kolonizatorzy, którzy zakładali pierwsze osady. Na usta cisnęło się jeszcze, że i tak póki co to wszystko wygląda ale postanowił nie zniechęcać do siebie jedynej na razie osoby, która odnosiła się do niego choć trochę przyjaźnie. – Owszem lubimy tradycję i raczej nie widzimy powodu żeby coś zmieniać, ale mamy samochody i traktory – tłumaczył Dave. – Chociaż w sumie masz rację - tu jest trochę jak w wiosce amiszów. Mike wewnętrznie się uśmiechnął przecież właśnie takie określenie dało początek jego wyprawie do Oklahomy. – Myślę, że jeśli przekonasz do siebie ludzi, możesz mieć naprawdę ciekawy materiał. Leniwą konwersację przerwał im powrót szeryfa. – Widzisz jednak zajęło mu to około pięciu minut – rzucił Dave – nawet nie starczyło ci czasu, żeby dopić kawę. Jego uśmiech zniknął jednak pod ostrym spojrzeniem zwierzchnika. – Mamy dla pana miejsce panie Cross – oświadczył policjant stojąc w drzwiach. – Na czas swojego pobytu zamieszka pan z rodziną Furth. Proszę za mną – dodał i znowu wyszedł . Mike podniósł się z fotela i po drodze zdążył jeszcze podać Dave’owi rękę. – I dzięki za kawę – krzyknął już zza drzwi gdzie czekał na niego starszy z mężczyzn. – Pojedziemy pańskim samochodem – powiedział szeryf – pokażę panu gdzie to jest a potem Richard mnie odwiezie. Mike domyślił się, ze Richard to pewnie właściciel domu, który ma służyć mu za hotel. – Proszę wsiadać drzwi są otwarte – bo raczej nie spodziewał się, żeby ktoś zwinął mu furę sprzed komisariatu. Sam także szybko podszedł do swoich od strony kierowcy i usiadł za kierownicą. – Proszę jechać w stronę z której pan przyjechał – dostał pierwsze instrukcje. Mike odpalił silnik i skręcił maksymalnie w lewo. Niedługo po tym znowu minęli stary budynek kościoła. I skręcili w drogę która można opuścić miasto. Mniej więcej milę dalej szeryf skierował do na podjazd. Mike wysiadł, podobnie jak jego pasażer i zaczął przyglądać się budynkowi przed swoimi oczami. Ten wyglądał zaś podobnie do wszystkich. Można być powiedzieć w starym zmurszałym stylu. Wejściowe drzwi się otworzyły i zobaczyli mężczyznę ze splecionymi z kucyk włosami, w czerwonej flanelowej koszuli wepchniętej w dżinsy. Obok werandy czekał już na niego szeryf. – To twój letnik – rzucił policjant jedna ręką pokazując stojącego cały czas przy samochodzie Mike’a, a druga zapalając papierosa. Mężczyzna przeniósł swój wzrok na niego i ruszył w jego kierunku. Na jego twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. – Witam, nazywam się Richard Furth – podał mu prawą rękę a lewą poklepał go przyjacielsko po ramieniu. – Mike Cross – mówiąc to odwzajemnił uścisk. – Zapraszam do środka – dodał Furth i ruszył przodem. Właśnie otwierał drzwi werandy by wpuścić gościa gdy odezwał się szeryf. – Richard, mogę cię prosić na chwilę ? – spytał. – Poczekaj chwilę Todd, widzisz przecież, ze przyjmuję gościa – powiedział Richard z lekkim naciskiem na „gościa”. Przy drzwiach do domu to Mike był pierwszy i tym razem sam sobie otworzył. Znalazł się w zaciemnionym holu z kuchnią po lewej i pokojem gościnnym, a może jadalnią, po prawej. Na wprost widać było kolejne drzwi a w lewo od nich schodki na piętro. Zaraz przy wejściu stał stolik z błękitnym wazonem i dwoma czarnymi różami z niego wystającymi. – Proszę przejść do pokoju – Furth ruchem ręki wskazał pomieszczenie po prawej. Mike ruszył za jego wskazaniem i zorientował się, ze właściciel domu pobiegł schodami na górę. Zadziwiająco sprawnie jak na pięćdziesięciolatka (a może sześćdziesięciolatka, Mike nie potrafił w tej chwili tego ocenić). Obejrzał się przez ramię i zobaczył, że ktoś krząta się w kuchni. Pomyślał jednak, że niegrzecznie było by przeszkadzać tak na dzień dobry, poza tym został poproszony o przejście do salonu. Pokój wyglądał trochę jak z filmów o latach sześćdziesiątych – masywny stół obstawiony sześcioma krzesłami z nienagannym białym obrusem, po prawej kominek z rodzinnymi fotografiami i szeregiem książek, a po lewej stary kredens. Nad nim wisiał obraz z jakimś dżentelmenem we fraku, podejrzliwie uśmiechającym się spod kręconego wąsika. - Czego się pan napije – usłyszał za plecami i odwrócił się. Richard właśnie szedł w kierunku kredensu. Drzwiczki skrywały nieźle zaopatrzony barek. - Polecam nasz miejscowy specjał, ma specyficzny smak ale mocny jak cholera ! – zażartował. – W takim razie proszę tylko kapeczkę – stwierdził Mike z uśmiechem. Mimo to otrzymał ponad połowę wcale nie małej szklanki. – Proszę usiąść – Furth właśnie odsuwał sobie krzesło – i opowiedzieć co pana sprowadza w te strony – mówił tonem przyjacielskiej pogawędki. – Szeryf raczej już panu mówił, że chce zrobić tu reportaż w ramach studenckiej praktyki – zaczął Mike. – Rozumiem - przerwał mu Furth. – Pewnie słyszał pan, że mamy tu mały skansen. - Dokładnie – odparł Mike pociągając łyka ze szklaneczki. Niezwykle gorzki napój uderzył go z całą mocą, swoim gorącem wyraźnie znaczył drogę do żołądka. – Niezłe nie ? – powiedział z uśmiechem Richard. – Rzeczywiście mocne – Mike charakterystycznie się skrzywił cedząc przez zęby swoje słowa. – A oto i moja żona, Marry Ann – przedstawił wchodzącą z wazą kobietę gospodarz. – Witam panie Cross – rzuciła i za chwilę wróciła do kuchni po resztę posiłku. – Wystarczy Mike – już chciał powiedzieć, ale nie zdążył, w tej niezręcznej sytuacji podał rękę Richardowi. - W takim razie mi też proszę mówić po imieniu – odparł Furth. Gdy zaczynali jeść przyszły kolejne dwie osoby. – O wreszcie pojawiły się i moje dzieci – zaczął Furth ale te postanowiły same się przedstawić. Pierwsza podeszła dziewczyna. – Jestem Kate – powiedziała ślicznym miękkim głosem, jednak zadziwiająco pewnym siebie. Była piękna. Młoda brunetka w wieku Mike’a z lekką opalenizną. Mike nawet nie pamięta jak się przedstawił, całą uwagę skupił na niej. Przerwał jej jednak młodszy brat. – Bill – powiedział. Bill był pewnie dwa, trzy lata młodszy od swojej siostry i zdecydowanie mniej pewny siebie. Co ciekawe chłopak był blondynem. Jego twarz zdobiło kilka piegów. Teraz rozmowa zdecydowanie się rozwinęła. Kate okazała się przekorna i jeśli była pewna, że ma racje, zdecydowanie nieustępliwa co nie podobało się jej ojcu. Oczywiście przy gościu nie odważył się jej ostro skarcić. Bill też z czasem się rozkręcił. Obydwoje okazali się składnicami informacji o miasteczku. Swoja drogą trudno się dziwić, przecież tu mieszkali a okazja by trochę poopowiadać o tym komuś nowemu jak widać okazała się dla niech niezwykle atrakcyjna. Mike poznał wstępnie sąsiadów i klika miejscowych zwyczajów. Na przykład święto ciasta kakaowego, obchodzone we wrześniu z festynem i zawodami w pożeraniu głównego przysmaku dnia. Zyskał także przewodników, a w zasadzie przewodnika, ku jego bezgranicznemu zadowoleniu, Kate chciała go oprowadzać po mieście i pomagać w fotoreportażu. To chyba już zupełnie nie było po myśli starego Furth’a, jego córka ma spędzać cały dzień z jakimś studencikiem w jej wieku. A ich wiek raczej nie wskazywał na to, że to będzie to przyjaźń w piaskownicy przy lepieniu babek i stawianiu zamków. Może trochę go uspokoiło to, że od czasu do czasu będzie im towarzyszył Bill. – Marry pokaż panu pokój – powiedział w końcu Richard, chcąc ewidentnie skończyć posiłek, a w zasadzie kolację bo „przyjęcie gościa” przeciągnęło się do późnego wieczoru. – Proszę za mną panie Cross – i Mike opuścił razem z nią jadalnię. Schody przypominały te w motelu Dave’a. Teraz przypomniał sobie, że tutejszy policjant nazywa się identycznie. Podobnie było z korytarzykiem na górze. Tyle że tu ściany nie były pokryte tapetą a pomalowane na lekki pomarańcz. Marry Ann otworzyła pierwsze drzwi po prawej i przepuściła Mike’a przodem. - Łazienka jest na końcu korytarza po prawej – powiedziała. Mike uświadomił sobie, że znowu będzie musiał skoczyć po bagaże. - Świetnie, dziękuję – odrzekł. Zanim jednak się obejrzał gospodyni już nie było. Zszedł po schodach i wybiegł na dwór. Zaraz za drzwiami uderzyła go fala chłodnego powietrza. – Kurde ale zimnisko – pomyślał. Na jedno ramię zarzucił torbę, na drugim zwisały w swoim opakowaniu dwa aparaty, lustrzanka cyfrowa i analog. Obydwa Nikona. Wrócił do siebie nie spotykając nikogo po drodze. Lekko zamknął za sobą drzwi, spostrzegając zasuwkę jakieś dwadzieścia centymetrów nad klamką. Podszedł do łóżka na którym leżała złożona w kostkę, biała pościel i opadł na nie z ulgą. Torby spoczęły u jego stóp, ale rączki nadal trzymał w dłoniach. Złapał się na tym, że myśli o Kate, trudno się dziwić, nie dość, że była niezwykle atrakcyjna to jeszcze sama zaproponowała mu pomoc. Ta perspektywa wywołała uśmiech zadowolenia na jego ustach. Trzeba tez przyznać, ze ktoś z wewnątrz przyda mu się do przełamywania pierwszych lodów z mieszkańcami. Samotny nieznajomy, wypytujący o wszystko i robiący zdjęcia, nie jest przyjmowany z otwartymi ramionami w zamkniętych społecznościach. Otworzył szafę i zaczął wyciągać z torby swoje ubrania gdy usłyszał pukanie do drzwi. – Proszę – powiedział bez zastanowienia. Te otworzyły się i do pokoju weszła Kate. – Przyniosłam ci budzik – powiedziała tym razem zdecydowanie mniej pewnym głosem. – O której jutro zaczynamy pracę ? – spytała nie patrząc jednak na niego. - Em no nie wiem – odparł zaskoczony pytaniem Mike. – Powiedzmy, że o ósmej ? Chyba, że to za wcześnie ? – dodał próbując szybko coś wymyślić. – Nie, ósma będzie ok, tutejsi wcześnie rozpoczynają dzień. – powiedziała Kate i wyszła. - Dzięki - rzucił Mike ale drzwi już się zamknęły. Chyba chciała po prostu zagadać a ten budzik to tylko pretekst – uśmiechnął się Mike. Nie miał co przed sobą ukrywać, ze Kate mu się spodobała i miął wrażenie, że chyba z wzajemnością co go wyraźnie ucieszyło. - Mam tylko nadzieję, że nie mam tu jakiegoś miejscowego konkurenta – to zdanie wypowiedział już głośno. W międzyczasie torba opustoszała , upchnął ja na dole szafy i zaczął pakować pościel do poszewek. Musi się porządnie wyspać bo od jutra potrzebuje pełni sił. I twórczego myślenia.

8

Obudził go głośny stukot dobiegający zza okna. Mike niechętnie przewrócił się na drugi bok i sennymi oczami spojrzał na budzik. W pół do ósmej. No to nie ma na co czekać. Trzeba się podnieść. Wyjrzał przez okno i zobaczył naprzeciwko mężczyznę wbijającego gwoździe. Sprawdził czy jego dżinsy nadal zawierają paczkę Marlboro i wciągnął je na siebie. Potem dobrał piaskową koszulę z szafy. Wyszedł na dwór i zapalił papierosa. Przez siatkę chroniącą werandę przed robakami obserwował prace na przeciwko. – Czas zacząć wykonywać zadanie – powiedział do siebie. Pchnął lekkie drzwi i pokonał ostatnie trzy stopnie dzielące go od ziemi. Drzwi za nim ciapnęły, co zwróciło uwagę sąsiada. – Witam ! - krzyknął przyjaźnie machając ręką. W odpowiedzi zobaczył podobny ale dość niepewny gest, widać było, że facet z młotkiem w ręku nie wie kto go zaczepił. Mike rozejrzał się, ale nie zobaczył żadnego samochodu, ani z prawej, ani z lewej i przeszedł przez drogę. – Jestem Mike – kontynuował zbliżając się. – Ten fotograf – odpowiedział stwierdzeniem mężczyzna nadal pochylając się nad sosnową deska. – Widzę, że wieści szybko się tu rozchodzą – uśmiechnął się Mike. – To małe miasteczko – szybko zripostował mu rozmówca. Mike już myślał, że to taki sam typ jak wszyscy wcześniej, no może nie wszyscy ale większość na pewno i raczej długo sobie nie pogadają ale ten zaskoczył go nagłym rzuceniem młotka i wyciągnięciem dłoni. – Ben – przedstawił się wstając. – Miło mi poznać – wtrącił Mike. – Co pan tu robi od samego rana – próbował być dowcipny. - Od rana minęło już sporo czasu (Mike tylko czekał jak stary powie „sporo wody upłynęło w rzece chłopcze” ale nie doczekał się) – a mój schowek na narzędzia sam się nie ubije. Poprzedni zniszczyła wichura jakiś czas temu – zaczął opowiadać Ben. To chyba cecha ludzi mieszkających na wsi – jakiś czas temu. Nowojorczyk nigdy nie powiedział by jakiś czas temu, o nie wszystko musiało by być dokładnie określone – wichura zniszczyła go w ostatnim dniu kwietnia albo dokładnie dwa tygodnie temu a nie jakiś czas temu. Mike pamięta jak kiedyś, w jakimś programie podróżniczym, słyszał ciekawe porównanie traktowania czasu przez ludzi z Europy lub Stanów i Indian mieszkających w dżungli. Europejczycy lub Amerykanie traktują go jak prostą nitkę – kolejne wydarzenia tworzą na niej supełki. Jest tylko przeszłość i przyszłość – to co było już się nie zdarzy bo przecież czas biegnie naprzód. Było minęło. Indianie traktowali czas jakby ta sama nitka była zawiązana w kółko. Nie miała końca i początku. Kolejny rok to po prostu kolejny okres czasu – pada jak co roku. Poluje się jak co roku. Pracuje w polu jak co roku. Nie ma więc po co się spieszyć, bo czas i tak zatoczy swoje koło – jeśli nie zrobię czegoś dziś, zrobię jutro albo w następnym okresie czasu. Pewnie trochę tak traktowali czas tutejsi mieszkańcy. – Mogę w czymś pomóc ? – spytał Mike kończąc swoje przemyślenia.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych