Wróć do katalogu

Mężczyzna w płaszczu

Jestem dość młody, chciałbym coś napisać, ale zawsze się wstydzę pokazać ludziom swoje wypociny. Proszę o ocenę tego "czegoś" co miało przedstawiać historię jednego z czterech ludzi, którzy spotkali tajemniczego mężczyznę w płaszczu.

skalar304, opublikowano , 19 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To miał być kolejny zwykły, szary dzień jakich przeżyłem bezliku. Jednak co rano budzę się z nadzieją, że wreszcie coś się wydarzy, że nie spotka mnie pech, i gdzieś w środku tak sobie marzę o kobiecie. Tak, kobiecie. Cholera, okrągła trzydziecha na karku a ja wciąż sam. Kiedyś uznawałem to za zaletę, mogę przecież spełniać marzenia, nikt nie będzie obok stał i mi truł nad uchem. Gówno prawda. Mam nędzną pracę, nędzne zarobki, rodziców idiotów i może jednego zaufanego kumpla, który ma tak samo nędzne życie jak ja. Taka żona to chociaż pocieszenie. To jakieś oparcie. Zwykle wstaję dokładnie o ósmej, dziś musiałem wstać wcześniej, bo czekała mnie wizyta u lekarza. Lekarza, który zarabia kilka razy więcej i pewnie miał już kilka żon. Zapytać możecie na co choruję. Tak naprawdę sam nie wiem. Boli mnie wątroba, bolą mnie płuca i serce. Idę to sprawdzić, po to się chodzi do tych doktorów. Na zegarku wybiła szósta, zadzwonił budzik. Wyciągnąłem mozolnie rękę by go wyłączyć. Leżałem jak co rano z wbitym wzrokiem w sufit, biały sufit. Jezu, jak mi się nie chce żyć. Podaruj mi jakąś żonę, zrób coś, bym choć raz poczuł się szczęśliwy. Ściągnąłem z siebie kołdrę, powoli przyjmowałem postawę siedzącą, straszne zajęcie te wstawanie. W oknie też nic ciekawego nie dostrzegłem. Jasne niebo, praktycznie brak chmur. Wkładając kapcie zauważyłem kolejną dziurę w skarpecie. Jakie to cholerstwo nietrwałe. Kupisz nowe, a i tak po tygodniu się rozwala. Zdjąłem wyblakło-czerwony szlafroczek z wieszaka. Jedyna rzecz o jakiej mogę się pozytywnie wypowiedzieć to właśnie ten stary szlafrok. Nosił go jeszcze mój dziadek, potem był elementem garderoby mojego starego. Tak, starego, bo nie czuję sympatii do tego drania. Chciał się mnie pozbyć jeszcze zanim się urodziłem. Skąd to wiem? To chyba was nie obchodzi. Podreptałem do kuchni, która znajdowała się tuż obok sypialni. „Sypialnia”, jak to dumnie brzmi. Mi osobiście to słowo kojarzy się z jakimś pałacem albo co najmniej willą. Wspomniałem już, że mam nędzny dom? Lepiej będzie, jak zamiast słowa „sypialnia” użyję „pokoik, w którym sypiam”. Ma może sześć metrów kwadratowych, nie wiem, ale mieści się tylko pojedyncze, twarde jak diabli łóżko, stolik na budzik i mała szafa, gdzie trzymam gacie. Z kuchnią jest nie lepiej: stara lodówka, kuchenka mikrofalowa, też okropnie stara, stół, parę krzeseł, rozpadające się szafki, telewizorek sprzed dwudziestu lat. Zalałem mlekiem miskę i włożyłem do mikrofali. Wykorzystując wolną chwilę czasu na przygotowanie tego nędznego posiłku, wyszedłem po poranną gazetę, dostarczaną wcześnie rano. Jedząc jakieś kuleczki zbożowe z kolorowego pudełka, czytałem co ostatnio ciekawego wydarzył się na świecie. Oczywiście, na pierwszej stronie atak terrorystyczny. Zginęło 5 osób, w tym bombowiec samobójca. Zazdroszczę tym terrorystom wiary i odwagi, naprawdę. Dają z siebie wszystko, by ich bóg był szczęśliwy. O nic nie muszą się martwić. Wychodzą na ulicę, wciskają przycisk, nie mija milisekunda i już ich nie ma. To znaczy są, ale gdzie indziej. Skubańcy, też tak chcę. Kolejna strona, tym razem debata w sprawie amerykańskich wojsk w Afganistanie. Nudzi mnie już to. Nie mogą się na nic zdecydować, a tyle zarabiają. W tym momencie znów zauważyłem jak potrzebna jest mi żona. Nie jadłbym tych płatków bez smaku, obok mojej ręki stałaby gorąca kawa, a moje plecy byłyby masowane. Cholera, takie coś nie istnieje, to tylko moja wyobraźnia. Pewnie znajdę starą jędzę bez grosza przy duszy, ważącą tyle co moje Audi. O, zapomniałem wam powiedzieć, że mam Audi. Rocznik 1982, sedan. Przyznajcie sami: całkiem niezła fura, co nie? Kolor taki sraczkowaty bardziej, ale mówią, że w samochodach ważne jest wnętrze, a te, bądź co bądź, nie jest tragiczne. Zresztą po co ja o tym wam mówię. Kiedy już zjadłem, wymyłem zęby i ubrałem się w jakąś prostacką koszulę w kratę, mogłem wyruszyć w drogę. Martwił mnie tylko mój zarost, wyglądałem trochę jak bezdomny, ale nie starczyło mi czasu, musiałem się śpieszyć. Mieszkam na przedmieściach, dlatego korki to nie mój problem. Droga była cała pusta, więc mogłem rozwinąć skrzydła swojej jedynej pociesze (dochodził nawet do 120 na godzinę!). Prowadząc, zapaliłem porannego papieroska, żeby miło zacząć dzień. Do lekarza miałem dwadzieścia minut drogi, dlatego włączyłem radio posłuchać nowych przebojów. Rzadko słucham muzyki, teraz była ku temu okazja. Gówno jakie wydobywało się z głośników w ogóle nie przypominało mi muzyki, serio. Wybrałem jazdę w ciszy. Pozornej ciszy. Parking przed kliniką zawsze był zapełniony. Zwykle szukałem wolnego miejsca przez minimum dziesięć minut, dziś nie było lepiej. Najbardziej mnie wkurza to, że jakiś fagas stoi obok swojego autka i popala fajkę, do tego bezczelnie się do mnie uśmiechając. Gdybym nie zarabiał tak marnego grosza, walnąłbym tego jego dżipka od tyłu. Zrzedłby mu ten brzydki uśmiech. Było już kilka minut po siódmej kiedy znalazłem wolne miejsce parkingowe (dla inwalidów, a co mi tam) i wszedłem do budynku. To co zastałem, pogorszyło mi bardziej humor. Kolejka rozciągała się na cały, kilkunastometrowy korytarz. Myślałem, że o tej porze maksymalnie pięć, no może dziesięć osób będzie oczekiwało wizyty, a tu niespodzianka! Cholerna niesprawiedliwość. Jak cię nie stać na prywatne leczenie to czekaj na śmierć. Oparłem się spokojnie o parapet, włożyłem ręce do dziurawych kieszeni i postanowiłem znieść te męki. Mijały minuty, a nawet godziny. Cztery razy wyszedłem na papierosa do parku za kliniką. Znajdował się tam staw, okropnie zasyfiony. Obok była ławeczka, gdzie mogłem sobie odetchnąć. Zawsze gdy wracałem do kolejki, ta wydawała się dłuższa, mimo, że poprosiłem jedną panią, by pilnowała mi miejsca. W końcu zwolniło się jakieś siedzenie, i nie zważając na starsze panie i kobiety w ciąży, usiadłem sobie w dużym rozkroku, by też mieć coś od życia. Zaraz obok mnie usiadł drugi mężczyzna, może około pięćdziesiątki, tak mi się przynajmniej zdawało. Przypominał mi kogoś, ale nie mogłem sobie wtedy skojarzyć kogo. Zapytał, czy mam ognia. Ja odpowiedziałem mu, że tak, że możemy wyjść zapalić na dworze. Kiwnął głową i nie minęła chwila, gdy siedzieliśmy na ławeczce. - Dzięki stary, myślałem już, że głowa mi pęknie od tamtego hałasu – powiedział. - Nie ma problemu. Długo tam pan stał? Nie widział…- i urwałem. To był ten gość, który wbijał we mnie wzrok stojąc obok Dżipa. Cholera, dopiero teraz mi się przypomniało. - Oj, widziałeś – zaśmiał się – wolałem czekać na parkingu niż wdychać te brudne powietrze. Facet wyglądał nawet na bogatego. Miał na sobie czarny, skórzany płaszczyk, eleganckie, wypolerowane buciki, zaś na jego ręku widniał ładny, srebrny Rolex. Zresztą sam jego samochód mówił za siebie. - Ciężka choroba? – zapytał wyrzucając peta do wody. - Nie wiem, dopiero zrobię badania. Ale raczej nie jest dobrze – odparłem patrząc jak żaba rzuca się na jeszcze tlący się papieros – A u pana? - Serce mi pada. Standard w tych czasach. Gość wyglądał na przyjemnego, sprawiał inne wrażenie niż stojąc na parkingu. Z twarzy był podobny do jakiegoś aktora, tak mi się wydawało. Miał już dość głębokie zmarszczki, zmęczone oczy, jakąś nieciekawą bliznę na nosie. Chłop po przejściach, pomyślałem sobie. - Co być zrobił gdybyś dowiedział się, że zostały ci dwa, góra trzy miesiące życia? – zapytał kompletnie mnie szokując. Co cię to obchodzi facet? Nawet cię nie znam. Takie myśli początkowo mi się nasuwały, ale nic nie odpowiedziałem. Zacząłem się zastanawiać, to bardzo nie w moim stylu. Gość miał chyba jakiś dar, wydawać się mogło, że jest moim kumplem od dzieciństwa. Ale nie wiedziałem co powiedzieć. Co mógłbym zrobić? Żyłbym swoim nędznym życiem jak zawsze. - A pan? Uśmiechnął się tylko, wyraźnie dając do zrozumienia, że ode mnie oczekuje odpowiedzi. - Nie mam pojęcia. Zgwałciłbym jakąś laskę, obrabował bank i zastrzelił prezydenta – wypaliłem żartobliwie. - To mi się podoba – odrzekł cały czas się uśmiechając, tylko coraz szerzej. Znów wyciągnął papierosa, a ja użyczyłem mu zapalniczki. - Wiesz co mnie najbardziej wkurza w tym świecie? - Nie odpowiedziałem, tylko zaczekałem na jakąś ciekawą odpowiedź. Cholera, gość mnie intrygował. – Że niektórzy starając się, wiodą nędzne życie, a inni zbijają forsę na byle gównie. Czy to jest sprawiedliwe? Pokiwałem przecząco głową. Tak zawsze było, jest i będzie. Facet kontynuował: - Popatrz na takie gwiazdy. Za byle podpis zarabiają więcej niż gdybym pracował okrąglutki rok, dajmy na to, w fabryce obuwia. Inni jeszcze więcej mają na oszustwach, przekrętach, wykorzystywaniu słabszych. Czemu panuje taka niesprawiedliwość? Czemu ci, którzy chcą być uczciwi, wychodzą na gorsze? Ci, których praca powinna być najbardziej doceniana? Powiem ci. Bo zbyt wielu rodzi się sukinsynów. Nagle na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Chwycił się za serce i prawie upadł, gdybym go nie złapał. Natychmiast zaprowadziłem go do lekarza omijając kolejkę, mimo protestu tych głupich bab. Nie przyjmowały w ogóle do wiadomości, że mężczyzna ledwo żyje,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych