Wróć do katalogu

MIASTO INNEGO ŻYCIA

Nie wszyscy którzy umierają, umierają naprawdę.

nexus1, opublikowano , 29 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

MIASTO INNEGO ŻYCIA

Nad skalne urwisko w pobliżu drogi, która wiodła do dużego miasta podjechał policyjny radiowóz. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i podeszli do metalowej barierki, za którą stok góry gwałtownie opadał tworząc 30 metrową przepaść. W dole kamienne gruzowisko wypełniało przestrzeń na kilkusetmetrowym odcinku tworząc niecodzienną scenerie. Dalej widać było położone w ciemności miasto zalane teraz nocnymi refleksami świateł Starszy mężczyzna popatrzył w dal i powiedział. -Wiesz Kerr, co mnie dziwi? W ciągu roku w mieście mamy 323 wypadki samobójstw, jednak żadnego z nich nie stwierdzono w tym miejscu. Nie uważasz, że to doskonałe miejsce, aby odebrać sobie życie? -Tak. Doskonałe pod każdym względem. Po skoku z tego miejsca w dół na pewno wynik będzie zawsze śmiertelny. Gdybym sam chciał tego dokonać, przyszedłbym właśnie tutaj. -No właśnie. A jednak jest zupełnie inaczej i nikt tutaj nie przychodzi i nie kończy z sobą. Wiesz, co mnie jednak dziwi? W ubiegłym roku ekipy naprawcze 70- krotnie naprawiały tą barierkę. Jakby w nią z wielką siłą uderzały samochody. -Żadnego jednak w dole nie znaleziono? -Nie uważasz, że to bardzo intrygujące? -Myślisz poruczniku, że istnieje jakieś sensowne wytłumaczenie? -Jestem o tym niewątpliwie przekonany, że tak jest w istocie. Oprócz bowiem samobójstw mamy także 170 przypadków zaginięć ludzi, z których tylko kilkanaście osób się odnajduje. To daje kłam wszelkim statystykom. Albo nasze miasto jest wyjątkowe albo spowija je jakaś tajemnica. Młody Kerr nie był o tym przekonany, uważał, bowiem że na pewno wszystko można logicznie wytłumaczyć. -No nic, wracajmy, czeka nas dzisiaj ciężki dzień. Wsiedli do samochodu i odjechali. Kiedy w okolicy zrobiło się cicho i bezludno zza pobliskiego lasu wyjechał samochód i zatrzymał się w odległości około 100 metrów od barierki. Jego silnik zaczął pracować na coraz większych obrotach i wkrótce z piskiem opon ruszył w kierunku urwiska…

****

Miał dosyć już wszystkiego, co stanowiło o jego życiu. Poddał się depresji i ciemności, która go otoczyła nie widząc dla siebie żadnej alternatywy na przyszłość. I chociaż nie chciał umierać czując w głębi serca, że to błędna decyzja to jednak nie potrafił już jej w sobie powstrzymać. Nie będąc potrzebny już nikomu nie czuł się potrzebny sobie i jak zły sen zniewoliły go najgorsze myśli. Podjechał samochodem pod samo urwisko, lecz w ostatniej chwili mocno wcisnął hamulec i zatrzymał się gwałtownie. Wysiadł z samochodu i ze złością i krzykiem zaczął uderzać w barierkę odgradzająca przepaść próbując powstrzymać swój zamiar jakimś szalonym wyczynem. Popatrzył w pustą czerń przed sobą a tam nie było już drogi ani drzew. Tylko gwiazdy na niebie i pojedyncze światła przed nim jak gdyby można było pójść dalej gdzieś w dół w dolinę i tam zaznać spokój. Ale jego jutro już nie istniało lub nazywało się teraz śmierć i tam być może znajdzie zakończenie wszystkiego i wyzwoli się z więzów, którymi czuł się spętany. Stracił w ostatnim czasie wszystko. Ukochaną kobietę, pieniądze, dom i to, co najważniejsze, czyli chęć do życia.. Został mu stary samochód i długi ścigające go z prędkością krótkodystansowca. Nie mógł jeszcze zrozumieć jak mógł być tak ślepy przez tyle lat, i dawać się tak wykorzystywać niczego nie zauważając. Czuł, że musi ponieść karę za ślepą miłość j bezwzględne oddanie. Popatrzył raz jeszcze w pustkę , uspokoił nerwy i zobaczył jak gdyby z zupełnego nieistnienia, wyłaniający się obraz. Dostrzegł światła, jednak nie gdzieś w dole świecące z domów jego miasta, lecz przed sobą w bliskiej i dalekiej pustce powietrza, jakby tam istniało coś, czego nigdy dotąd nie znalazł i żyli tam ludzie, bliżsi mu niż ktokolwiek inny. Nie, przecież to zupełna paranoja, której nie może się poddać. Tam przecież nie może nic być, był tutaj przecież już wiele razy. A jednak jakby z oddali dochodziła go nawet muzyka, czyjś radosny głos i jakaś niespotykana nadzieja płynąca ku niemu wraz z nim. Poczuł napływ energii, zupełnego pogodzenia się ze swym losem jak gdyby w tym momencie złapał wiatr w żagle. Wsiadł do samochodu, cofnął kilkanaście metrów do tyłu i z piskiem opon pojechał w stronę barierki zamykając oczy. Poczuł tylko głuche uderzenie, dźwięk zbijanych świateł i gdy myślał, że poczuje przeciążenie spowodowane gwałtownym spadaniem w dół stało się coś wręcz przeciwnego. Wydało mu się, że wcale nie spada a jedzie dalej niewidzialną drogą. Próbował cokolwiek zobaczyć w ciemności za szybą, lecz jego oczy niczego nie potrafiły zarejestrować, tylko jakieś pojedyncze błyski, refleksy na szybie świadczące o tym, że droga wcale się nie skończyła i istnieje dalej ulepiona z powietrza, ciemności i mgły. Jeśli by spadał czułby to przecież, gdyby leciał w dół w przeciągu kilku sekund rozbiłby się o skały i dopadłoby go w końcu umieranie. Nie działo się jednak nic z tych rzeczy, tylko zupełnie coś dla niego nieoczekiwanego. Może jednak tak wygląda śmierć i nie czuje się zupełnie chwili, kiedy przechodzi się na tamtą stronę? Może śmierć nie boli i jest tylko otwarciem kolejnych drzwi lub jeszcze czymś innym niepoznanym? Na myśl przyszły mu legendy i opowieści o tym miejscu. Ponoć ludzie opowiadali, że czasami urwiska nie ma i że wszystko jest tak jak kiedyś przed trzęsieniem ziemi. Nigdy im nie wierzył, przenigdy nie próbował tego sprawdzić, bo przecież to nie mieściło się w jego ludzkim rozumowaniu. A teraz sam dokądś jechał, zawieszony w powietrzu nie wiedząc tego, w co się przeobraził w ciągu kilku chwil. Wolno przed nim zaczynała przebijać jasność i z ciemności wyłaniał się nieznany mu krajobraz. Droga, którą niewątpliwie jechał ukazała mu się w blasku dnia, chociaż przecież był dopiero późny wieczór. Wkrótce zrobiło się zupełnie jasno i zobaczył, że jedzie wolno twardą, krętą drogą wśród wysokich iglastych drzew lekko wspinającą się w górę. Ku jego zaskoczeniu przed sobą kilkanaście metrów dalej, zobaczył kobietę, która machała w jego stronę ręką. Widok innego człowieka dodał mu otuchy i zatrzymał się przy niej próbując na swej twarzy wywołać uśmiech. Była bardzo ładną, młodą dziewczyną, która zupełnie mu nie pasowała do tego miejsca. -Zabierze mnie pan dokądkolwiek? -Dokądkolwiek? A gdzie to jest? -Nie wiem…Niech pan jedzie, to może się o tym przekonamy. Po chwili jazdy zapytał pragnąc zaspokoić swoją ciekawość. -Czy pani wie, co to za miejsce? -A jak pan myśli? Można sobie wybrać dowolną nazwę. Śmierć, inny świat, trzeci wymiar, szaleństwo, cokolwiek. Ważne chyba jest to, że odczuwamy swoje istnienie, prawda? -Chciałem popełnić samobójstwo- powiedział -A ja wyglądam na osobę która jest wycieczce? Jak widać ani panu ani mnie się nie udało. Nawet umrzeć normalnie nie można- powiedziała zawiedziona -Może nie wolno nam było tego robić? Może to nie była jeszcze nasza pora? Lub należało to zrobić w zupełnie inny sposób? -Wierzy pan w to, że o chwili naszej śmierci decyduje Bóg? On ma nas wszystkich w nosie i nie przejmuje się nami, bo nie ma czasu dla każdego z nas. -To bardzo surowa ocena. -Jest mi wszystko jedno gdzie jestem i co się teraz ze mną stanie!- powiedziała i zakryła twarz dłońmi. Zrobiło mu się jej żal, lecz przecież sam powinien się zastanowić nad tym, co uczynił. -Powiesz mi, co się stało? Nie chciała jednak mówić tylko utkwiła oczy w drodze i milczała nie reagując na jego słowa. Po chwili wyjechali z lasu i przed sobą zobaczyli miasto, położone na rozległej równinie w pobliżu płynącej wartkiej rzeki. Nie było duże, zbudowane z małych pojedynczych stylowych domków, stojących blisko siebie. Świat po stronie śmierci okazywał się być najnormalniejszą rzeczywistością jaką znał Dojechali w końcu do pierwszych zabudowań i zatrzymali się przed budynkiem oznaczonym napisem „Motel Wędrowca”, gdzie wysokie drzewa rzucały cień na zielony ogród kwitnących kwiatów przed wejściem. Myślał że w tym dziwnym miejscu wszystko będzie inne. Ale słońce na niebie było takie samo a i wiatr i ziemia pod nogami nie różniły się niczym od tego, co znał. Byli, więc chyba w swoim świecie w miejscu na Ziemi gdziekolwiek ono się znajdowało. W środku zobaczyli kilka stolików, barek i młodą dziewczynę za nim wycierającą szklanki. Powitała ich uśmiechem i ciepłym głosem powiedziała. -Witam nowych gości. Proszę siadać, zaraz podam śniadanie- powitała ich i znikła za drzwiami zaplecza jak gdyby spodziewając się ich wizyty. Usiedli niezdecydowanie i rozejrzeli dookoła. Jack zobaczył, że jego towarzyszka jakby speszona swoim wyglądem wyciągnęła lusterko i przyjrzała się swojej umazanej łzami twarzy a potem zaczęła poprawiać pospiesznie makijaż. Nie zdążyli zamienić nawet słowa i pojawiła się ponownie kelnerka niosąc dwa talerze ciepłego posiłku. -Proszę bardzo, śniadanie dla państwa- powiedziała. Nic nie mówił o tym, co lubi, lecz gdy zobaczył przed sobą jajecznice na boczku westchnął z radości na ucztę, jaka go czekała. -Skąd pani wzięła moje ulubione rogaliki?- zapytała dziewczyna zdziwiona tym, co i ona otrzymała. -Proszę o nic nie pytać, nowi goście jeszcze nie muszą wszystkiego wiedzieć. -Czy może nam pani powiedzieć, gdzie jesteśmy?- zapytał. -Wszystko w swoim czasie- odparła i odeszła. Zabrał się do jedzenia, czując narastający głód i zachwycił się smakiem, poczuł w ustach. Skoro po śmierci można sycić się jedzeniem było to całkiem przyjemne miejsce. -Po, co pan pyta? Może lepiej nic nie wiedzieć? Może wygraliśmy jakiś los na loterii i to nasza nagroda?- zapytała po chwili dziewczyna -Śmierć jako główna pula ze specjalnym, dodatkiem w formie ostatniej chwili marzeń? Może niedługo miraż minie i rzeczywiście runiemy w przepaść? -Czy dla tych kilku chwil nie warto? -Może tak, jeżeli coś ciekawego tutaj nam się jeszcze przydarzy- odparł. Po chwili usłyszeli dźwięk telefonu. Wiszący na haku staromodny aparat zadźwięczał głośnym tonem. Kelnerka podniosła słuchawkę i po chwili powiedziała. -Przepraszam, pani na imię Suzan? -Tak? -Pani siostra Rini do pani. Suzan zamarła z wrażenia nie wiedząc jak się teraz ma zachować. -Co się stało?- zapytał. -Rini…Ona zaginęła 10 lat temu…- powiedziała i zaraz kocim zgrabnym krokiem pobiegła do słuchawki. Przeszły go dreszcze po plecach i stracił apetyt. Chwile przyglądał się temu jak Suzan rozmawia i po chwili zauważył jak rozradowana wybiegła z motelu na zewnątrz budynku. Czuł się cholernie dziwnie, to nie mogło być normalne miejsce w zwyczajnym świecie. Gdzie, więc był? Popatrzył na kelnerkę a ona na niego i zapytała. -Po pana nikt nie dzwoni? Nie rozumiał, o co jej chodzi, ale chyba miało to znaczenie w tym dziwnym miejscu. Wypił stojący na stole sok i zapatrzył się w okno ignorując kelnerkę, lecz po chwili rozległ się drugi telefon. -Tak? Dziewczyna z baru wymieniła z kimś kilka słów i przywołała go ruchem ręki. -Pana ojciec- powiedziała i podając mu telefon. Skoro był w świecie ludzi umarłych, to nie mógł być jego ojciec. On przecież żył i czuł się doskonale! -Halo? Pan uważa, że jest moim ojcem!? Mój ojciec przecież żyje! -zawołał -Jack? Nic nie rozumiesz, jestem nim naprawdę i wyjaśnię Ci wszystko za chwilę. Chciałem na razie usłyszeć Twój głos i się upewnić, że to Ty. Czekaj na mnie- powiedział i wyłączył się. Więc kolejna zagadka, którą być może już wkrótce rozwiąże. Podziękował kelnerce i wyszedł z motelu na drogę. Wszystko mieszało już mu się w głowie i nie był już pewien czy to, co przeżywa nie jest tylko zwykłym snem. Przecież to wszystko na pewno ma swoją historię i miało swój logiczny początek. Poszedł w kierunku centrum miasta licząc na to, że tam znajdzie odpowiedź. Po chwili nadjechał stamtąd jakiś samochód i zatrzymał się przed nim. W środku zobaczył młodego, młodszego od siebie mężczyznę. Uśmiechnął się szeroko i powiedział. -Cześć Jack, jestem Majk, Twój ojciec. Nie znał tego mężczyzny i nie było między nimi nawet podobieństwa w wyglądzie. -Mój ojciec żyje, znam go i wiem jak wygląda- odparł. -Wsiadaj, zaraz Ci wszystko wyjaśnię. Chyba, że masz coś lepszego do roboty? Kiedy jechali samochodem pustymi ulicami miasta Majk zaczął mówić. -Wybacz, że Ciebie tutaj wezwałem, ale jesteś nam potrzebny. To miejsce wymaga czasami pomocy ludzi z zewnątrz, takich jak Ty, a ja naprawdę jestem Twoim ojcem. Podczas twoich narodzin, Twoja mama doznała krwotoku, którego lekarze nie potrafili zatamować. Kiedy się o tym dowiedziałem, jak wariat jechałem do szpitala, ale i mnie dopadło nieszczęście. Nie zauważyłem wielkiej ciężarówki i wypadłem z drogi. Nawet nie poczułem jak umieram a raczej jak zjawiłem się w zupełnie innym miejscu od tego, w jakim powinienem się znaleźć. Zresztą to kwestia własnego spojrzenia i właściwego wytłumaczenia sobie wszystkiego. Tak to się zaczęło dla mnie i trwa od lat aż do dzisiaj. Byłem jednym z pierwszych, którzy tutaj przybyli od chwili, gdy dwa miesiące wcześniej w wyniku trzęsienia Ziemi w tym miejscu obsunęły się skały i powstało znane Ci już urwisko. W Twoim przypadku wtedy stałeś się podwójnym sierotą w przeciągu niewielu chwil. I zostałeś następnie adoptowany przez innych ludzi, którzy Ciebie również mocno pokochali. -Czy, zatem mama też tutaj jest? -Nie, nie ma jej. Nie umarła w miejscu, z którego można było przejść do tego świata w jakim jesteśmy teraz. Wtedy niewielu wiedziało o tym, że tylko urwisko jest drogą do naszego życia. Ale jak wiesz w przypadku Twojej matki nie miało to i tak znaczenia. To w zasadzie wszystko, co mogę Ci już powiedzieć, tylko czy postarasz się w to wszystko uwierzyć? W zasadzie był człowiekiem, który dopuszczał wiele spraw z pogranicza realnego życia i fikcji. Teraz stał się bezpośrednim uczestnikiem anomalii istnienia. -Nie wiem…sam nie wiem, lecz chyba nie mam wyboru. Próbowałem się przecież zabić. Dla mnie to miejsce to i tak wybawienie od kłopotów, tylko szkoda, że wcześniej swoje życie tak bardzo spaprałem. Przecież i tak cokolwiek tutaj pięknego to i tak nie jest życiem tylko złudzeniem.- odparł. -To nie Ty tylko synu jesteś wszystkiemu winien. Trochę Ci w tym pomogliśmy, by wymusić na Tobie decyzję o samobójstwie. Tego się nie spodziewał i teraz zupełnie rozgorzał w nim bunt przeciwko temu gdzie był i kim był. Chciał wrócić i wybrać inny bardziej skuteczny sposób na śmierć. Czuł jednak, że w chwili obecnej nie miał i tak innego wyjścia jak poddać się wszystkiemu, co musiał uczynić. -Nie patrz tak na mnie, to prawda. Miasto ma możliwości, o…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych