Wróć do katalogu

Między mną a Wiecznością

Droga człowieka do śmierci. Bezsens poszukiwań ukojenia, które nie istnieje w żadnym świecie i męczarnia istnienia. W formie metafory.

Matilda, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Powiedziałam jej: Popatrz dookoła. Gdzie widzisz Dobro? Odpowiedziała: Ono jest w nas, dlatego go nie widać. Spytałam: Wobec tego kim my jesteśmy? Dobrem - powiedziała – zlepkiem Dobra, które nigdy nie gaśnie. Skoro – stwierdziłam - jesteśmy tylko Dobrem, gdzie Zło? Zła nie ma. Piekła nie ma. Jest Dobro. – wytłumaczyła mi Nie zrozumiesz, masz pięć lat – powiedziałam, raniąc samą siebie – Zła nie ma, racja. Ale dobra też nie ma, bo nie ma nas. Jak to? – spytała – Nie ma nas? Przecież oddycham, chodzę, żyję! Zamknij na chwilkę oczy. – poprosiłam – A teraz wyobraź sobie siebie bez świata, bez wszechwładnego Kosmosu, bez uranu i wapnia. Bez wody, tlenu, bez komórek ciała i bez twarzy i bez Niczego. Co widzisz? Nic! – krzyknęła rozdzierająco – Nic nie widzę! Nie ma Boga, nie ma mnie, ciemno, ciemna cela dla białego kurzu, kurz, dużo kurzu, dusze! Duszę się! Ratunku! Wypuść mnie! Dotknęłam jej włosów. Były takie czarne, czarne, pełne białego kurzu, bo dla białego kurzu stworzone… Rozdział pierwszy: na pianinie Powietrze przesycone było krzykiem. Krzyk, krzyk, duch z białym kurzem na poszewce, którą był okryty, na czarnej poszewce. Padłam na kolana, chociaż nigdy nie byłam zbyt religijna, odmówiłam „Ojcze nasz” za duszę, płakałam chwilę, wreszcie uspokoiłam się i zeszłam za dół. Ciemne, długie dębowe schody, takie ciężkie, przytłaczając wiodły mnie do salonu, a podróż trwała nie krócej niż trzysta tysięcy lat. Westchnęłam głęboko i podeszłam do okna. Dotknęłam parapetu. Zimno przeniknęło mnie na wskroś, zatrzęsłam się jak w konwulsji i z rykiem upadłam na podłogę. Ryk – ryk – ryk – zimny pokój – długie schody – ciężkie, nie, nie ciężkie, tylko moje serce wypełniło się ołowiem i przygniotło mnie do ziemi. Kafle – nie chcę leżeć, pobiegnę na górę, chwycę jej zimne ciałko, martwe ciałko i utulę. Kurz. Ona przyszła do mnie. – Duszno tutaj – powiedziała – Otwórz okno, duszno mi, strasznie duszno. Nie chciałam otworzyć, ręce mi drżały, zrobiły się sztywne i niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Sparaliżowana samą sobą, z wnętrznościami, które wyjęto i nafaszerowano strachem i solą, która wysuszyła mnie od środka. Czy można żyć bez środka? Jak pies, pomyślałam. Pies nie ma środka, tylko my, ludzie mamy środek. Ona, dusza, była tylko środkiem, środkiem z którego zdarto powłokę, żelazną i grubą, pozwolono fruwać. Chcę fruwać! Weszłam na pianino, stąpnęłam po klawiszach i gruchnęła jakaś sonata Bacha. Nie! Ja nie chcę grać! Chwileczkę, zatrzymać się, stop, samochód zahamował i uderzył w drzewo. Przeżyli, nie, nie przeżyli: cztery osoby zabite, jedna ranna. Jedna! Jedna jedyna na cały Kosmos – wyrok – wyrok – ranna – zabita! I znowu złapać za usta i krzyknąć, jak w szale, „cisza!”. Nie ma wyroku bez sędziego. Posłać po sędziego! Gdzie?! Jak?! A on leży, głowa przecięta szybą, nie, to szyba wlazła w głowę i zastygła w niej, z tyłu mała, z kitką, nie, z warkoczykiem, warkoczyk zaplątał się w coś, w krew, przecięło ją, przecięło i ona leży, jest ciepło, lato, upały, ludzie zdejmują pośpiesznie kapelusze, bo to jest sto lat temu i wtedy noszono kapelusze, teraz się nie nosi, teraz, kiedy wynoszą dziewczynkę, połowę dziewczynki na noszach, ale ona jest martwa, nie, nie jest martwa. Ona żyje. Bo to jest sto lat temu, mała poszła po mleko, krowę wydoić, chłopka, biedaczyna w chustce, matka alkoholiczka, biedne dziecko. Nie, jeszcze dawniej. Średniowiecze, nie ma samochodów, ktoś przyjechał na motocyklu zobaczyć wypadek, dziecko szło do domu, ktoś je popchnął, wpadło na drzewo i przecięło je na pół. Przyprowadzili sędziego, starszego pana z laseczką, popukał laseczką, nie, to były słuchawki, popukał i nic. Mówi: koniec. Wynoszą. I po co te całe czekanie? Obiad by chociaż matka biedna, alkoholiczka, zrobiła i byłby pożytek. Ale nie, matka w samochodzie, do niej sędzia nie przyszedł, musi czekać, cierpliwie, z szybą, z blachą w głowie, czekać. Może córeczka z warkoczykiem we krwi przyjdzie, popatrzy, bo jej tam nie było, średniowiecze, nikt jej nie popchnął i żyje. Nie, pomyłka, dziewczynki nie ma, albo i jest, chociaż mieszka w innym domu, u innych rodziców, oni nie piją, uczy się dobrze, najada zawsze do syta. Ale przez to wyrasta na samolubną egoistkę, przejeżdża swoim nowym samochodem małą sierotkę, biedne dziecko z warkoczykiem, matka w domu pijana, dziecko przepołowione. Stop! Zatrzymać ten rozpędzony samochód, zatrzymać! Kontrola, prawo jazdy, dowód osobisty… Samochód zatrzymany: pięć osób żywych. Nie zamykać ust, krzyczeć: żywi! Żyjmy, żyjmy i umierajmy, tak to jest, przypadek? Nie, rutyna, norma, śmierć – norma, śmierć – wykres. Ilość śmierci w ciągu miesiąca. Lepiej brzmi: ilość zgonów. Jeden zgon, drugi zgon, trzeci… Dużo zgonów. Policzmy. Jeszcze raz, przecież statystyka musi być wiarygodna. A teraz: tyle i tyle zabitych, tyle i tyle rannych. Więcej zgonów latem. Czemu? Cieplej, nieuwaga na drodze. Starczy. Zatrzymać te maszynę do samodestrukcji. Ale cóż to – chwytam za dźwignię, a ona ani drgnie. Czemu? Miliony, nie: miliardy ludzi ciągną w drugą stronę, sama sobie nie poradzę, pomocy, pomóżcie mi! Nie pomogą. Maszyna nie zatrzymuje się, ja nie mogę jej zatrzymać, czas. Czas mija, ja drżę w najdalszym kącie mojego pokoju, dużego salonu, pod parapetem, jak tam ciepło! Jest lato, nie: zima, jest zimno, mam na sobie sweter i siedzę pod kaloryferem. Jaki on ciepły! Ciepło… rozgrzewam się i jest miło, miło we wnętrzu wyssanym przez sól… Ale soli nie ma, wnętrza nie ma, a ciepło jest i dlatego… Zatrzymałam się, pianino wydobywało ze swojego spróchniałego wnętrza piękne dźwięki. Dobrze mi było tak stać i słuchać, więc zatrzymałam się. Maszyna stanęła. Oddychałam spokojnie, powoli, strach odchodził, wyparowywał ze mnie jak woda z garnka. Lecz nagle, kiedy chwyciłam za górną część instrumentu, zwaliły się na mnie tabuny kurzu i pokryły grubą warstwą mą twarz. Poczułam, że brakuje mi powietrza, zeskoczyłam, przestało grać, otworzyłam okno, wspięłam się na pianino, lecz tym razem nie zagrało. Weszłam na górę, drewno skrzypnęło pod moim ciężarem, stałam na samej górze, wyżej jedynie kopuły, przez które prześwituje błękit nieba. Jakieś skrzydlate aniołki, freski, jak miło było na nie wówczas patrzeć! Zawsze ich nienawidziłam, patrzyłam na nie wręcz z obrzydzeniem, kiedy nagle, zmieniwszy punkt widzenia na wyższy, polubiłam je. Im bliżej Nieba, tym bliżej do świętości. Uśmiechnęłam się nawet. Rozłożyłam szeroko ręce, jak ptak szykujący się do lotu i zeskoczyłam… Rozdział drugi: na niebie Zwiesiłam luźno nogi, rozsiadłam się wygodnie i poparzyłam w górę. Aniołki przyglądały się mi z wyraźnym zainteresowaniem. Jakby mówiły: co ta dziwna, niepodobna do niczego istota robi w naszym świecie? Każdy ma swój świat, każdy dba o niego jak potrafi, walczy za niego, dobrze mu w nim. Może i by panował pokój pomiędzy światami, gdybym wtedy nie odchyliła głowy i nie przełamała granicy pomiędzy Ich Światem a Moim Światem. Zeszły więc z fresków, ze ścian, kopuł i sufitu. – Boisz się nas? Boisz się nas? – pytały – Nie – odpowiadałam im – Nie boję się was, bo nie istniejecie naprawdę. – Nie istniejemy? – pytały, wielce zdziwione – To dlaczego rozmawiamy teraz z tobą? – Nie wiem – odpowiedziałam – Może ja też nie istnieję, dlatego mogę się z wami porozumieć – Skoro – rozumowały – nie istniejemy wszyscy, dlaczego żyjemy? – Nie wiem – odpowiedziałam i zamknęłam oczy. – Granicy pomiędzy światami się nie zaznacza – powiedziałam – Ta granica jest niewidoczna, lecz wszyscy wiedzą, gdzie leży. Ja ją przekroczyłam celowo, bo nie znalazłam ukojenia w Moim Świecie. – I szukasz je u nas? – spytał pulchniutki aniołeczek podobny do małej owieczki – Tak – odpowiedziałam – I u was, i u mnie, i u innych jeszcze. – To ci w niczym nie pomoże. – stwierdził mądry anioł – My nie wiemy, co to ukojenie, więc ci go nie damy. Jeśli chcesz, poszukaj go u innych, lecz oni powiedzą to samo. – Więc w jaki sposób mam znaleźć ukojenie, skoro nigdzie go nie ma? – spytałam – Idź do Swojego Świata – odpowiedział – Tam je znajdziesz. – Już szukałam – powiedziałam z rezygnacją – Nie szukałaś – zapewnił mnie – Wydawało ci się, że go szukasz, a tak naprawdę uciekałaś od niego. Zeskoczyłam z pianina i pogrążyłam się w rozmyślaniach. „Może on rzeczywiście ma rację – pomyślałam – może zamiast ukojenia szukałam satysfakcji? Może byłam tam, po drugiej stronie dźwigni i wprawiałam maszynę w ruch, zamiast ją zatrzymać? Jeśli jednak tak jest, to co ja stanowię dla samej siebie i dla Mojego Świata, skoro nawet nie potrafię kontrolować własnych czynów?” Bądź mrówką i powiedz, że jesteś lwem. Albo strzel sobie w łeb, na to jedynie masz dość sił, na śmierć, zgon, na zakończenie czegoś, czego nie znasz, bo nie masz tyle sił, aby to poznać… Rozdział trzeci: w Swoim Świecie Chciałam pójść tam, na górę, aby zatrzymać rozpędzoną maszynę, lecz nie miałam odwagi. Podeszłam więc do parapetu, zrobiło mi się przyjemnie ciepło i wtedy po raz pierwszy zastanowiłam się, dlaczego czuję taką dziwną, przejmującą pustkę, która wypełnia me ciało. Dotknęłam delikatnie, samymi koniuszkami palców, aby się nie przestraszyć, mój brzuch. Chciałam wyczuć miękką, ciepłą skórę, lecz namacałam nieregularne grudy soli. „Wysysają mnie – pomyślałam, przerażona – Wyżerają od środka, dlatego odczuwam brak czegoś. Potrzebuję ukojenia. Lecz gdzie go szukać?” Rozmyślając tak, zorientowałam się nagle, iż stoję naprzeciw kredensu z porcelanowymi naczyniami. Otworzyłam szklane drzwiczki i wyjęłam talerz. Zimna, krucha porcelana… Złamałam ją i zaczęłam z całych sił pocierać o zastygłą sól. Przed oczami migała mi postać dziewczynki z warkoczykiem, z długim, jasnym warkoczykiem, cienkim, lekkim… W głowie miała zatopiony kawał blachy. – Niektórzy szukają w ten sposób – zawyło coś przeciągle – Kto jest? – spytałam, strwożona – Nie pamiętasz mnie? Samochód pędził szybko, za szybko. Widzisz, ten metal… To, co powszechnie jest uznawane za nienormalne, zmieniwszy punkt widzenia, staje się zupełnie naturalne. A ty… Nie widzisz, że wsiadłaś, nie widzisz, że naciskasz na pedał… Machiny nie ruszy jedna osoba, ale jedna osoba może ją zatrzymać. To przez ciebie… to przez ciebie nie żyję. Może i bym biegała po świecie, którego nie ma i myślała, że istnieję jak człowiek aż do tej pory, lecz ty postanowiłaś mi udowodnić. Ale co? Co udowodnisz zaprzeczając? Zaprzecz samej sobie, poczuj, jak sól cię zjada i umieraj. – Sól mnie nie zjada – zaprotestowałam – Wobec tego, czemu nie podejdziesz do mnie? Czemu wyglądasz jak zbitek kryształków i nie posiadasz wnętrzności? – Mi dusza niepotrzebna – powiedziałam – Nie ma duszy – zaśmiała się - Nie ma nas i duszy, nie ma ciała i tej soli, która cię wyżera. Zapadła przerażająca cisza. Kawałek porcelany wypadł mi z dłoni i z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych