Wróć do katalogu

Mimo wszytsko

Krótki reportaż, podejmujący temat, na który nie można było pisać za czasów PRL.

Elen, opublikowano , 9 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mieczysława R. wyszła za mąż za Józefa R., mając 18 lat. Wychowała dwie córki – Wiesławę i młodszą o cztery lata Barbarę. Nie byli zamożni, ale jakoś wiązali koniec z końcem. Józef był magazynierem w Państwowym Ośrodku Maszynowym, natomiast Mieczysława pracowała w sklepie. Po trzech latach przeniesiono ją do restauracji „Świtezianka”. Przez dwa lata była tam kelnerką, następnie przeniesiono ją na bufet. To był początek jej upadku. Kiedy starsza córka była w liceum, a młodsza kończyła szkołę podstawową, panią Mieczysławę „zaczął pociągać alkohol”. Nie wybijała się – „ci, co pracowali, to wszyscy pili”. Pili w pracy i po pracy, szukali różnych okazji, aby świętować. Początkowo nie piła dużo – jednak po około dwóch latach zaczęło ją ciągnąć do alkoholu. - Niekoniecznie musiało być wtedy jakieś przyjęcie. Myślałam: źle się czuję, naleję se tam piwka, wypije. I tak coraz częściej. Miała wtedy ponad czterdzieści lat. - Na początku piłam lepsze wódki, bo słodsze były i smaczniejsze. Ale później to już to, co się napatoczyło: była czysta to czysta, było wino to i wino poszło. Praca w bufecie była najlepszą okazją do wypicia czegoś mocniejszego – poczęstowało się kiedyś kogoś, to i on częstował, przyszła koleżanka na jednego, to się z nią wypiło. - Jakieś dwa, trzy lata przed pięćdziesięcioleciem już coś widzę, że coś ze mną źle. Jak wypiłam większe ilość to chorowałam, ale piłam dalej. Na razie tak po cichu jeszcze, kryłam się z tym. Potem doszło to wszystko do tego stopnia, że ja sama sobie nalewałam i sama piłam. Nie tylko w pracy, bo tam to się jeszcze wahałam, bo się upije czy coś. To tak czekałam, aż ta praca się skończy i z koleżeństwem szliśmy na lepsze picie. No i oczywiście po tym lepszym piciu trzeba znowu odchorować... Kiedy piła, czuła się dobrze. Wydawało jej się, że ma dobre samopoczucie, że jest aktywna, towarzyska. - Już mnie ciągnęło tak bardzo do tej wódki, że ja już sobie wprost nie dawałam rady.

„Tam nikt nie wylewał za kołnierz”

Młodsza córka pani Mieczysławy, Basia, już studiowała, starsza, Wiesia, ukończyła studia i pracowała. W domu bywały sporadycznie, więc nie od razu się zorientowały, że z ich mamą jest źle. W środowisku, z którego pochodziły, to, że ktoś pije, było normalne. - Tam nikt nie wylewał za kołnierz, wszyscy pili – mówi pani Basia. – Ale niekoniecznie wszyscy muszą być od razu alkoholikami, tylko po prostu – przyjęcia, imprezy, święta. Ten alkohol był zawsze obecny na stole. Kiedy wiedziała, że córki wracają na weekend, potrafiła się kontrolować na tyle, że nie piła w ogóle. Kiedy tylko je pożegnała, sięgała po kieliszek wódki. Trwało to około roku. Potem piła nawet wtedy, gdy córki były w domu. - Mama potrafiła po piciu nawet cały dzień dochodzić do siebie: spała, wymiotowała, przewracała się, źle się czuła, bełkotała. Jak to było od święta do święta, to było jeszcze do zaakceptowania, no ale jak zaczęło się codziennie to już trzeba głupiego, żeby się nie zorientował. Pan Józef nie mówił nic córkom, było mu pewnie ciężko z nimi o tym rozmawiać, więc próbował pomóc na swój sposób. Wybijał jej to z głowy nie tyle rozmową, co fizycznie. Przestało mu się podobać, że ma żonę ciągle pijaną i „nieraz jej sypnął”. Przez córki była delikatniej namawiana: dużo rozmów, kłótni, płaczu, nagabywania, żeby się leczyła, tłumaczeń. W końcu się złamała. Po roku.

„To był taki durny pomysł”

- Wstydziłam się tego, że moja matka tak pije – mówi młodsza córka pani Mieczysławy. – Baliśmy się też o nią, żeby ona aż tyle nie piła. Mama miała pochowany ten alkohol w różne miejsca, nigdy nie zdradziła gdzie. Czasem się coś znalazło, ale najdziwniejsze było, że jest, jest, jest trzeźwa i za pięć minut urżnięta w sztok. Żeby ją trochę utemperować to żeśmy próbowali ją w jakiś sposób pilnować. Potem, jak już nie dawaliśmy sobie rady z tym pilnowaniem, to nawet i zamykać. W domu się nie bardzo dało, bo ktoś tam na przykład przychodził, a ona wymiotuje... Więc, żeby tego nie było widać, ani słychać, to najczęściej zamykaliśmy ją w komórce. Dom, w którym mieszka pani Mieczysława, jest bardzo mały. Wspomniana komórka znajduje się na zewnątrz,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych