Wróć do katalogu

Mistrz i tajemnica siwego pola

zagadka, suspense

ewan, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ukończyłem nad ranem, więc bedę wdzięczny za wszelkie wskazówki oraz wskazane błędy.

Z góry dziekuję życząc miłej lektury.

„Mistrz i tajemnica Siwego Pola”

Noc przyniosła ze sobą złowrogi deszcz. Letni, pastelowy zmierzch zmienił się w wytatuowaną czerń. Mistrz siedział w swoim gabinecie, sam jak gołąb na poddaszu. Studiował tajemne księgi na marginesie odosobnienia. Był w nienajlepszym humorze. Przed chwilą otrzymał list od wujka Gonzaleza. Wujek nigdy nie potrafił napisać jak mogłoby być. Zawsze pisał tak jak w rzeczywistości było. I ten brak pola do interpretacji wybił Mistrza z właściwych mu torów względnego optymizmu. Zamyślony i pochłonięty przez księgi i manuskrypty Mistrz sięgnął do kubka. Jakże nieskończenie wielkie musiało być jego rozczarowanie, gdy zamiast kwaskowego smaku earl greya usta zaśmieciła mu sterta fusów. Odruchem bezwarunkowym wypluł zawartość jamy ustnej na podłogę. Rozejrzał się wkoło bezradny, szukając osoby winnej całemu nieszczęściu. Asystentka zachorowała na mysią grypę i Mistrz wydawał się lekko bezradny. Rozejrzał się jeszcze raz, by upewnić swój umysł, że w pobliżu nie ma ani mnie ani Drugiego. - Drugi! – wrzasnął. Odpowiedziało mu tylko szczekanie psa, który wbiegł do pokoju. – Zamknij się gównożerco! – biedna psina skuliła ogon. - Nie do ciebie mówiłem! Z resztą pogadamy później o tym czymś na podłodze w łazience. Ile razy można ci pokazywać jak się korzysta z sedesu? – Mistrz z irytacją kręcił głową – zwierzak tymczasem wrócił na swoje posłanie. Staruszek wsparł się na lasce. Westchnął ociężale i udał się do kuchni, trzymając w dłoni kubek, jak gdyby był to łańcuch krępujący jego ruchy. Oparłszy się o kuchenny blat nastawił wodę na herbatę. Tymczasem z Drugim wróciliśmy właśnie z egzystencjalnego spaceru. Mistrz spojrzał na nas. - Gdzie byliście?! Spojrzałem bezradnie na Drugiego. - Na spacerze, tak jak Mistrz kazał – gdyby jego wzrok miał właściwości fizyczne zapewne wytargałby nas za uszy. - Tak, tak. Zapomniałem. Niech wam będzie. – zalał esencję wrzątkiem. – Słuchajcie mamy zadanie. - Znowu pośle nas Mistrz w maliny? – zażartował Drugi. Lecz w porę dostrzegł karcące spojrzenia i przeprosił zachowując milczenie. - Nie ty durniu! – Mistrz wyjął z kieszeni płaszcza list. – Oto wiadomość od wujka Gonzaleza. Pisze, że musimy natychmiast przyjechać. Podał nam list, a my czytaliśmy go z zapartym tchem, niczym powieść Stephena Kinga. Choć bez zwrotów akcji.

”Siostrzeńcu. Ciemne chmury oraz złe moce przybyły nad, spokojne dotychczas, Siwe Pole. Dzieją się rzeczy nielogiczne i jak do tej pory niewytłumaczalne. Nieszczęsne fatum spadło na nas niczym straszna egipska klątwa. Krowy nie dają mleka, zającom opadły uszy, zwierzyna domowa rozpierzchła się gdzieś w popłochu. Dzieci płaczą, kobiety mdleją, a mężczyźni piją na umór. Z tym ostatnim nic się oczywiście nie zmieniło. Chciałem to jednak podkreślić. Gdyż tym razem mają ku temu niepodważalny powód. Otóż, teraz radzę ci usiąść, wszyscy mieszkańcy Siwego Pola ŁYSIEJĄ! Tak! Nie przesłyszałeś się. Wszyscy ŁYSIEJĄ. Mężczyźni, kobiety, dzieci, starzy oraz młodzi. Wszyscy bez wyjątku. Nie wiem już co zrobić. Próbowałem wszystkich znanych mi środków. Jako, że jesteś najbardziej utalentowanym z mych siostrzeńców, to do ciebie właśnie zwracam się z prośbą o pomoc. Odłóżmy w niepamięć nasze zaszłości. Proszę. Nie, błagam. Przybądź. Obawiam się o swoje wąsy, które pielęgnowałem od czasów odsieczy wiedeńskiej. W Tobie nasz los.

Z poważaniem Mistrz lewitacji i sztuk pochodnych Jose Ramirez Gonzalez, Mr.

Mistrz zaprowadził nas do gabinetu. Otworzył starą szafkę ze zdjęciami. Sięgnął w głąb jej wnętrza i wyciągnął zdjęcie w kamiennej ramce. Fotografia przedstawiała Mistrza, jeszcze małego szkraba siedzącego na kolanach wujka. W tle widać było ruiny, cieszących się ludzi w śmiesznych zbrojach i wielkiego drewnianego konia.

- To były czasy – łza spłynęła po obliczu staruszka. – Musimy do niego jechać – stwierdził jakby chciał się upewnić w tym przekonaniu. - Oczywiście, że pojedziemy – próbowałem go wesprzeć. - To jasne, że się podlizuje, stary lis. „Jesteś najbardziej utalentowanym z mych kuzynów”. Zawsze potrafił mnie załatwić jakąś psychologiczną zagrywką – na jego twarzy zagościł wreszcie szczery uśmiech. Rozchmurzył się odrobinę i zaczął nam opowiadać o wujku Gonzalezie. - Musicie wiedzieć moi drodzy, że J.R. Gonzalez to wielce światły umysł. Niestety wielce niedoceniony, a co za tym idzie posępny, pragmatyczny i oschły w wyrażaniu uczuć – po raz kolejny spojrzał na zdjęcie. Odpalił fajkę. Siwy dym powoli wypełniał przestrzeń wokół jego postaci. – Jose był pierwszym, prawdziwym człowiekiem renesansu. Nigdy nie zapomnę jak w 1504 roku, na długo zanim Kopernik napisał swoje dzieło o ciałach niebieskich, Gonzalez zmierzył słońce i obciął ziemię. Opublikował swoją pracę, ale nikt tego nie dostrzegł. Następne wielkie odkrycie miało miejsce w 1830 roku. W czasach, gdy nikt jeszcze nie śnił o telefonach, tym bardziej komórkowych wujek za pomocą łodyg bambusa, świetlików i amazońskich mrówek skonstruował pierwszy telefon komórkowy. – Mistrz wyjął z szuflady pudełko z napisem „Erykus 830”. Wysypał zawartość, z której dało się wyróżnić jedynie zeschnięte łodygi i martwe robaki. – Zrobił takie dwa – kontynuował – dla mnie i dla siebie. Wysłał mi wtedy pierwszego w historii smsa. Pamiętam, sms wyszedł mu idealny, jak gdyby stworzono go na tę właśnie wiadomość. Bez żadnego zbędnego znaku. To była magiczna chwila. Potem zwyczajowo w każdym telefonie było tyle miejsca na wiadomości tekstowe – poskładał telefon i schował do pudełka. – Tyle miejsca, ile potrzebne jest na słowa, których nigdy nie zapomnę: „Młody, ktoś nam gwizdnął czajnik. Leć do Mollerów zrobić herbaty! Z poważaniem, J.R. Gonzalez”. Później oczywiście zwiększono pojemność. A wujek nigdy nie doznał zaszczytów na jakie zasłużył. Wtedy coś w nim pękło. Mistrz skupił się na fajce, by powstrzymać łzy. Regularnie wydobywający się z niej dym trochę go uspokoił. Tymczasem Drugi począł okazywać zdenerwowanie. Przeprosiłem Mistrza, po czym wyszedłem ciągnąc za sobą Drugiego. - Co ci jest? – szarpałem nim nie wiedząc czemu. To podwoiło jego obawy i potroiło wrodzoną nieśmiałość. Zaczął nerwowo gryźć paznokcie. Spoliczkowałem go oburzony. - Co ci jest? Twoje ciało jest święte. Co ty wyrabiasz? Gdyby Mistrz to zobaczył... – na samą myśl zadrżały mi powieki. „Brak magnezu” - pomyślałem. Ale nie było teraz czasu na uzupełnienie jego braku. Drugi uspokoił oddech, zawstydzone palce wsunął do kieszeni i spojrzał na mnie gotów wreszcie wyjawić swe myśli. - Mistrz każe nam jechać ze sobą – patrzył za siebie bacznie obserwując drzwi gabinetu. - Zapewne – odparłem. – Przecież to...chyba się cieszysz, co? Spuścił wzrok tak, bym nie mógł go sięgnąć. - Poznałem pewną dziewczynę i chciałem ją zabrać na przyjęcie w barze epikurejczyków. Już miałem nawet kupić nam wejściówki... Spoliczkowałem go po raz kolejny, zmieniając rzecz jasna atakowany policzek. - Oszalałeś? - ...ale nie kupiłem tych wejściówek. - Masz szczęście – poklepałem go po ramieniu i starałem się przywołać w sobie to pouczające spojrzenie starszego brata. - Już myślałem, że twój ptaszek ci się wtrącił do procesu myślowego! - Pokiwał przecząco. - To bardzo niebezpieczne – groziłem mu palcem – można stracić dużo przy relatywnie małych zyskach. - Wiem. Nie powinienem był tak myśleć. - No już dobra. Nic się na szczęście nie stało. Następnym razem od razu przychodź do mnie w takich sprawach. A teraz idź się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych