Mój opiekun
-
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mój opiekun
Jakże ciężko jest wrócić w zły czas. Jak ciężko odnaleźć w sobie tamto „Ja” . Trzeba grzebać w mule, wejść w koszmar i spojrzeć w oczy temu przestraszonemu chłopcu – żeby zacząć.
Dobrze więc, oto mam 16 lat i życie moje wypełnia jeszcze zabawa. Dni są przyjemne i lekkie. Tak, to ten okres kiedy pomiędzy kumplami, szkołą i marihuaną sporo czasu poświęcam pierwszym kontaktom seksualnym ze swoją dziewczyną. Praktycznie mieszkam u niej. Właśnie wróciliśmy z koncertu, upojony alkoholem zasypiam wtulony w blond włosy o dwa lata starszej pannicy. Twój ojciec umarł – zniżony ton jej siostry zwala mi się na głowę jak lawina. Jak to?!!! – w krótkiej chwili stanąłem na równe nogi. Umarł, dzwoniła twoja matka. Przed chwilą… – zaszeptała ze łzami w oczach. Jak to!!! Nie! O nie. Jak to?! Nie, o nie, o nie, o nie.
Biegnę polnym skrótem w stronę domu, jest noc, biegnę boso, kto by w takiej sytuacji myślał o butach, szybciej, nie można teraz stanąć, może on jeszcze żyje, może coś pokręciła ta głupia pinda bez wyczucia, jeżeli będę teraz biegł – on przeżyje… Nie, nie można stanąć, jeszcze kilometr, może dwa, trzeba biec, od tego zależy jego życie, nie stawać, biec, biec, biec.
Karolina płacze. Pusty pokój w którym siedzi zdaje się unosić w jakiejś innej przestrzeni; teraz, wystrzelony przez ten okropny wybuch balansuje nad ziemią jak sonda, która właśnie znalazła się w stanie nieważkości. Karolina, mimo upalnego lata na skórze odczuwa dotyk nagłego, z nikąd pojawiającego się chłodu. Myśli o ojcu Sebastiana: dlaczego zawsze musisz zabierać tych dobrych, Panie, dlaczego nie mogłeś poczekać, dlaczego…?
PUK.
Natłok myśli przerywa hałas dobiegający zza okna. Podchodzi, odchyla firankę – nic.
PUK, PUK
– odgłos powtarza się, jest głośny i wyraźny. Otwiera drzwi pokoju, z kuchni dobiega kłótnia o to, dlaczego nikt nie zawiózł Sebastiana samochodem. Ale na korytarzu nikogo.
PUK, PUK, PUK. Wraca do pokoju, rozgląda się, nagle przeszywa ją uczucie czyjejś obecności, przez chwilę dreszcz gilgoczę jej szyję po czym ogarnia ją niepojęty, błogi spokój. Mija strach i czuje już tylko żal. Jezus, Maria – to na pewno się stało. Sebastian. Sebastiana tu nie ma. Aniele Boże Stróżu mój. Sebastian już wie, już pobiegł do ciebie.
I w tym właśnie miejscu wszystko się zaczyna.
Najtrudniejszy jest pierwszy rok. Człowiek porusza się jakby w półśnie, bliżej, w półkoszmarze. Jakby chodził nie po ziemi, a po jakiejś pajęczynie życia. I ten wszechobecny pająk czyhający w każdym zakamarku. Jakże zmienić się może umysł, jak raptownie zmienić się morze jego spojrzenie? Po latach dowiedziałem się, że w przypadku takiej tragedii dziecku powinno się zapewnić jakąś terapie u specjalisty. Ale kto z rodziny wtedy o tym myślał, przecież każdy cierpiał tak samo, i matka, i siostry cierpiały bardzo mocno. Podobno ja załamałem się najbardziej, sam tego nie widziałem, dopiero po wielu miesiącach ludzie zaczęli mówić mi prosto w oczy: chłopie, przecież ty się totalnie zamknąłeś w sobie. Tak więc okres dojrzewania przybrał odcień żałoby. To miało zmienić moją psychikę już na całe życie. No, ale przecież trzeba funkcjonować jak człowiek, kształcić się; najgorsi są ludzie, ta konieczność widzenia się z ludźmi; trzeba znosić ciężar spojrzeń, słuchać, dyskutować, śmiać się – HA, ha, ha! I jak to zwykle w życiu bywa każdy kolejny dzień to swoistego rodzaju walka, ach, ciężko walczyć kiedy całe twoje wnętrze rwie się do ucieczki. Najgorszy jest pierwszy rok – mówią. Gówno prawda. Czas leczy rany w zależności od rodzaju leczonej duszy, od jej wrażliwości i tak dalej. Im ta twoja dusza lżejsza – tym dłużej trwa leczenie.
I
Ojcowie moich kolegów pomagają im żyć, czasem coś zobaczę, czasem boli. Chociaż matka stara się jak może – nigdy nie zastąpi mi ojca. Tego, który pomaga Damianowi wbijać bieg, tłumaczy sztukę sprzęgła i gazu, kiedy samochód gaśnie krzyczy: Ty durniu! Jeszcze raz. Po paru próbach Damian powoli okrąża plac wokół bloku, wjeżdża na osiedle sprawnie pokonując zakręty. Po tygodniu wozi ojca po bocznych drogach miasta. Tego, który wyciąga Marcina ze szczeniackiej meliny i bije go w twarz. Po czym daje pieniądze na pierwszy rok studiów, znajduje mieszkanie; akceptuje jego dziewczynę i mimo synowskich sprzeciwów aż do końca nie wypuszcza z rąk.
Tak. Między ojcem i synem jest wspólna krew. Czasem zimna. Czasem gorąca. Czy widziałeś kiedyś jak na przysiędze żołnierze strzelają w niebo, a męska część widowni traci dech – ona tam jest. Czy widziałeś jak stary alkoholik pada pod drzwiami chłopca, który robi odwyk z mieszkania, tygodniami wyciera pot i wymiociny; który w drastycznych momentach mocno trzyma go w rękach – ona tam jest. To bardzo ważna krew. Kiedy większe źródło wysycha pozostaje morze samotnej, synowskiej krwi, i niebo nad nim – które jest jak twarz; jak mądra, stara twarz.
Bo życie to walka, każdy dzień jest walką. Więc idę, biegnę, pędzę i padam na ryj. Potem wstaję i znowu idę. Powoli wkraczam w ten świat, podczas gdy los przybiera postać czegoś, co każe wydobywać z tego świata życie – prawdę, którą poznaję sam, przy czym wspólnie z czymś, co jest obok, co rozległo nade mną jak twarz.
II
Czasami bywa tak, że stanie ci na drodze jakiś cymbał, cham. I cóż, jeżeli masz 16 lat najprościej dać mu w mordę. Na początku, ze swoją złamaną duszą, czynność ta wyobrażała się nieosiągalna. Z trudem próbuję walczyć, odpieram ataki wyzwisk przy czym nigdy nie atakuję sam, nie teraz, teraz nie. Ból, ból spleciony z wściekłością balansuje na pograniczu płaczu. W końcu zbieram się i daję chamskiemu K. w mordę. Sam również dostaję. Myślę o nim często: planuję kolejną ewentualną obronę, roztaczam wizje bójki, niekiedy nawet bardzo drastyczne. Natomiast w rodzinie żałoba trwa. Dom wypełniany cyklicznymi wybuchami płaczu przypomina dno jeziora, gdzie ciała umarłych żeglarzy falują wśród wodorostów jak flagi. Rankiem budzimy się w tym dziwnym emocjonalnym stanie nieważkości. Przez jakiś czas nie myślimy o niczym, niestety, po paru minutach realia zwala się na łeb i gniecie. Kiedy zmysły przybierają wyraźniejszą formę dłonie zaczynają drżeć i tłucze się szkło. Oczy zachodzą siwą, piekącą mgłą.
Ach, jakże mu tam teraz jest? W tym grobie. Czy wie? Wyobrażam sobie list, jaki napisałby teraz:
Jestem tu od niedawna. Nie wiem dlaczego ale wciąż nie mogę otworzyć oczu. Czuję się tak, jakbym obudził się we śnie i chciał się obudzić dalej, obudzić się naprawdę. Jednak nie mogę. Czy więc przebywam obok snu? W jakimś trzecim stanie, w innej przestrzeni? W pamięci otwieram listy, które z każdym dniem przychodzą coraz rzadziej; chociaż kiedy słyszę stukanie nad głową zwalają się na mnie jak śnieg. Próbuję przypomnieć sobie tamten alfabet, te wszystkie proste czynności: oddawanie moczu, golenie, jedzenie, reguły sznurowania butów – i nic. Dlaczego wszystko mi się tutaj plącze, czyżbym cofnął się w rozwoju, w ziemię? Czasem jej grudki kruszą się i spadają mi na powieki (jakby myszy chodziły po strychu starej kamienicy). Czasem odczuwam jakiś dreszcz, ale bardziej w powietrzu, niż w sobie. Czasem czuję jak na dalekim wschodzie słońce wytapia się z odmarzliny morza. Wtedy narasta głód – jacyś bliscy, zaglądają tu. To na pewno żywa miłość przychodząca… o, a teraz trzciny, trzciny uginają się na wietrze.
Wspominam długie rozmowy z ojcem. Kiedy byłem młodszy wołał mnie przed snem na wieczorne pogawędki. Rozmawialiśmy o rzeczach wspaniałych: o wciąż nie zbadanym i tak wielce tajemniczym kosmosie, historii, Sienkiewiczu – jednak najbardziej lubiłem rozmowy o Kajko i Kokoszu. Kiedyś w szkole podstawowej wdałem się w bójkę, na twarzy miałem limo wielkości włoskiego orzecha.
- No powiedz mi teraz, jak to było? – zapytał. - Aaa, kolega mnie uderzył i przewróciłem się na schody. - Ale wstałeś? – dodał szybko. - Tak. I oddałem mu! – krzyknąłem. - Dobrze. Nie dawaj się, pamiętaj, nie dawaj się; a jeżeli ktoś starszy zajdzie ci za skórę, powiedz mi. Ja to szybko wyjaśnię.
Zasnąłem.
W niedzielę po Kościele jak zwykle udaję się z rodziną na cmentarz. Co tydzień zmieniamy chryzantemy. Znicze co drugi dzień. Milczymy. Z czasem na grobie zostają tylko lampki przynoszone przez najbliższych, te od licznych znajomych i przyjaciół znikają. Po raz pierwszy nie myślę o ojcu. Głowę moją wypełnia wróg, z którym bez wątpienia będę musiał szarpać się w poniedziałek .
Chamski K. nie pojawia się w szkole już drugi tydzień. Powoli przestaję o nim myśleć. Po miesiącu widzę jego matkę wychodzącą od dyrektora. Koleżanka z jego osiedla informuje, że chamski K. nagle zaczął świrować. Wylazł w środku nocy na klatkę drąc się do okien, że nadchodzi jakiś kataklizm. Ponoć wcześniej zeżarł 200 grzybków i poprawił speedem. Do końca roku klasa wspominała go żartując z jego wygłupów po czym myśl o nim rozwiewa się w naszej pamięci jak widmo.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby przypadek chamskiego K. był jedyny. W kolejnych dniach zjawiska powtarzały się w rozmaitych formach. Dlaczego złodziej, który ukradł mój rower złamał obie nogi? Zaraz po kradzieży wyjechał na skrzyżowanie i bęc. Potrącił go tir. Wybiegłem ze sklepu patrząc jak mój jedyny środek transportu znika za zakrętem, nagle pisk, trzask… Niewiele starszy ode mnie chłopak w ortalionowym dresie typu oryginale-lump; brudny, poczerniały na twarzy brunet. Od razu kojarzę dzielnicę z której pochodzi; kiedyś, za gówniarza zapuściliśmy się tam z Oskarem i dostaliśmy w mordę. Oto w letni dzień oddajemy mocz pod śmietnikiem starej kamienicy, nagle jakaś miejscowa banda wyskakuje oprzyrządowana w bojowy sprzęt typu proca – kamień – pięść. Twarz dzisiejszego złodziejaszka wychodzi na przód bandy przeklinając coś do Oskara, popycha go, ja też dostaję. (W domu uświadamiam sobie, że i ja w ten sposób potraktowałbym intruza, który bezczelnie oddaje mocz na moim podwórku). W pamięci pozostaje twarz przywódcy bandy rzucającego ostatnią butelkę w naszą stronę. A teraz, niespodziewanie leży tu i wykrzywia się z bólu. Kierowca tira wyjmuje koc, wsuwa mu pod głowę, szepce coś; ludzie zebrani wokół krzyczą, naskakują na kierowcę. Facet tłumaczy: chłopak walił środkiem skrzyżowania na czerwonym, wyjechał naglę, leciał jak opętany, każdy by go stuknął – powtarza każdemu z osobna. W końcu milknie i widać tylko jak drżą mu wargi. Ofiara wypadku przestaje płakać, teraz syczy z bólu, podjeżdża karetka, podnoszą go na nosze, jakiś przechodni trzyma mój rower z lekko pogiętym przednim kołem, pytają chłopaka gdzie mieszka, gdzie jest jego matka? Przedzieram się między ludźmi aby podejść bliżej, kiedy mnie dostrzega z miejsca nieruchomieje, w oczach ma strach i błaganie. Postanawiam nie mówić nic, mrugam do niego porozumiewawczo i opuszczam miejsce wypadku. Po dwóch miesiącach znajduję rower na podwórku przed domem. Ma naprawione koło, nowe hamulce, lampki. A nawet bardzo drogi elektryczny licznik. Jestem zadowolony.
Właściwie kiedy to się wszystko posypało? Ta szkoła. Gdzieś tam po drodze musiałem zasnąć i obudzić się w innym miejscu. Gdzieś musiałem zgubić drogę; tę właściwą, którą szli wszyscy. A drogi pokonywałem różne: zamiast siedzieć w liceum wsiadałem w pociągi, jeździłem na stopa, wchodziłem na tory i prosto piechotą, na pola, na łąki, byle dalej i dalej i dalej stąd. Zwiedziłem całe województwo, wszystkie okoliczne miasta i miasteczka, tylko we wsiach było niebezpiecznie, kiedy szwendałem się tam miejscowi zaraz dopytywali się skąd jestem i co tu robię. Kiedy wywalili mnie z drugiego liceum szanse na to, abym ukończył ogólniak w systemie dziennym zmalały do zera. Mimo to siedziała we mnie ta wystająca ponad wszystko ambicja. Zabrałem papiery i obskoczyłem wszystkie ogólniaki w powiecie. Wszędzie odmawiano. Stoję przed ogólniakiem w miasteczku P. Tutaj wychował się mój ojciec, tutaj chodził do szkoły. Za miasteczkiem leży jego rodzinna wieś, a i w dalszych okolicach rozsiana jest większość jego kuzynostwa. Tuż za szkołą znajduje się stary cmentarz, na którym leży nasz prapradziadek. Znajdują się tam bardzo stare groby, ludzie dawno przestali je odwiedzać i brama jest stale zamknięta. Raz, za gówniarza, ojciec zabrał mnie tam; śpieszyliśmy się gdzieś więc wyskoczył tylko z samochodu i pokazał gdzie leży grób prapradziadka. To był jedyny raz. Choć trwało to tylko chwilę i mimo, że miałem niespełna 6 lat – dobrze zapamiętałem to miejsce. Teraz stoję przed sekretariatem, pocę się, staram się uspokoić, przerwa mija i cisza pomaga w ogarnięciu myśli, wchodzę, mówię jak jest i czego chcę, sekretarka kiwa głową z wyrazem: nieee – ale nie mówi nic i po krótkiej chwili odsyła mnie do dyrektorki. Schemat powtarza się. Niestety. Wychodzę całkowicie zgaszony, nie mam już w sobie motywacji do niczego, myślę o samobójstwie. W miejscowym parku wiatr ma lekki posmak snu. Drzewa przy silniejszych podmuchach gwałtownie pochylają się w moją stronę. Jestem na wielkim placu. Pusto. Zdaje mi się, że zmniejszyłem się do rozmiarów niewidzialności przekraczając granice źdźbła trawy nieopodal wielkich dębowych korzeni roztoczonych wzdłuż rzeki. Wpatruję się w opadający liść, który lekko balansując w powietrzu w formie spirali ciągnie przez plac osiadając w końcu na dosyć sporej, betonowej wieżyczce. Wieżyczka jest częścią muru, który okala cmentarz.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil węzeł wietrzny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…