"Moje niedokończone opowieści" cz. 4 :-))))
III Tom (z 6 odnalezionych!:-))) Sagi pt. "Kroniki Krain Lhydii" - Artefakt
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
KRONIKI KRAIN LHYDII księga III
Księga Trzecia: „Artefakt”
I
Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Bonifacy. Dla przyjaciół BONIO. Przydomek „Lepkie Ręce” zawdzięczam niejako swej profesji. Bowiem muszę wam powiedzieć, iż należę do gildii złodziei działającej w największym grodzie krain – CHARLESDAM. Gród ów leży na wybrzeżu i jest stolicą królestwa WINDHIR. Zbudowały go przed wiekami elfy na malowniczo położonych dwóch wyspach połączonych z lądem mostami, u ujścia wpadającej do morza ERPHA rzeki LESDAM. Gród podbił trzysta lat temu Wielki CHARLES Zdobywca i przebudował w twierdzę nie do zdobycia. Od lądu chronią go ufortyfikowane mury i naturalnie opływająca rzeka. Od morza natomiast wejścia do portu strzegą cztery wierze strzelające wysoko w niebo i flotylla pięćdziesięciu okrętów, gotowa do odparcia każdego ataku. Powiedziałem, że należę do gildii? Cóż... Wypadki, w które zostałem wplątany przez niejakiego WALTERA DE coś tam spowodowały, że nie mogłem dłużej wykonywać swojego zawodu. Ale po kolei. Wszystko zaczęło się mniej więcej pod koniec roku Jednorożca, zimą 1240 –go. Jako młody gnom korzystałem z uroków życia oferowanych przez CHARLESDAM. Właśnie wprowadziłem się do nowego mieszkanka w dzielnicy KIMBERL, które wynająłem u pani RHONY. Wdowie po kupcu ALTERSBERGU. Jak na krasnoludzką kobietę przystało pani RHONA była przysadzista z rumianymi licami i bujną rudą czupryną. Ale siłą swych ramion dorównywała ludzkiemu mężczyźnie w sile wieku. Nie wspomnę tu przez grzeczność o jej urodzie, sami z resztą wiecie jak to jest z krasnoludami. Powiem tylko tyle, że można ją było odróżnić od krasnoluda tylko brakiem brody. Przeprowadziłem się z doków, w których zamieszkiwałem wcześniej. Uśmiech fortuny sprawił jednak, że dzięki wrodzonym talentom i nabytym umiejętnościom otrzymałem z rzędu trzy intratne zadania. Dzięki szczęśliwemu ich wykonaniu moja pozycja w gildii wzrosła, a co za tym idzie wzrosło moje wynagrodzenie. Wzrosło na tyle bym mógł porzucić zatęchłą dziurę w dokach zamieszkiwaną wspólnie z pięcioma rzezimieszkami i wynająć mieszkanko w lepszej dzielnicy. Zleceniodawcy moich zadań nigdy nie widziałem. Rozdziałem zleceń zajmował się sekretarz gildii, mój ziomek, gnom jak i ja – MOLL KAŁAMARZ. Za wykradnięcie klejnotów księżnej MANDYLLI z jej prywatnych apartamentów, księgi kapłana THEFTA ze świątyni bogini urodzaju i diamentowego oka z posągu boga wiatru DE MONNA stojącego w centrum targowiska otrzymałem sowitą zapłatę. Tysiąc dukatów pozwoliło na opłacenie z góry czynszu za rok u pani RHONY oraz na dostani byt przez jakiś czas. Czułem, że los się do mnie uśmiechną. Wraz ze wzrostem pozycji w gildii rosła też cena moich usług. Mogłem również przebierać w ofertach, bowiem stałem się sławny w całym CHARLESDAM. Spytacie pewnie czy nikt mnie nie ścigał za popełnione przestępstwa. Otóż prawo przewiduje istnienie legalnej, no pół legalnej, profesji złodzieja. Jeśli nie dasz się złapać na gorącym uczynku chwała ci. W innym wypadku pokutujesz. Kary, w zależności od wagi czynu były różne: od stu batów poprzez uwięzienie w książęcych lochach, aż do odjęcia dłoni. Ryzyko było duże, ale zapłata jeszcze większa to też nikt z nas, złodziei długo się nie wahał nad wykonaniem zlecenia. Szukając dodatkowych dochodów król DONOVAN przyzwalał na działalność naszej gildii. Ba! Czasami nawet korzystał z naszych usług. Pobierając równocześnie cichy podatek w wysokości dziesięciu tysięcy dukatów rocznie. Pozwalało to na zaspokojenie, kosztownych skądinąd kaprysów królowej ANNJI. Pewnego wieczora siedząc w dwu piętrowej portowej tawernie „Mętna Woda”, urządzonej na modłę krasnoludzką, popijałem piwo z młodym przyjacielem zaczynającym dopiero karierę włamywacza. Pochodził z mojej rodzinnej wioski, niedaleko NOSHIL. Zgodziłem się wziąć go pod opiekę. Postanowiłem, że rozpoczniemy od bardzo ważnego punktu edukacji – picia piwa. Byliśmy już po kilku głębszych, gdy wyjaśniałem mu jak przetrwać pierwsze tygodnie w szkole złodziei. DZIĘCIOŁ, tak miał na imię, wsłuchiwał się wytrwale mrużąc oczy, myślałem, że ze skupienia lecz szybko rozwiał moje przypuszczenia rzygając przed siebie na stół. – Kurka wodna! A niech cię błyskawica porazi! – zakląłem. Pożałowałem teraz, że pozwoliłem mu na picie w tak młodym wieku. Złapałem go za kubrak i chyłkiem wycofaliśmy się do wyjścia. Gospodarz bowiem, tęgi krasnolud, nie tolerował chamstwa i nie znosił wręcz, jak paskudzono mu lokal. Tępił takie zachowanie za pomocą długiej dębowej pały, z którą nie bardzo chciałem się zapoznać. Przed samymi drzwiami drogę zastąpiło nam dwóch oprychów, których wcześniej nie zauważyłem. Wielcy nawet jak na ludzi, łysi, w czarnych pelerynach. Zacząłem podejrzewać, że są braćmi. – Panowie... Eech, jeżeli chodzi o tego pawia to posprzątamy. Nie ma potrzeby się od razu denerwować. Obaj zmarszczyli brwi nie rozumiejąc najwyraźniej o co mi chodzi. Jeden z nich zapytał we wspólnym – Którego z was kurduple, zwą Lepkie Ręce? - Hyp... Kurduple?! – czknął mój młody towarzysz. Serwowane tu piwo dodało mu odwagi - Uważaj łysolu bo cię zdzielę, jak pragnę zakwitnąć! - zagroził i zaraz tego pożałował. Łysy walnął go z góry otwartą dłonią tak, że rozłożył się na drewnianej podłodze jak długi. Drugi błyskawicznie wyciągnął sztylet i przyłożył mi do gardła. Przez zaciśnięte zęby wysyczał – No to jak będzie, ty jesteś Lepkie Ręce czy ten tu na glebie? Pot wystąpił mi na czole. Zrobiło mi się ze strachu nie dobrze. Klienci tawerny, w większości marynarze z rozszerzonymi oczami obserwowali całe zajście, jednak nikt nie kwapił się z udzieleniem nam pomocy. Przez zduszone gardło wychrypiałem – Jam jest Bonifacy Lepkie Ręce. Do usług. Łysy uśmiechnął się i zdzielił mnie tak samo jak Dzięcioła.
Ocknąłem się w ciemnej komnacie. Obok mnie pochlipywał mój towarzysz. Znajdowaliśmy się w owalnej komnacie bez okien, w której jedynym źródłem światła było łuczywo na przeciwległej ścianie. Nie mogłem ocenić pory dnia czy nocy, sądząc po burczeniu w brzuchu upłynęło przynajmniej kilka godzin odkąd nas porwano. Dotknąłem bolącego guza na czole. Zobaczyłem, że Dzięcioł ma także siną i spuchniętą plamę nad prawym okiem. – Jak długo tu jesteśmy? – spytałem. Dzięcioł podniósł załzawione oczy i łkając zachrypłym głosem powiedział – Nie mam bladego pojęcia. Obudziłem się z godzinę temu. Nikt nie przychodził a ciebie nie dało się ocucić. Co z nami teraz będzie, Bonio. Co będzie? - Nie mazgaj się mały. Trzymają nas tutaj nie bez powodu. Mam przeczucie, że jesteśmy im do czegoś potrzebni. Podniosłem się, zakręciło mi się w głowie. Zataczając się lekko obszedłem komnatę dookoła obserwując ściany. Były idealnie gładkie, tylko w miejscu wykutych, chyba z brązu drzwi framuga odstawała od ściany. Uznałem jednak, że nie ma to znaczenia. Ktoś kto nas tu uwięził, wiedział, iż szkolono nas jak wydostawać się z różnych pomieszczeń i pułapek. Z tego miejsca nie było jednak ucieczki. Przy samym suficie umieszczone były niewielkie otwory wentylacyjne, jednak za wysoko by nawet na barana ich dosięgnąć. Jedyną rzeczą, jaką mogliśmy na razie zrobić to czekać. Siedzieliśmy tak na zimnej podłodze jeszcze jakąś godzinę prawie nie rozmawiając, gdy za drzwiami rozległy się kroki. Zgrzytnęły zasuwy po drugiej stronie drzwi, które z jękiem otworzyły się na zewnątrz. Znani nam już łysi bliźniacy kiwnęli na nas. – Wyłazić kurduple! – rozkazał jeden z nich głosem nie znoszącym sprzeciwu. Pomogłem wstać Dzięciołowi, który trząsł się cały ze strachu. Poprowadzili nas ciemnym korytarzem do schodów, które prowadziły jak się okazało do podobnej, lecz większej komnaty. Na ścianach wisiały gobeliny przedstawiające oblężenie CHARLESDAM z czasów Charlesa Zdobywcy. Posadzono nas na drewnianych stołkach nie pasujących do wystroju wnętrza. Naprzeciwko stał duży stół za którym siedział człowiek wpatrujący się w wielki turkusowy diament. Rozpoznałem oko DE MONNA, które wykradłem z posągu nie cały tydzień wcześniej. Spostrzegłem na stole pozostałe przedmioty skradzione przeze mnie. Szkatułkę z klejnotami księżnej i oprawioną w skórę pegaza księgę Thefta. - Witam wielkiego mistrza! Rad jestem wielce, że mogę osobiście poznać samego Bonifacego Lepkie Ręce. – powiedział z sarkazmem człowiek. Siedział niedbale przełożywszy jedną nogę przez oparcie, którą dyndał w powietrzu. Twarz jego skrywał cień, choć w pomieszczeniu było dosyć widno. Gestem oddalił łysoli, którzy bez słowa wyszli przez drzwi, jakie ku memu zaskoczeniu otworzyły się między gobelinami. - Wybaczcie to brutalne traktowanie – rozłożył dłonie – Rinad i Koil nie należą do delikatnych, ale działają sprawnie. To moja straż przyboczna. Używam ich też jako posłańców. Miał niski, szeleszczący głos, na którego dźwięk przechodził mnie dreszcz. Pochylił się do przodu tak, że mogłem dojrzeć jego twarz. W bladej twarzy nie zdradzająca wieku lśniły ciemne żywotne oczy, którymi mnie świdrował. Na mego towarzysza nie zwracał uwagi. Na głowie miał czarno - czerwony czepiec, gdy mu się uważniej przejrzałem odkryłem, że był to wymyślny tatuaż. Nie spodobał mi się tak samo jak ów człowiek. – Jak się pewnie domyślasz mistrzuniu to ja zleciłem ci ostatnie twoje zadania. Musiałem się upewnić, żeś wart jest mojej uwagi. A twój talent pozwoli ci na wykonanie znacznie trudniejszego zadania. Niejako całą swoją chwałę zawdzięczasz mnie i nazwijmy to, że w podzięce wykonasz dla mnie pewną robotę. Nie mogąc powstrzymać wrodzonej ciekawości spytałem – Panie, dlaczego nie zleciłeś tego zadania przez gildię. Jest wielu znakomitych i lepszych ode mnie profesjonałów, którzy z pewnością podołaliby zadaniu? Uśmiechnął się nieprzyjemnie, napinając cienką skórę twarzy, która nie była przyzwyczajona do uśmiechu. Splótł zakończone długimi jak szpony pazurami palce. – Jaki skromny. To właśnie zaleta, która mi jest potrzebna. Zależy mi na tym, abyś się nie chwalił i przypadkiem nie wygadał przed kimś, albowiem zadaniem twoim będzie wykradnięcie pewnego pierścienia, który spoczywa w skarbcu tego prostaka DONOVANA. Zachłysnąłem się a Dzięcioł chychnął. Teraz było jasne dlaczego nie zlecił zadania poprzez gildię. Istnienie gildii jest uwarunkowane tym, że żaden złodziej nie warzy się tknąć skarbca i jakiejkolwiek własności króla, a gdyby zadanie to zostało zlecone gildii, nie zwłocznie doniesiono by o tym królowi. To jedno z elementarnych praw w gildii, które wpajane jest młodym adeptom od samego początku nauki. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, odniosłem wrażenie, że cała sytuacja sprawia mu przyjemność. - Co do twojego przyjaciela mam inne zamiary. Będzie moim zabezpieczeniem, że wykonasz moje polecenie. Popatrzył teraz na nas, czy jego słowa odniosły zamierzony skutek, po czym dokończył przemowę - Jeśli mnie zawiedziesz... - zawiesił głos i przypatrzył się swoim pazurom, mrużąc oczy - ...Zginie! Poczułem beznadziejność sytuacji. Dzięcioł zbladł, załzawionymi oczyma wpatrywał się to we mnie to w nieznajomego. Zrobiło mi się go żal, miał dopiero czternaście lat i jego los zależał od tego czy zdołam wykonać swoje zadanie. Nieznajomy dał znak i dwaj łysole wywlekli krzyczącego chłopaka do lochu. Utkwiłem wzrok w nieznajomym. Nienawidziłem go całym sercem, miałem ochotę wydrapać mu oczy. Najwyraźniej odgadł moje myśli bo wybuchł gardłowym śmiechem. Urwał nagle i poważnym tonem rozkazał – Masz trzy dni by poczynić stosowne przygotowania – rzucił mi pod nogi złożony pergamin – To jest plan zamku i rysunek pierścienia, na którym mi zależy. - Jaką mam gwarancję, że po wykonaniu zadania zwrócisz wolność Dzięciołowi? - Żadnej! Znowu zarechotał i tak samo szybko urwał. – Nazywam się WALTER DE RONEX. Zatrzymałem się „W Kolorowym Sadzie”. Tam przyniesiesz pierścień. Jeden z oprychów powrócił. Zawiązano mi oczy i wyniesiono z budynku. Niósł mnie dosyć długo. Opaskę zerwał mi dopiero wtedy, gdy znajdowaliśmy się nie daleko portu. Tu mnie zostawił mówiąc – Niech ci nie przyjdzie do głowy jakiś głupi pomysł bo wtedy pobawimy się z tym małym pędrakiem – Odwrócił się i odszedł. Siedziałem w swoim mieszkanku. Okazało się, iż trzymano nas całą noc aż do następnego wieczora. Najadłem się do syta i przyświecając małym kagankiem studiowałem plany zamku do późnej nocy. Do skarbca prowadziły dwie drogi. Pierwsza od sali tronowej, do której nawet nie próbowałem się dostać, ze względu na straże, które bacznie jej pilnowały. Druga mniej strzeżona prowadziła z królewskiej sypialni i była zarezerwowana wyłącznie dla króla i królowej. Nie wiem skąd De Renox zdobył tak dokładne plany budowli, jednak dzięki nim mogłem o wiele łatwiej przedostać się do skarbca.
II
Do królewskiego zamku nie każdy miał wstęp. Wymyśliłem, że dostanę się do środka ukryty w wozie, którym dostarczano żywność do kuchni. Potem przez pomieszczenia dla służby przedostanę się na wyższe kondygnacje, gdzie omijając straże można było się dostać do schodów prowadzących na piętro zarezerwowane dla królewskiej pary i ich gości. Na pozór zadanie nie wydawało się trudniejsze niż te, które wykonywałem wcześniej. Problemem było ominięcie straży i sforsowanie zamków, które dla króla wykonali najlepsi krasnoludzcy rzemieślnicy. Przestudiowałem budowę jednego z takich zamków, który świsnąłem z pracowni mistrza SZANDORA. Wieczorem drugiego dnia czekałem ukryty w cieniu portowego hangaru, gdy nadjechał wóz mający odebrać świeże ostrygi dla królewskiego kucharza. Nająłem się do przenoszenia beczek ze statku. Z radością przyjąłem rozmiary królewskiego wozu, którym powoził gruby barczysty mężczyzna imieniem VILL w towarzystwie służącego o bladej twarzy ALBERTA. Gdy załadunek dobiegł końca wykorzystałem moment, w którym obaj targowali się z właścicielem statku i ukryłem się na wozie przykrywszy się plandeką. Poprowadzili wóz do tylnego wejścia do zamku. Gdy tam dotarliśmy zapadł już mrok, więc nie miałem kłopotów z przedostaniem się do kuchni, w której panował rozgardiasz. To też nikt nie zwrócił uwagi na małego nie pozornego gnoma. Zapachy rozchodzące się w pomieszczeniu sprawiły, że mój żołądek zabulgotał tęsknie. Korzystając z okazji ukryłem się wśród rozmaitych przypraw, które swoim intensywnym zapachem przyprawiały o zawrót głowy. Postanowiłem poczekać tu do momentu, w którym kuchnia opustoszeje. Wreszcie po zgoła półtorej godzinie służący ALBERT zamknął drzwi wejściowe do kuchni pogasił część łuczyw wiszących na ścianach i wyszedł schodami, w których znikli kuchcikowie i inni służący. Po cichu wyszedłem z kryjówki odczekałem nasłuchując jeszcze pół godziny. W zamku powoli ustawały głosy. Ostrożnie wszedłem na schody prowadzące do pomieszczeń dla służby. Z zadowoleniem przyjąłem fakt, że nie są patrolowane przez strażników. Mijałem kolejne drzwi mieszkalne, za co poniektórymi słychać było przytłumione głosy. Pewnie kuchcikowie zabawiali się ze służkami. Dotarłem bez problemów do drzwi, przy których stał strażnik, leniwie opierając się na kopii. Musiałem go wywabić. Wyciągnąłem mała miedzianą kulkę. Ostatni raz spojrzałem na strażnika i cisnąłem ją w przeciwległy korytarz. Głuchy dźwięk odbił się echem w mroku. Strażnik leniwie ruszył ze swojego miejsca. Wtuliłem się w otwór prowadzący do któregoś z pomieszczeń dla służby. Gdy mnie mijał usłyszałem jak cicho klnie pod nosem – Cholerne zbereźniki jedne. Ja im dam harce po nocach urządzać. Skręcił niknąc w mroku korytarza. Poczekałem aż odgłos jego kroków oddalił się i wyszedłem z ukrycia cicho przemykając ku drzwiom. O mały włos nie wpadłem na dwóch kolejnych strażników patrolujących korytarze. W ostatniej chwili udało mi się schronić za zasłoną przykrywającą pokryte witrażami okno. Ściany zamku pokryto wymyślnymi freskami przedstawiającymi elfich dostojników. Ich stroje wymyślnie zdobione, sylwetki wyglądające jak żywe przy tańczących cieniach rzucanych przez łuczywa wydawały się odgrywać sceny z życia codziennego władców panujących w tym miejscu przed wiekami. Bogate gobeliny, w których połyskiwały złote i srebrne nitki rzucały świetlne refleksy na zasłony. Pierwszy raz miałem okazję zwiedzać wnętrze zamku. Żałowałem, że w tak nie sprzyjających okolicznościach. Zorientowałem się trochę za późno, iż skręciłem w zły korytarz, wzdłuż którego znajdowały się komnaty gościnne. Przemykając od kotary do kotary musiałem obejść je teraz dookoła. Minęły mnie jeszcze dwa patrole nim dotarłem do zakrętu. Wyjrzałem zza rogu, przy drzwiach stało dwóch strażników. Musiałem ich wywabić. Przywiązałem cieniutką linkę do zasłony a sam ukryłem się w zaciemnionym załamaniu drzwi za którymi jakiś gość donośnie pochrapywał. Wyciągnąłem z woreczka jeszcze jedną kulkę i rzuciłem. Fortel się udał, bo po chwili zza zakrętu wyszli strażnicy zaalarmowani odgłosem. Powoli ostrożnie rozglądali się po korytarzu. Pociągnąłem za linkę. Zasłona zafalowała, przyspieszyli kroku kierując się w stronę okna. Wykorzystując to przekradłem się chyłkiem za ich plecami. Miałem nie wiele czasu. Dobiegłem na palcach do drzwi. Majstrując srebrnym wytrychem przy zamku rozglądałem się nerwowo na boki. Niebawem gwardziści podniosą alarm, gdy odkryją mój podstęp. Zamek ustąpił. Otworzyłem ostrożnie drzwi i wszedłem do komnaty, w której panował półmrok. Była pusta. Jedyne źródło światła, niewielki kaganek stojący na stoliku rzucał delikatną poświatę. Komnata urządzona była z przepychem. Bogato zdobione komody i szafy z rzeźbionego drewna kusiły by do nich zajrzeć. Nie miałem jednak czasu. Podszedłem do kolejnych drzwi, ustąpiły bez żadnego dźwięku. Znalazłem się w królewskiej sypialni. Na wielkim łożu spała para królewska. Na widok zgrabnej nogi, którą królowa ANIJA zarzuciła na pierzynę poczułem, że się rumienię. Za wtargnięcie tutaj groziła mi śmierć i pewnie cały arsenał tortur. Podszedłem do niewielkich drzwiczek. Ponownie użyłem wytrychu. Z małymi kłopotami zamek ustąpił. Kręte schody prowadziły spiralą w dół. Cofnąłem się i wziąłem kaganek z szafki przy łożu. Zapaliłem go i ruszyłem ostrożnie stąpając. Nie miałem pewności czy od tej strony dostępu do skarbca nikt nie pilnuje. Szczęście mi do pisało. Po kilku minutach dotarłem do kolejnego korytarza, który ku mojemu zadowoleniu doprowadził mnie do wykutych z brązu drzwi, na których wykuto hieroglify w elfim języku . Nie były nawet zamknięte. Król za pewne nie spodziewał się, że tą drogą ktoś, z wyjątkiem jego samego będzie chciał się dostać do skarbca. Drzwi ustąpiły ze zgrzytem. To co ujrzałem zaparło mi dech w piersiach. Znajdowałem się w sporej komnacie. Jej ściany zdobiły płaskorzeźby przedstawiające elfiego króla, królową i co bardzo rzadkie u elfów, dzieci królewskiej pary. Jak wszystkie dzieła kultury elfów i te płaskorzeźby były wykonane z niezwykłą wiernością. Artysta zachował prawdziwe rozmiary postaci, których twarze wyrażały dostojeństwo i powagę a ich stroje były kolorowo lśniły w świetle kaganka. Król Donovan był zamożnym człowiekiem, o tym wiedział każdy, ale dopiero widok jego skarbca uświadamiał jak bardzo. Takich skarbów nie potrafiłem sobie wyobrazić. Z bogato zdobionych skrzyń zwisały złote i srebrne naszyjniki. W innych skrzyniach błyszczały klejnoty. Setki szmaragdów, diamentów, bursztynów. Mnóstwo obrazów, dywanów i zbroje, miecze, sztylety. Wszystko warte było wiele dukatów, ile dokładnie nie śmiałem nawet próbować oszacować. Stałem jak zauroczony. Przypomniałem sobie po chwili o moim zadaniu. Wyciągnąłem pergamin. Na obrazku przedstawiony był w dwóch rzutach pierścień przedstawiający ośmioramienną gwiazdę, w którą wpisana była podobizna smoka. Od człowieka, który mnie wynajął dowiedziałem się, że pierścień ów musi leżeć w szkatule z czerwonego drewna z takim samym emblematem na wieczku. Nie miałem kłopotów z jej odnalezieniem, bowiem stała na wyeksponowanym ołtarzyku. Otworzyłem wieczko i wydało mi się, że w pomieszczeniu pojaśniało. Wyjąłem ostrożnie pierścień. Był ciężki ze złota. Schowałem go do woreczka umocowanego u pasa. Pomyślałem, że na górze odkryto już moją obecność. Nabrałem pewności, gdy usłyszałem ruch za drugimi drzwiami prowadzącymi do skarbca od wschodniej strony. Musiałem się pośpieszyć, ale jeszcze ostatni raz rzuciłem okiem na skarby. Nie zwlekając dłużej opuściłem skarbiec. Znalazłszy się na powrót w królewskiej sypialni usłyszałem stłumione głosy dochodzące zza drzwi. Miałem mało czasu. Podszedłem do okna, przez które wpadała poświata księżyca. Delikatnie je otworzyłem. Zamarłem na chwilę, gdy król chrapnął i przewrócił się na bok. Głosy za drzwiami były co raz bliższe. Wyjrzałem na zewnątrz. Zakręciło mi się w głowie. Na murach panowało duże poruszenie. Gwardziści biegali z pochodniami tam i z powrotem. Przywiązałem linę do klamki okna, które w samą porę przymknąłem, bo do drzwi rozległo się pukanie. Przycupnąłem na parapecie modląc się w duchu by nie odkryto mojej obecności. Przez kolorowy witraż widziałem jak do środka weszło trzech strażników. Zaspana para królewska patrzyła zaskoczona na żołnierzy. - Miłościwy panie, w zamku znajduje się intruz! Sprawdzamy wszystkie pomieszczenia. Król ziewnął i rozkazał – Podwójcie straże. Macie go pojmać. Niekoniecznie żywego. Nikt nie śmie wkradać się do zamku bez mojej zgody! - Tak jest królu. Pozwólcie, że dla waszej protekcji pozostaną tu ci dwaj gwardziści. Król kiwnął głową a żołnierze stanęli na baczność przy drzwiach. Dowódca straży wyszedł zamykając drzwi. Nie miałem już innej drogi ucieczki. Zacząłem powoli bezszelestnie zsuwać się z gzymsu. Pode mną zobaczyłem występ w jednolitej skale murów. Ciągnął się poziomo wzdłuż ściany aż do zakrętu. Obejrzałem się. Na dole na dziedzińcu wojsko biegało z pochodniami. Byłem aktualnie najbardziej poszukiwaną osobą w królestwie. Nie powiem, żeby mnie to cieszyło. Dotarłem do występu, który okazał się na tyle szeroki, że mogłem na nim stanąć. Wiatr ciągnący z nad morza utrudniał mi zachowanie równowagi. Przesuwałem się w stronę zakrętu. Stamtąd mogłem zeskoczyć na wewnętrzny daszek okalający zamek. Gdy tam dotarłem, cała straż postawiona była w stan gotowości. I tak już miałem dużo szczęścia, że mnie do tej pory nie zauważono. Zeskoczyłem na dach, przylegając do jego powierzchni. Dziękowałem w duszy bogom, że nie padał deszcz, gdyż nie utrzymałbym się na śliskiej powierzchni zbyt długo. Podczołgałem się na jego krawędź, spojrzałem w dół. Na około zamku gwardziści patrolowali okolicę. Sytuacja nie była wesoła. Nie miałem już liny, dzięki której mógłbym się zsunąć na ziemię. Zostać i czekać tym bardziej. Nie miałem też wiele czasu na namyślanie się, w każdej chwili ktoś mógł mnie zauważyć. Decyzję pomógł mi podjąć gwardzista, który właśnie nawoływał z okna królewskiej sypialni. Odkryto moją drogę ucieczki. Podniosłem się. W tym momencie ktoś krzyknął a z góry posypały się na mnie strzały. Jedna trafiła mnie w przedramię. Rozcięła rękaw i skórę. Na moje szczęście strzelający nie byli najlepiej wyszkoleni. W przeciwnym razie już bym nie żył. Poczułem pieczenie. Pobiegłem wzdłuż krawędzi dachu. W jednej chwili poślizgnąłem się na kępce mchu, której w mroku nie zauważyłem. Zachwiałem się i runąłem w dół w gęstwinę krzaków porastających niewielkie zbocze od murami. Tym krzakom zawdzięczam życie, ponieważ zamortyzowały upadek na tyle, że prócz dotkliwych potłuczeń i zadrapań nie złamałem sobie karku. Leżałem nie mogąc złapać oddechu. Ból w przeponie stopniowo mijał. Podniosłem się na klęczki i potoczyłem wzrokiem dookoła. Musiałem się stąd jak najszybciej wydostać. W górze na daszku, z którego spadłem zobaczyłem z tuzin żołnierzy z pochodniami nawołujących swoich towarzyszy na dole. Ci biegali wokół przeczesując pobliskie krzaki. Było tylko kwestią czasu jak mnie znajdą. Podczołgałem się mimo bólu do skraju krzaków. Stąd widziałem lepiej okolicę. Nie daleko mnie stał wóz, gdyby udało mi się do niego nie postrzeżenie dotrzeć miałbym szansę na wydostanie się z opresji. Gwardziści przeszukujący krzaki byli tuż za mną. Słyszałem ich podniecone głosy. - Piekielnik! Rypnął w te krzaki. Nie ujdzie żyw. - Przyśpieszyć! Nie gadaj. Rickens. - Przepraszam szefie, że też to musiało się zdarzyć na mojej zmianie. Dłużej nie mogłem czekać. Zebrałem się w sobie i mimo bólu w całym ciele ruszyłem. Mój desperacki pomysł zaskoczył na chwilę prześladowców, którzy stanęli jak wryci. Dopiero ich dowódca otrząsnął się z zaskoczenia. - Strzelać! Barany! Strzelać! Wokół mnie świstały bełty wystrzeliwane z kusz strażników. Być może ciemność i pośpiech sprawiły, że żaden z nich mnie jeszcze nie trafił. Gdy dobiegałem już do wozu, konie zarżały dziko wystraszone. Poczułem kłujący ból w prawym udzie i usłyszałem radość w głosie żołnierzy. Tylko ich dowódca nawoływał – Nie dajcie mu dojść do wozu! Nie dajcie dojść do wozu! Drugi bełt trafił mnie w bark, w momencie, gdy desperackim skokiem ze zdrowej nogi wskoczyłem na wóz. Wystraszone konie ruszyły do przodu ratując mnie z rąk prześladowców. Słyszałem ciskane przekleństwa i odgłosy bełtów wbijających się w drewno wozu. Chwilowo byłem ocalony. Bark i noga zdrętwiały, rwący ból…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Karol Wredny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…