Wróć do katalogu

"Moje niedokończone opowieści" cz. 5

Tom IV Sagi pt."Kroniki Krain Lhydii"!!! - Zima w Longend; To mój absolutny debiut "po latach":-))) Najwcześniejszy text, jaki napisałem!

Karol Wredny, opublikowano , 57 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

KRONIKI KRAIN LHYDII księga IV

Księga Czwarta: Zima w Longend

I

Nazywam się Mitch. Po prostu Mitch, bez żadnego przydomka czy nazwiska. Mam wam do opowiedzenia ciekawą historię, która jak się później okazało, była początkiem niezwykłych i przerażających wydarzeń zapoczątkowanych przez tajemniczego wędrowca imieniem Xenor. Wydarzenia te rozegrały się w krainie zwanej w tej części świata Longend, z której pochodzę. A było to tak:

Longend leży na północnym wschodzie od Indswijk, grodu miłościwie panującego nam księcia Ruperta de Wett. Jest to niewielka osada: dwadzieścia gospodarstw, tartak, świątynia bogini śniegu-Fryzy, młyn Zimbewalda i karczma mojego tatka „ Pod czerwonym smokiem”. Swoją drogą nie wiem skąd tatko wytrzasnął tę nazwę (jak ją dziadko prowadził to się nazywała po prostu -„ Karczma”). Jak powszechnie wiadomo smoki to rozumne, choć wredne stworzenia. Zamieszkują jednak cieplejsze południowe tereny Lidii, a nie, jak zwykł mawiać wójt Crambwell, gdy dokańczał czwartą baryłkę ojcowego piwa: „zasrany zadek tego nędznego padołu”. W tych słowach było wiele prawdy, bowiem Longend jest najdalej wysuniętą na północ osadą, uważaną przez wszystkich za kraniec znanego i zamieszkałego świata. Dalej jest już tylko zamarznięta kraina, lodowa pustynia, której zbadania nie podejmował się żaden uczony (lub na tyle głupi) śmiałek. Owszem dawniej byli takowi, którzy wyruszając na północ obiecywali wielkie skarby, potężne artefakty, jednak wszelki słuch o nich zaginął, więc poniechano dalszych prób rozsądnie uznając, iż jest to kraina niedostępna i nieprzebyta-siedlisko demonów i śnieżnych gigantów. Ludzie żyjący w Longend prowadzili spokojny tryb życia, zajmując się połowem ryb, pracą w tartaku i uprawą, nędznych poletek. Wieczorami zaś chlejąc na potęgę w tatkowej gospodzie. Karczma tatka stała po środku częściowo zarośniętego placu ogłoszeń, obok domu wójta i na przeciwko świątyni Fryzy. Klientów tatko miał niewielu, bowiem większość mieszkańców żyła tu na kredyt. Tak, więc byli to stali bywalcy rybacy i drwale, żłopy i opoje, czyli „kwiat” życia towarzyskiego Longend. Raz w tygodniu, w pierwszy jego dzień – Thull, przyjeżdżał poborca podatkowy gruby jak beka kiszonej kapusty, pan Delmonte. Pewnego dnia, a był nim Mind – piąty dzień tygodnia pomagałem ojcu w karczmie. Zazwyczaj spędzałem dnie w oborze zajmując się kaczkami, kurami i gęsiami a tatko z matulą prowadzili gospodę. Tegoż dnia jednak matula zaniemogła i od samego ranka tatko poganiał mnie jak czart. - Mitch, pies ci mordę wylizoł, wykulałeś żeś beczki ze spiżarni!? - Wykulołem tatko. - A izbę zamiotłeś, nicponiu!? - Zamiątłem ze samego rańca. - A gęśla ubiłeś, psubracie!? Południe się zbliża! - Ubiłem tatko, ino nie oporządziłech jeszcze. - Co słyszę?! Gamońcu jeden! Jo se tu flaki wyprówom a ty się leniwisz łachudro – smagnął mnie ścierą po łbie aż zapiekło – Toć leć mi ją oskubać, a jak jedna piórko znajda to ci tak skóra wygarbuję, że przez tydzień na rzyci nie usiądziesz! – zakrzyknął, jak to miał w zwyczaju i już się na mię zamachnął, ale zdążyłem się uchylić – A flaki mnie zostaw. Może matka się lepiej poczuje to zupy narobi na wieczór! – wykrzyczał za mną i przetarł bar rozganiając muchy. Niewielki był ruch do południa. Siedział Blind, od wczorajszego wieczora nie wytrzeźwiawszy dobijał się kuflem zwietrzałego piwa. Siedział Karlson, któremu wiosenna wichura porwała sieci i nie mógł wyruszyć na morze. Wraz ze swoim ojcem, głuchym jak pień Wolfem, raczyli się baryłką tatkowego piwa. Zająłem się gęsią siadając na ławie przed chałupą. Nastawiałem ucha na plotki wygłaszane przez klientów. - Słyszaliśta. Córka Grombarga puściła się z młodym Jacentym na sianie – powiedział Karlson, akcentując to donośnym beknięciem. - Wincentym!? – niedosłyszał Wolf, złożył dłoń w trąbkę i przyłożył do ucha. - Jeaacentymm... – wymamrotał pijany w sztok Blind. - Taa, jak się sprawa rypła, to polecioli do Matki Dhory, co by wybłagała u Fryzy przebaczenie. - A stary złoił skórę Jacentemu i przegnał go do stryjecznej siostry do Indswijk. - Woda na młyn... – wybełkotał Blind, czknął i stoczył się pod stół. - Mitch!!! – rozdarł się tatko – chodźże mi tu naprędkiem. Blinda trza wynieść do obory, bo mi cała podłoga zapaskudzi. Rzuciłem na wpół obdartą gęś do michy i we trzech z Karlsonem wywlekliśmy Blinda do obory rzucając na siano. - Niech se tu pośpi a jak przetrzeźwieje to się go o zapłatę zapytasz, łachudro. Wracaj mi do gęśla, a migusiem się uwijaj, bo na strawę musisz zapracować pędraku! – ponaglił mnie tatko i smagnął znowu ścierą, jak zwykł mawiać: „na rozpęd”. Tatko był dużym człowiekiem o pulchnej, czerwonej twarzy. Troszczył się o nas jak mógł najlepiej w tych trudnych czasach. Przybył do Longend przed trzydziestu laty ze zgrają najemników towarzyszącym jednemu uczonemu, co to chciał zbadać północne pustkowia. Ale chlali w karczmie przez dwa tygodnie i w oko ojcu wpadła córa karczmarza, a trzeba tu dodać, że oko to tatko miał podówczas mocno zamglone piwem. Gdy się wreszcie wytrzeźwiał na tyle by widzieć lepiej, po kompanach tatkowych śladu nie było a karczmarz kazał mu się tytułować teściem. Tak to już jest w naszym Longend, raz na pięć lat ktosik przybywa i zrazu z tego wynikają jakieś komplikacje. Tak oto tatko mój z woja przemienił się w karczmarza i gdy dziadko Ulejt zszedł z tego świata, sam przejął interes.

Wieczorem w karczmie przybyło klienteli. Po całym dniu pracy do gospody złazili się coraz to nowi goście. Był wójt Crambwell, spasły młynarz Zimbewald, pięciu rybaków przechwalających się jeden przez drugiego połowem. Było trzech drwali rozpamiętujących stare „dobre” czasy, Karlson z głuchym ojcem, chociaż ten ostatni to tu zawsze siedział. Matula krzątała się w kuchni szykując zupę na wieczerzę. Po południu poczuła się lepiej, więc pomagała już ojcu przy gościach. Siedziałem w kącie na stołku strugając podarowanym przez tatka kozikiem gargulce marząc o zupie, bo kiszki mi pogrywały już od godziny. W karczmie było gwarno a w miarę upijanych litrów piwa coraz zabawniej. W zadymionej izbie z ośmiu stołów zajętych była połowa. Przy pierwszym siedziały trzy wielkie szafy z tartaku odziane w wyprawione skóry śnieżnych niedźwiedzi. Dalej przy kominku siedział wójt z młynarzem i tatko narzekając na podatki. Trzeci i czwarty stół zajmowali rybacy, wśród których prym wiódł mocno już podpity Karlson. Zapowiadał się wieczór podobny do wielu innych w Longend na krańcu świata. Na dworze wzmógł się wicher, dął coraz mocniej, a w dali słychać było grzmoty. Za oknami z rybich pęcherzy błyskało. Wzmógł się wiatr. - Sztorm napiera, dobrześmy, że łódki na brzeg wyciągnęli. Widma wyją jakby toż sam czart do tańca przygrywoł – jeden z rybaków uniósł kufel do toastu. - Niech wyją czarty na pohybel! – zakrzyknął. - Niech wyją!- odpowiedzieli wszyscy biesiadnicy wychylając kufle. Do izby wszedł Konrad strząsając krople na podłogę. Zasępioną miał minę nieborak. Był to tutejszy bard a raczej jego marna namiastka. – Dobry na wieczór – przywitał się ze wszystkimi. W dali po niebie rozległ się grzmot. – Nie podoba mi się ta burza. Od lądu idzie a w powietrzu zawiśnął jakijś niepokój. Wszyscy spojrzeli na barda. Jak było wiadomo, burze idące od lądu zdarzały się bardzo rzadko a i to nie zawsze z naturalnych przyczyn. - Pewnikiem jakijś znów magus eksperymenta zaczyna. - Siądźże tu z nami, Konradzie – zaprosił go Karlson rozlewając piwo na stole. - W takąż noc to i twoje wypociny lepszem są niźli burzowe grzmoty. - Głupiśta, chłopy, srom to i zabobon tak się burzy obawiać – odezwał się wójt, skuliwszy się szybko, bo znowu grzmot przeciął powietrze. - Ho ho, panie wójcie, baczcie abyście jeno w złą godzinę tych słów nie wypowiedzieli. Mówią przeca legendy, że różne licho od lądu burza przynosi. - A tam legendy, dupędy – zadrwił wójt. - Grajże, bardzie na tej swojej fujarce, to odegna licho i humory poprawi – pojednał wszystkich tatko – Napijmy się ludziska. Matyldo! Dajże tu jeszcze baryłkę. - A jużci, hultaje, opoje! – odezwała się matula, ale baryłkę przyniosła stawiając na stole przed tatką. - Czort, nie baba – roześmiał się tatko i klepnął matulę w zadek. Pulchna kobieta odwróciła się i walnęła tatka po łbie. – Lepiej byś czosnku mi natarł stary capie a nie żłopał z kolesiami - na to wszyscy wybuchli śmiechem, a bard zagrał wesołą melodyję ku pokrzepieniu i ogólnej radości. Wtem drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, a w progu stanęła zakapturzona postać wyglądając jak zjawa w świetle błyskawicy. Wszyscy zaniemówili wpatrując się w przybysza. Przez moment wydało mi się, że w miejscu, gdzie powinny być oczy obcego rozpaliły się czerwone węgle. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz (nie taki, jak podczas mroźnych wieczorów). - Nie zaprosicie do środka mości gospodarzu? – spytał wędrowiec stojąc wciąż na deszczu. Zwrócił się wprost do tatka, choć ten siedział przy stole wraz z innymi. Wydało mi się, że przybysz dokładnie wie, kto jest gospodarzem a przecież tatko nie wyróżniał się spośród nich. - Proszę... Wejdźcie panie – wyjąkał tatko i powoli podniósł się z ławy. Przybysz przekroczył próg, lecz mimo to jego postać wydawała się rozmyta jakby rozmazana. Twarz ciągle przysłaniał kaptur skórzanego płaszcza, w ręku trzymał długą laskę, na której się teraz podpierał. Potoczył po izbie wzrokiem, pod którego wpływem wszyscy jakby się skulili w sobie. Stał tak przez chwilę nie odzywając się. W końcu przemówił do tatka a głos miał głęboki jak studnia w świątyni – Szukam strawy i noclegu gospodarzu. Znajdzie się tu jakowyś? - Znajdzie, znajdzie - tatko odzyskał głos, ale nadal słychać było w nim zdenerwowanie –Nie często mamy tu gości panie... Przybysz postąpił do przodu - Nie często powiadacie. To dobrze. To nawet bardzo dobrze mości gospodarzu. Nazywam się Xenor . Lord Xenor – po pobladłych twarzach przebiegł cień trwogi. A więc był to mag albo jakiś czarnoksiężnik, tylko tacy używali tytułu lorda. Przeczuwałem, że nic dobrego z tej wizyty nie będzie.

II

Tamtego wieczora przybysz wypłoszył wszystkich gości, którzy ku przerażeniu i rozpaczy tatka wychynęli do domów nie dopiwszy nawet piwa jak tylko burza przeszła, a ta skończyła się bardzo szybko, w momencie, gdy mag czy też czarnoksiężnik zajął miejsce przy kominku. Tatkowe lamenty znikły jak tylko wędrowiec wyrzucił na stół mieszek złota. Poprosił o strawę i balię z wodą. A rozpromienił się tatko jeszcze bardziej, kiedy przybysz oznajmił, że zamierza wynająć pokój na tydzień. Mnie tymczasem wysłał na pięterko bym pomógł matuli sporządzić izbę dla gościa. Zaniosłem bagaż maga, na który składały się dwa średnio ciężkie kufry podróżne, na górę. To, co zdziwiło mnie najbardziej to fakt, że mag nie posiadał wierzchowca. Wyglądało na to, iż przybył tu piechotą (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że magowie mogą się teleportować, lewitować, znikać i jeszcze parę innych cudacznych rzeczy). Gdy zeszliśmy z matulą na dół skamienieliśmy zrazu, zobaczywszy, w jaki sposób przybysz rozmawiał z tatką. Nie wyglądało to jak zwykła rozmowa, tatko mówił coś o północnych pustkowiach, przerywając co jakiś czas, by za chwilę znów opowiadać i tak ten jednostronny monolog trwał do późnej nocy. Jedno, co mnie przeraziło to wyraz twarzy tatka, która była biała jak pergamin, a na czoło wystąpił mu pot. Jednak beznamiętnym głosem wypowiadał słowa i zdania. Zdawałoby się, że tatko odpowiadał na pytania tamtego. Tylko, że tamten nic nie mówił! Wpatrywał się tylko w tatka i wpatrywał. Dopiero później mą uwagę przykuła twarz przybysza. Blada, wychudła i koścista. Ciemne cienie tańczyły wokół chytrych niebieskich oczu, a i brwi jego były krzaczaste i takie diabelne, zewnętrznymi końcami uniesione ku górze. Trudno było określić jego wiek. Zależnie od ognia w kominku jego twarz młodniała, trzydzieści wiosen, to znów szarzała. Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt. Na łysej czaszce miał tatuaż, skomplikowane czarno czerwone wzory, niczym starożytne runy zdobiły mu głowę. Czerwony był jedynym kolorem, który przeplatał się również w jego dziwnym czarodziejskim odzieniu. Cała reszta płaszcza i tuniki była czarna, na szyi nosił dziewięcioramienną platynową gwiazdę, na palcu podobny pierścień. Przyjrzałem się lasce. Tańczyły na niej, jakby żyjące własnym życiem runy. Z chęcią pooglądałbym ją z bliska, lecz przybysz nie rozstawał się z nią na krok. Wreszcie wstał, a tatko zamrugał ze zdziwienia oczami i ryknął na mnie – Co tak stoisz gamońcu, zaprowadźże pana magika na pięterko! - Nie trzeba, trafię sam – mrugnął do mnie i uśmiechnął się, jednak ten uśmiech nie wyrażał sympatii. Zadrżałem. Tej nocy nie spałem zbyt dobrze. Śniły mi się koszmarne upiory, które wyciągały ku mnie szponiaste ręce i uśmiechały się tym samym straszliwym uśmiechem. Następnego ranka przed tatkową karczmą zebrał się spory tłumek ludzi. Była to nie lada sensacja, nie dość, że pojawił się ktosik nowy to jeszcze od razu czarnoksiężnik. Na uboczu stała również tutejsza wiedźma Halla, mieszkająca na skraju osady. Stała tak i spoglądała w okienko pokoiku. Rozeźlony tatko wyszedł przed karczmę i krzyknął do ludzi. - Słuchajta ludziska! Godom to ażeby nikt mi tu herezjów nie słał. Gość nasz zatrzymie się u nos przez caluśki tydzień i wszyscy ci, co to chcą go obaczyć mogą się u mię na poczęstunku pogościć! - A prawda to, że to Magus wielki przyjechoł? I że będzie czarty jakowe przywoływoł? – spytał któryś z mieszkańców, po czym szybko splunął pod nogi. - Prawda to, że jest to Magus, czy wielkiż tego nie wiem. Nic mi też nie wiadomo jakoby czarty mioł przyzywoć. Powiedział mi jeno, że spokoju chce zażywoć i że studiyo... Studiyować przyjechoł nasze legenda i podania. - A jak się zwie ów Magus. Powiedzcie karczmarzu? – po raz pierwszy odezwała się czarownica Halla. Tatko już chciał odpowiedzieć, ale zaciął się tak jakoś. Spróbował raz jeszcze, wzruszył ramionami i powiedział – Nie wiom, jakuś tak dziwnie... Eee, ni pamientom! Sami se spytajta, ino z wieczora, bo teroz pan Magus śpiom. - No, wracajta ludziska do pracy! Słyszeliśta, że z wieczora się syćkiego dowiecie – to wójt ponaglił ludzi. A sam, wziąwszy tatka pod rękę, pociągnął go w głąb karczmy. - Słuchajcie no, Klausie. Dobrze by było, co by te wieści nie dotarły do dobrodzieja księcia, bo przyślą mi tu kogoś na spytki. A to znowuż kłopotów i nie potrzebnych komplikacyi przysporzy. - Nie martwcie się wójcie, pogodom z Magusem, niech w dzień Thulla na spacer se pójdzie albo i co. Wy się lepiej mortwcie, by ludziska języków nie strzępili, to i mnie i wom cosik z tego skapnie. - Miarkuję karczmarzu, żeśmy się dogadali, potrafisz, mości Klausie interesa ubijać. Tymczasem do wieczera. – pożegnał się wójt i szybko się oddalił. Ja cały dzionek spędziłem w oborze pomagając matuli przyrządzać gąśle i kury, bo tatko umyślił, że na wieczór wielką ucztę wyprawi na cześć dostojnika Magusa. Nawet winiaka kazał przygotować chowanego na specjalne okazje. Na wieczorną ucztę zeszła się cała ludność osady, ino, co młodsi i niedołężni w domach pozostali. Pogoda dopisała, więc na dworze tatko stoły poustawiał. Rozpalono ogniska, na których piekły się cielaki i świnie przyniesione przez ludziska na wieczerza. Zmierzchało już, gdy Konrad, za pozwoleniem wójta, w róg zadął na znak, że ucztę czas zacząć. Śpiewom i tańcom końca nie było widać. Mocno już podpici mieszkańcy niecierpliwić się zaczęli i niektórzy pod wątpliwość jęli dawać, czy ów Magus rzeczywiście przybył. Wreszcie tatko mnie przywołał. Kazał do Magusa lecieć i na wieczerza prosić. Zlęknionym poszedłem na pięterko, pamiętając straszliwego gościa. Stałem przed drzwiami nie mogąc się przemóc, żeby zapukać. Odmówiłem wszystkie znane mi modlitwy i zebrawszy się w sobie machnąłem ręką w miejsce gdzie jeszcze przed chwilunią były drzwiczki. Lecz te na ułamek przed tym otwarły się. Hychnąłem wystraszony a serce mało mi gardłem nie wyskoczyło. Przede mną stał Magus spoglądając na mnie z góry, uśmiechając się tym samym uśmiechem, co wczoraj. - Tatko z wójtem proszą na wieczerza panie – wyjąkałem przerażony. Mag spojrzał na mnie i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Znów zimny dreszcz przeszedł mnie po kręgosłupie. – Na wieczerzę proszą, powiadasz. He he, to dobrze, świetnie nawet. Skoro sami tego chcą – dodał jakby do siebie. Po czym zwrócił się do mnie – Prowadź zatem, synu karczmarza. Niech stanie się to, czego się dopraszacie. Był ubrany tak samo jak wczorajszej nocy. Jego tunika mieniła się różnymi odcieniami czerni w świetle ognisk. Zasiadł przy stole wraz z tatką, wójtem, młynarzem i matką Dhorą. Z początku ludziska rzucali płochliwe spojrzenia w jego kierunku, ale wraz z upływem czasu i ilością wypitego piwa atmosfera rozluźniła się, a co poniektórzy nawet wznosili toasty za pomyślność Wielkiego Magusa i jego studiów. Ja zaś siadłem z boczku przy ognisku, nie spuszczając z oka Maga i jego laski. - Miło nam gościć w Longend tak znamienitego gościa jak wy panie. Jestem tu wójtem. Zwą mnię Crambwell. – Wójt rozpoczął powitanie i prezentację współbiesiadników. - Pozwólcie panie przedstawić ci matkę Dhorę, opiekunkę naszej świątyni. – Mag skłonił się przesadnie w jej stronę. Dhora odwzajemniła powitanie, z wielkim zainteresowaniem przyglądając się gościowi. – To jest nasz młynarz panie... - Zwiem siem Zimbewald! Do usług. – Młynarz wpadł mu w słowo i podniósł się stając na baczność. - Mości karczmarza już znacie. Pozwólcie, zatem zaspokoić ciekawość panie... Eech, będziecie prowadzić u nas panie studyja i legendy badać. A jakież to legendy was interesują? Jeśliż to nie tajemnica. Mag spojrzał teraz na wójta, a oczy jego zabłysły przez moment. Pomyślałem, że to muszą być jakieś czary, skoro nikt prócz mnie nie widzi dziwnych oczu Maga. Ten szybko jednak uśmiechnął się i miłym, ale syczącym głosem, od którego ciarki mię przeszły, odpowiedział. – Dziękuję za zaproszenie mości wójcie na tę, jakże wspaniałą wieczerzę... – Wójt i tatko aż pokraśnieli słysząc tę pochwałę - ... jestem w tych stronach pierwszy raz. I już mi się tutaj podoba. Wielka szkoda, że nie mogę tu zabawić dłużej. Czas jednak mnie nagli i pilne sprawy popędzają. – Mag bawił się tą marną dworską etykietą, a ja wyczuwałem narastające napięcie. – Interesują mnie wasze podania dotyczące wysp położonych na morzu. Przed laty gościł tu podróżnik imieniem Khalim, który to wybrał się, by zbadać owe wyspy. Odnalazł tam coś, co należy teraz do mnie – znowuż jego oczy zabłysły – lecz jest to tylko część pewnej całości. A mnie interesuje odnalezienie brakującej części, która bardzo przyda mi się w moich pracach. Wójt zrobił wielkie oczy, które mu mało z orbit nie wyskoczyły. Jego zdziwieniu nie było końca, podobnie jak pozostałym siedzącym przy stole. Pierwsza odezwała się Dhora – Panie, wszyscy słyszeliśmy o panu Khalimie. Ale to, co mówisz, że przeżył, to się nam w głowach nie chce pomieścić. Którędyż by miał wracać, bo tędyż nikt nie przejeżdżał. - Prawdę ci panie prawi matka Dhora, z lodowych krain nikt jeszcze nie powrócił. Nigdy! Nie wierz panie w to, co ci plotą głupole. – dodał oburzonym tonem młynarz. To już koniec! Pomyślałem; napięcie wręcz skraplało się nad okolicą. Miałem wrażenie, że uszy mi eksplodują. W powietrzu unosił się dziwny zapach (potem potrafiłem go już nazwać, był to ozon). Mag jednak powstrzymywał się nadal od wybuchu, a że owo ciśnienie pochodziło od niego, nie miałem wątpliwości. Nie miałem też wątpliwości, że to napięcie znajdzie ujście w niedalekiej przyszłości. Mag wypowiadał słowa powoli, cedząc je, jakby powstrzymywał powódź. - Khalim posiadał potężny zwój, którego użył w najwyższym zagrożeniu. Umożliwił mu teleportację do miejsca na dalekim południu zwanym Ashyrią. Lecz przed jego użyciem został zraniony zatrutym magicznym pociskiem, wkrótce potem umarł. Wtedy jeszcze nie potrafiliśmy go uratować, ale są sposoby by i od umarłego wydobyć cenne informacje. Kapłanka poderwała się na te słowa. - Wiedziałam! Nekromancja! Skądyś znałam ten symbol na twoim medalionie! Teraz sobie przypomniałam, jesteś Adeptem Zakazanej Magii! O, czcigodna Fryzo! Ashyria, wylęgarnia demonów! – wykrzyknęła. - Brawo! – czarnoksiężnik podniósł się z ławy wykonując zamaszysty ruch ręką. Ku mojemu przerażeniu spostrzegłem, że nie mogę się ruszyć. Podobne przerażenie odmalowało się na twarzach zgromadzonych. - Bystry umysł kapłański! – zakpił czarownik – Wiesz już zatem, że klucz do wiedzy, której szukam znajduje się w podziemiach świątyni twojej bogini. Dotarłem do kresu mojej wędrówki, potęga i władza znajdują się w zasięgu ręki. Nie odważyliście się po nią sięgnąć, zazdrośnie strzegąc do niej dostępu. Głupcy! Teraz nadszedł czas, by trafiła do jej prawowitych spadkobierców – Kapłanka, na którą nie działał czar rzucony przez maga cofała się tyłem, wykonując równocześnie skomplikowany ruch dłońmi. W chwilę potem z sykiem powietrze przecięła ognista kula. Dosięgając Maga rozprysła się na miliony iskier wprawiając go w jeszcze lepszy nastrój. - Kapłanko! Twoja nędzna magia nie może mi zaszkodzić. – Jego postać świeciła poświatą, a od jego twarzy bił blask potęgi, której nie sposób było zatrzymać. - Nigdy ci nie pozwolę złamać pieczęci strzegących tajemnicy!!! – Wypuściła kolejny czar, tym razem błyskawicę, której zygzakowata wstęga uderzyła w wystawioną dłoń czarnoksiężnika. Sparował ją z łatwością. - Nie zatrzymasz mnie, nie możesz. Przemierzyłem wymiary, których istnienia nawet nie podejrzewasz. Oto nadchodzi czas zemsty! Czas nowego porządku! A chaos wyleje się przez Siedem Wrót Wantorii! W tym momencie czyjeś ręce zakryły mi usta i uniosły mnie w tył między krzaki. Przerażony czułem czyjś przyspieszony oddech na karku. Przed oczami nadal rozgrywał się dramat, którego byłem niemym obserwatorem. Czarnoksiężnik uniósł laskę, której runy rozjarzyły się teraz ogniem. - Niewierni pokłońcie się przed obliczem Lorda Xenora z Ashyrii, posłańca waszego nowego boga - Zetha! – To, co się później wydarzyło do dzisiaj śni mi się po nocach. Laska rozbłysła mocniejszym światłem, a tułów i głowę matki Dhory ogarnęły płomienie. Jej wrzask utonął wśród krzyków uwięzionych. Mimo dłoni na mych ustach zwymiotowałem. Xenor powiódł wzrokiem po pozostałych, rozkoszując się tą chwilą przemówił. – A co do was to mam inne zamiary. Jesteście mi jeszcze potrzebni. Dlatego rozkazuję wam zapomnieć! – Znowu poruszył ręką, a z twarzy znikło przerażenie. Usiadł znów koło wójta i ryknął gardłowym śmiechem, przesiąkniętym szyderstwem i nienawiścią. Zaskoczony wójt popatrzył po tatku i młynarzu, po czym oni również wybuchli śmiechem zanosząc się, jakby usłyszeli najlepszy kawał. W tej chwili tryumfu, czarownik nie zauważył mojego zniknięcia. Osoba, która mnie pochwyciła pachniała ziołami i lasem. A ja znałem ten zapach! To była Halla, czarownica z domu na skraju osady. Wyczuła chyba, że ją rozpoznałem, bo odwróciła mnie i wyszeptała prosto w twarz – Musisz być teraz silny, Mitch! Nie wolno ci z nikim mówić o tym, co tutaj widziałeś. Z matką. Ojcem. Z nikim rozumiesz! – kiwnąłem głową. - Niedługo przybędzie tutaj człowiek, który nam pomoże, ale do tego czasu nie możesz nikomu dać poznać, coś widział! – wyszeptała coś jeszcze, czego nie zrozumiałem, lecz poczułem, że napinam wszystkie mięśnie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, Że mogę się na powrót poruszać. – Leć no, hultaju, do matuli. I pamiętaj... – uniosła palec - ... Ze mną też nie rozmawiałeś. Gdy nadejdzie czas, to cię zawezwę. No leć! I poleciałem, wystrzeliłem z pomiędzy krzaków prosto między stoły. Chciałem skręcić w lewo, w stronę matuli. Lecz poślizgnąłem się na błocie i straciłem równowagę, rozpaczliwie machałem rękami próbując złapać równowagę. I rypnąłem, ku wielkiej uciesze biesiadników, tuż obok ogniska, rozcinając sobie skórę na wierzchu dłoni o wystający kawałek rożna. Podniosłem się migiem i wpadłem w ramiona matuli. Wtulając się mocno rozpłakałem się. Do końca biesiady siedziałem przytulony do matuli, ale gdy nadarzała się okazja spoglądałem na Xenora, który wraz z tatką, wójtem i młynarzem rozprawiali, co rusz wybuchając śmiechem. Zatrwożyła mnie jeszcze jedna rzecz. Nikt z obecnych nie zwracał żadnej uwagi na niewielki stosik popiołu rozdeptywanego, co chwila przez ucztujących.

III

Zbudził mnie tatkowy krzyk wzywający mnie na podwórze; trzeba było posprzątać po wczorajszej wieczerzy. W miejscu śmierci kapłanki nie odnalazłem żadnych śladów wczorajszej walki, całe podwórze było zapaćkane mieszaniną popiołu i błota. Oczywiście to ja byłem tym szczęśliwcem, który miał to wszystko posprzątać. Wspomnienia wczorajszego wieczora jak mara senna przewijały mi się przed oczami. Dzisiaj, za dnia wcale nie byłem taki pewien czy te wszystkie straszne wydarzenia rzeczywiście miały miejsce. Był tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. Musiałem iść do świątyni Fryzy. Na sprzątaniu zleciał mi czas do południa i jeszcze godzinkę. Przez cały ten czas Xenor się nie pokazał. Bałem się jednak spoglądać w okienko jego pokoju. Spytałem tatka gdzie jest nasz gość i za to dostało mi się po uszach. Nie odważyłem się zapytać jeszcze raz. Spoglądałem natomiast, co chwilę na świątynię, matki Dhory nie było widać. Godzinę po południu przyszedł wójt do tatka jak to powiedział: „podleczyć się” i przypomnieć, iż jutro przyjeżdża pan Delmonte. Tatko uspokoił wójta i powiedział, że Magus wyrusza dziś w nocy na północ. Pomyślałem, że trzeba się spieszyć i ruszyłem przez plac uważnie rozglądając się, czy nikt no nie patrzy podejrzliwie na mnie. Dzionek był pogodny, nawet słoneczko wychynęło i mocniej przygrzało. Na placu nie było dużo ludzi. Spotkałem tylko właściciela tartaku Romba z żoną i ich córką Borną, której normalnie ledwo mówiłem „cześć” jąkając się i czerwieniąc. Była moją rówieśniczką – dziesięć wiosen, razem będziemy wstępować w wiek dojrzały, ale to daleko jeszcze, sześć długich lat upłynąć musi. Tym razem rzuciłem „dobry” na nią nawet nie patrząc. - Ojcze, dlaczego dziś nie idziemy oddać pokłonu do świątyni? – usłyszałem jak pyta. - Do świątyni? Dziecko, jakiej... Do diaska! Bądź cicho dziewczyno! – zganił ją. Po czym zwrócił się do żony – Jakżeż tyś ją wychowała, kobieto, wstyd się wśród ludzisk pokazać. Świątynia to spory budynek, którego fundamentami były kamienne bloki. Pozostałość po starożytnej cywilizacji, ponoć stał tu niegdyś gród. Tylko trzy domy jeszcze miały takie fundamenty: wójta, Romba i młynarza. Tatko kiedyś powiedzieli, że mieszkały tutaj ongiś ludzie i elfy, jednak były to tak stare czasy, że nie wiadomo, co było przyczyną ich upadku. Bo, że ta cywilizacja upadła, co do tego nie było wątpliwości. Daleko w lesie drwale mawiają, że leży tam stary cmentarz, ale nikt się tam nie zapuszcza, bo jest to dziwne i trwożne miejsce nawiedzane przez duchy i widma. Oni chowali swoich zmarłych w ziemi w kurhanach nie tak jak my. My swoich zmarłych wysyłamy w specjalnych łódkach na morze, uprzednio je podpalając. Jak już mówiłem fundamenta świątyni były kamienne, na nich zbudowano drewniany budynek caluśki pokryty runami. Zwieńczeniem konstrukcji była kopuła, składająca się z poprzeplatanych listew drzewa świerklanego i wymyślnie zabarwionych, różnej wielkości rybich pęcherzy. Przy przesileniach dawało to niesamowity efekt, cieszący oko, bo promienie słoneczne załamywały się pod różnymi kątami, tworząc na ścianach świątyni malownicze mozaiki, niczym wielobarwne języczki. W środku stał ołtarz dziękczynny, którego centrum stanowiła wielka bryła kryształu górskiego. Mawiano, że ma on magiczne właściwości lecznicze. Kryształ ów promieniował własnym światłem, gdy zbliżała się do niego osoba obdarzona mocą albo napiętnowana przez bogów. Przy wrotach świątyni spotkałem starego rybaka Olafa, który nawet na nią nie spojrzał. Nim wszedłem do środka spojrzałem mu w oczy i w słońcu zobaczyłem, że są zamglone. Normalnie oczy naszej rasy mają szarawy kolor, ale te olafowe były niemal białe! Poruszyłem wrota świątyni, ani drgnęły. Naparłem mocniej. Nic. No tak, czego ja się spodziewałem, że będą otwarte? W tyle świątyni znajdowała się część mieszkalna, mała izdebka i kuchnia. Obiegłem budowlę dookoła, stanąłem przy drzwiczkach. Serducho waliło

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych