Mordą w śniegu
no to leżę... mordą w śniegu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mordą w śniegu
Był to styczniowy wieczór, a na dworze wszystko tak białe bielą, że prawie całkiem biało. Ja piłem zieloną herbatę (fusa ohydnego połknąłem) i jakoś mi było nijako nijak, że niemal nijakość mnie ogarnęła. Ale żeby choć biało było bez tego „prawie”, a nijakość wszechobecna bez „niemal”! Patrzę za okno – biało. Patrzę po izbie – nie biało. Patrzę na chodnik – biały. Patrzę na dywan – nie biały. Poszedłem ja zatem po rozum do głowy i tak sobie myślę: „Cóż ja tu będę siedział, skoro nie biało?”. I wyszedłem. Nieśpiesznie – opatuliłem się w swetry i szale, buty solidne na nogi przywdziałem. Poszedłem w dół mojego osiedla. Domki cicho ciche i biało białe. Domek, domek, domek. Tu i tam jeszcze paliły się lampki na choinkach i balustradach, choć już dawno było po Trzech Króli. Chodnik się skończył – szedłem jezdnią. Koniecznie po prawej stronie, no bo taki też ruch u nas obowiązuje, prawda? W pewnym momencie stwierdziłem jednak, że coś mi każe zejść na lewo, a za chwilę zdałem sobie sprawę, że to mijałem właśnie ten ogródek, z którego kiedyś latem na mnie wilczur wyskoczył. I choć teraz brama była zamknięta, to uraz pozostał, więc mijałem posesję, zerkając niespokojnie w czarną biel jej zakamarków i wypatrując ślepiów zwierza. Wtedy dotarło do mnie poraz pierwszy, że zbyt cicho ciche jest osiedle tego wieczoru. Przechadzałem ja się po nim już o różnych porach i nawet jeśli nie zawsze napotkałem innych ludzi, to na psie ujadania i powarkiwania zza płotów zawsze mogłem liczyć. Tym razem nic – głucho. Przystanąłem i nasłuchiwałem, ale na próżno. Gdy tak czuwałem przez moment, kolejny szczegół cokolwiek mnie zaniepokoił. Wpatrzyłem się w rząd latarni. Świeciły. Lustrowałem uważnie cztery z nich – wybrane losowo. Świeciły. Ja stoję i się gapię, bo mówię: „łatwo za wygraną nie dam”, już mi się w oczach trochę mieni, już rozmazują się coraz bardziej nieliczne płatki śniegu na ich tle. A one świeciły. „Nie może być”, powiadam do siebie, „żeby ci one tak świeciły”. Na moim osiedlu latarnie – owszem – świeciły, ale nigdy non stop. To jedna, to druga miała kaprys i gasła na parę minut. Żeby tak bezustannie i uporczywie – świat nie widział! A jeszcze jedna koło drugiej stała i stała, i jakżem się tak gapił i ślepia wybałuszał, to nie omieszkała ona (jedna z drugą) stać i stać. Gdybyż wieczór ten był przynajmniej cudownie cudaczny, ale on był cudacznie cudaczny i nie wróżyło to niczego dobrego, ani wesołością nie pałało. Rozejrzałem się jeszcze raz dokoła, a przysiągłbym, że wszystko wraz zawirowało i niby było dalej na swoim miejscu, ale ja wiedziałem, że oto względem wszechświata układ ten wykonał obrót pewnie o dobre 1800. Poszedłem sytuację zbadać na mieście. Było już dobrze po 1 w nocy. Nie zaskoczę was teraz. I na mieście puste pustki, a okna ciemno ciemne. Pośrodku głównej ulicy stał tylko autobus – całkiem
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…