MROCZNE PRZEZNACZENIE
Co z tego,że powybijasz tych,którzy przeżyli wybuch sektora w elektrowni?Po nich przyjdą następni...jeśli ich zabijesz przyjdą znowu inni...aż pojawią się tacy,których nie będziesz w stanie zabić i wtedy to oni zabiją ciebie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
[...]Albowiem mowa o krzyżu jest głupstwem dla tych, którzy giną, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia, jest mocą Bożą[...] z listu do Koryntian św. Pawła
Zimne powietrze wdarło się gwałtownie na nieoświetlony, cuchnący śmieciami i starością peron. Na krótki moment zabłysła pożółkła jarzeniówka pod sufitem, by w chwilę potem natychmiast zgasnąć... Saja stanęła przy wysokim, obklejonym potarganymi plakatami słupie podtrzymującym nad nią sufit i spojrzała w kierunku, z którego nadjeżdżał pociąg. Na peronie huczało od ludzi. Drewniane, spróchniałe stragany, ze zblakłymi napisami reklamującymi towary wznosiły się nad podłogą zasypaną odpadkami i kartkami z gazet. Wkoło było tłoczno i duszno. Dziew-czyna o kruczoczarnych włosach spiętych w chudy warkocz stała od nich wszystkich z dale-ka. Wydawała się czarnym, nieruchomym posągiem w swych czarnych ubraniach i prochow-cu spływającym do samej ziemi. Jednakże wewnątrz niej wszystko się gotowało. Czuła nie-pokój, wiedziała, że tutaj jest narażona na największe niebezpieczeństwo, ale musiała się do-stać do następnej stacji. Jeszcze chwila, a jej pociąg nadjedzie i kiedy wreszcie znajdzie się na miejscu będzie mogła odetchnąć z ulgą... Ale jeszcze nie teraz! Musiała być jeszcze czujna, jeszcze wytężać wszystkie zmysły, by jej uwadze nie umknął ani jeden szczegół, który mógł-by zadecydować o jej życiu... Phi!... O czym ona tylko myśli?! Już nie chodziło nawet o jej życie, ale o życie tych wszystkich niewinnych ludzi, których narażała swoją obecnością i przecież wciąż naraża na śmierć! Odetchnęła nierówno. Pociąg był coraz bliżej. Czuła zimno, a pędzące przed pociągiem po-wietrze szarpnęło za jej prochowiec i uniosło w górę luźne karty gazet. Na ułamek sekundy przymknęła oczy i ten ułamek sekundy bezwzględnie wykorzystano. Poczuła mocne pchnię-cie w bok. Zatoczyła się, lecz była jeszcze na tyle przytomna, by nie krzyknąć. Jej czarne okulary przeciwsłoneczne upadły na ziemię, a mężczyzna przed nią rozdeptał je obcasem swojego buta. Uklękła na jednym kolanie i spojrzała na niego. Spod jej czarnej grzywki bły-snęły jej przedziwne oczy. Niemalże białe, ale kiedy się dokładnie przyjrzeć wokół jej czar-nych źrenic, był jeszcze błękitnawy, ledwie zauważalny kolor. Mężczyzna przed nią uśmiechnął się ponuro, wiedziała kim jest i to najbardziej ją przeraziło. Nie dała jednak po sobie tego poznać. Wstała. Śpieszący się gdzieś ciągle tłum nie zauważył tej dziwnej sytuacji, która zaszła na peronie. Saja nie zwracała na niego w tej chwili najmniejszej uwagi, a tym bardziej nie robił tego mężczyzna przed nią... Pociąg podjechał już na swoje miejsce. Obdrapany, z trzaskiem i zgrzytem zatrzymał się a ze środka wylała się nowa fala ludzi. W tym momencie Thomas, gdyż tak miał na imię, rzucił się w jej kierunku. Był to płynny i doskonale wymierzony atak, jednak w ostatniej chwili udało jej się odskoczyć. Saja była jednak świadoma, że ucieczką się nie uratuje i Thomas też o tym doskonale wiedział. Zmarszczyła brwi. Jeśli teraz zdecyduje się na walkę, co stanie się z innymi? Kto im pomoże jeśli on... jeśli on... Thomas stał przed nią spokojnie i nieruchomo. Nie zdawał się być zmęczony gwałtownym atakiem. Po prostu stał i patrzył na nią, mimo że miał założone czarne okulary przeciwsło-neczne, wiedziała, że obserwuje każdy jej chociażby najdrobniejszy ruch. Jęknęła cicho, była stracona, ale nie chciała się poddać bez walki... W ostatniej chwili pochwycił jej ramię, które z zawrotną szybkością miało wbić się w jego brzuch. Saja odwróciła głowę i wywinęła się mu z bolesnego objęcia zachodząc go od tyłu. Była bardzo szybka, nie zdążył się uchylić przed jej uderzeniem w kark. Było silne i precy-zyjnie wycelowane, normalny człowiek natychmiast straciłby przytomność, ale Thomas stał dalej i zanim udało jej się zareagować chwycił ją w talii i przycisnął do siebie zgniatając ją w bolesnym uścisku. Na chwilę zastygli tak w bezruchu. - Mogłaś- odezwał się swoim głębokim i męskim głosem- Wiesz, że mogłaś... Popatrzyła na niego swymi przedziwnymi, białymi oczyma, ale z jej twarzy nie umiał nic wyczytać. Dopiero po chwili skuliła się, czując jak jej ciało miażdżone przez jego śmiercio-nośny uścisk słabnie i krzyczy z bólu. Mimo to jej twarz wciąż pozostawała taka sama, zimna i opanowana bez jakichkolwiek uczuć. Już wydawało mu się, że zemdleje mu w ramionach, ale pomylił się. Dziewczyna niespodziewanie oparła dłonie na jego piersi i odepchnęła się od niego wpychając między siebie a jego nogi. I pomimo jego żelaznego uścisku udało jej się tak mocno odepchnąć, że puścił ją, a ona uklękła na jedno kolano spoglądając na niego wście-kle... Pociąg ze zgrzytem ruszył ze swojego miejsca i zaczął powoli i leniwie toczyć się po torach. Saja spojrzała w tamtym kierunku i rzuciła się w jego stronę. Wskoczyła w ostatniej chwili w jakieś przedziałowe drzwi zostawiając Thomasa za sobą, jednakże on wiedział że jest ranna. W miejscu, w którym klęczała widniała czerwona plama krwi. Uśmiechnął się ponuro do sie-bie, patrząc spokojnie za odjeżdżającym pociągiem. Na peronie znów zapanował kompletny mrok...
Saja stała chwilę w brudnym przedziale. Jej całe ciało drżało. Nie było to jednak spowodowa-ne zimnem, ani nawet przeraźliwym atakiem Thomasa, ale jej strachem... Mogła już nie żyć. Jakim cudem udało jej się uciec? Jakim cudem??? Osunęła się bezwiednie na kolana przy-trzymując zdrową ręką zwichnięte ramię, z którego ciekła krew. Usiadła pod ścianą niepewna i wyczerpana walką z mężczyzną. Wiedziała, że nie może teraz sobie pozwolić na odpoczy-nek, wiedziała, że on będzie jej dalej szukał, że ją w każdej chwili może odnaleźć, tak jak wtedy na peronie, ale była tak bardzo zmęczona... tak śmiertelnie wymęczona...
Błękitne niebo... ach, takiego przepięknego nieba już dawno nie widziała. I wkoło tyle wiśni, tak cudownie pachną... wiatr szarpnął gałęziami drzew i w górę uniosły się tysiące różowych płatków... Cóż za cudowny widok! Jak pięknie, jej serce wypełniło się radością i spokojem... Jednak nagle poczuła za sobą czyjąś obecność. Odwróciła się zaniepokojona i zobaczyła przy sobie... Thomasa. Stał w swoim czarnym, długim prochowcu i spoglądał na nią zza swoich czarnych okularów. Cofnęła się do tyłu, ale za nią, jakby z ziemi wydostał się czarny pies o wielkich, białych zębach i warczał na nią. Zatrzymała się zdezorientowana między nim, a Thomasem i spojrzała na niego bezradnie. Jak jakieś małe, bezbronne dziecko... I wtedy zro-zumiała, że stoi przed nim w szpitalnej, białej, szorstkiej koszuli! - Nie... ? szepnęła łamiącym się głosem ? Nie... Zacisnęła bezradnie dłonie na głowie, jakby chciała się od tego odgrodzić co widziała, lecz nie była w stanie wymazać tego faktu ze swojej świadomości. Thomas podszedł do niej i wy-ciągnął w jej kierunku dłoń ubraną w czarną, skórzaną rękawiczkę...
W tym momencie się obudziła. Zlana potem i przestraszona. Chciała się unieść, gdzieś ukryć, ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Przeraziła się. Wiedziała, że może liczyć tylko na sie-bie i teraz była kompletnie bezbronna, mógłby z nią zrobić co tylko by chciał. Na samą myśl o tym wzrosło w niej przerażenie i wstręt. Ciemny zakątek wagonu, który sobie upatrzyła jako kryjówkę, tylko od czasu do czasu zostawał rozświetlany przez mdłe światło podziemne-go oświetlenia. Przymrużyła swe przerażające oczy i z nadludzką siłą woli uniosła się opie-rając się jednak cały czas plecami o brudną ścianę pociągu. W mroku nie dostrzegła jego ciemnej sylwetki. Wyczuła tylko jego obecność. Na chwilę zaparło jej dech w piersi, a kiedy się do niej zaczął zbliżać jedna, gorzka łza spłynęła jej po policzku. Na szczęście nie zauwa-żył tej zdradliwej oznaki rozpaczy. Stanął przed nią, poruszając się niemalże jak kot i tylko jego długi prochowiec zaszeleścił krótko, kiedy zatrzymał się przy niej. W nozdrza Saji wdarł się jego męski zapach i nagle zatęskniła za nim tak jak kiedyś tęskniła za tymi sadami pełnymi kwiatów... Kiedy pociąg szarpnął niespodziewanie, oparł gwałtownie dłonie na ścianie po obu jej stro-nach i mogłaby przyrzec, że mimo panującego wewnątrz hałasu, usłyszała jak metal pod wpływem jego dotyku, ugina się. Spojrzała na niego, był znacznie wyższy od niej, więc za-darła lękliwie głowę ku górze przyglądając mu się z przerażeniem. Thomas nasunął swoje ciemne okulary na głowę odgarniając swoje niesforne, czarne włosy obcięte na grzybka i wtedy spojrzała w jego czarne jak noc oczy. Wydawać by się mogło, że nie ma źrenic. Prze-rażona drgnęła, jakby chciała uciec, ale on był więcej nic pewien, że tego nie zrobi. Powoli, bezszelestnie schylił się do jej smukłej, kredowobiałej szyi i musnął ją wargami. Przez jej ciało przebiegł ciepły dreszcz podniecenia. Przymknęła oczy odchylając głowę do tyłu. Gdzieś na dnie jej podświadomości zatlił się jednak słaby płomyk sprzeciwu. Nie mogła mu się oddawać. Nie mogła znów mu ulec! Tymczasem jego usta tak zmysłowo błądziły po jej szyi, że nie mogła się opanować. Tylko ręka bolała ją przeraźliwie i czuła jak buty ślizgają się w kałuży jej własnej krwi. - Z... zostaw... ? wyszeptała ? Zostaw! Odsunął od jej szyi usta, ale wciąż czuła na niej jego gorący, choć spokojny oddech. Znał prawdę, ona też wiedziała, że nie może od niego nic żądać, a nawet nie ma go po co prosić, bo to Thomas dyktował warunki. - Zostawię cię w spokoju, nie martw się o to... ? szepnął jej prosto do ucha i nagle poczuła jego zimną dłoń ubraną w czarną, skórzaną rękawiczkę na swojej szyi. Przytrzymał jej sprawnym ruchem główną tętnicę doprowadzającą krew do mózgu. Saja po-czuła nagłe mdłości, chciała mu się wyrwać, ale nie mogła, nie miała sił. Uśmiechnął się do niej ponuro, kiedy osuwała mu się bezwładnie do nóg. Później już straciła przytomność.
Obudziła się w ciemnym pomieszczeniu. Wewnątrz panowało przerażające zimno. Skuliła się na starym, brudnym materacu ułożonym pod ścianą, z której niemalże wszędzie odpadał tynk. Okno bez szyb wychodziło na rozgwieżdżone miliardami gwiazd niebo. Zasnute w niektórych miejscach ciężkimi chmurami dymu. Zakaszlała i na materac wypłynęła ciemna krew. Unio-sła się powoli. Jej zwichnięte, krwawiące ramię zdrętwiało już niemalże całkiem i dawno straciła w nim czucie. Wtem spostrzegła w drugim końcu brudnego pokoju, o zakurzonym parkiecie czarnego psa, o czerwonych, nienaturalnych oczach. Patrzył na nią spokojnie, ale kiedy tylko się poruszała unosił swoje czarne wargi pokazując jej swe śnieżnobiałe, ostre kły. Poczuła się jak w klatce. Uwięziona i spętana mimo, że jej nie związał. Wiedział przecież, że nie ucieknie... Nagle drzwi skrzypnęły i do środka wszedł Thomas. Spojrzała na niego lękliwie, ale obraz z wycieńczenia zaczynał jej się rozmazywać przed oczami. Pomimo to dostrzegła w jego dłoni laptopa. Zacisnęła gwałtownie dłoń na materacu i chciała się unieść, lecz on przytrzymał jej ramię spokojnie i bez jakiegokolwiek wysiłku i została na swoim miejscu. Thomas ułożył przenośny komputer na zakurzonej podłodze i usiadł na ziemi włączając go do wtyczki ukry-tej w ścianie. Saja czuła jak jej oddech staje się szybki i świszczący, serce zaczęło w jej piersi bić z taką siłą, że nie była w stanie nic sensownego wymyślić... Jeśli miałaby siłę, rzuciłaby się teraz do ucieczki, ale jej ciało odmawiało jej posłuszeństwa. Jedyne na co było ją jeszcze stać to głębszy oddech. Thomas tymczasem wszedł już w sieć i po kilku odpowiednich ko-mendach wziął do ręki długi, czarny kabel zakończony okrągłą, miniaturową wtyczką. Saja chciała się cofnąć, ale on pochylił się nad nią i rzucając na nią swój cień. - Nie... ? wyjąkała przerażona i głos jej się załamał ? ...Proszę... - To nie będzie bolało ? odparł opierając jej czoło na swoim ramieniu, by mieć lepszy dostęp do jej karku ? Wiesz, że nie będzie bolało... W tym samym momencie odszukał małego, żelaznego otworu w jej szyi i wcisnął w niego koniec kabla podłączonego do laptopa. Saja drgnęła niespokojnie odchylając gwałtownie głowę do tyłu otwarła szeroko oczy próbując zaczerpnąć w skurczone od zimna płuc nieco powietrza. Thomas ze spokojem patrzył jak osuwa się półprzytomna na materac z niewidzą-cymi oczami wpatrzonymi w psa leżącego pod naprzeciwległą ścianą. Potem znów usiadł przy laptopie i patrzył na dane płynące prosto z mózgu dziewczyny do jego komputera. Nie-spodziewanie jednak zamiast pożądanych przez siebie informacji, zobaczył na ekranie czer-wony napis ERROR. Przez krótką chwilę nie mógł w to uwierzyć. Przecież normalnie nie powinien mieć żadnych problemów z dostaniem się do jej danych, a teraz okazało się, że ona jest w stanie mu się sprzeciwić! Nawet jeśli była w tak ciężkim stanie jak teraz! To zadziwia-jące. Musiał przyznać. Inni nie mieli takich możliwości. Ale ona była w stanie to uczynić, w końcu nie była jedną z tamtych... Westchnął i wygiął palce, by rozluźnić je przed czekającą go pracą. Niestety nie udało mu się ominąć zabezpieczeń rozłożonych przez Saję. Naprawdę była w stanie oprzeć się jego wiedzy i umiejętnościom. Rozłościło go to, ale jednocześnie podnieciło. Jako najlepszy spośród swoich ludzi nie miał sobie równych. Nigdy nie miał problemów z dotarciem do odpowied-niej osoby. Był nieomylny. A ona... ona jednak nie pozwalała złamać swoich kodów. Odwró-cił swoją bladą twarz w stronę nieruchomej dziewczyny, z której ramienia wyciekała czerwo-na, ciepła krew tworząc już sporą kałużę na zakurzonej podłodze. Czy tym się przejął? Skąd-że! Jeśli umrze tym łatwiej będzie mu dostać się do jej ośrodka informacyjnego... ! Już od dawna czekał na możliwość zmierzenia się z nią. Odkąd ją pierwszy raz zobaczył za-pragnął ją mieć i przyrzekł sobie, że nie spocznie dopóki jej nie dostanie. Robił wszystko, aby spełniło się jego marzenie. Wszystko jemu podporządkował i tylko dzięki swemu przeogrom-nemu pragnieniu doszedł do tego wszystkiego, co w swoim życiu udało mu się osiągnąć. Był niemalże opętany tą myślą, by ją odnaleźć i dostać w swoje ręce. A teraz przy nim leżała... Tak jak już kiedyś to robiła... ale wtedy spała, spokojnie i niewinnie, wyczerpana całonocnym kochaniem się z nim. Na samą myśl o tym coś ścisnęło go za serce. Odgonił jednak zaraz tą myśl widząc w jakim teraz jest stanie. Nieprzytomna. Nie mógł tego stwierdzić na pewno. Jeszcze jej powieki unosiły się czasami, jakby chciała zobaczyć co robi pies leżący naprze-ciwko niej, ale jej oczy były puste, takie puste jakby patrzył w oczy trupa... z jej zwichniętej ręki ciekła cały czas ciepła krew i zalewała jej czarny prochowiec i podłogę. To nie była ta sama dziewczyna... zmieniła się i on też się zmienił... oboje już nie mogli wrócić do tego, co było... on wiedział o tym tak samo dobrze jak ona... Spojrzał tępym wzrokiem w ekran laptopa. Co pięć sekund zamiast napisu KOD ZŁAMANO pojawiała się czerwona plansza ERROR. Westchnął i wzdrygnął się tak jakby dopiero teraz dostrzegł jak przeraźliwie zimno jest w pokoju, w którym przebywali. Nie miał jednak zamia-ru się poddać. Jeżeli tutaj nie uda mu się jej pokonać, to jego mieszkanie nie będzie o wiele gorszym miejscem, by to zrobić. Miał dość tego cuchnącego miasta, w którym bez przerwy coś się działo, gdzie bano się wyjrzeć z okna, bo istniało realne zagrożenie, że ktoś strzeli w tym momencie mu w głowę i gdzie tylko najodważniejsi wychodzili na ulice. I jedną z tych osób była ona... A wiedział przecież, że jeśli ona zginie, wtedy pociągnie nie tylko siebie za sobą do grobu, ale także tysiące innych, podobnych do niej...
Wstał, zniechęcony długim czekaniem na wyniki. Byli na najwyższym piętrze zmurszałego wieżowca w centrum miasta. Ulice w dole były puste i tylko niektóre, niezbite latarnie oświe-tlały niektóre skrawki chodnika. Wiatr był przejmująco zimny. Otulił się szczelniej swoim prochowcem i odwrócił się mimo woli w stronę dziewczyny. Leżała tak jak wcześniej. Nie-malże jak jakaś kukła, tylko jej białe powieki od czasu do czasu nasuwały się na szeroko roz-warte ze strachu oczy. Doskonale się orientował, że mimo jej pozornego bezruchu ona walczy o dane, które były w stanie uratować lub zabić jej ludzi. To nie mogło już długo potrwać. Była zbyt zmęczona walką z nim i zbyt zmęczona programem wdzierającym się w jej mózg...
- Thomas... Thomas chodź zobaczyć!- odwrócił się, kiedy roześmiana Saja przyglądała się z rozbawieniem dziecku trzymanemu w ramionach. Ukląkł przed nią, by lepiej przyjrzeć się małemu chłopcu o czarnych jak noc oczach. To były jego oczy i jego dziecko, które urodziła mu Saja. Tak się cieszył, a Saja świetnie zaopieko-wała się malcem. - Spójrz jak ślicznie się uśmiecha!- odezwała się Saja siedząc w bujanym fotelu na tarasie domu Thomasa. Kiwnął z uśmiechem głową. - Ma twój uśmiech- odezwał się. - Naprawdę? ?spojrzała na niego i miał ochotę krzyczeć z radości. Tak wielkie szczęście mu dawała, a teraz, gdy łączyło ich dziecko, czy mogło być coś piękniejszego?! - Jak damy mu na imię? ? spytała. - Co myślisz o Marcusie?
Potrząsnął głową, żeby pozbyć się natrętnych wspomnień i znów spojrzał przez okno, gdzie w dole przemykały się w ciemnościach całe watahy wynędzniałych i brudnych psów. Jednak mimo wszystko nie mógł tak do końca zapomnieć o niej i o dziecku. O jego dziecku! I nagle odczuł ogromną potrzebę wypowiedzenia jego imienia, zupełnie tak, jakby chciał go przy-wołać do siebie. - Marcus... ? szepnął i w tym samym momencie, wyszeptała to samo imię zdrętwiałymi od zimna wargami Saja. Usłyszał to i głęboko tym poruszony rzucił się ku niej i niezbyt delikatnie wyrwał jej kabel z szyi. Saja krzyknęła krótko i zamknęła oczy, spod których potoczyły się krwawe łzy. Z jej uszu także wyciekła ciemna krew. Jęknął porywając ją w ramiona i wstając. Pies także wstał i wyszedł razem z nim z opuszczonego mieszkania. Laptop mógł pozostać, tutaj i tak nikt nig-dy nie przychodził. Zszedł po betonowych schodach całkiem na dół i ułożył ją w czarnym kabriolecie. Pies ułożył się koło dziewczyny i samochód z piskiem opon ruszył przed siebie.
Ponad godzinę zajęło mu wydostanie się z cuchnącego miasta. Aż w końcu znalazł się pośród niekończących się łąk, na których pod wpływem porywistego wiatru uginało się morze pożół-kłej od kwaśnego deszczu trawy. Dopiero po półtoragodzinnej podróży dotarli do małego domku na skraju lasu świerkowego, gdzie większość drzew była i tak już uschłymi szkieleta-mi. Thomas wysiadł i wziąwszy dziewczynę na ramiona wszedł z nią do środka. Pies za nim. Wewnątrz było przytulnie, ale brudno. Na kanapie i fotelach leżały brudne ubrania. Na stole piętrzyły się opakowania po jedzeniu, a w kuchni wszędzie było pełno garnków i talerzy. Podszedł z nią do kominka i rozpalił ogień. Dziewczyna była lodowato zimna. Straciła za dużo krwi. Ale jeszcze nie było z nią na tyle źle, by była w stanie krytycznym. Na tyle się znał. Musiał obandażować jej rękę. Ściągnął z niej prochowiec, a potem rozdarł jej czarną koszulę by dostać się do jej ramienia. Było w jednym miejscu głęboko przebite czymś ostrym, musiało się to stać najprawdopodobniej w czasie ich wcześniejszej walki. Odnalazł bandaże. Zawsze miał ich sporo w ręku, gdyż musiał być zabezpieczony na wszelki wypadek. Zaban-dażował jej ranę i okrył ciepłym kocem. Ogień płonący w kominku aż parzył jego skórę, ale wiedział, że ona go potrzebowała... Usiadł na swojej kanapie i spojrzał na psa ułożonego u jego nóg. Ten pies tak wydawałoby się groźny zawsze bawił się jak mały szczeniak z Marcusem. Teraz, kiedy dziecka zabrakło kom-pletnie się zmienił i stał się wrogi wszystkim i wszystkiemu. Jego jeszcze tolerował, ale Saję byłby w stanie zagryźć, gdyby nie to, że on był w pobliżu...
Nie wiedział jak długo siedział wpatrzony bezmyślnie w bladą twarz dziewczyny, aż nagle ona drgnęła i otworzyła powoli oczy. Był w nich smutek i żal. Nie mógł w nie popatrzeć, ale usiadł koło niej, by wiedziała, że nie jest sama. Saja długo leżała nieruchomo wpatrując się tymi swoimi niemalże białymi, ogromnymi oczyma pełnymi żalu, w drewniany sufit nad ni-mi. Zamyślił się, kiedy niespodziewanie poczuł na swojej dłoni, jej zimną, drobną dłoń. Znie-ruchomiał, a potem spojrzał na nią jakby chciał się upewnić czy naprawdę tego chciała, ale ona nie patrzyła na niego, wciąż wpatrywała się w sufit...
Przebudziła się na nowo pod wieczór. Thomas leżał przy niej, jego ramię spoczywało na jej talii, którą obejmował, tak jakby bał się, że mu ucieknie. Jednak ona nie chciała uciec, mimo że miałaby już do tego siły. Powoli przewróciła się na bok, aby móc spojrzeć w jego twarz. Była taka spokojna, zupełnie tak jak wtedy, kiedy jeszcze byli ze sobą... Na wspomnienie tamtych dni przeszły ją ciarki. Tak bardzo starała się o nim zapomnieć. Jednakże było to nie-możliwe. Marcus codziennie przypominał jej o nim, o jego czarnych oczach, w których zako-chała się bez pamięci... ale ona i Thomas nie mogli być razem... nie byli dla siebie... Wtedy obudził się i Thomas. Jej twarz była tak blisko jego ust, że nie mógł się powstrzymać przed pocałunkiem. Tak bardzo jej pragnął, że nie był w stanie się opanować. Saja na począt-ku broniła się, ale kiedy przygniótł ją swoim ciałem i kiedy znów poczuła jego męski zapach, jego ciepło i jego usta poddała mu się bez zastanowienia... Dopiero późną nocą przestali się kochać. Wyczerpani i zmęczeni leżeli koło siebie wsłuchując się w swoje przyspieszone oddechy. Saja otulona kocem i jego ramionami czuła się taka bez-pieczna i spokojna, że od kilku tygodni, od kiedy musiała się ukrywać, nie zaznała czegoś podobnego w żadnej kryjówce. Jednakże równocześnie palił ją niepokój, Thomas wyczuł to niemalże natychmiast. Pocałował ją delikatnie, tak jakby chciał tym pocałunkiem zmyć wszystkie jej obawy. Saja oddała mu pocałunek. - Thomas...- jęknęła. Spojrzał na nią, niemalże dotykając swoimi ustami jej ust. I wtedy poczuła, że się w nią wsu-wa, chciała zaprotestować, lecz nie dał jej do tego okazji, zamknął jej usta pocałunkiem i do-kończył miłosną litanię, aż znów zmęczona leżała koło niego nie mogąc jeszcze pozbierać myśli i w pełni oddając się wrażeniom odczuwanym przez ciało... Thomas leżał na niej spo-kojnie, zmęczony i spocony, z twarzą schowaną w przegubie jej ramienia i szyi. - Jak się ma Marcus?- spytał cicho. - ... dobrze...- odparła nieco zaskoczona jego pytaniem. - Pyta ... czasem o mnie?- w tym momencie wyczuła w jego głosie dziwne wahanie. Mężczy-zna musiał dość długo czekać zanim usłyszał odpowiedź. - ... tak... a ja muszę teraz do niego wracać. - Marcus nie jest ważny...- szepnął jej prosto do ucha unosząc lekko głowę- Nic nie jest waż-ne poza tobą... dla mnie liczysz się tylko ty. - Thomas... - Zdziwiona, chyba tym nie jesteś. - Muszę wracać do niego, będzie się martwił. - Nie zmieniaj tematu, Saja. Nie opowiedziała. Jego obecność wypełniała ją takim spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Przez te kilka miesięcy, kiedy wciąż musiała być czujna, w żadnej swojej kryjówce nie czuła się tak bezpiecznie jak dzisiaj, ale czuła głęboko w sobie niepokój. Musiała odejść, bo pra-gnęła zostać z nim tu na zawsze, a jeśli tak by się stało, inni nigdy by jej tego nie wybaczyli i Marcus pozostałby sam... Nie mogła zostać, właśnie dlatego, bo im dłużej z nim była, tym bardziej traciła pewność, że chce wracać... - Marcus...- wyszeptała unosząc się- On mnie potrzebuje... Usiadła na ich posłaniu, nie patrząc na niego. Thomas leżał koło niej wsparty na łokciu pa-trząc na nią łapczywie, chcąc się nacieszyć każdym szczegółem jej ciała. - Myślisz, że pozwolę ci teraz tak po prostu odejść? Popatrzyła mu w oczy i kiwnęła powoli, potakująco głową. Thomas uśmiechnął się ze zrezy-gnowaniem i pozwolił jej się ubrać, on także poszedł w jej ślady. A kiedy potem stali w ciem-nym pokoju oświetlonym jedynie dogasającym ogniem kominka, przytulił ją do siebie i po-całował namiętnie w usta. Saja zarzuciła mu ramiona na szyję i z jej oczu pociekły łzy. - Daj mi dane... ? wyszeptał- Nie mogę żyć bez ciebie... daj mi dane, a wszystko powróci do normy. - Nie wiesz czego ode mnie oczekujesz! - Myślisz, że naprawdę tego nie wiem?- jęknął rozzłoszczony- Wiem i to lepiej niż ty sama. Ale dla ciebie są one ważniejsze niż ja... Przez całe życie poświęcałaś się dla nich i teraz nie będzie inaczej... odepchniesz mnie, bo nie jestem ci już potrzebny. Dałem ci Marcusa, który dokończy to, co rozpoczęłaś, a ty więcej nie potrzebujesz ode mnie... - Nie...- wyjąkała szlochając- ... nie... - To dlaczego nie dasz mi tych danych?! Wtedy to wszystko by się skończyło! Rozumiesz?! Moglibyśmy być znów razem, Saja! - A oni!? Nie mogłabym im tego zrobić. Zaufali mi. - I znów myślisz o nich. - Bo jestem za nich odpowiedzialna, Thomas. - Są dorośli. Dadzą sobie sami radę. Ty musisz patrzeć, by sama być szczęśliwą. Chyba... że ja ci nie daję szczęścia, wtedy nie ma sensu ani jedna chwila mojego życia... - Thomas...- wyjąkała patrząc mu w oczy. Wiedział, co te przedziwne oczy mówią. Wiedział jak bardzo go pożąda i kocha, ale jedno-cześnie nie rozumiał jej wahania. Ciągłego powracania myślami do nich. Nie pojmował jak bardzo można się dla innych tak poświęcać! - Ja muszę wracać... - Daj mi dane, a wszystko powróci do normy... - Nie zniosłabym tego, gdyby oni... ? głos jej się załamał i uciekła oczami w bok. - Znów są ode mnie ważniejsi ? stwierdził z goryczą. - Thomas... ?zaszlochała rozpaczliwie ? Przecież my i tak nie jesteśmy dla siebie... Silne ramiona, które ją oplatały opadły bezwładnie i Saja stanęła przed nim wolna. Nie pa-trzył na nią. Jego głowa była nisko zwieszona na piersi, a dłonie ściśnięte w pięści. Dziew-czyna popatrzyła na niego płacząc gorzko, a potem wybiegła z domku mężczyzny. Przebiegła martwy sad i znalazła się w morzu wysokiej, pożółkłej trawy. Biegła na oślep, płacząc roz-paczliwie i drżąc na całym ciele. Chęć zostania z nim była niemalże równa z poczuciem obo-wiązku wobec innych. Jedynie chęć zobaczenia się z Marcusem pchała ją z powrotem do mia-sta... Po długiej, samotnej wędrówce znów dotarła do wysokich, pomalowanych murów miasta. Na ulicach unosił się ohydny odór, odpadki wylewane z okien leżały na chodnikach, a nieopodal zobaczyła watahę psów, które rozszarpywały rozkładającego się trupa jakiegoś bezdomnego. Miała szczęście, że jego wywęszyły pierwszego, inaczej ona mogłaby tak skończyć. Przemknęła bezszelestnie do dobrze znanego jej zaułka. Był bardzo wąski, otoczony z trzech stron wysokimi blokami, które rzucały ciemność na pokrywę do studzienki kanalizacyjnej. Uniosła ją i weszła bez wahania do środka zamykając za sobą starannie właz. Zeszła na sam dół żelaznej drabiny, aż znalazła się w wielkim tunelu wysokim na pięć, sześć metrów o pół-kolistym suficie. Tunele te tworzyły niekończący się labirynt pod miastem, pełen zaułków i ślepych uliczek. Ludzie, którzy nie znali się tutaj, bardzo szybko gubili się i już nigdy nie docierali na powierzchnię. Saja znała się jednak tam bardzo dobrze. W specjalnym schowku odnalazła okulary, które umożliwiały im patrzenie w ciemności i ruszyła jednym z wielu tuneli w stronę miasta. jej ostrożne i ciche kroki odbijały się głuchym echem o betonowe ściany. Środkiem tunelu pły-nęła woda deszczowa, gdyż ścieki dawno już przestały tędy płynąć. Wewnątrz tuneli nie było czuć smrodu miasta, powiewał tu zimny wiatr pędzony przez studzienki odprowadzające wo-dę z ulic. Szła dość długo, aż nagle usłyszała czyjejś kroki. Jednakże nie przystanęła. Była więcej niż pewna, że to strażnicy z jej miasta. odetchnęła z ulgą widząc dwóch mężczyzn ubranych w czarne obcisłe bluzy i szerokie, czarne spodnie. Na jej widok przystanęli i zało-żyli na oczy okulary rozjaśniające teren. - Saja! Wróciłaś! - John...- uśmiechnęła się ? Max... Była taka szczęśliwa, że znów jest wśród swoich ludzi! Nogi same się pod nią ugięły. Usiadła na wąskim chodniku i opuściła nisko głowę na piersi. - Nic ci nie jest?- Max podszedł do niej i chwycił ją na ramiona. - Nic...- uśmiechnęła się do nich sennie ? Jestem tylko tak strasznie zmęczona... Kiedy zasnęła oparłszy ufnie głowę na ramieniu Maxa, John westchnął ciężko i pokiwał z politowaniem głową. - Narobiła nam stracha... jednak nie pozwoli sobie pomóc i pójść z sobą... - Znasz Saję, nie chce nas narażać... - Ale naraża siebie, a to jest jak najbardziej nierozsądne. - Masz rację... jest wspaniała i gdyby nie... - Max!- przerwał mu John- Przestań! - Wiem... ? odparł ciszej ? Wiem...
Miasto, do którego doszli, nie można było nazwać miastem w dosłownym tego słowa znacze-niu. Ogromna, bardzo wysoka hala, w której zamieszkali miała dno wypełnione bardzo głę-boką wodą deszczową. Tu także panowały egipskie ciemności, ale oni mieszkali tu od ura-dzenia, od kilku pokoleń i byli przyzwyczajeni do wiecznego mroku. Z miejsca, w którym stali, jedynego wejścia do tej hali nie można było zauważyć wąskich i stromych schodów wy-budowanych przez lata i prowadzących do niskich, szerokich otworów, które były wejściami do ich mieszkań. Oni od razu się tam skierowali i Max musiał bardzo uważać, kiedy wnosił po nich śpiącą Saję. Niebawem dotarli do wielu otworów, ale dopiero przy ostatnim z nich zatrzymali się i weszli na czworakach do środka. Wtedy znaleźli w bardzo wąskim, ciemnym korytarzu, w którym na szerokość mieściła się zaledwie jedna osoba. Wiedzieli jednak, że muszą tamtędy przejść, aby dostać się do mieszkania Saji... Po kilku minutach, zobaczyli na końcu korytarza mdłe światło. Zatrzymali się na chwilę w przedsionku, gdzie stały wielkie szafy wypełnione po brzegi dokumentami wypełnionymi niekończącymi się słupkami cyfr i pojedynczych liczb. Leżały tu także równo poukładane buty, na wieszakach wisiały czarne prochowce. Zza ciemnej zasłony dotarły do nich głosy, weszli do następnego pomieszczenia, niewiele większego od poprzedniego. Zewsząd widać było notoryczny brak miejsca. Na środku stał drewniany stół zawalony papierami i różnego rodzaju dokumentami, pomiędzy nimi stał komputer. Pod betonowymi ścianami, na których zamiast obrazów wisiały mapy i plany miasta stała wygodna, miękka kanapa i trzy fotele, stała tu jeszcze umywalka i wanna. Jako jedna z nielicznych miała Saja telewizor i radio. Pod sufitem brzęczała przestarzała klimatyzacja. Niespodziewanie do pokoju wbiegł siedmioletni chłopczyk o czarnych jak noc oczach, zaska-kujących swoją powagą. Zatrzymał się przestraszony widząc nieprzytomną Saję w ramionach Maxa. Zaraz za nim z pokoju obok wyszła niańka chłopca, niska i poczciwa kobiecina. - Panienka Saja! ? wypuściła z rąk czarnego kota, który otrząsnął się i wskoczył na kanapę zwijając się w kłębek. Max wszedł do bardzo małego pokoiku, w którym ledwo mieściło się dwuosobowe łóżko. Ułożył na nim delikatnie Saję i popatrzył na Andreę. - Potrzebuje snu. - Dobrze- kiwnęła z przejęciem głową- Marcus, chodź tu do mnie chłopcze. Chłopczyk podbiegł do niej pośpiesznie i popatrzył na nią niepewnie. - Co z mamusią? - Mamusia musi się przespać. Jutro będzie już dobrze. Chłopczyk wdrapał się niezdarnie na za wysokie dla niego łóżko i usiadł koło Saji odgarnia-jąc z jej twarzy włosy. Andrea i mężczyźni wyszli z pokoiku gasząc za sobą światło. Stanęli w małym pokoju, w którym stał komputer. - Dowiedziała się o czymś? - Niestety. Była zbyt słaba, by nam cokolwiek powiedzieć. - To pewnie dowiemy się dopiero jutro ? pokiwała z troską głową- A może chcielibyście ka-wy? Mam świeżą! - Bardzo chętnie, ale jesteśmy na służbie, a jej nie można zaniedbać! Do zobaczenia. Oboje wyszli z pokoju pozostawiając Andreę samą, musieli znów zacząć nocny patrol od po-czątku.
Saja obudziła się popołudniu. Leżała otulona ciepłą kołdrą w świeżo wypranej pościeli. Uśmiechnęła się sennie, a kiedy otworzyła oczy zobaczyła przy sobie Marcusa, który siedział wyprostowany na starym, drewnianym krześle stojącym przy jej łóżku, z rączkami ułożonymi na kolanach i z twarzą napiętą i niepewną. Przez chwilę miała wrażenie, że jak przez mgłę widzi przy chłopaku spokojną, poważną twarz Thomasa, ale kiedy zamrugała oczami zrozu-miała po części z ulgą, że to było jedynie przewidzenie. - Marcus...- wyszeptała siadając i wyciągając w jego kierunku ramiona. - Mamusiu!- wykrzyknął i w jednej chwili rzucił się ku niej, by utonąć w jej ramionach. Saja mimo woli rozpłakała się. Była taka szczęśliwa, że jej dziecku nic nie groziło i że był cały i zdrowy. A przede wszystkim jej serce wypełniała radość z faktu, że znów była wśród swoich. Odetchnęła z ulgą obcierając łzy wierzchem dłoni, by nie zobaczył, że płacze. - Byłeś grzeczny? - Oczywiście. Przecież ci obiecałem! - To dobrze- uśmiechnęła się i pogłaskała go po jego czarnych włosach- A Andrea zaprowa-dziła ciebie do szkoły? - Tak. Byłem codziennie. - I jak ci poszło? - Mam same dobre oceny, starałem się, bo powiedziałaś, że wtedy pozwolisz mi pójść do An-ne. - Możesz iść, ale po obiedzie. Malec uśmiechnął się i zaczął podskakiwać na łóżku, jak na trampolinie. - Idę do Anne! ?cieszył się ? Idę do Anne! - Marcus. Jak ty się zachowujesz?- do sypialni weszła Andrea- Ach, panienka Saja się obu-dziła. - Dzień dobry, Andreo. Saja wstała i wyszła razem z dzieckiem, które trzymało ją za rękę z sypialni. W pokoju, za-miast komputera i papierów na stole, stały teraz dymiące talerze zupy. Oboje usiedli do obia-du, przy czym Marcus bardzo się spieszył, żeby jak najszybciej skończyć i pobiec do swojej przyjaciółki. Potem podziękował Andrei i wybiegł z mieszkania. Saja dokończyła spokojnie obiad i poszła się wykąpać. Długo leżała w wannie pełnej gorącej wody, przyglądając się bańkom mydlanym. Nie mogła zapomnieć o Thomasie. Przez ani jeden moment swojego ży-cia, nie zapomniała o jego ustach, oczach i ciele. Była z nim cały czas myślami, jemu się od-dała, tylko on posiadał jej ciało, tak jak żaden inny, a przecież... a przecież nie mogli być ra-zem... w momencie, w którym o tym myślała, bańka mydlana pękła i Saja posmutniała opusz-czając dłoń z powrotem do wody. - Dowiedziałaś się czegoś może?- spytała Andrea sprzątając ze stołu. - Tak...- przytaknęła zamykając oczy i opierając głowę na rogu wanny. - I...?- nie była w stanie dokończyć. Bała się odpowiedzi. - Damy radę. Myślę, że i tym razem da się to jakoś przejść. - A więc nie zrezygnowali? - Skądże. Zależy im na tym bardzo, tak szybko się nie poddadzą. - A my nie będziemy mogli żyć w pokoju. - Czyżby? Czy tutaj strach też was dosięga?- spytała ze smutkiem, choć nie poruszyła się ani przez moment. - Nie można się pozbyć strachu, po tym, co przeżyliśmy. On będzie już na zawsze naszym towarzyszem... Saja podniosła się w tym momencie gwałtownie w wannie i otuliła się wielkim ręcznikiem. Andrea zobaczyła w jej twarzy rozgoryczenie. - Saja...- wyszeptała zatrzymując się w połowie drogi do umywalki. - Nic mi nie jest. Wyjdę tylko do Michaela. Muszę z nim porozmawiać. Na krótką chwilę znikła w sypialni, gdzie przebrała się i zmieniła opatrunek, a potem ubrana jak zwykle na czarno wyszła z mieszkania. Michael mieszkał w sporej odległości od jej mieszkania. Droga prowadząca schodami zazwyczaj zajmowała jej piętnaście minut. W dole widziała Marcusa i dzieci z pobliskich mieszkań bawiące się pogodnie nad wielkim zbiorni-kiem wodnym. Mogły tam przebywać, ale wychodzenie poza halę było surowo zabronione. Obserwowała ich z błogim spokojem, aż w końcu doszła do otworu prowadzącego do miesz-kania Michaela. Weszła na czworakach do środka i znalazła się w wąskim korytarzu, niemal-że takim samym jak u niej. Po kilku minutach znalazła się w małym przedsionku, gdzie stała komoda, kilka par ciężkich butów wojskowych, a na wieszaku wisiały skórzane, czarne kurtki i prochowiec. W następnym pokoju zobaczyła wysokiego, przystojnego mężczyznę dwa lata tylko starszego od niej, o niebieskich jak niebo oczach i jasnobrązowych włosach. Uśmiech-nął się na jej widok i wstał od komputera. W jego mieszkanku stało niewiele mebli, dwa krze-sła, stół z komputerem. Stara szafa w kącie, wanna z umywalką, a w rogu szeroka kanapa z telewizorem na podłodze. Betonowe ściany świeciły pustkami. - Cześć ? oddała mu uśmiech. - Nareszcie wróciłaś. Zaczynaliśmy się martwić. - Niestety, nie poszło dokładnie tak jakbym tego chciała, ale jestem i musimy się jak najszyb-ciej zająć przygotowaniami. - Czyli jednak... Kiwnęła ponuro głową i usiadła koło niego na krześle przy komputerze. - Daj znać Margritt, Carlowi, Erwinowi i Rolandowi. Po chwili usłyszeli kroki w korytarzu i odgłosy rozmów. Wtedy do środka wszedł wysoki, barczysty chłopak o piwnych oczach i ciemnych włosach. Miał pogodną i miłą twarz i uśmiechnął się do nich na powitanie. Za Rolandem wszedł Erwin, miał jasne oczy i blond, bardzo krótkie włosy, wysoki i chudy, wziął od razu sobie krzesło i usiadł koło nich. Margritt była dwudziestoletnią dziewczyną o krótkich do ramion, czerwonych włosach i niebieskich oczach, była bardzo ładna i wszyscy wiedzieli, że Carl trzydziestolatek obcięty na łyso z fioł-kowymi, ślicznymi oczami kocha się w niej już od dawna. - Zabieramy się do roboty- zakomunikowała Saja, kiedy wszyscy się już rozsiedli. Michael podał jej kabel podłączony do siwego laptopa i Saja włożyła go sobie w kark, tak jak wcześniej zrobił to Thomas. Zwiesiła na piersi nisko głowę i zamknęła oczy koncentrując się na anulowaniu swoich zabezpieczeń. Już niebawem niekończące się słupki liczb spłynęły na czarny ekran. Wszyscy obserwowali go w milczeniu, tak długo, aż Saja znów nie uniosła głowy i wyciągnęła sobie z karku kabla. - To wszystko, co mieli w swojej bazie danych ? odezwała się patrząc na liczby, które tylko ona była w stanie odczytać ? Chcą użyć gazu... potem wejdą do tuneli... - Już kiedyś tak próbowali- odezwała się Margritt. - Wiem- odparła Saja poirytowana tym, że jej przeszkadza ? Tym razem jednak nie będzie to gaz, który nas uśpi, ale który nas zabije... - To niemożliwe! ? krzyknął Roland ? Przecież oni nas potrzebują, nie mogą nas tak po prostu zabić! Saja wpatrywała się przez chwilę w milczeniu w liczby wyświetlane przez komputer. - Uważają, że same nasze ciała i dane, które zawieramy będą w stanie umożliwić im wytwo-rzenie nowej serii. - Ale... ? Margritt zamilkła zmieszana. - Nie wiem jak chcą to zrobić, ale pewnie przez te lata udało im się coś wymyślić. Teraz już nie zależy im na nas. Chcą się nas pozbyć, bo jesteśmy niewygodni. Erwin wstał ze swojego krzesła nie umiejąc usiedzieć na miejscu. Chwilę spacerował tam i z powrotem po pokoju. - Co o tym myślisz, Saja? - Będziemy musieli ich powstrzymać. - Wiesz już jak? - Mam pewne opcje, jednak nie chciałabym działać zbyt pochopnie. Z tego co tu pisze, mamy jeszcze trochę czasu. Uda nam się ich powstrzymać, ale jeszcze jest pytanie - jak...
Po naradzie ze swoimi przyjaciółmi, Saja i Michael zostali sami. Siedzieli chwilę w milczeniu pijąc kawę, ale oboje myśleli bardzo intensywnie nad tym, co omawiali. - Czy naprawdę myślisz, że uda nam się ich powstrzymać? - Jasne. W końcu już nie jeden raz stawiliśmy im czoła. - Ale wtedy chcieli nas żywych, teraz już nie jesteśmy dla nich więcej warci, niż ci, co miesz-kają w mieście... - Damy radę, Michael. Zaufaj mi. Coś wykombinuję. - Mogę ci pomóc? - Nie. Dam sobie sama radę. - A jeśli tym razem ci się nie uda samej? Saja odłożyła kubek z kawą na stół. Nie patrząc na niego wstała od stołu i ruszyła ku drzwiom. - Saja! -jęknął wstając ze swojego miejsca, ale dziewczyna wyszła już na zewnątrz.
Szła cicho tunelem, brodząc po kostki w zimnej, deszczowej wodzie. Co miała uczynić, by i tym razem nie pozwolić im ich zabić?! Jak tym razem poprowadzić grupę, by nie ucierpieli ani oni, ani mieszkańcy miasta?! Nie myślała o tym gdzie idzie. Po prostu szła. Jej przedziw-ne, niemalże białe oczy wpatrywały się w ciemność przed nią i wydawać by się mogło, że oto kroczy w ciemnościach tunelu jakieś przeraźliwe widmo. Zatrzymała się dopiero przy wiel-kim spadzie wody. Wodospad w tym miejscu miał około dziesięciu metrów. Saja stanęła na jego krawędzi i spojrzała w dół. Upadek z takiej wysokości to śmierć na miejscu, pomyślała i odczuła w tym momencie dziwną ulgę. W dole naprzeciwko wodospadu było kilka wysokich na dwa metry tuneli, które rozgałęziały się we wszystkie strony. Saja kucnęła tuż na brzegu wodospadu i przymrużyła oczy zastanawiając się nad możliwością wykorzystania tych tuneli. Fakt faktem, że musieli naprawdę czuć nóż na karku jeśli chcą ponownie zapuścić się w ten niekończący się labirynt, którego plany miała zakodowane jedynie ona sama... Pamiętała jak dzisiaj ich ostatnią akcję, kiedy trupy zaginionych żołnierzy odnajdywali na swoich codziennych patrolach jeszcze przez kilkanaście dni. W ostatnim czasie ich akcje bar-dzo się wzmogły, wiedziała, że ma to związek z rządem i że dla ?tych na górze? przyszedł czas rozliczenia. A ponieważ zarówno ona jak i wszyscy mieszkańcy miasta, byli bardzo nie-wygodni trzeba było ich wyniszczyć. Saja westchnęła i wstała z kucek. Znów ruszyła ciem-nymi tunelami, zawróciła i skręciła w lewo. Co miała zrobić, aby im pomóc?! Westchnęła ciężko i przeczesała drżącą dłonią swoje ciemne, chude włosy. A jeżeli Michael nie mylił się i ona tym razem nie da sobie rady?! Nie, nie mogła tak myśleć! Zawsze jej się udawało i uda jej się i tym razem... Podnosząc się z kucek zobaczyła pod ciemnym sklepieniem tunelu czarnego motyla. Obijał się o szary beton próbując rozpaczliwie wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Saja wpatrywała się w niego w milczeniu. Musiał przez przypadek wlecieć tu przez studzienkę kanalizacyjną. Biedny, już nigdy nie ujrzy światła dziennego... Chwilę tylko latał chaotycznie pod sufitem aż nagle w tej beznadziejnej walce o życie pofrunął zupełnie nieświadomie w srebrzystą paję-czynę rozpiętą w rogu sklepienia. Saja westchnęła rozczarowana, motyl był taki piękny, szko-da jej go było, jednak miała jeszcze nadzieję, że uda mu się uwolnić. Czarny motyl szamotał się rozpaczliwie w cienkiej, zabójczej nici tak długo, aż opadł z sił i zawisł unieruchomiony nad ziemią. Saja patrzyła na niego ze smutkiem. Nagle z rogu kąta wypełzł mały, czarny pa-jąk o długich kończynach. Chwilę przypatrywał się swej zdobyczy, a potem błyskawicznie dopadł jej i wbił w nią swe żuchwy dobijając swoją ofiarę. Dziewczyna odwróciła wzrok, powolnym krokiem zaczęła wracać do miasta...
Późnym wieczorem nie wytrzymała. Położyła Marcusa do łóżka, narzuciła na ramiona czarny prochowiec i wyszła z mieszkania. Wąskimi, stromymi schodami zeszła na sam dół hali, w której mieściło się miasto, a potem przez wielkie, żelazne wrota do ciemnych tuneli. Tam odnalazła właz prowadzący na zewnątrz i wyszła na powierzchnię. Nie zabraniała swoim lu-dziom wychodzić tak jak ona teraz na zewnątrz, ale wolała kiedy tego nie robili. Czuła się wtedy bardziej pewna i nie martwiła się o nich. Czasami jednak niektórzy wychodzili na po-wierzchnię po najniezbędniejsze zakupy i natychmiast znów wracali. Miasto nie było przy-jazne, ani ludziom ani im samym. Zatrzymała się przy studzience kanalizacyjnej i znierucho-miała. Thomas, on czekał na nią! Podeszła do niego powoli wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. Mężczyzna przytulił ją do siebie troskliwie, ale nie oddał jej pocałunku. Zbyt mocno tkwiły w nim jeszcze jej ostatnie słowa. Sam przecież o tym doskonale wiedział, ale sposób, w który ona mu to przekazała poruszył go bardziej niż by sobie tego życzył. - Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?- spytał spoglądając na nią z tkliwością. - Nie bardzo ? uśmiechnęła się ? Ale ufam, że ty masz jakiś pomysł. - Chodź... Chwycił ją za dłoń i poprowadził za sobą na ulicę. Było bardzo zimno, ale ona nie marzła. Czuła się przy nim bezpieczna i wiedziała, że dziś jej nic nie grozi. To dziwne. Oboje wie-dzieli, że nie są dla siebie, a mimo to kochali się i pragnęli choć od czasu do czasu pozornie robić sobie złudzenia, że mogą zapomnieć o swoim drugim życiu i być ze sobą szczęśliwy-mi... Za każdym razem odgrywali jakiś przedziwny teatr, choć doskonale wiedzieli, że nic on w ich życiu nie zmieni... Wsiedli do czarnego kabrioletu i Thomas ruszył z chodniku zjeżdżając na opustoszałą w nocy ulicę. Zatrzymali się w drugiej części miasta przy starej, zmurszałej knajpce, w której sie-działo kilku podejrzanych pijaków. Saja zawahała się przed wejściem do środka. Popatrzył na nią i dotknął dłonią jej policzka. - Nie bój się... jestem z tobą... Kiwnęła niepewnie głową i weszła za nim do karczmy. W środku panował smród niemniejszy niż na ulicy, a co czyniło oddychanie jeszcze gorszym, to dym papierosów unoszący się cięż-ką chmurą pod sufitem. Okrągłe stoły stały pod ścianami tworząc szerokie przejście w kie-runku lady, przy której stał wychudzony mężczyzna ze zniszczoną i zmarnowaną twarzą. Po-deszli do niego i Thomas zamówił dwa piwa. Znaleźli sobie jakiś w miarę czysty stolik i przy nim usiedli. Powoli i w milczeniu pili swoje piwo. - Jak Marcus?- spytał patrząc przez zabrudzone okno. - ... dobrze... - Zawsze tak odpowiadasz, kiedy o niego pytam. Milczała wpatrując się w złoty płyn w swoim kuflu. - Uczy się... Całkiem dobrze mu idzie... jest bardzo do ciebie ... podobny... Thomas kiwnął potakująco głową nie odwracając oczu od szarej i zabrudzonej ulicy. Saja zaś nie podnosiła na niego oczu wpatrując się w kufel piwa.
Była wtedy noc, czarna i pochmurna. Właśnie wracał do domu po długim zebraniu, na któ-rym musiał stawić się obowiązkowo. W tym momencie, w którym ją zobaczył przechodził przez szeroką, kasztanową aleję, której drzewa dawno już uschły pod wpływem kwaśnego deszczu. Ale jeszcze pod nogami szeleściły mu zaschnięte liście. I nagle zobaczył ją... była taka piękna i ulotna jak mgła, jakby miała za chwilę znów zatonąć w ciemności, z której się wynurzyła. W pierwszej chwili myślał, że to przewidzenie, ale ona była prawdziwa, taka śliczna... Wyczuł od razu, że nie jest człowiekiem...nie mogła nim być, zbyt wiele w jej ru-chach było płynności, a w dodatku poruszała się tak płynnie, tak cicho, że niepodobnym było by poruszał się tak człowiek... Stał zauroczony nią, wpatrując się jak w czarnym prochowcu przemierza szybkimi krokami aleję. Myślała, że jej nie zauważył, ale on ją widział i jej obraz na zawsze pozostał mu w pamięci. Miał wtedy dziewiętnaście lat. Od tego momentu minęło dziewięć długich lat, w których każ-dy dzień i każda noc była wypełniona szaleńczą myślą o niej, by jej dotknąć, pocałować, choć na chwilę porozmawiać... Siedem lat temu odnalazł ją. Była poszukiwana przez policję i przez wywiad śledczy. Nie mógł w to uwierzyć. Dostał się do ściśle tajnych danych o dziewczynie i od tego momentu zrozumiał komu tak naprawdę podporządkował życie...
- Thomas...- szepnęła patrząc na niego niepewnie. - Wszystko w porządku. Zamyśliłem się tylko. Jej dziwne, białe oczy spoglądały na niego badawczo i z niepewnością. Mężczyzna wypił duży łyk piwa. - Myślisz, że mógłbym się kiedykolwiek spotkać z Marcusem? - Jesteś jego ojcem ? odparła sucho. - A dla ciebie kim jestem? Nigdy się tego nie dowiedziałem, nigdy nie mówiłaś mi o swoich uczuciach do mnie... Opuściła jeszcze niżej głowę i jej czarna grzywka zasłoniła jej twarz. Chwilę zapanowała między nimi cisza. - Jesteś moim przyjacielem ? odezwała się cicho i z wahaniem ? Moim jedynym przyjacie-lem... Thomas poczuł w tym momencie jakieś bolesne ukłucie. Jaka ona musiała być samotna, jak ciężko musiało jej być... A z drugiej strony żałował, że go nie pokochała przez ten czas, kiedy byli razem. Rozczarował się, tak bardzo liczył na coś więcej. Saja poruszyła niemo ustami jakby chciała coś powiedzieć, jednak ani jedno słowo nie wydostało się z jej ust. Zamilkła. - Co chciałaś powiedzieć? - Nic... ? wyszeptała szybko, może trochę za szybko. Spojrzał na nią podejrzliwie i wyciągnął w jej kierunku rękę, aby unieść jej podbródek i spoj-rzeć jej w oczy, ale ona cofnęła się nie unosząc ani na chwilę głowy. - Znów mi uciekasz... wciąż chowasz się przede mną... Spojrzała przelotnie w bok, jakby chciała zerwać się ze swojego miejsca i uciec, ale on nie pozwoliłby jej na to. Nie teraz. Dotknął jej dłoni obejmującej kufel piwa i zacisnął na niej rękę. Dziewczyna milczała nie patrząc na niego. - A jednak... ? wyszeptała nagle ? Jednak już nawet nie umiem udawać, że mogłoby by być między nami dobrze, gdyby nie... Uniosła na niego swe białe oczy i zobaczył w nich łzy. Uśmiechała się do niego, ale był to uśmiech rozgoryczenia i zrezygnowania. Nie wytrzymał. Przysunął się do niej i zanim mogła zaprotestować przytulił ją do swojej szerokiej piersi. Teraz łzy Saji popłynęły nieprzerwanym strumieniem. - Nie płacz... nie płacz, Saja... Jednak dziewczyna nie umiała przestać, zbyt wiele emocji w niej się nazbierało, to wszystko zaczynało ją przerastać. Właśnie ją, która miała być silna nie tylko dla siebie, ale także dla innych, dla swoich ludzi! Tak rzadko płakała. Nie mogła sobie pozwolić na łzy, inaczej zmię-kłaby i nie byłaby w stanie pokierować miastem. - Thomas... ? wyjąkała rozpaczliwie ? ... Thomas... - Wiem ? odparł cicho ? Wiem. Cierpliwie czekał, aż wypłacze się na jego ramieniu. Czuł się odpowiedzialny za nią, mimo że jeszcze wczoraj nie miałby najmniejszych problemów z zabiciem jej. Westchnął ciężko i odsunął z jej twarzy czarne włosy. Spojrzała na niego spłoszona. - W najbliższej akcji wejdę z innymi do tunelów... - ... nie...- szepnęła zamierając ? ... tylko nie to...! - Zostałem wybrany do tego zadania. Wiesz, że jestem w stanie im pomóc. - ... ale...- głos uwiązł jej w gardle, nie umiała pozbierać myśli, chwilę wpatrywała się w nie-go oszołomiona - Nie chcę walczyć przeciwko tobie... - To nie ode mnie będzie zależało czy się spotkamy. Może już nie będzie takiej okazji. - Czyli jesteście zdecydowani? - Tak, powiedzmy, że nie mamy wyboru. Rząd upomina się o dane miasta... musimy... - Nic nie musicie! Nie możecie nas zostawić w spokoju?! Przecież nic nie zrobiliśmy! - Saja... ? pokiwał ze zrezygnowaniem głową ? Wiesz, jak jest... ja też wiem, że to wszystko od samego początku nie miało sensu, ale nie zmienimy już tego, co się stało. Możemy jedynie próbować to jakiś naprawić. - Zabijając nas...- odparła sucho patrząc na jego dłoń zaciśniętą na jej nadgarstku. - To nie tak! - A jak chcesz mi wytłumaczyć to, co się działo i co dopiero się stanie? ? spojrzała na niego i jej oczy znów zaszły łzami. - Saja... - Wiesz... pierwszy raz się boję... ? odezwała się cicho opuszczając nisko głowę ? Pierwszy raz mam wrażenie jakbym tym razem nie była w stanie dać sobie rady z tym wszystkim. Thomas milczał. Był rozdarty. Nie wiedział jak ma zareagować, wspierać ją, jako osobę, któ-rą pokochał, czy zniszczyć psychicznie jako istotę, którą miał za wszelką cenę dopaść, by dostać się do jej danych. - Jeśli to miałby być koniec...- szepnęła jeszcze ciszej ? Ja niczego bym nie żałowała, ale tak bardzo szkoda by było mi Marcusa, on jest przecież tylko dzieckiem... Znów rozpłakała się kryjąc twarz w dłoniach. Thomas odsunął się od niej i znów siadł na swoim miejscu, po drugiej stronie stołu. Chwilę czekał, aż Saja się uspokoi. Nie trwało to długo, znał ją. Była silna i umiała dać sobie radę jeśli była taka potrzeba. - Pojedziemy do mnie ? zaproponował. Spojrzała na niego niepewnie, a potem pokiwała przecząco głową. Mężczyzna zastygł w bez-ruchu zatapiając w niej swe badawcze oczy. - Muszę teraz być w mieście. Nie mogę z tobą jechać. Oni mnie potrzebują. Thomas uśmiechnął się z goryczą i kiwnął lekko głową na znak, że rozumie. - Czyli wszystko jasne. Jak będziesz chciała mnie jeszcze kiedyś wykorzystać powiedz. - Thomas! ? jęknęła zrywając się od stołu ? Thomas... Mężczyzna milczał spoglądając na nią ponuro bez jakiegokolwiek wyrazu uczuć na twarzy. Dziewczyna stała przed nim wzburzona i zapłakana kręcąc przecząco głową, jakby nie chciała uwierzyć w to, co usłyszała. - Ja...- szepnęła cicho, ale nie umiejąc odnaleźć w jego oczach żadnych uczuć zrezygnowała i wyszła z obskurnej knajpy zostawiając Thomasa samego przy stole. Na zewnątrz było bardzo zimno. Z nieba sączył się deszcz. Saja jednak nie zwróciła na to uwagi. Szła powoli chodnikiem z głową nisko zwieszoną na piersi. Płakała, słowa Thomasa sprawiły jej wielki ból, który rozrywał jej serce. Chciała krzyczeć, ale nie mogła sobie na to pozwolić nie ona. Ukryła się pośpiesznie przed światłami nadjeżdżającego samochodu i od-nalazła studzienkę kanalizacyjną. Wsunęła się do niej zwinnie i zeszła na dół. Chciała wracać do miasta, lecz w ciemnościach tuneli poczuła się bezpiecznie. Zamiast przejść na drugą stro-nę wody, która płynęła środkiem płytkiego koryta osunęła się na kolana i oparłszy dłonie na ziemi zaczęła bezsilnie szlochać. - Thomas... ? wyjąkała rozpaczliwie płacząc ? Thomas... DLACZEGO...?! Dlaczego właśnie my...?!
Śnieżnobiała na twarzy wróciła do mieszkania. W objęcia rzucił jej się Marcus, który niestety jeszcze bardziej ją zranił. Nie dała tego po sobie poznać. Położyła się w ubraniach na łóżku i podparłszy ramionami głowę zaczęła wpatrywać się bezmyślnie w sufit.
Zastąpił jej drogę. Wyrósł przed nią jakby z ziemi. Przestraszyła się, chciała uciec, ale był szybszy od niej. Zatrzymał ją za rękę i łagodnym głosem poprosił, by została. Jednakże dziewczyna zaskoczyła go. Wywinęła mu się z uścisku i zaczęła biec tak szybko w dół ulicy, że był niemalże pewien, że ją nie dogoni. Pamiętała jak bardzo się przestraszyła. Jednakże coś wewnątrz niej mówiło jej, że on nie chce jej wyrządzić krzywdy. Mimo to samozachowawczy instynkt Saji, nie pozwalał jej zostać przy nim. Nagle poczuła mocne szarpnięcie. Gwałtownie cofnęła się do tyłu i osunęła się w ramiona nieznajomego. Chciała krzyknąć, ale nie mogła przecież sprowadzić na siebie większej uwagi niż dotychczas. Spojrzała mu przerażona w oczy próbując uwolnić nadgarstki z jego bolesnego uścisku. - Puszczaj! ?syknęła wściekle. - Nie uciekaj... nic ci nie zrobię! - Zostaw! - Nie bój się. Szukałem ciebie, kiedyś... dawno temu widziałem ciebie w ciemnej alei do dzi-siaj ciebie szukałem. Teraz nie uciekaj mi proszę!
Thomas przewrócił się z boku na bok. W jego ciemnym pokoju panowała głucha cisza i tylko czarne zasłony poruszał od czasu do czasu porywisty wiatr wiejący po łąkach dookoła jego domku. Kiedyś był tu taki szczęśliwy, wierzył w ich szczęście, wiedział, że może być szczęśliwy, ale jedynie z Sają, jedyną kobietą, która była w stanie go pobudzić, dać mu sens jego istnienia. Przez jakiś czas byli też bardzo szczęśliwi. Urodziło im się dziecko i ich życie było niemalże sielankowe. On pracował, a Saja opiekowała się domem i dzieckiem... Potem z dnia na dzień wszystko się zmieniło... Saja spakowała walizki i nic mu nie mówiąc znikła bez śladu. Oszalał niemalże ze strachu o nich, tymczasem pewnego dnia dostał wiado-mość przez sieć, że jej nic nie jest, że ma się nie martwić i że zrobiła to wszystko tylko dla jego dobra... Nie umiał tego pojąć, w końcu gdyby to robiła dla jego dobra zostałaby przy nim i wszystko mu wytłumaczyła, a nie wyjeżdżała bez jakichkolwiek wyjaśnień... Dopiero kilka lat później dowiedział się o powodach, dla których wyjechała. To prawda, pra-cował dla wywiadu śledczego i był jednym z najlepszych ludzi, których mieli w kwaterze. Wszedł w to środowisko jedynie dla niej. Tylko tam mógł znaleźć materiały o Saji, ale jedno-cześnie wchodząc w to bagno, sam w nim utonął. Wywiad śledczy na stałe przygwoździł go do siebie, kontrolował jego telefony, godziny pra-cy, niemalże wszystko. Stał się jednym z nich i od tego czasu jego życie miało w ich zamie-rzeniu podlegać jedynie wywiadowi. Niestety nie umiał się już z tego wycofać. Miał wybór śmierć, albo praca dla nich. Z dwojga złego wybrał życie, ale także podporządkowanie się swoim pracodawcom. Nie narzekał na płacę, praca też nie była wymagająca, jednakże on tę-sknił za Sają i tylko dla niej chciał żyć. Tego dnia, kiedy Saja wyjechała dostał kolejne zlecenie, które musiał bezwzględnie wykonać inaczej poniósłby daleko idące konsekwencje na całe życie. Miał odnaleźć miasto, w którym ukryli się uciekinierzy. Wiedział, co to znaczy i nawet nie sądził, że aż tak bardzo będzie pra-gnął by było inaczej, by nigdy nie kazano zająć mu się tą sprawą... Saja była przecież jednym z tych uciekinierów, co gorsza... ona im przewodziła... Chciał się jakoś z tego wszystkiego wykręcić, próbował wszystkiego, jednak wywiad uznał, że jako najlepszy z najlepszych to właśnie on powinien szybciej niż pozostali odnaleźć mia-sto. Kiedy Saja znikła, nie chcąc go powstrzymywać przed śledztwem i jednocześnie narażać go na niebezpieczeństwo swoją osobą, miał w tym także swój własny interes. Chciał ją odnaleźć, a wiedział, że schroni się u swoich ludzi, gdzie była niemalże całkiem bezpieczna. Szukał jej długo, tak samo jak kiedyś, kiedy dopiero w wywiadzie odnalazł jej dane, aż w końcu odna-lazł podziemny labirynt, na którego końcu gdzieś tam głęboko pod ziemią, znajdowało się miejsce, pełne ludzi, którzy wybrali życie w kanalizacji, niemalże jak szczury... Długo nie umiał się pogodzić z decyzją Saji, wybrała właśnie takie życie, zamiast spokojnego współistnienia z nim na powierzchni, gdzie niczego jej nie brakowało, gdzie była i wciąż mo-gła być szczęśliwa... Teraz, kiedy po latach znów się spotkali, mówi mu, że jest za nich odpowiedzialna. W imię czego?! Co nie pozwala jej być choć trochę egoistką, choć trochę pomyśleć o sobie samej, by żyć z nim, a nie bez przerwy poświęcać się dla innych...?! Wiatr szarpnął firanami ukazując na ułamek sekundy srebrzysty Księżyc unoszący się pomię-dzy suchymi szkieletami drzew wiśniowego sadu. Całe życie jej poświęcił. Co miał teraz zrobić?! Przez te lata nauczył się nie mieć litości, nie zwracać uwagi na uczucia innych, w jego zawodzie była to cecha, której brak oznaczał albo samobójstwo, albo szaleństwo. Wszyscy ludzie wywiadu byli pozbawieni skrupułów, liczyło się tylko wykonanie rozkazu rządu i tym razem był to rozkaz powybijania ludzi z podziemne-go miasta... Westchnął ciężko i przymknął zmęczone oczy. Musiał choć trochę odpocząć, już niebawem miała zacząć się pierwsza akcja, musiał być silny i przygotowany inaczej mógłby nie dać so-bie rady, a to oznaczałoby jego śmierć... Powoli zaczęły wracać do niego wspomnienia, przed oczami widział wycinki z gazet, czarno-białe filmy bardzo złej jakości, jakieś na wpół spalone zdjęcia i świadkowie, którzy już dawno umarli... To wszystko stało się jakieś pół wieku temu. W ogromnej elektrowni jądrowej, która była równocześnie największą na świecie... Przez lata zatrudniane były tam ogromne tłumy ludzi, jedni przychodzili inni odchodzili... Zachorowania były bardzo częstym wynikiem pracy w tak napromieniowanym miejscu- rak, wysypki, astma, choroby płuc, wyniszczenie organi-zmu... Nawet krótki czas pracy zabijał każdego roku kilkaset osób. Elektrownia miała przez to problemy finansowe, bez przerwy musiała bowiem wypłacać należne pozostałym rodzinom odszkodowania, a koszt zatrudnienia rósł z roku na rok, gdyż ludzie po prostu bali się praco-wać. Nie było wątpliwości, że w tej elektrowni łatwiej było o śmierć niż o dostatnie życie. Było to miejsce niezwykle napromieniowane i bardzo szkodliwie oddziaływujące na ludzki organizm, było aż tak źle, że w końcu elektrownia stanęła na skraju bankructwa... W tym momencie zaczęto myśleć nad nową metodą, która możliwa była do wykonania już od kilkunastu dobrych lat, ale nie dozwolona przez Instytut Ochrony Praw Człowieka. Wytwo-rzenie półludzkich robotów uważano za niehumanitarne i surowo wzbroniono ich produkcję na całym świecie. Jednakże zdesperowany milioner tak ogromnej elektrowni, która była jego własnością, wynajął odpowiednich ludzi i w całkowitym sekrecie przed opinią publiczną, a nawet poza wiedzą najbliższych, rozpoczął budowę androidów, którym nadano nazwę ? ANTHROPOS. Pierwszym z wybudowanych androidów był Kevin, a żeńskim jego odpowiednikiem była ona... ta prześliczna dziewczyna, w której zakochał się bez pamięci... Dlaczego tak właśnie musiało być, żeby ulokował uczucia w Anthroposie?! Saja i Kevin byli prototypami pierwszych Anthroposów. Na ich podstawie wybudowano jesz-cze ponad dwieście innych z ich rodzaju i w ten sposób problemy finansowe elektrowni skoń-czyły się. Niestety eksperyment nie do końca się powiódł. Wyprodukowane Anthroposy, czę-sto były zmęczone, odczuwały popęd seksualny, a co gorsza starzały się. Był to proces nie-zwykle spowolniony i dlatego też Saja wyglądała na dwadzieścia lat, kiedy tak naprawdę li-czyła sobie ponad sześćdziesiąt. Podobnie było z innymi Anthroposami, które wyglądały na wiecznie młode... Długo, bardzo długo pracowali w elektrowni, dzień w dzień bez wytchnienia, bez jakichkol-wiek kontaktów z otoczeniem, w ukryciu i bez możliwości wyjścia na dwór. Jedną z rzeczy, które uznało kierownictwo elektrowni za niekwestionowaną wadę androidów był fakt, że ob-darzono je sztuczną inteligencją, która na dodatek złego mogła zostać rozwinięta. Mieli rację, gdyż ten fakt okrutnie się potem zemścił. Saja, jako najstarsza z wszystkich Anthroposów zaczęła szukać Kevina, który został odłączo-ny od jej części ludzi, aby pracować w innej części elektrowni. Uniemożliwiło im to spotka-nie się ze sobą i tak Saja pamiętała go jedynie jako niewyraźny zarys męskiej postaci. Nie poddawała się jednak i próbowała go odszukać. Tymi swoimi próbami rozwijała swój umysł, dokształcała się, aż do momentu, w którym zrozumiała w jak rozpaczliwej sytuacji się znaj-dują. Co prawda nie byli nadzorowani, jako że ludzie nie musieli już pracować w elektrowni. Gdy-by Anthroposy chciały uciec nie mieliby z tym większych problemów, ale Saja długo zwle-kała z tą decyzją. Bała się, że jeśli im się nie uda, zostaną brutalnie ukarani, ale z drugiej stro-ny nie mogła już dłużej patrzeć na wynędzniałe twarze swoich ludzi... Było ich dokładnie dziewięćdziesięciu ośmiu i ona jako najstarsza przewodziła im i miała za nich odpowiedzial-ność. Wciąż próbowała nawiązać kontakt z Kevinem, ale jej starania spełzły na niczym. W końcu podjęła się ryzyka i pewnego dnia żelazne ciężkie drzwi zostały wywarzone i droga na zewnątrz, do wolności została otworzona. Uciekali nocą, licząc, że kamery ich nie zareje-strują. Udało się, jeszcze przed płotem z drutu kolczastego odgradzającego elektrownię od ulicy znaleźli studzienkę kanalizacyjną i tam się schronili, brodząc po pas w ludzkich odcho-dach. Jednakże woleli to niż niewolniczą pracę, niż poniżenia i nieludzkie warunki... Długo błąkali się po niekończących się tunelach, aż w końcu po kilkudniowej wędrówce, kiedy już byli niemalże u kresu swojej wytrzymałości dotarli do wysokiej hali, w której później po-wstało ich miasto... Przeżyli istne piekło błąkając się przez zupełnie ciemne tunele pełne szczurów i pajęczyn. Nie mieli już sił, ciężka praca w elektrowni dodatkowo ich wymęczyła a mimo to odnajdowali w sobie coraz to nowe pokłady energii, by przetrwać, by nie poddawać się kiedy już są na wol-ności, gdzie nic poza własnymi słabościami ich nie ograniczało... Długie lata poświęcili na wybudowanie i opracowanie planu miasta. musieli być przygotowa-ni na każdą ewentualność, choć z drugiej strony w kanalizacji i jej niekończących się koryta-rzach i ślepych uliczkach po raz pierwszy poczuli się bezpiecznie... Co potem się z nimi działo? - nie wiedział. Słyszał tylko o ogromnym poruszeniu wśród ludzi z elektrowni, od razu zaczęto poszukiwania, ale Saja zabezpieczyła się. Wszystkie dokumenty zawarte w sejfach zniszczyła, plany tuneli wzięła ze sobą, a wszystkie niezbędne rzeczy An-throposy też nie omieszkały się zabrać ze sobą... Kiedy nad ranem kamery znów zaczęły rejestrować pokoje wydawało się strażnikom, że tam nigdy nikogo nie było. Wielkie hale, w których spali na ziemi na słomianych materacach świeciły pustkami, nie było ani jednego materaca, wszystko znikło... Wieść o tym wszystkim dotarła także do Kevina, który wraz ze swoimi ludźmi był niezwykle poruszony wiadomością o ucieczce ludzi z "drugiego sektora"... Od tego momentu uznano Saję za winną zbrodni i zaczęto jej szukać w całym mieście. Była to akcja ściśle tajna, wciąż bano się ujawnić prawdę. Niestety nie odnaleziono po Athroposach ani śladu, nawet kiedy poszukiwania zaczęły obejmować ogromnej wielkości okolice miasta... Sprawa jednak nie ucichała. Zdesperowany milioner zrozpaczony ucieczką androidów, na których budowę wydał tyle pieniędzy i które miały przywrócić elektrowni przodowanie na skali światowej, nie pod-dawał się. Tym razem skoncentrował się na tym, by zaczęto szukać uciekinierów. Niestety nie było to takie łatwe i dopiero Thomas, kiedy wstąpił do wywiadu, by za pomocą jego danych o Anthroposach dostać się do Saji, zmienił całą sytuację i nieświadomie pogrążył swoją uko-chaną. Zaczęto przeszukiwać tunele kanalizacyjne, które zamiast odchodami i ściekami przepełnione były czystą wodą z deszczu. Jednakże i tu sprawa skomplikowała się i przedłużyła znacznie w czasie, gdyż nieprzebyte tunele i brak planów pogrążył nadzieje na rychłe odnalezienie zbie-głych Anthroposów... Thomas jednak nie poddawał się, wierzył, że ją odnajdzie.
Saja usiadła na łóżku. Jej drżące, białe dłonie oplotły się wokół głowy. Opuściła ją nisko i załkała cicho, by nikt jej nie usłyszał. Marcus jednak był czujny. Stanął w drzwiach i spojrzał na nią niepewnie. - Mamusiu... - Nic mi nie jest. Idź do Anne, pobaw się z nią...- szepnęła nie unosząc na niego oczu. - Mamusiu...- gdyby powiedziała to w innych okolicznościach z krzykiem radości wybiegłby z mieszkania do swojej przyjaciółki, ale teraz ani myślał o zabawach. Wspiął się mozolnie na łóżko, usiadł przed nią klękając na oba kolana i pogłaskał ją delikat-nie po głowie. Saja westchnęła ciężko i przytuliła go do siebie z całej siły, jakby chciała dzię-ki niemu pozbyć się dręczących ją myśli. - Mamusiu ja ciebie obronię... nie martw się... ja ci pomogę... nie wolno ci płakać... mamu-siu... nie wolno ci płakać... Saja jednak nie umiała się szybko uspokoić, mimo że była świadoma, jak bardzo rani go swoimi łzami. Nie chciała okazywać wobec niego słabości, ale ostatnio coraz częściej się ba-ła, jakby coś złego zaczęło w niej kiełkować i wypełniać ją całą. - Dziękuję ci synku- obtarła wierzchem dłoni łzy- Już mi lepiej, idź teraz do Anne, a ja wyjdę do Michaela, jutro mam ciężki dzień. - Dasz sobie radę - uśmiechnął się chłopczyk- Zawsze dawałaś sobie radę... Uśmiechnęła się do niego i westchnęła ciężko, głaszcząc go pieszczotliwie po włosach. - Idź już... Już miał się zerwać i wybiec z pokoju, kiedy w połowie ruchu zatrzymał się i spojrzał na nią uważnie swoimi czarnymi, pięknymi oczyma. - Ale naprawdę już ci lepiej? - Tak, Marcus. Już mi lepiej - wymusiła uśmiech na twarzy. Marcus pocałował ją jeszcze przelotnie w policzek i wybiegł pośpiesznie z mieszkania. Z gardła Saji wyrwał się cichy jęk. Pamiętała tamten dzień jakby to wydarzyło się wczoraj. Było to wielkim wydarzeniem, że pozwolono jej w trakcie pracy w elektrowni wyjść do mia-sta, aby zakupić leki dla chorego dziecka. W tamten dzień było bardzo zimno i pochmurno. Otulała się jak mogła swoją lekką kurtką, ale zimno i tak jej dokuczało. Miasto było jak wymarłe. Nikogo nie widziała na chodnikach, jedynie w oknach świeciły się światła. Wracała już, kiedy niespodziewanie na niewielkim placu pośród starych, obdrapa-nych kamienic z zawalonymi dachami, zobaczyła wysoki budynek, o strzelistej wieży, na której wisiał srebrzysty dzwon połyskujący w świetle księżyca. Podwójne skrzydła drzwi były niedbale uchylone, a schody prowadzące do góry mocno zniszczone i zaniedbane. Nie wie-dząc nawet czemu nie mogła się oprzeć pokusie, by podejść tam i sprawdzić, co to jest za budynek. Był niezwykły. Zupełnie inny od szklanych, betonowych domów tworzących mia-sto. Kiedy weszła do środka poczuła niemiły zaduch zgnilizny i kurzu unoszącego się w powie-trzu. Przez nieuwagę rozdeptała zabrudzoną krwią strzykawkę leżącą na ziemi. Lecz jej uwa-gę przykuł wysoki, drewniany krzyż stojący na ołtarzu. Przez powybijane szybki witraża do kościoła wsunął się srebrny, jasny strumień księżycowego światła i rozświetlił białą sylwetkę ukrzyżowanego mężczyzny. Saja przymrużyła z niedowierzaniem oczy. Dlaczego ludzie mieliby wyrządzić krzywdę temu człowiekowi? Co takiego zrobił, że skazano go na tak potworną śmierć? I dlaczego tak bardzo to eksponowali...? Niepewnie podeszła bliżej, w jej sercu narastała trwoga. Każdy jej krok odbijał się głuchym echem o wysokie, zimne ściany kościoła. Zbliżyła się jeszcze bardziej do krzyża. I wtem wy-dało jej się jakby pośród tych ponurych i zimnych ścian usłyszała żałosne zawodzenie. Cofnęła pośpiesznie rękę od krzyża i odwróciła się w stronę drzwi nasłuchując z bijącym ser-cem. Jednak wtedy uświadomiła sobie, że był to jedynie wiatr wiejący przez dziurawy dach, przez który widziała gwiazdy. Chwilę stała tak zadzierając głowę ku niebu i wtedy jakaś chmura przysłoniła ogromną tarczę księżyca. W pustym kościele zapanował mrok. Saja prze-straszyła się. Na oślep rzuciła się w stronę drzwi, aż nagle potknęła się o coś ciężkiego i upa-dła na zabrudzoną posadzkę. Leżała tam chwilę, dopóki Księżyc znów nie wyłonił się zza chmur. Powoli uniosła się i zobaczyła, że potknęła się o grubą, zakurzoną książkę. Uniosła ją ostrożnie siedząc na ziemi i drżącą z zimna dłonią starła z okładki kurz i brud. Na czarnym tle widniał złoty, skromny napis: Pismo Święte. Dziewczyna nie wiedziała czym jest Biblia. Wpatrywała się chwilę w ten napis ważąc księgę w dłoni, dopóki nie zdobyła się odwagę, by ją otworzyć. I wtedy zobaczyła obraz, który sprawił, że łzy pociekły jej po policzkach. W tej tajemniczej księdze znalazła moment przy-bijania Chrystusa do krzyża. ?[...]A gdy przyszli na miejsce zwane Trupią Czaszką, ukrzyżowali go tam, także i złoczyń-ców, jednego po prawicy, a drugiego po lewicy. A Jezus rzekł: Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. [...]? - Dlaczego...? ? szepnęła pochylając się nad pożółkłymi kartkami ? ...Dlaczego...?!
Długo tak siedziała na zimnej posadzce opuszczonego kościoła, aż w końcu poczuła jak jej całe ciało drętwieje z zimna i jak ręce jej drżą, kiedy z bijącym sercem, sama nie wiedząc nawet kiedy, zaczęła czytać karty Biblii. Drżąc na całym ciele zamknęła Pismo Święte i wy-szła na zewnątrz. Jakiś dziwny smutek pojawił się w niej, jakiś żal i chęć poznania tego czło-wieka... Wróciła do elektrowni nikomu nie wspominając o swoim znalezisku. Dopiero po przeczyta-niu Biblii postanowiła opowiedzieć swoim ludziom o Synu Bożym, który ze względu na Swe miłosierdzie i niezwykłą, nadludzką miłość dla ludzi, umarł za nich i za ich dzieci na krzyżu...
W mieszkaniu Michaela nikogo nie zabrakło. Wiedzieli, że trzeba się będzie zająć przygoto-waniami, już niebawem znów wszystko zacznie się na nowo. Saja była opanowana i pewna siebie, jak zawsze, Taką właśnie ją znali, bezkompromisową w sprawach Anthroposów i zde-cydowaną na wszystko. - Obmyśliłam plan. Jest on nieco ryzykowny, lecz wydaje mi się, że ryzyka nie unikniemy- odezwała się - Michael, macie mapy tuneli? - Tak, wczoraj jeszcze podałem je reszcie - kiwnął potakująco głową. - Zniszczcie oryginały, niech zostaną jedynie dane w waszym mózgu- zakomendowała wsta-jąc- Chodźcie, czeka nas mnóstwo roboty...
Thomas wsiadł do swojego samochodu i ruszył nierówną drogą pośród morza wysokiej, po-żółkłej trawy w stronę miasta. Zapadał dopiero wieczór, a on akcję rozpoczynał punktualnie o północy. Chciał być jednak wcześniej i wszystkiego dopilnować... Jego towarzysze nie wiedzieli nic o Saji, nie wiedział o niej nikt poza nim. Nie miał bowiem rodziny. Zginęła przy wybuchu jednego z sektorów elektrowni atomowej, który na stałe na-promieniował miasto i jego mieszkańców. Kiedyś bogate, pełne turystów i ludzi teraz wy-nędzniało. Wszyscy, którzy mieli pieniądze opuścili miasto i wyjechali, ci, którzy pozostali, albo nie mieli za co wyjechać, albo musieli zostać. On został, gdyż nie miał pieniędzy, dopiero dzięki Saji dorobił się, ale wchodząc w środowi-sko wywiadu śledczego został jakoby jego niewolnikiem i stracił możliwość podejmowania aż tak daleko idących decyzji. Thomas westchnął zniechęcony skręcając na betonową drogę ciągnącą się wąskim pasem przez ogromnej wielkości śmietnisko. Nie było tu ptaków ani nic, co by mogło przeżyć. Wszystko było skażone i poumierało. Elektrownia w czasach swej świetności wysławiła mia-sto na całym świecie, przez co stało się ono bogate i pełne życia; jednakże po wybuchu wszystko się zmieniło, miasto wymarło, a ludzie w nim żyjący zaczęli zachowywać się po-równywalnie do zwierząt. Liczyły się instynkty - samozachowawczy i reprodukcji gatunku. Zupełnie tak, jakby dla ludzi pozostałych w mieście pozostała jedynie biologiczna płaszczy-zna życia pozbawiona uczuć... Jakże też można tu było żyć inaczej? Kościoły już dawno zniszczył deszcz, zima i mijający czas. Nikt od wybuchu nie chodził do kościołów. Nie wierzono w Boga, który mógłby dopu-ścić do takiej tragedii. Tylu ludzi wtedy zginęło, tyle zachorowało i wybrało śmierć samobój-czą... Tyle nieszczęścia było ich udziałem, że nie wierzono w Boga, żaden Bóg nie dopuściłby do takiej tragedii... Wszelkie imprezy kulturalne wstrzymano. Całymi dniami przesiadywano w domach, jedynie najodważniejsi wychodzili po zakupy do małych, zabrudzonych sklepików otwieranych w piwnicach bloków, gdzie można było kupić niemalże wszystko po śmiesznie niskich cenach ze względu na napromieniowanie towaru szkodliwymi promieniami. Poza tym niektórzy jesz-cze pracowali, większość jednak kradła, żeby żyć. Porządniejsi ludzie, a było ich niewielu, bali się wychodzić na ulicę, bowiem było to niebezpieczne i istniało zagrożenie, że już się nie wróci... Ludzie mieszkający w mieście uczynili swoje życie piekłem. Nie byli w stanie w nim żyć, ale nie mieli też środków, by się z niego wyrwać. Musieli zostać tam, gdzie byli i tkwić w tym bagnie nędzy i rozpaczy, gdzie nie było miejsca na uczucia. Mężczyzna zatrzymał się przed wysokim, obdrapanym z tynku, budynkiem z kratami w oknach. Zamknął swój samochód i wszedł do środka. Wewnątrz kręciło się kilku ludzi. Po-zdrawiali go, nawet jeśli go nie znali, widzieli po jego odznaczeniach, że był bardzo ważny w kwaterze i to wystarczało, by czuć szacunek. Zresztą Thomas wiedział, że szacunek był po-trzebny do przeżycia, w innym wypadku mógł spodziewać się nawet tutaj w każdej chwili wbicia noża w plecy. Wszedł szybko po schodach na pierwsze piętro. - Cześć!- jego przyjaciel o wąskich, jasnych oczach uśmiechnął się krótko zakładając na sie-bie kuloodporną kamizelkę. - Cześć - odparł sucho ściągając z siebie czarny prochowiec - Wszystko gotowe? - Jeszcze nie do końca, ale większość ludzi jest już na miejscu. - To dobrze... Ubierał się pośpiesznie w ciężki strój kuloodporny, który miał go ochronić przed strzałami Anthroposów. Na głowach nosili ciężkie hełmy zasłaniające twarz, widać było spod nich je-dynie zielone, prostokątne światełka zamiast oczu. Thomas ubrał się i wtedy wręczono mu jeszcze ciężki karabin do ręki, wstał i ze szczękiem stalowej niemalże zbroi ruszył do pokoju obok. Mężczyźni tam zebrani dobrze bawili się przy rozmowach. Ubrani byli identycznie jak on, na jego widok wstali z szacunkiem. Do Thomasa przystąpił Greg, jego przyjaciel z dzie-ciństwa. Akcja mogła się zacząć...
Saja czuła jak serce podchodzi jej ze strachu do gardła. Właśnie wrócili do miasta. Jego mieszkańcy zebrali się na dole na małym półwyspie i spoglądali niepewnie na Margritt, Erwi-na, Carla, Rolanda i Michaela. Jednakże większość przypatrywała się Saji, która stała wypro-stowana i dumna jak zawsze pośród nich z wysoko uniesioną głową. - Już czas na nas - odezwała się pewnym głosem - Pamiętajcie o zabarykadowaniu wejść do mieszkań. Nie wychodźcie z nich i wyłączcie radia, telewizory, wszystko. Nie rozmawiajcie jeśli będzie to możliwe do naszego powrotu. Nie wiem, czy tym razem nie wzięli wykrywa-czy głosów... - Saja...- odezwała się jakaś kobieta- A czy wy wrócicie? Spojrzała na nią niewidzącymi oczyma, a potem uśmiechnęła się delikatnie jak uśmiecha się matka, która chce uspokoić swoje dzieci. - Oczywiście. Zawsze wracaliśmy. Nie po to uciekliśmy z elektrowni, by teraz tam wrócić. Nie dopuszczę do tego. Gdzieś w tłumie usłyszała zduszony płacz kobiet. Płakały, wiedziała dlaczego czują żal. Ona też jakby tylko mogła oszczędziłaby im tego wszystkiego, ale nie była w stanie tego uczynić. W tej sprawie była bezsilna. - Wrócimy...- odezwała się spokojnie patrząc po twarzach ludzi zlęknionych i niepewnych swego losu. Nagle rozstąpili się tworząc szpaler. Na jego końcu zobaczyła Marcusa z małym misiem w dłoni. Chłopczyk rzucił się biegiem do niej. Saja uklękła na jedno kolano i przytuliła go do siebie. Miała ochotę płakać, ale nie pozwoliła sobie na łzy. - Mamusiu...- szepnął jej do ucha wciskając jej małego misia do kieszeni na piersi- On cię będzie pilnował. Dzięki niemu wrócisz zdrowa do domu. - Dziękuję- szepnęła całując go czule w czółko- Idź do Andrei i nie rób mi przykrości. I Mar-cus... - długo milczała patrząc na niego uważnie- W razie czego wiesz, którędy uciekać. Weźmiesz Anne, jej rodzinę i Andreę i uciekniecie naszym tajemnym przejściem. Pamiętasz je, prawda? - A ty?- spytał niepewnie. - Będziemy tam na was czekali, kochanie. Obiecuję. Chłopczyk patrzył jej jeszcze krótką chwilę w oczy, potem pocałował ją w policzek, szepnął coś do misia i wrócił między mieszkańców. Wszyscy patrzyli ze wzruszeniem na to pożegna-nie. Niektóre kobiety ocierały ukradkiem łzy, inne jawnie płakały. Saja jednak nie mogła po-kazać swych uczuć. Nie teraz, kiedy musiała być silna za nich wszystkich. - Uważajcie na siebie. Jeśli Bóg da, spotkamy się jeszcze- jęknęła - Przyrzekam, że urobię wszystko, co w mojej mocy, abyśmy wszyscy wrócili ...
Ciężkie, żelazne drzwi zasunęły się za nimi zostawiając miasto w dole. Zaryglowali się od środka, było to jedyne zabezpieczenie. Jeśli żołnierze odnaleźliby miasto, androidy nic nie mogłyby już zrobić. Saja chwilę trwała przy drzwiach. - Niech Bóg ma was i nas w swej opiece!
Biegli szybko i niemalże bezszelestnie przez ciemne tunele kanalizacji. Znali drogę, wiedzieli co mają robić. Na rozgałęzieniu tuneli stanęli na chwilę. Saja poklepała opiekuńczo Margritt po ramieniu. - Dziękuję wam za to, że jesteście. To wiele dla mnie znaczy. - Nie ma sprawy - uśmiechnął się pobłażliwie Erwin- Dokopiemy im. - Optymista - mruknął Roland. - Tylko to nam zostało - szepnęła Margritt dotykając delikatnie dłoni Carla. Uśmiechnął się do niej czule. - Zatem niech nadzieja będzie naszą towarzyszką, inaczej nie będzie miało sensu nasze dzia-łanie- odezwała się Saja- Teraz idźcie, wiecie co robić... Carl i Margritt pobiegli w lewo, niemalże natychmiast za ich przykładem, tylko w prawo, ruszyli Erwin i Roland, Saja została z Michaelem na skrzyżowaniu. Brodzili po kostki w wo-dzie, lecz nie mieli czasu na zajmowanie się przemokłymi butami. Teraz były ważniejsze sprawy. Michael patrzył na spiętą twarz dziewczyny, nie wydawała się przywódczynią, kiedy tak stała z głową uniesioną ku górze i dłonią
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LILLITH
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…