My dwie
Morderstwo, śledztwo i śmieszne podejrzenia. Burzliwa fabuła i zaskakujące zakończenie. Zabaw się w detektywa- może rozwiążesz niecodzienną zagadkę? Zapraszam na kryminał...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Nie Steve, nie namierzyłam go jeszcze. Tak, mamy świadka. W Clington. – Wsadziła do ust drugiego papierosa i zaczęła błądzić ręką w szufladzie biurka w poszukiwaniu zapalniczki.- Spokojnie, ściągniemy go. Nie mam pojęcia ile. Jak to nie możesz czekać? Posłuchaj, pracuję nad tą sprawą od miesięcy, wreszcie mam jakiś konkretny trop a ty mi mówisz, że…Steve? Steve, jesteś tam? „Cholera” zaklęła w myślach rzucając słuchawką. „By cię szlag”. Gabinet Alice Spencer znajdował się na dwunastym piętrze w wieżowcu przy Warren Street. Za sporym oknem rozciągał się widok na zatłoczoną ulicę, z której wyrastał potężny gmach Harrod’sa – szalenie popularnego domu towarowego. Idealne miejsce na lokum dla prywatnego detektywa. Ludzie walili do niej tłumami. Ale ona miała to gdzieś, jak wszystko zresztą w przeciągu ostatniego roku. Od śmierci Evy, jej pięcioletniej córeczki, wszelkie ważne dotąd sprawy straciły na znaczeniu. Starała się tylko jakoś funkcjonować w tym całym syfie, jaki ją otaczał. W pracy szukała zapomnienia. -Komisarz Ridway na dwójce. Przewróciła oczami i sięgnęła po słuchawkę. -O co chodzi? -Mówiłem, żebyś pilnowała tej nawiedzonej wariatki. Nie wiem jak ona to robi, że dopada mnie zawsze w najmniej odpowiednim momencie, ale przysięgam, że jeśli zaraz nie zniknie… -Gdzie jesteś? -Ósma dzielnica. 44 numer. -Zaraz tam będę.
Dochodziła trzynasta. Chociaż prawdziwy uliczny koszmar miał zacząć się dopiero za dwie godziny, Alice i tak utknęła w korku już 2 przecznice od swojego biura. Podirytowana włączyła radio. -{i}…ofiara to czterdziestoletni właściciel domu, Brian Anders, znany adwokat. Na miejscu jest już policja.{/i}- Donosił spiker. Kobieta pogłośniła urządzenie. -{i}Zbrodni dokonano dzisiejszego ranka, prawdopodobnie między szóstą a siódmą trzydzieści. Zginął od strzału w tył głowy. – Informuje młodszy podkomisarz, Clark Johnson. - Śledztwo trwa. -Kim jest główny podejrzany? Jakie były motywy?{/i} – Zaskrzeczał wysoki głos dziennikarki. -{i}Za wcześnie by o tym mówić. Potencjalni świadkowie – sąsiedzi ofiary – nie wrócili jeszcze z pracy. Czy słyszeli strzał? O tym dowiecie się państwo w wiadomościach lokalnych o siedemnastej. A teraz…{/i} Spencer dotarła na miejsce. Przed białą willą stały trzy radiowozy. Teren odgrodzono taśmą. Po dziennikarzach nie było już śladu. -Jestem umówiona z komisarzem.- Rzuciła do dwójki mundurowych pilnujących wejścia budynku. Kiwnęli głowami. Dom wyglądał niezwykle schludnie. Na końcu długiego korytarza znajdowała się kuchnia, a przynajmniej tak jej się wydawało. Ruszyła w tamtym kierunku. -Żadnych śladów włamania czy walki. Dziwne, prawda? – Bąknął Ridway, kiedy stanęła w drzwiach. Ekipa krzątała się po pomieszczeniu, zabezpieczając odciski i robiąc zdjęcia. Ciało leżało na podłodze, między stołem a lodówką, twarzą do ziemi. Brunet, na oko czterdzieści lat, przeciętnej budowy. Z tyłu czaszki zakrzepła krew. Kawałek dalej odłamki stłuczonego kubka. W grochy. -Ktoś postarał się o to, by nie wypił porannej kawy. –Dokończył, stając przed nią. -Pomóc?- Uniosła do góry brew, rzucając glinie bystre spojrzenie. -Tylko z Carter. -Jasne.- Wzruszyła ramionami.- Gdzie ona jest? -W samochodzie. Komisarz chwycił delikatnie ramię Alice i wyprowadził ją z budynku. Francesca Carter była kopniętą staruszką i miała bzika na punkcie kotów. Trzymała ich czternaście na niespełna osiemdziesięciu metrach kwadratowych. Od bliska pięciu miesięcy regularnie odwiedzała komisariat, a dokładniej Ridway’a, bo tylko z nim chciała rozmawiać. Ten poprosił Spencer o pomoc. Zgodziła się. Jeden wariat więcej nie sprawiał jej różnicy. -Znalazła cię aż tutaj? Alice nie ukrywała rozbawienia. Wystarczyło wspomnieć nazwisko Carter, a żyłka na jego skroni zaczynała niebezpiecznie pulsować, twarz momentalnie czerwieniała, ruchy stawały się nerwowe. Był to widok niecodzienny, gdyż zazwyczaj opanowany komisarz, praktycznie nikomu nie dawał wyprowadzić się z równowagi. Tylko Francesca to potrafiła. -Jakiś błazen na komendzie podał jej adres, uwierzysz?- Z niesmakiem pokręcił głową. –Z kim ja pracuję. Wziął głęboki oddech i otworzył drzwi radiowozu. -Detektyw Spencer! – Nozdrza Alice podrażnił ostry zapach dobrze jej znanych, kwiatowych perfum. – Komisarz nie chce przydzielić nam ochrony, a przecież tu chodzi o życie Nancy! -Nancy? -Biała kotka perska, międzynarodowa championka. Poznałyście się w zeszłym tygodniu, pamięta pani?- Staruszka posłała jej wyczekujące spojrzenie. -Oczywiście.- Pokiwała Alice, święcie przekonana, że w życiu nie widziała żadnego persa.-A co jej zagraża? -Ten szaleniec spod dwunastki. -Ach tak, pan Bowman. -Powinniście go aresztować. -Porozmawiam z nim. –Zadecydowała detektyw. –Ale najpierw odwiozę panią do domu. Przez dwadzieścia cztery minuty jazdy Carter opowiadała jej o kotach i swoich podejrzeniach co do pana Bowmana i tego sklepikarza z warzywniaka na rogu Lydiard i Clark Street. Spencer jednak nie słyszała z tego ani słowa, pogrążona we własnych myślach. Wreszcie zatrzymała wóz przed niewysoką, starą kamienicą. -Dziękuję pani detektyw. Bo odkąd zgodziła się pani zaopiekować kotami w razie gdyby ten Bowman… ja naprawdę jestem dużo spokojniejsza. Francesca zatrzasnęła drzwi samochodu i pokuśtykała w stronę budynku. Alice odprowadziła ją wzrokiem. Elektroniczny zegarek wskazywał czternastą trzydzieści. -Czas na lunch.- Pomyślała.
Ronnybrook Milk Bar cieszył się sporym powodzeniem. Słynęli nie tylko z dobrej kawy, ale i wystroju ‘a la lata osiemdziesiąte’. Eva lubiła to miejsce, dlatego często jadały tu lunch. Od jej śmierci kubek niesłodzonej kawy i kawałek szarlotki w Ronnybrook stał się dla Spencer nieodłącznym elementem dnia. Złożyła zamówienie i usiadła przy ostatnim stole. -Zaopiekować? – Wzdrygnęła się, dopiero teraz uświadomiwszy sobie sens słów Carter. Nie pamiętała żadnej danej kobiecie obietnicy, a już na pewno nie tego rodzaju. Przecież Alice nienawidziła kotów. -Smacznego.- Uśmiechnął się kelner, stawiając przed nią talerzyk z ciastem. Odwzajemniła uśmiech. „To pewnie kolejne jej urojenie” podsumowała w myślach i skupiła się na szarlotce.
-Nie miał żony, dzieci ani bliższej rodziny. Był spokojnym, miłym facetem. Unikał konfliktów. Johnson właśnie skończył przesłuchiwać sąsiadów ofiary. -Nie słyszeli strzału.- Ciągnął.- Ale zawsze o siódmej wyjeżdżają do pracy. -Czyli mógł zostać zabity później.- Wpadł mu w słowo Ridway, który przyglądał się małżeństwu zza weneckiego lustra. Siedzieli w milczeniu czekając na młodszego podkomisarza, nieco wstrząśnięci wiadomością o śmierci Andersa. -Jest coś jeszcze.- Clark przewertował notatki.-Facet miał kogoś. Spotykali się od pół roku. Komisarz pokiwał głową. -Nazwisko? -Megan Davis. Kilka razy wspólnie urządzili grilla. Przedstawiła się jako stomatolog z San Diego. Mówiła, że przeniosła się po zdradzie męża. Szukała pracy. -Podejrzewają ją? -Nie, ale miała klucze. I często opuszczała Andersa dopiero nad ranem. W kieszeni Ridwaya zawibrowała komórka. -Zróbcie portret pamięciowy.
Uchylił skrzypiące drzwi sypialni i rozejrzał się po pomieszczeniu. Po prawej stronie okna stało idealnie zaścielone małżeńskie loże, po lewej – duża mahoniowa szafa. W powietrzu unosił się słaby zapach damskich perfum. James Volton – pracownik laboratorium kryminalistycznego – wykrzywił twarz w podłym uśmiechu. Miał zebrać odciski oraz DNA z kilku miejsc w domu. I właśnie zrozumiał dlaczego. -No, no… – Zagwizdał przeciągle, pakując czarne, damskie stringi do folii.-Samotny to on nie był.
-Jedna kulka w tył głowy. Z bliska. Śmierć na miejscu.- Podjął funkcjonariusz w białym fartuchu na widok Ridwaya w drzwiach.- Strzelano z dziewięćset jedenastki. -O której nastąpił zgon? -Między siódmą a siódmą trzydzieści. Komisarz pokiwał głową. -Porównaliśmy odciski palców zdjęte przez Voltona z tymi z kuchni. To ta sama osoba. -Sprawdzaliście w bazie? -Brak wyników. Ridway przeciągnął dłonią po twarzy.
-Jakieś telefony? –Rzuciła do sekretarki. Alice wysiadła z windy. Wróciła do biura w nadziei, że Steve jednak się odezwał. -Żadnych. Trudno, sama będzie musiała do niego zadzwonić. Ruszyła w kierunku swojego gabinetu -Ridway? – Zdziwiła się na widok komisarza siedzącego leniwie w jej fotelu. –Jak śledztwo? -Dobrze, że pytasz.- Odpowiedział, patrząc w okno.- Mamy portret pamięciowy kochanki ofiary. Chciałem żebyś rzuciła na niego okiem. Podał jej rysunek. Brunetka, włosy do ramion, zielone oczy, wyraźne rysy twarzy. Na oko trzydzieści pięć lat. Patrzyła na nią sama Alice Spencer. -To jakiś żart? –Wzdrygnęła się detektyw. Spojrzała na policjanta. Był cholernie poważny. -Megan Davis, mówi ci to coś? Zaprzeczyła. -Chyba nie myślisz, że …. -Po prostu jestem zmuszony pobrać od ciebie odciski palców. Sięgnęła po papierosa.
-Proszę podać dłoń. Zaczynała się irytować. Drażnił ją zbyt mocny blask jarzeniówki i zdziwione spojrzenia przechodzących akurat funkcjonariuszy. Właśnie jakiś blondas umorusał…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil seina
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…