Wróć do katalogu

Na angielskiej ziemi

Emigracja, emigracja, a jak to wygląda na początku? Trzy pierwsze tygodnie z życia Tośki, emigrantki z przymusu;)

pawann, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Osiem lat. Osiem lat temu klęczałam nad małą walizką próbując wszystko w niej ułożyć. Szczoteczka, ręcznik, kilka ciuchów, bo przecież coś tam sobie później kupię. Pamiętam też jak bardzo nie chciałam wyjeżdżać. Jak noc przed „dniem zero”, leżąc w łóżku kurczowo trzymałam się myśli, żeby coś się stało, coś dzięki czemu zostanę.

Kacper, mój narzeczony, widząc moje łzy, powiedział „zostań”. Wiedziałam, że mówi prawdę, ale nie chciałam być kulą u nogi w naszym związku. On nie musiał się martwić o zawodową karierę. Ja jak najbardziej. W końcu nie byłam mężczyzną, jak to określił jeden z moich niedoszłych pracodawców. Nie, nie byłam i dlatego mimo takiego samego wykształcenia jak Kacper mogłam jedynie przyglądać się jak mu świetnie idzie. Nutka zazdrości? Nie, raczej żal, że nie dostałam takiej samej szansy.

Tamtej ostatniej nocy przeklinałam dzień, w którym rok wcześniej znajomy ojca dał „cynk” o możliwości wyjazdu. Miał pojechać Kacper, ale dopiero co znalazł dobrą pracę. Pojechał jego brat i tak to się zaczęło. A teraz to moja stopa miała dotknąć angielskiej ziemi, ale wcześniej łzawe pożegnanie z Kacprem, rodzicami i rodzeństwem.

Siedząc w autokarze nie zdawałam sobie sprawy, że potrzeba mi będzie wiele szczęścia. I chyba je miałam. Jechałam do przyszłego szwagra, który dopiero dzień wcześniej znalazł dla nas lokum u kolegi z pracy. Sam mieszkał wcześniej na budowie, gdzie pracował. Z kolegami urządzili sobie jeden pokój. Śmiał się, że gdyby trzeba było, to i dla mnie znajdzie się tam miejsce. Ta wizja śmiertelnie mnie przerażała, ale bilet kupiony, więc jeśli nie byłoby wyjścia, nocowałabym i tam.

Moja walizka wyglądała jak dzisiejsze podręczne, ale mieściło się w niej wszystko co najważniejsze. Znajomość języka, taka jak u kogoś po dwóch miesiącach nauki. Oczywiście słownik, rozmówki i notatki. Trzeba uczyć się dalej. Ostatnie machnięcie ręką i w drogę.

Dwadzieścia siedem godzin później stanęłam na dworcu z przekonaniem, że zapas łez skończył się na dobre. Och, jak strasznie się myliłam. Wystarczyło, iż zobaczyła twarz Krystiana, a myśl, że przez kilka najbliższych miesięcy nie zobaczę Kacpra i reszty, ogarnęła mój umysł. Rozbeczałam się na dobre. Telefon do domu, jaki wykonałam chwilę potem jeszcze bardziej rozedrgał wszystkie struny zamiast stać się balsamem dla tęskniącej duszy. Miałam ochotę cofnąć się, przeprosić za kłopot i wrócić tym samym autokarem. Tylko, że miałam bilet w jedną stronę, a świadomość, że zawiodłabym wszystkich paradoksalnie dodawała mi sił.

Idąc ulicami nieznanego miasta myślałam tylko jakie ono brzydkie. Podejrzewam, że gdyby to był gaj oliwny, również widziałabym w nim zarośniętą dżunglę. Nie chciałam tam być i już! Ale byłam i miałam zostać do końca roku, czyli dziewięć miesięcy. Krystian, jako starszy brat, przejęty z posagiem od narzeczonego, starał się bym nie widziała wszystkiego w czarnych barwach. Nawet pogoda się postarała i piękne słońce uciekało co jakiś czas chmurom. Wsiadając do miejskiego autobusu, który swoją wysokością raczej odstraszał niż zachęcał wiedziałam, że trzeba wytrzymać. Kilka dni i będzie lepiej.

Nigdy nie byłam rasistką, ale możliwe, że moje wgapianie się w ludzi o innym kolorze skóry czy ubraniu tak zostało odebrane. Ale tej egzotyce nie dało się oprzeć. Ciekawość, jakiej jeszcze nie zaznałam wodziła moimi oczami wbrew rozsądkowi. Wszystko było takie nowe i po części już zaczynało odwracać moją uwagę od smętnych myśli. Jednak nie na długo. Wystarczyło podejść pod dom, w którym mieliśmy mieszkać. Nieciekawa ulica z budynkami, które swoje świetność przeżywały lata temu. Gdyby były odnowione, byłyby piękne i chyba ten widok zniszczenia raził najbardziej. Idąc ulicą modliłam się, by to nie było tu, albo przynajmniej żeby dom wyglądał względnie. A tu drzwi, z których farba już dawno odpadła, prowizoryczny schodek z pustaka i te wielkie brudne szyby, zaciągnięte od środka szarymi zasłonami. Moje myśli również takie były. Szare, czarne, zwyczajna ciemność.

Cokolwiek odwracało moją uwagę prysło. Słowa Krystiana, że to fajny dom, odebrałam jako jedno wielkie oszustwo i weszłam do środka nie przewidując nawet, że może być gorzej. Tylko że Krystian do tej pory mieszkał w spartańskich warunkach, więc każde miejsce inne niż z dziesiątką chłopa na kilkunastu metrach kwadratowych było dla niego lepsze. A księżniczka niech nie wymyśla!

Uśmiechnięte twarze współlokatorów nie poprawiły humoru. Dziś myślę sobie, że naprawdę mogli pomyśleć o mnie jak o księżniczce, co to głupia nagle wszystkim zniesmaczona. Przecież wiedziałam gdzie jadę, wiedziałam na co się decyduję. Jednak w Polsce wszystko wyglądało w różowych barwach. Tu nagle tak bardzo wyblakło. Usiadłam cicho w przydzielonym nam pokoiku i ponownie rozryczałam się żałując, że kiedykolwiek żartowałam ze „szwagrem” o moim przyjeździe tutaj. Żart zmienił się w koszmar. Pokoik z dwoma łóżkami, szafą i z zapiaszczoną wykładziną od ściany do ściany, był zwyczajnie brzydki. Ale to nie brzydota mnie odstraszała, tylko smród stęchlizny wydobywający się niewiadomo skąd. Kilka dni później odkryłam jego przyczynę. Cała piwnica wypełniona była po brzegi wodą. Między nią, a moim pokojem były tylko deski. Prawie jak dom na wodzie. Cud, miód i malina.

W domu jak się okazało było nas siedmioro. Ja, Krystian, Damian, jego brat Robert i jego dziewczyna Kaśka, Mareczek oraz Zdzisław vel starszy pan, jak na niego mówiłam, ojciec dziewczyny Damiana, która została w Polsce. Ciekawa była z nas kombinacja. Nietypowa wręcz bym rzekła, ale cokolwiek by nie mówić, byłam im wdzięczna, że nas przygarnęli i w dodatku do czasu znalezienia pracy nie musiałam płacić za pokój. Super!

Mareczek wczuwając się w rolę gospodarza przyszedł z fajką w zębach i rozsiadł się na moim łóżku. Ja siedziałam na posłaniu Krystiana, w myślach wpychając tego śmierdzącego papierosa Mareczkowi do gardła. Jego przylizane włosy, braki w uzębieniu i biała obcisła koszulka odsłaniająca długie, chude ręce, z lekka mnie wystraszyły. Sprawiał wrażenie kogoś bardzo pewnego siebie, żeby nie rzec cwaniaka i uśmiechał się luzacko informując mnie o przeróżnych rzeczach, z których kompletnie nic nie zapamiętałam. Rozsadzała mnie złość, że kopci w i tak śmierdzącym już pokoju, który maił stać się moją sypialnią. Skąd zebrałam w sobie odwagę by powiedzieć mu, żeby zgasił fajkę, albo z nią wyszedł, nie wiem. Obdarzył mnie zdziwionym spojrzeniem, po czym potulnie zrobił o co poprosiłam. Wiedziałam już kto nie będzie mnie lubił. Nie pomyliłam się, ale na złą sławę u Mareczka zasłużyć miałam sobie trochę później.

Tak miną mi pierwszy dzień na ziemi obiecanej. Sobota, 18 marca 2005 roku, kraina marzeń i cudów.

Następnego dnia „szwagier” zabrał mnie na miasto. Wychodząc z domu w duchu bluźniłam, że gdziekolwiek chce mu się ruszać, ale Krystian wiedział co robi. Raz, nie myślałam o tym co mnie dołowało, dwa, dał mi do zrozumienia, że następnego dnia będę musiała radzić sobie sama, bo on od rana do wieczora siedzi na budowie. I kolejny raz myśl, która powinna jeszcze bardziej mnie pogrążyć dała mi siły, by walczyć o jutro, bo właśnie tym był ten wyjazd. Z kluseczki jaką zawsze byłam musiałam stać się kimś, kto z niczym Bear Grylls ze „Szkoły przetrwania” radzi sobie w każdych warunkach. Acha, już to widziałam.

Nasza wycieczka zaczęła się od miejsca, gdzie mogłam kupić bilet miesięczny. Czy był mi potrzebny, tego miałam się dowiedzieć w poniedziałek, bo to tego dnia czekał mnie telefon do dziewczyny, co to takim pszczółkom jak ja załatwiała pracę w zamian za określoną sumę pieniędzy. Sam numer do niej kosztował Krystiana kilka piw i sporo godzin proszenia. Z „Gmpte online” zabrałam wszelkie rozkłady jazdy autobusów. Było tego z kilkadziesiąt numerów. Ten fakt posiadania podnosił na duchu. Następnie pokręciliśmy się po Piccadilly z obowiązkową wizytą w Primarku, gdzie sklepowymi arteriami przemierzali wzdłuż i szerz ci szczęściarze, co to mogli wydać kilka funtów na ciuchy czy buty. Ja mogłam o tym co najwyżej pomarzyć.

Ostatnim punktem był sklep sieci X, w którym zaopatrywali się wszyscy z naszego domu. Pamiętam moje pierwsze zakupy. Biały chleb, tak bardzo różny od polskiego, czekolada, płatki i sok, który okazał się być koncentratem i bez rozcieńczenia nie dało się go wypić, chociaż słyszałam o śmiałkach, którzy tego próbowali. Zaglądałam tam, dopóki nie zobaczyłam leżącego szczura koło wejścia. Nie żeby w innych miejscach szczurów nie było, ale widzieć, a wiedzieć to duża różnica. Kilka miesięcy później sklepu już nie było. Czy przyczyną był szczur? Nie sądzę.

Wróciłam zmęczona. Krystian przyzwyczajony do wysiłku tylko się uśmiechał słysząc narzekania na ból pleców. Kuchnia, miejsce spotkań wszystkich, była pusta. Zrobiłam sobie kanapkę, herbatę i szybko wróciłam do pokoju. Mareczek mignął mi w przejściu z ospałym spojrzeniem. Dowiedziałam się później, że dostał zakaz zbliżania się do mnie od „szwagra”. Po naszej pierwszej rozmowie, chyba sam by tego nie chciał.

Kilka godzin spędziłam na przeglądaniu książki od

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych