Na kocią łapę
"Pan Kot był przystojnym mężczyzną w średnim wieku - jeszcze nie starym, ale młodym też już nie. Na oko liczył sobie lat trzydzieści cztery, trzydzieści pięć." Krótka, dziwna, nieco absurdalna historyjka.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pan Kot był przystojnym mężczyzną w średnim wieku - jeszcze nie starym, ale młodym też już nie. Na oko liczył sobie lat trzydzieści cztery, trzydzieści pięć. Chodził dostojnym, wolnym krokiem i nosił się bardzo elegancko. Miał granatowy surdut, pod nim granatową kamizelkę, białą koszulę - zawsze czystą i odprasowaną - i czarną muchę pod szyją. Na głowie - granatowy melonik. W ręce laseczka z pozłacaną gałką. Pan Kot był elegancki, a przy tym ekstrawagancki. Nosił monokl bez szkiełka - ot, bo ładnie wyglądał, a korekcji wzroku bynajmniej nie potrzebował. Nie miał jednak rękawiczek, co mogło dziwić u tak dystyngowanej osoby. Nie posiadał ich jednak z przyczyn praktycznych, ilekroć bowiem choć trochę się rozeźlił albo przestraszył, zupełnie niechcący darł je na strzępy. Z tego samego powodu nie nosił butów. Zniszczył zbyt wiele drogich lakierków. Pan Kot nie nosił również spodni. Nie z usilnej potrzeby ekstrawagancji ani dlatego, że się pruły. Po prostu ogon się w nich nie mieścił. Pan Kot był bowiem... cóż... to chyba dość oczywiste - kotem. Miał ładne, puszyste, szare futerko - zawsze czyste i wypielęgnowane. Miał gęstą, prążkowaną kitę. Zielone oczy z pionowymi źrenicami, cienkimi jak szpilki za dnia, wielkimi jak talerze nocą, i szpiczaste uszy. Długie wąsiska i ostre kły. Cztery białe łapy i wysuwane paznokcie. Wrażliwy, różowy nos i godny podziwu zmysł równowagi. Jeżył się i syczał, jeśli się bał albo rozeźlił. Bycie kotem co prawda wyróżniało go na ulicy, ale bynajmniej nie utrudniało życia w mieście. Pan Kot co prawda mieszkał nieco na uboczu, w swoim małym domku, ale żył i zarabiał, jak każdy. Pracował w banku, na wysokim stanowisku, przybijał stemple i podpisywał eleganckim wiecznym piórem. Kręcił wąsem na nieporadność i niesumienność podwładnych i czasem z trudem powstrzymywał się, by nie podrapać namolnego petenta. Po pracy zaś szedł do domu dumnym, dostojnym krokiem - na dwóch łapach, nie czterech - z dumnie wyprężoną piersią, wciągniętym brzuchem, nieco zarzucając przy tym biodrami i wywijając laseczką. Zerkał z ukosa na świat przez monokl bez szkiełka. Wywijał puszystym ogonem. Pan Kot mieszkał sam. Nie miał dzieci i nie było żadnej Pani Kotki. - Dzieńdobry panu, panie Kocie! Pan Kot zatrzymał się i nieco zjeżył. Mimo opanowania, jakim się cechował, i charakterystycznej, kociej swobody, zdarzały się sytuacje, które wprawiały go w zakłopotanie. Doskonale radził sobie z niesubordynacją i nahalnością w pracy. Umiał zbesztać albo wyprosić. Potrafił być twardy i stanowczy. Gdy trzeba było, pokazał pazur. Doskonale radził sobie w gronie mężczyzn, z których żaden nie miał ogona ani futerka, i - choć miał jako taką świadomość swojej odmienności - nigdy nie czuł się gorszy. W niezmienne zakłopotanie natomiast wprawiały go kobiety - ich towarzystwo, sama ich obecność. Czuł się dziwnie i niezręcznie. Ogarniało go tysiąc uczuć, których nie obejmował i nie rozumiał. Gubił się w nich, skutkiem czego wpadał w gniew. Pazury wysuwały się samoczynnie. Pan Kot zdjął melonik i przeciągnął białą łapą po zjeżonych włosach na głowie. - Dzieńdobry - odparł swym tubalnym głosem. Kasia była prostą mieszczką z niezamożnej rodziny. Pan Kot widywał ją czasami, to tu, to tam, jak to bywa w małych miasteczkach, gdzie wszyscy się znają - jedni lepiej, drudzy mniej. Pan Kot wiedział o Kasi tyle, co widział przed sobą. Ot, młoda dziewczyna, może już pełnoletnia, może jeszcze nie. Cicha, skromna, w szarej sukience, z włosami splecionymi w kok - jak przystoi młodej, porządnej dziewczynie. Zasłyszał jej imię. Czasem ich spojrzenia spotkały się na chwilę, gdy minęli się przypadkiem na ulicy. Czasem ukłonili się sobie. Nic więcej. Pan Kot zdziwił się, gdy Kasia tak po prostu do niego podeszła i przywitała się z nim, a zaskoczyło go jeszcze bardziej to, że nie pobiegła od razu dalej. Nie. Zatrzymała się przy nim, a gdy poszedł dalej - podążyła za nim, zrównała z nim krok i szła obok niego. Wyraźnie się rumieniła. Możliwe, że pan Kot również się spłonił, choć nie sposób było tego stwierdzić. Z całą pewnością zaś zjeżył się a pazury wyjrzały spod białego futerka na kocich łapach. Pan Kot szedł spokojnie w stronę domu. Tam zmierzał i nie zamierzał nigdzie zbaczać. Nie uciekał, choć dziewczyna cały czas szła tuż przy nim. Milczała. Nie odezwała się ani słowem. Szła niepewnie drobym kroczkiem, zalana soczystym rumieńcem. Wtem chwyciła białą, kocią łapę w obie dłonie i z przejęciem spojrzała w zielone oczy z pionowymi źrenicami, cienkimi jak szpilki. - Kocham pana, panie Kocie! - rzekła cicho z powagą. Pan Kot zjeżył się jeszcze bardziej, i mimochodem wyszczerzył zęby i syknął. Dziewczyna wzdrygnęła się. Puściła kocią łapę. Patrzyła na pana Kota wielkimi jak talerze oczyma. - Przepraszam - burknął ten, zakłopotany. - Instykt, rozumiesz... Niezależny ode mnie. - Nic nie szkodzi - odparła Kasia. - Zły pan jest na mnie? - spytała, zatroskana. - Pfff... - westchnął pan Kot, szukając słów. - Nie, nie, chyba nie ma za co. Zaskoczyłaś mnie, to wszystko. - Ale co pan na to? - Na co? - No... Ja pana kocham, panie Kocie... - To... hmm... miłe... - A pan? - Co ja? - No... Czy pan mnie kocha? Pan Kot zadumał się przez dłuższą chwilę. - A powinienem? - Wypadałoby - odparła Kasia niepewnie. - A przynajmniej ja bym bardzo tego chciała... - No dobrze, powiedzmy, że się zgadzam. Kasia wstrzymała oddech. Zastąpiła drogę panu Kotu i ponownie ujęła jego białą łapę w dłonie. - Ożeni się pan ze mną? - spytała, wbijająć w niego przenikliwe spojrzenie lśniących z przejęcia, brązowych oczu. - Drogie dziecko, czego ty ode mnie oczekujesz? - zdziwił się pan Kot. Przekrzywił nieco głowę i spoglądał na dziewczynę z ukosa. - Chcę za pana wyjść, pani Kocie. - Wyjść za mnie, i co? - spytał ten. Zmierzwił brwi. Wąsiki drżały mu niepewnie. Cała ta rozmowa wprawiała go w niezmierne zakłopotanie. - Wyjść za mąż... No, wziąć śłub, tak ładnie i hucznie, a potem zamieszkać razem, być razem, mieć dzieci, wychowywać je... - Droga Kasiu, ile ty masz lat? - Siedemnaście i pół. - No widzisz, to ja bym mógł być twoim ojcem - stwierdził pan Kot, i trochę było w tym racji, choć też nie do końca, bo kot nie mógł być ojcem człowieka, chyba że w mniemaniu jakiegoś szalonego naukowca. - Ale pan nie jest. Ja już papę mam, i mój ojczulo to na pewno mój ojczulo, bo takie same oczy mamy. A mama, po której mam włosy i uśmiech, mówi mi, że już czas do żeniaczki, bo lada chwila będę za stara i żaden mnie nie zechce. - Ale... Ale... - dukał pan Kot, gesykulując rozpaczliwie dłońmi, szukając argumentów. - No, to tak nie można... To nie tak... Kasia usunęła mu się z drogi, i gdy ruszył wolnym krokiem, szła krok w krok z nim. Oboje milczeli i każde z osobna oddawało się zadumie. - Czemu? - spytała dziewczyna w końcu. - Nie jest nam pisane. - Czemu? Zła jestem? Brzydka? Głupia? Nie dość dobra dla pana? Biedna, szara myszka, czy tak? Pan Kot mimochodem oblizał wargi na to ostatnie zdanie. - Piękna. Mądra. Trochę naiwna i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MFitzner
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…