Naiwności
Wieczór to dobry czas do obserwacji
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przed szkołą stało kilkanaście osób podzielonych na kilkuosobowe grupki. Do grupki Bartka należał jego kumpel, Łukasz i dwie koleżanki. Wszyscy chodzili do jednej klasy. - Nie idę – odmówiła patrząc przed siebie. – Muszę iść do domu i odrabiać lekcje. Matka każe. Była środa, a w środy lekcje kończyły się bardzo wcześnie. Chłopaki chcieli iść na piwo i po prostu pogadać. Ola była najlepszą uczennicą w klasie. Zawsze miała notatki w zeszytach, była przygotowana na każdą lekcję, nigdy nie opuszczała klasówek. - Chodź. Na godzinkę – namawiał ją Bartek. – Mama nawet nie zauważy, że wróciłaś później. – Mówisz o tym cerberze, który każdego dnia stoi w przedpokoju z planem lekcji w ręku? – rzuciła za siebie odchodząc szybkim krokiem. - Ja też już muszę iść – dodała Kinga, druga koleżanka. – Mam korki z francuskiego – i odeszła równie szybkim krokiem. - No i chuj – Bartek i Łukasz spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Ściągnęli wargi i pokiwali głowami. To była ich mina. Dzień był ładny, wiosenny. Dopiero dochodziło południe. O tej porze ulice Radomia nie są zupełnie puste, ale nie jest też ciasno. Można swobodnie iść i rozmawiać. Ruszyli przed siebie i rozmawiali na tematy przedmaturalne, a już postudniówkowe, naiwne, a jak ważne dla nich. Mijali ludzi, którzy nie zwracali na nich uwagi. Kierowali się w stronę Tanka, baru, którego jedyną klientelą byli uczniowie liceów. Trzy małe stoliki, brudna, obskurna toaleta i stary, trzeszczący telewizor. Do tego piwo po dwa pięćdziesiąt i papierosy na sztuki. To tłumaczyło pewną pozycję lokalu na rynku. Zamówili dwa piwa i usiedli przy stoliku obok drzwi. Zazwyczaj tam nie siadali, ale tym razem nie mieli nic przeciwko. Dobrze było czuć wiosnę, która wlewała się z ulicy do tego bunkra. Ściągnęli po łyku ze swoich szklanek i rozłożyli się wygodnie na drewnianych ławkach. Facet za barem, właściciel knajpy, tęgi, obficie zarośnięty grubas z brodą sięgającą klatki piersiowej i włosami spadającymi na łopatki pucował szklanki. Nigdy nie mógł ich doczyścić. A może nie chciał. Ciągle łypał to w telewizor, to na gości okupujących jego teren. Ten gość musiał mieć dobre podejście do młodzieży. Rozmawiali o zbliżających się egzaminach i planach na przyszłość, trudach nauki i trudach młodzieńczych miłości, obawach i złudzeniach, które niebawem miały rozpłynąć się w codzienności.- - Nie nadaję się do roboty – mówił Łukasz. – Nie wyobrażam sobie tyrać pięć albo sześć dni w tygodniu, od ósmej do szesnastej. Do nie dla mnie. - Ja też. Ale ciekawe co będziesz robił. - Nie wiem, do interesów też nie mam głowy. Nie to co ty. - Ale do picia masz – uśmiechnął się Bartek. Stuknęli się szklankami i ściągnęli po dwa głębsze łyki. W tym czasie chłopak, który siedział z drugiej strony małej salki z trzema koleżankami zapalił papierosa. - Nie znoszę tego smrodu – powiedział Łukasz ściągają usta i brwi. Bartek znał tę minę. - Ja też. Nigdy nie będę jarał. Mam swój kręgosłup. Nigdy nie dam go sobie połamać. Chyba, że czasami, na imprezie… - Chyba że. Kiedy będę szedł na imprezę, kręgosłup schowam do szafy. Rozmowa nie była najważniejsza. Chcieli po prostu wypić legalnie już kupione piwo i pójść do domu. Nagle do baru weszło trzech gości ubranych w szare dresy i sportowe buty. Byli już mocno wstawieni. Zamówili po setce wódki i małą butelkę koli na przepitkę. Usiedli przy stoliku, który jedyny z trzech stanowiących całe umeblowanie sali, pozostał wolny. Od razu, bez słowa wypili wódkę i oparli się łokciami o blat stołu. Rozmawiali bardzo głośno, właściwie pokrzykiwali. Obleśny grubas za ladą nie zwracał na nich uwagi. Musiał ich znać. Bartek z Łukaszem starali się nie zwracać na nich uwagi. Zerknęli w ich stronę parę razy z ukosa i postanowili się nie odwracać. Mówili o dziewczynach, które chcieli tutaj przyprowadzić. Uczyły się bardzo dobrze i były ładne. Przykładne licealistki, które marnowały czas na wkuwanie na pamięć notatek z lekcji. Znajomych mały mało i rzadko wychodziły wieczorami. Chłopaki ostatnio widzieli je na zabawie kilka miesięcy temu. Na studniówce. - Niech się uczą – odezwał się Bartek. Miał specyficzną wymowę. Kiedy dochodził do ostatnich wyrazów, zniżał głos i przeciągał sylaby. - Chuj tam z tym paskiem. - Jakim paskiem? - Czerwonym. Co roku mają. - Ja nigdy. - Ja też – zaczęli się śmiać. Kończyli już swoje piwo. Patrzyli za okno, przed którym nieustannie przechodzili ludzie. Mieli porozpinane kurtki i płaszcze. Wiosna była piękna tego roku. Nagle od strony stolika, przy którym siedziało trzech chłopaków w dresach, zaczął płynąć dziwny zapach. Łukasz pociągnął znacząco nosem i spojrzał na Bartka. Ten odwrócił się dyskretnie. Nad trzema łysymi głowami unosiła się biała chmura. Pomyślał, że to papierosy, ale zapach dymu nie odrzucał jak swąd oparów nikotynowych. Zapach był słodki i delikatny. Chyba nawet przyjemny. - To zioło – powiedział Bartek. Jego twarz wyrażała coś dziwnego. Strach, pogardę i jednocześnie lekkie, nie dominujące podekscytowanie. Łukasz spojrzał na stolik, nad którym unosiła się biała chmura. Trzej łysi podawali sobie z ręki do ręki coś białego, po czym przykładali to do ust. Palili skręta. - Wychodzimy. Nie chce mieć z tym nic wspólnego. - Idziemy. Pierdole. Podnieśli się, spojrzeli na faceta stojącego za ladą i na tamten stolik. Nikt z siedzących przy nim się odwrócił. Barman-właściciel pucował niedomyte szklanki. Wyszli na ulicę i skierowali się w kierunku głównego deptaka. Minęło tylko pół godziny i niewiele na nim się zmieniło. Mężczyźni z teczkami, kobiety z torebkami i baby z siatami. Oni na ramionach dźwigali puste plecaki. Przed bramom, w której była mała piekarnia uścisnęli sobie dłonie i rozeszli się w przeciwne strony. Łukasz zawsze wracał ze szkoły deptakiem. Patrzył na ludzi i na witryny sklepowe. Tego dnia trotuar wydawał mu się dziwnie nierówny. Czuł, że wystające z niego kamienie wbijają mu się w stopy. Zbiera się na burze – pomyślał spoglądając dla odmiany w niebo i przyśpieszył kroku. Chmury gęstniały szybko. Zerwał się porywisty, zimny wiatr. Łukasz zdziwił się tym i rozejrzał się wokół. Deszcz już zaczynał padać, ludzie zaczynali truchtać. Niektórzy chowali się w bramy, inni rozkładali parasole. Łukasz zaciągnął kaptur. Nie było w tym nic dziwnego. Burze zdarzają się każdej wiosny.
II
Radom to dziwne miasto – pomyślał wysiadając z autobusu. Przystanek był pusty. Latarnie rzucały pomarańczową poświatę na zaplute ulice zasypiającego miasta. Idąc do Rosy minął tylko kilku śpieszących się gdzieś przechodniów. Szli przed siebie ze spuszczonymi głowami. Jakby patrzyli czy równo przebierają nogami. Łukasz doszedł na umówione miejsce kilka minut za wcześnie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po papierosa. Zaciągnął się i obserwował nie zamykające się drzwi baru. Spędził ostatnie trzy lata w Warszawie i teraz czuł się jak w zapuszczonej prowincji. Po dwudziestej tylko w kilku miejscach w Radomiu można odnaleźć ślady życia. Po kilku minutach zjawił się Bartek. Przywitali się ściskając i klepiąc po plecach. Bartek był dużo wyższy i musiał się schylić. - Chłodno, co mistrzu? – zapytał ochoczo Bartek zasuwając kurtkę. Rzeczywiście, wieczór był zimny. Niebo było przykryte ciężkimi chmurami. Co chwilę pokropywał deszcz. - Trochę. Co robimy? - Po drinku, nie? - A jak – chyba trochę zbyt głośno odpowiedział Łukasz. Zrobili minę, którą dobrze pamiętali sprzed trzech lat. - A może najpierw? - Ale gdzie? Później, u mnie w domu. - Gdzieś w bramie. Dawaj. Ruszyli na poszukiwanie pustej i ciemnej bramy. Przeszywali opustoszały deptak szybkim krokiem. Tylko przed sklepami stały niewielkie grupki. Kawiarnie i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tomaszglowacki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…