Nankin - chiński Wołyń. Filmowe wizje masakry
Na przełomie 1937 i 1938 roku japońscy żołnierze wymordowali 300.000 Chińczyków. Metody, którymi się posłużyli, były identyczne jak metody banderowców.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Uwaga! W niniejszym artykule znajdują się opisy drastycznych tortur i egzekucji. Kontakt z tego typu treściami nie jest wskazany dla osób o słabych nerwach. Poruszana tematyka nie nadaje się również dla dzieci.
Rzeź wołyńska
Od kilku lat dużo się w Polsce mówi o rzezi wołyńskiej, czyli antypolskiej czystce etnicznej, której dokonali działacze Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Masowa zbrodnia zaczęła się na początku 1943 roku, a zakończyła dopiero dwa lata później. Podstawowe informacje na temat ludobójstwa można znaleźć w broszurze Instytutu Pamięci Narodowej zatytułowanej “1943. Zbrodnia wołyńska. Prawda i pamięć”[1]. Według tego źródła, ukraińscy nacjonaliści dążyli do wymordowania polskiej mniejszości narodowej, która stanowiła 10-12% mieszkańców Wołynia i nie miała realnego wpływu na losy regionu. Bojówkarze OUN-UPA, którymi niejednokrotnie zostawali proniemieccy kolaboranci mający już na sumieniu udział w Holocauście, prowadzili swoją “akcję” z wyjątkowym okrucieństwem. Zabijali ludzi m.in. za pomocą wideł i siekier. Znaczną część ich ofiar stanowiły kobiety, dzieci i starcy (łącznie zginęło około 100.000 osób). Dr Aleksander Korman opublikował w czasopiśmie “Na Rubieży” (nr 35, 1999 r.) listę przerażających tortur stosowanych przez ukraińskich ekstremistów[2]. Wspomniał o dekapitacjach, obcinaniu nosów, odrąbywaniu rąk, rozcinaniu brzuchów i innych barbarzyństwach.
Masakra nankińska
Podobna hekatomba miała miejsce kilka lat wcześniej w chińskim Nankinie. Wydarzenie, które przeszło do historii jako masakra nankińska lub gwałt nankiński, zostało opisane w książce “Pekin - Szanghaj - Nankin 1937-1945” Michała Klimeckiego[3]. Sprawcami zbrodni byli japońscy okupanci, faszyści na usługach Imperium Słońca. Wszystko zaczęło się 4 grudnia 1937 roku, kiedy Japończycy przystąpili do szturmu na Nankin. Miasto zostało zdobyte osiem dni później. Przerażeni ludzie, którzy rzucili się do ucieczki, zostali ostrzelani przez samoloty wojskowe. Już wtedy straciło życie ponad 40.000 osób. Jeńcy wojenni stali się dla Japończyków eksperymentalną próbką, na której ćwiczono obcinanie głów, rozpruwanie brzuchów, podrzynanie gardeł, kłucie bagnetami itd. Szacuje się, że w ten sposób zgładzono także 20.000 mężczyzn zdolnych do służby wojskowej. Ciała zabitych wrzucano do jam, dołów i zbiorników wodnych. 13 grudnia najeźdźcy “zajęli się” niewinnymi mieszkańcami śródmieścia. Posłużyli się takimi metodami, jak dekapitacje, brutalne gwałty, wyrywanie języków, wydłubywanie oczu, duszenie, wieszanie czy odcinanie różnych części ciała. Rzeź, która trwała “tylko” do stycznia 1938 roku, pochłonęła 300.000 ofiar. Trzy razy więcej niż na Wołyniu[4].
Miniprzegląd filmowy
Pozwolę sobie zaprezentować trzy filmy fabularne poświęcone tragedii nankińskiej. Filmów takich jest, oczywiście, więcej[5]. Poniżej znajdują się opisy tylko tych produkcji, które miałam okazję obejrzeć. Nie napiszę, że życzę Czytelnikom miłej lektury i przyjemnych seansów, gdyż byłoby to niestosowne w kontekście poruszanej problematyki.
Tytuł oryginalny: “Jin ling shi san chai” Tytuł międzynarodowy: “The Flowers of War” Tytuł polski: “Kwiaty wojny” Reżyseria: Yimou Zhang Produkcja: Chiny, Hongkong (2011)
Dramat wojenny “Jin ling shi san chai”, znany na świecie pod tytułem “The Flowers of War”, to dzieło nakręcone z ogromnym rozmachem. W film zainwestowano 94 miliony dolarów, co zaowocowało rozwiązaniami realizacyjnymi rodem z hollywoodzkich superprodukcji. Główną rolę w dramacie zagrał zresztą hollywoodzki aktor: Christian Bale (warto wiedzieć, że jako dziecko wystąpił on w filmie “Imperium Słońca” mówiącym o japońskich obozach dla internowanych w Szanghaju). “Kwiaty wojny”, chociaż będące tworem chińsko-hongkońskim, sprawiają wrażenie, jakby były adresowane do publiczności zachodniej. Nie chodzi tutaj tylko o formę, ale również o treść i obraz świata. Dzieło opowiada o losach Amerykanina, odwołuje się do zachodnich wartości, a główny bohater wręcz wymaga od Chińczyków i Japończyków, żeby mówili po angielsku. Trudno nie zauważyć, że jest to film o ratowaniu żółtych przez białych, a nad wszystkim unosi się duch chrześcijańskiego miłosierdzia i oświeceniowego humanizmu. Sposób, w jaki ukazano zagładę Chińczyków, jest niezwykle podobny do sposobu, w jaki ukazuje się Holocaust w filmach o drugiej wojnie światowej. Wizja japońskich żołnierzy - zwłaszcza dystyngowanych oficerów - przypomina zaś wizję hitlerowców.
Problematyka “Jin ling shi san chai” koncentruje się na sytuacji kobiet i dziewcząt w okupowanym mieście oraz na funkcjonowaniu Międzynarodowych Stref Bezpieczeństwa. Według różnych źródeł, w trakcie masakry nankińskiej zgwałcono od 20 do 80 tysięcy kobiet. Ofiary, w tym staruszki i małe dziewczynki, były później okaleczane i zabijane. Janice Anderson, Anne Williams i Vivian Head, twórczynie książki “Rzezie, masakry i zbrodnie wojenne od starożytności do współczesności”[6], piszą, że Japończycy gwałcili nawet ciężarne matki, a później wyrywali płody z ich macic. Zdaniem tych samych autorek, japońscy najeźdźcy zmuszali również do gwałtów miejscowych mężczyzn. Przykładowo, kazali ojcom gwałcić córki. Anderson, Williams i Head informują, że jedynymi miejscami, w których Chinki i Chińczycy mogli czuć się nieco bezpieczniej, były Międzynarodowe Strefy Bezpieczeństwa zakładane przez (nielicznych w Nankinie) białych misjonarzy i inteligentów. Film “Kwiaty wojny” nawiązuje do tych dwóch wątków tragedii. Na początku dzieła poznajemy grupę dziewcząt w wieku 12-13 lat. Są to uczennice szkoły katolickiej, które jeszcze do niedawna mogły liczyć na pomoc swojego opiekuna, europejskiego księdza. Niestety, zginął on od japońskiej bomby.
W przykatedralnej szkole zostały już tylko one i młodziutki parobek. Dzieci czują się bezradne, ale ich ciężki los się odmienia, kiedy do katedry przyjeżdża amerykański grabarz wynajęty do pochowania duchownego. Swobodny, szelmowski Amerykanin okazuje się pospolitym pijaczkiem, a w dodatku totalnym antyklerykałem. Jest on jednak białym człowiekiem, którego bystry parobek postrzega jako ostatnią deskę ratunku. Nieoczekiwanie przed bramą kościoła zjawia się grupa prostytutek. Kobiety, dla których zabrakło miejsca w specjalnym obozie, szukają schronienia w świątyni. Dzieci okazują im dużo pogardy. Próbują nawet je wygonić, ale one siłą wpraszają się na teren katedry. Tymczasem Amerykanin nie ma nic przeciwko ich obecności. Z jedną z nich zaczyna nawet flirtować. Chcąc zrobić na niej wrażenie, dla żartu ubiera się w sutannę. Niespodziewanie katedra zostaje zaatakowana przez Japończyków. Grabarz, wykorzystując swoje przebranie, podaje się za duszpasterza i rozkazuje żołnierzom opuścić kościół. Uczennice, parobek i prostytutki błagają mężczyznę, żeby z nimi został i dalej ich bronił przed japońskimi żołnierzami. Robotnik dość niechętnie spełnia ich prośbę. Rola księdza staje się jego drugą tożsamością. Fałszywy duchowny zostaje obrońcą uciśnionych…
“The Flowers of War” to produkcja dobra, wzruszająca i godna obejrzenia. Chociaż kopiuje hollywoodzkie schematy, przykuwa uwagę odbiorcy i nie pozostawia go obojętnym na losy bohaterów. Film doskonale oddaje rozpacz i desperację ludzi uwięzionych w mieście-pułapce. Wizja przerażonych cywilów, chowających się we wszystkich możliwych zakamarkach, przywodzi na myśl Żydów szukających kryjówki przed Niemcami. Ogromne wrażenie robią sterty trupów leżące na ulicach. Trzeba jednak zaznaczyć, że dramat “Jin ling shi san chai” ukazuje dość złagodzony obraz dalekowschodniej hekatomby. Okrucieństwo Japończyków ogranicza się tutaj do strzelania, gwałcenia i kłucia bagnetami. Twórcy dzieła całkowicie przemilczeli problem sadystycznych tortur. Skupili się za to na odwadze, heroizmie, kooperacji i przełamywaniu barier między ludźmi. Kiedy jednostki muszą wzajemnie sobie pomagać, nie ma czasu na uprzedzenia. “Kwiaty wojny” przywracają widzowi wiarę w człowieka. Pokazują, że gdy w grę wchodzi ratowanie bliźnich, nawet pijaczek i prostytutka mogą się wykazać godnością i bohaterstwem. Produkcja spodoba się nie tylko miłośnikom dramatów, ale także koneserom kina militarnego. Zawiera bowiem kilka porządnych scen batalistycznych.
Tytuł oryginalny: “Nanjing! Nanjing!” Tytuł międzynarodowy: “City of Life and Death” Tytuł polski: “Miasto życia i śmierci” Reżyseria: Chuan Lu Produkcja: Chiny, Hongkong (2009)
“Nanjing! Nanjing!” (inne tytuły: “City of Life and Death”, “Miasto życia i śmierci”) to dramat wojenny utrzymany w zupełnie innym stylu niż “Jin ling shi san chai”. Nie jest on tak komercyjny i efekciarski jak opisana wcześniej produkcja. W dziele Chuana Lu nie znajdziemy wartkiej akcji, prostych wzruszeń ani wystrojonych piękności. “City od Life and Death” to film poważny, ponury i skierowany do świadomego, wymagającego odbiorcy. Na to, że jest to produkcja specyficzna, wskazuje już sama jej forma. Twórcy “Miasta życia i śmierci”, w przeciwieństwie do twórców “Kwiatów wojny”, nie zamierzają nas oczarowywać barwnymi witrażami ani krzykliwymi kreacjami aktorek. Film jest bowiem czarno-biały. Ten prosty zabieg, połączony z tematyką oscylującą wokół zbrodni wojennej, jednoznacznie kojarzy się z “Listą Schindlera” Stevena Spielberga. Czerń i biel wyraźnie sugerują, że dzieło dotyczy spraw tragicznych, trudnych do udźwignięcia, związanych z cierpieniem i śmiercią. Daje do zrozumienia, że dla ludzi, którzy tego doświadczali, świat przestał być piękny i radosny. Czarno-biała kolorystyka przypomina również autentyczne zdjęcia z czasów masakry nankińskiej. Oglądając film, widz czuje się, jakby trafił do świata z tych starych fotografii.
Kolejnymi elementami, które odróżniają “Nanjing! Nanjing!” od “The Flowers of War”, są warstwa dźwiękowa i sposób prowadzenia narracji. Dramat Chuana Lu jest pełen ciszy i skupienia. Nie ma w nim zbyt wielu dialogów. Są za to długie ujęcia, w których postacie milczą, a odbiorca stara się odczytać ich myśli i uczucia. Zresztą… Po co bohaterowie mają się wypowiadać, skoro sytuacja, w której się znaleźli, mówi sama za siebie? Chuan Lu przekonuje nas, że masakra nankińska to tragedia, której nie da się wyrazić słowami. I że nie ma sensu o niej dyskutować. Zamiast sporów i komentarzy, wystarczy odrobina zadumy, jak na cmentarzu lub przed tablicą pamiątkową. W “City of Life and Death” znajdziemy długie, przygnębiające sekwencje ukazujące ludzi idących lub czekających na śmierć. Odbiorca nie tylko widzi te sceny, ale również w nich uczestniczy, towarzysząc postaciom w ich ostatnich chwilach. Fragmenty te są niesamowite: pełne cierpliwego smutku, pogodzenia z losem i konfucjańskiej powściągliwości. Ale nie cały film jest cichy i spokojny. Niejednokrotnie słyszymy w nim ludzki płacz, odgłosy strzałów, krzyki rozpaczy. Muzyki w dramacie prawie wcale nie ma. Ta, która się pojawia, mocno przebija się do świadomości słuchacza. Brzmi tak hipnotyzująco…
Twórca filmu zdecydował się przedstawić wydarzenia z dwóch perspektyw. Widz może się przekonać, jak wygląda masakra nankińska widziana oczami japońskich agresorów, a jak - oczami chińskich żołnierzy i cywilów. Chuan Lu przypomina nam, że jedno zdarzenie może mieć różne oblicza. Wszystko zależy od tego, kto jest obserwatorem i analizatorem. Nie należy również zapominać, że japońscy najeźdźcy byli ludźmi. Owszem, dopuszczali się barbarzyństw, ale mieli swoje przeżycia i doświadczenia. Jeśli chodzi o stronę chińską, omawiane wypadki są dla niej piekłem na ziemi. Mieszkańcy Nankinu znajdują się w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia, codziennie stają się świadkami makabrycznych zbrodni, a na dodatek tracą swój dobytek. Wielką traumą jest dla nich każda rozłąka z bliskimi. Czasem rozstania okazują się bowiem rozstaniami na wieki. Co się tyczy strony japońskiej, masakra jest dla niej przede wszystkim przygodą. Polowania na chińskich żołnierzy dostarczają najeźdźcom adrenaliny, a gwałty, tortury i egzekucje pozwalają im się wyżyć. Po akcie bestialstwa oprawcy mogą już się wyluzować: pożartować, potańczyć, pograć w piłkę. Jest jednak Japończyk, który czuje więcej niż inni. Choć uczestniczy w terroryzowaniu miasta, nie jest pewien, czy postępuje słusznie.
Wizja wojennych okrucieństw, zawarta w “Mieście życia i śmierci”, nie jest tak złagodzona jak w “Jin ling shi san chai”. Mimo to, nawet w tym przypadku nie możemy mówić o pełnym odzwierciedleniu problemu. Nie oznacza to bynajmniej, że dzieło Chuana Lu nie potrząsa widzem. Produkcja zawiera mnóstwo szokujących, sugestywnych obrazów. Zobaczymy w niej martwe ciała przybite do słupów telegraficznych, zobaczymy zakopywanie jeńców żywcem, zobaczymy wyrzucanie dzieci przez okno, zobaczymy odcięte głowy wiszące na sznurkach, zobaczymy podpalanie budynków z uwięzionymi w środku ludźmi. Na szczęście, w “Nanjing! Nanjing!” pokazano nie tylko drastyczne zbrodnie, ale także próby ratowania Chińczyków przez przebywających w Nankinie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Natalia Julia Nowak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…