Wróć do katalogu

Nasza miłość jest jak wiatr

Pisane pod wpływem książek J. Wiśniewskiego, co widać, bardzo, niestety

stb333, opublikowano , 19 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Z hukiem zatrzasnęłam stare, prawie spróchniałe drzwi damskiej toalety. Jak zwykle panowały tutaj egipskie ciemności. Po tym, jak ktoś roztrzaskał piłką szybę w małym oknie łazienki, woźny tylko zabił deskami ramę. Od tego momentu minęło już sporo czasu, więc każdy zdążył się przyzwyczaić do zapalania światła mimo dnia. Nikt jednak nie pofatygował się, żeby je zapalić, więc sądziłam, że jestem tutaj sama. Jak bardzo się myliłam... Gdy tylko zaświeciła się naga żarówka, zobaczyłam siedzącą w kącie dziewczynę. Płakała. - Kaśka...? No co ty... - zaczęłam i podeszłam do niej, usiadłam tuż obok mojej najbliższej przyjaciółki. Dopiero wtedy zauważyłam podwinięte rękawy zakrwawionej bluzy i ślady zakrzepłej krwi... Kaśka nie odzywała się, tylko cicho pochlipywała. W ręce mocno ściskała żyletkę. Ze ściśniętej dłoni skapywały czerwone krople. Chciałam wybuchnąć, powiedzieć coś obraźliwego, tak, żeby ją zabolało bardziej niż ta żyletka w ręce... Uprzedziła mnie. - Wiem, że źle robię... To silniejsze ode mnie! - szepnęła, patrząc na mnie błagalnie. Nagły napad złości do niej minął tak szybko, jak się pojawił. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego byłam wtedy tak wściekła... Może dlatego, że tak bardzo nienawidzę współczuć...? A może to tylko tępa bezsilność? Przytuliłam ją. Wyjęłam żyletkę z jej dłoni i sama podwinęłam rękawy swojej sportowej bluzy. - Działa? - spytałam. Sięgnęłam po odłamek cegły, których mnóstwo leżało na podłodze, wzięłam zamach i rzuciłam nim prosto w włącznik. Trafiłam, nie było to trudne. Byłam przecież tego dnia wyjątkowo trzeźwa. Natychmiast zrobiło się ciemno. Kaśka, lekko zaskoczona, odpowiedziała szeptem: - To pomaga nawet bardziej niż dobry psycholog. Uwielbiałam takie odpowiedzi. Szczególnie w jej wykonaniu. Przejechałam ostrzem wzdłuż przedramienia i momentalnie pojawiła się czerwona smuga. Zabolało. Piekło, trochę tak jak po wodzie utlenionej, tylko że znacznie bardziej. Ale ten ostry ból, który poczułam, zdawał się być całkiem przyjemny... Nagle wszystkie moje wątpliwości uleciały gdzieś daleko, myślałam tylko o tej małej ranie. Nie chciałam tamować płynącej krwi, która zaczęła już skapywać na jeans moich starych spodni. Pomyślałam, że jak krew przestanie lecieć, to i ból minie, a nie chciałam tego. Minie ból fizyczny, a wróci ten psychiczny... Było mi dobrze. - Kaśka... Umrę? - spytałam, patrząc mętnym wzrokiem w ciemność. Nie panowałam nad sobą, ten uśmiech pojawił się niezależnie od mojej woli. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ze się uśmiecham. Po raz pierwszy od kilku dni. - Nie umrzesz. Od tego się nie umiera. To daje ulgę. Daj mi żyletkę. Zanim to zrobiłam, nacięłam ostrzem jeszcze dwie linie na przedramieniu. Zapomniałam o wszystkim, o wszystkich wydarzeniach mojego życia, które nie dawały mi spokoju, teraz liczył się tylko ten piekący ból. Czerwony płyn zabarwił już znaczną część moich jeansów, czułam ciepłą wilgotność na łydkach. Trzy zakrwawione ryski niemiłosiernie piekły, ale nie miałam dość. To było wspaniałe! Chciałam trwać w tej wspaniałości jak najdłużej, było mi tak przyjemnie! Po chwili jednak ból ustąpił. Panowała we mnie jakaś pustka, której nie da się opisać. Zupełnie jak po narkotykach. "Na haju" również czułam podobną pustkę, ale była nieco inna od tej. Też dawała ulgę. Po marihuanie zawsze jestem wyjątkowo pobudzona do działania, mam w sobie mnóstwo energii, na tyle dużo, aby zapomnieć o wszystkim, co mnie trapi. Zwykle po jednej porcji "maryśki" nie mogę spać, więc zdarza mi się, że w środku nocy wychodzę do miasta. Tak po prostu ubieram się, po ciemku, żeby nie obudzić nikogo z ośrodka,w którym teraz mieszkam i wychodzę. Spaceruję po ciemnych i pustych ulicach, czasem biegam, aby pozbyć się części tej energii, która mnie wypełnia. Potem nad ranem, zdyszana, wślizguję się pod kołdrę i udaję, że śpię. W rzeczywistości nawet nie myślę o odpoczynku. Pani Joasia, nasza wychowawczyni, myśli, że powodem moich nocnych zadyszek jest astma. Nawet kiedyś chciała wysłać mnie do lekarza z tym problemem. Posłusznie poszłam, nie chciałam, aby dowiedziała się, co mi jest tak naprawdę. Ale po drodze spotkałam Michała... To nagłe wspomnienie spowodowało gwałtowny napływ tego całego bólu, którego pozbyłam się na dobre kilka minut. Wszystko wróciło. Rana już nie piekła. Poczułam niewyobrażalną wściekłość, byłam zła na wszystko dookoła: na Kaśkę, za to, że dała mi tę cholerną żyletkę, na tę łazienkę, jeżeli takie obskurne pomieszczenie jak to można nazwać "łazienką", na zakrwawione przedramię i spodnie, na cały ten niesprawiedliwy świat, a przede wszystkim byłam wściekła na samą siebie! Wstałam z miejsca i szybkim krokiem ruszyłam w stronę drzwi. W progu rzuciłam przerażonej Kaśce: - Trzymaj się, wytrwasz. Wiem, co czuła w tamtej chwili. Przeszłam się trochę i cała złość minęła. Nogi zawiodły mnie nad łąkę, nieco za miastem. Usiadłam na mokrej trawie, wpatrzyłam się w migoczące gwiazdy na tle prawie czarnego nieba. Zaczęłam wspominać.

Do domu dziecka trafiłam dosyć niedawno, bo prawie pół roku temu. Dokładnie w kwietniu. Moi rodzice rozwiedli się, ale żadne z nich nie chciało się mną opiekować. Ojciec pił, matka grała w brydża. Nigdy nie było ich w domu. Matka tylko spała w naszym domu, cały swój wolny czas spędzała u swoich koleżków, łącznie z porami posiłku. Czasem zostawała na noc. Wszystkie domowe obowiązki padły na mnie. Musiałam sprzątać, gotować, prać, prasować i zmywać. Ojciec wieczorami przychodził pijany do domu i często robił mi awantury bez powodu. Nierzadko dochodziło do rękoczynów. Po wszystkim zamykał się w sypialni, a gdy późną nocą do domu wracała matka, ich kłótnie nierzadko budziły mnie ze snu. Prawie zawsze w takich sytuacjach płakałam w ukryciu. Już dawno zaprzestałam prób pogodzenia ich ze sobą. Wreszcie, tuż po Wielkanocy, rozwiedli się. Nie wiem, czy była to dla mnie radość, w każdym razie, kiedy trafiłam do publicznego domu dziecka, czułam coś w rodzaju ulgi. Wszystko było mi wolno. Musiałam jedynie wracać do ośrodka przed 23:00. Jednak właśnie wtedy poznałam Mrówę i jego bandę. Cieszyli się złą sławą wśród mieszkańców naszego miasta. Kradli i sprzedawali samochody i rowery, a za zarobione pieniądze kupowali działki marihuany i amfetaminy. Kiedy Łysy, jeden z członków bandy, wysoki i barczysty chłopak z ogoloną głową, zaproponował mi jedną porcję, wzięłam bez wahania. To było zaraz po tym, jak zamieszkałam w ośrodku. Byłam tak tym zdołowana, że chciałam spróbować wszystkiego, co mogłoby mi pomóc. Pomogło. Tym sposobem zostałam w paczce Mrówy. Odtąd jestem ich "dziewczynką na posyłki", czyli mam wypatrywać najlepszych warunków do kradzieży. Jestem w tym dobra, mam błyskawiczny refleks i szybko biegam, więc gdyby zdarzyła się taka sytuacja, w której ktoś by mnie nakrył, po prostu wieję. Oczywiście początki były trudne: nieraz Mrówa groził mi wyrzuceniem z grupy, a nawet pobiciem...

To było dość dawno, bo dwa miesiące temu. Pani Joasia, niska i tęga kobieta o skręconych blond włosach, wysłała mnie do poradni. Chciała iść ze mną, ale zatrzymały ją pewne sprawy, a ja nie miałam zamiaru objawić całemu światu powodu moich nocnych zadyszek. Szłam więc opustoszałą uliczką, kiedy przypomniałam sobie o mojej zdobyczy... Dzień wcześniej podprowadziłam Łysemu dwie porcje "maryśki". Usiadłam sobie pod rozłożystym klonem i wyciągnęłam z kieszeni kurtki dwa małe woreczki z białym proszkiem. Już chciałam przystąpić do "zażywania", kiedy zobaczyłam, że nie jestem sama. Głośny trzask rozwalanej ławki oznajmił mi, że przybywa moja paczka... Na czele maszerował Mrówa, wysoki i barczysty chłopak z niebieskim irokezem na środku ogolonej głowy, markowymi ciuchami, toną gadżetów i kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Wymachiwał jakimś starym wielkim młotkiem. Było to zapewne kolejne niszczycielskie narzędzie. Byłam ciekawa, kogo chcą załatwić dzisiaj. Błyskawicznie schowałam do kieszeni kurtki woreczki i wyszłam im na spotkanie. - Ho, ho, kogo my tu mamy!!! - zagrzmiał Mrówa. Pozostali nieco się cofnęli. - Mówisz, jakbyś widział mnie po raz pierwszy. - odparłam, co chyba niezbyt spodobało się mojemu zwierzchnikowi. Wykorzystując jego wątpliwy refleks, szybko dodałam: - Czyj łeb znajdzie się pod tym kafarem? - To nie twój biznes. - spojrzał na mnie wrogo. - Jak nie będziesz grzeczna, to może i twój... - Akurat, przy twoim tłuszczu z łatwością ci ucieknę... - tym tekstem to przegięłam, sama przyznaję. Niestety, jeden z woreczków wyślizgnął mi się z kieszeni... Jak mogłam być taką kretynką, żeby schować je tak płytko??? Miałam jeszcze resztki nadziei, że Mrówa tego nie zauważy, ale niestety... Jego wzrok z mojej twarzy przeniósł się na miejsce na ziemi zaraz obok mnie. - A to co...? - spytał podejrzliwie. Jeden z jego fagasów podbiegł, podniósł folię z ziemi i podał ją swemu "władcy". - "Marysia"... Czyje to? - zwrócił się do chłopaków za nim. - Moje. - odpowiedział Łysy, który stał zaraz obok Mrówy, i wyrwał woreczek z jego rąk. Patrzył przy tym na mnie jak na jakiegoś obleśnego robaka. Nie ukrywam, że wtedy poziom adrenaliny w mojej krwi niebepiecznie się podniósł. - Jak mogłaś, ty mała smarkulo... Chłopaki,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych