Natura Lucka cz.I
pierwsza część dłuuugiego tekstu, jeśli nie wierzycie, że dziedek Mickiewicz nie inspiruje to ja wam to udowodnię
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Natura Lucka cz.I - Kazimierz i Małgorzata
Dziwnie to wyglądało. Jak na czarno-białej fotografii. Śnieg, pagórek, stodoła, studnia i chata z burej cegły. Nie opodal kilka jabłoni, których gałęzie kontrastowały z bielą nieba. Na dachu stodoły kilka wron. Na miedzach w oddali wydeptane ścieżki. Chata, zapewne poniemiecka, miała trzy duże okna wychodzące na południe. Roztaczał się z nich monotonny i przerażający w zimie, widok pól. Pól i pól. Z przeciwnej strony nie było już tak monotonnie. Rozsypująca się drewniana stodoła, porozrzucane w nieładzie fragmenty narzędzi gospodarskich. Z lewej zaraz te jabłonie. Czarne tak samo jak wierzby i topole wzdłuż drogi nieopodal. Droga wiła się kręta, wśród sporadycznie występujących wzniesień i nikła za większym pagórkiem, z którego szczytu, bez trudu dostrzec można było wieżę kościelną i osadę skupioną w niewielkiej dolince. Kilka gospodarstw, szkoła, sklep i szosa. Wszystko. A, i jeszcze rzeczka. Teraz zamarznięta, ale bez trudu można ją było odnaleźć wijącą się zgrabnie wśród tej całej białej pustki. Wszystko jak fotografia. Gdyby nie ten powiew, który poruszał drzewami, któremu nie były w stanie oprzeć się wystające spod śnieżnej pierzyny wyschłe źdźbła ostatnich traw, i który bawił się jak kot dymem, wydobywającym się z komina chaty, można byłoby przysiąc, że zatrzymał się czas. - Stawaj Kaziuk ... - z kuchni dobiegł niski schrypnięty głos Małgorzaty - słyszał kurwa, stawaj, świnie trza nakarmić, do wioski lecieć, bo chlieba ni ma... - Juz... - Kaziuk przewrócił się w pierzynach wyrwany z głębokiego chorobowego snu. Od wczesnej jesieni cierpiał na ostry, męczący kaszel. - Rus się, do cholery nierobie, jedynasta godzina zaraz... ja od świtu na nogach - darła się Małogorzata z kuchni. Kazimierz nie odrzekł nic. Zakaszlał tylko. Gwałtowne skurcze przepony wstrząsnęły jego ciałem, przyprawiając o ból głowy. Leżał chwilę, dopóki, nie nabrał wystarczającej ilości powietrza by głęboko odetchnąć. Usiadł i popatrzył zmęczonym wzrokiem przed siebie. Szyby w oknach, tych wychodzących na południe, zaparowały lekko od spodu. Światło, które wpuszczały, rozpraszało się na niebieskawej powierzchni ściany, deskach podłogi i znikało w cieniach rzucanych przez stary kaflowy piec stojący w rogu pokoju. Węgiel wypalił się chyba do cna, gdyż kiedy Kazimierz zbliżył się do pieca poczuł natrętny, niezdrowy chłód. Odział się szybko w spodnie i rubachę. Zaścielił łóżko i wyszedł z pokoju zamykając drzwi. - No, wreszcieś jest, jec - Małgorzata, krępa i gruba, o twarzy pooranej zmarszczkami, wysuniętą lekko do przodu dolną szczęką i obfitym podgardlem wylewającym się zza kołnierza szarej koszuli, krzątała się w kuchni. Na stole stała miska parującej zupy. - Dała mu jeść ? - zapytał Kazimierz pochylając się nad strawą. - Dała, dała, sie nazar i śpi - odrzekła. - musim go rychło stąd zabrać do tej chaty w lesie. Tam będzie miał dobze. Sam. Żarcie mu czasem przyniesiem. Toć on już kawaler. Baby mu szukać, a nie w jakieś bohomazy w kajetach wyrabiać... Kazimierz jadł powoli dymiącą zupę i słuchał słów żony w zupełnej obojętności. -... poza tym, kuzy tyle co piec, te twoje kasle to z jego winy... na pewno... - Małgorzata nakryła pokrywką garnek, i przysiadła na wiadrze, tuż obok Kazimierza. - wiesz dobze, że to złyduch w nim siedzi, sam Lucyfer, czy inny pieron, Tak wsie baby we wiosce gadajo... Kazimierz popatrzył na nią ze strachem w oczach. - ... i wis co jesce gadajo? ze my tyz te diabły. Ze od nasego domu sirkom, cuć i ze ksindza bydo wołać... ze to pzyz nas niby zesłego lata krowy Piotrowych rozdeło, ze kury sie nie nioso... i wies co jesce, ze ta młoda Bartosow to bez nas urok sie powiesiła w lesie... Kazimierz wzdrygnął się na wspomnienie tamtych, odległych już dość wydarzeń. Pamiętał, jak szedł lasem tamtego poranka. Zbierał grzyby, mgła była i słońce ciepłe jeszcze, jesienne już jednak przyjemnie świeciło w zieleni. Pamiętał też, jak ujrzał ją wiszącą na gałęzi. Całkiem naga była. Tylko sandały i sznur, na którym się powiesiła. Przez pierwszą chwilę patrzył, łowiąc tę zastygłą między ziemią, a gałęzią młodość. Zbliżył się trochę i dotkną ciała. Zimno, które poczuł, wyrwało go jednak osłupienia. Rzucił koszyk z grzybami gdzieś w krzaki i co sił w nogach pognał do domu. Nie powiedział nikomu co zobaczył. Dopiero po południu dziewczynę znalazło kilkoro dzieci. - ...prawda li to ? - zapytał. - ... tak gadajo i ja sie bojam... nocami słyse, jak sie szamoce na dole... a te jego bazgroły, to tyz. Szatańskie nasienie. - To mój syn i twoj tyz, jestes jego matkom - słowa Kazimierza zabrzmiały cicho, jak szelest. Wyprowadziły jednak Małgorzatę z równowagi. - I co kurwa z tego. Byde se z nim robiła co chcym i co uwazam. A ty sidź cicho i nic nie godaj, jakby cie kto we wiosce pytoł, to mów ze chory, ze w łózku lezy. Sie znolos łojciec, co jesce pare wiosen temu inne baby łobracał, jakby to mu własnej ni wystarcało... - Ścichnij... - Kazimierz przestraszył się jej słów - było minyło, tera człek stary... - Taa... - Małgorzata - zyby nie ja, to by pywnie do tej pory łobracał... - Ścichnij powiedzioł jo - Kazimierz powtórzył głosniej. - Łodziewaj mi się zaraz i leć do wioski - Małgorzata wstała ze stołka i przeszła do drugiej izby - jeszcze dziś w nocy wyprawim go do lasu... Kazimierz nie chciał tego słuchać. Dokończył zupę. Przetarł twarz śmierdzącą ścierką, otulił się w kożuch i przysiadł na przypiecku. Kaszel kilkakrotnie wstrząsną jego ciałem. On jednak zdążył się już do niego przyzwyczaić, tak jak do wszystkiego zresztą. Tak myślał: że do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić, do wszystkiego co zsyła nam Bóg Ojciec. Niezbadane są jego święte wyroki. Kazimierz przez chwilę gapił się w wyblakłe oblicze Chrystusa spoglądające na kuchenną izbę ze świętego obrazka przyszpilonego do słomianki na ścianie. Potem popatrzył w okno, na pola pokryte śniegiem i niebo białe jak ten śnieg. - ... tu mas dzieńgi... - Małgorzata przyniosła szkatułkę z pieniędzmi - ... kupisz chliba, zapołek, kasy, monki, cukru, mas... Wcisnęła mu do kieszeni kożucha całą dość obszerną szkatułkę. - ... bedzies chyba wiedzioł co nasemu synkowi tsa kupic na droge... tylko mi wódki nie kupuj, bo zajebie, zrozumiałeś ? Kazimierz nic nie odpowiedział. Małgorzata wiedziała jednak, że rozumie. Rozumie głęboko w duszy i nigdy nie będzie w stanie się jej sprzeciwić. Nigdy, przenigdy. Spróbowałby tylko. Kiedy wyszedł, a ona sama przetrząsnęła wszystkie szafy i spakowała dwa spore tobołki niezbędnych rzeczy rozległa się mechaniczna pieśń zegara. Stał w sionce. Był wysoki, czarny, trochę poobijany. Miał w końcu swoje lata. Swym gabarytem zajmował jednak mało miejsca. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Najpierw widziało się coś jakby szafę ze szklanymi drzwiami. Za nimi wahadło i wagi. Mosiężne, ciężkie. Potem jasną zdobioną tarczę, a potem już same wykończenia. Rzeźbione w drewnie motywy roślinne. To one nadawały całemu zegarowi sakralny niemal charakter. Gdy kobieta usłyszała metaliczne dźwięki, coś ścisnęło ją za serce. Ze zgrozą powiodła wzrokiem, po rzędzie ikon umieszczonych tuż pod kuchennym sufitem i przeżegnała się mimowolnie. Zaraz jednak przysiadła na przypiecku i poczęła odmawiać szeptem różaniec. Tak jak co dnia. Mniej więcej po kwadransie usłyszała walenie w drzwi. Wyrwało ją z głębokiego skupienia. Wstała i swój drobny krok skierowała ku sionce. Różaniec wepchnęła do kieszeni fartucha. Łomot nie dochodził od drzwi wejściowych. Może gdyby dochodził właśnie od nich, Małgorzata przeraziłaby się i nawet nie drgnęła. Łomot
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Zenon_Śmietana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…