Wróć do katalogu

Nawiedzony dom

Czym się zakończy wypad piątki nieznających się osób do nawiedzonego domu?

Maddream, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Stanęliśmy wszyscy na placu przed tym starym, nawiedzonym domem. Nasza grupa liczyła pięć osób. Ja i mój profesor, pan P. Starszy, stateczny człowiek z siwą bródką, w okrągłych okularach, który całe to wydarzenie oceniał jako ciekawe i wielce podniecające. Zjawił się też facet na oko, czterdziestoletni, który twierdził, że jest medium i badaczem zaświatów. Było również dwóch członków klubu „Nosferatu”, małego stowarzyszenia od zjawisk paranormalnych, którzy charakteryzowali się przetłuszczonymi włosami i dziobatymi twarzami. Jeden był w grubych okularach. Zdziwiła mnie frekwencja osób jaka zjawiła się na wezwanie. Nie przypuszczałam, że jedynymi osobami będą dziwacy i nawiedzeni, lecz cóż mogłam powiedzieć o mnie i panu P. Grupa zaczęła się naradzać. Kto nosi latarki (bo były tylko dwie)? Pan Medium stwierdził, że on musi mieć ręce wolne na różdżki, więc jedną latarkę wzięli „chłopcy Nosferatu” a drugą pan P. Nie sądziłam, żeby były one potrzebne, bo nie zamierzaliśmy tam zostać do nocy. Pojutrze była zaplanowana rozbiórka tego domu. Dzień był szary i ponury. Prawdziwie listopadowy. Wilgotne powietrze potęgowało jasność umysłu i wyostrzało zmysły niczym narkotyk. Ogromny, ciemny kształt posesji wyraźnie odbijał się wyraźną linią na tym szarym niebie. Wszystkie okna były szczelnie pozabijane deskami (niektóre nawet zamurowane szarą cegłą). Dom od dołu był wyłożony kamieniem a od góry drewniany. Posiadał także od północnej strony wieżyczkę z oknami (niezabitymi, o dziwo!) na wszystkie cztery strony. Kiedy już każdy był uzbrojony w latarki, różdżki, aparaty (chłopak Nosferatu) i notatnik (pan P. by mógł robić notatki do pamiętnika) ruszyliśmy w kierunku drzwi. Nasze grupowe medium zaczęło od badania energii ziemi na której stoi dom i stwierdził, że jest w niej dużo bólu i nieszczęścia. Napomknął też że wyczuwa tajemniczą aurę dokoła profesora (na co pan P. odpowiedział nerwowym uśmiechem). Pewnie to uczucie bólu i nieszczęścia było napiętnowane moimi falam irytacji wobec grupy w jakiej przyszło mi odkrywać dom. Ale muszę. Podniecenie wzrastało. - To naprawdę niezwykłe! – stwierdził z prejęciem profesor – Nieprawdaż? Moją odpowiedzią był tylko wymuszony uśmiech i przygryzienie wargi. Z takim „uduchowionym” towarzystwem jak tych troje atmosfera nie miała nic z niezwykłości. -Czytałem, że początkowo budowali to na kościół, tylko potem sprzedali to jako dom. – powiedział jeden z organizacji. – Kupił go jakiś miejscowy bogacz, ale długo tu nie mieszkał. Wszyscy w rodzinie powariowali. Było to bardzo dawno. Całą rozmowę przerwał okrzyk Medium: - Duchy wołają o kontakt. Idziemy! – rzucił. Drzwi wejściowe były całkowicie zablokowane.

Otworzyliśmy wielkie, zdobione drzwi na piętrze. Pierwsze co nas uderzyło to wszechogarniający zaduch. Powietrze było tak ciężkie, aż zakręciło mi się w głowie. Drzwi prowadziły do hallu. Zakres widoczności był ograniczony ze względu na wszechogarniający kurz unoszący się w powietrzu i szczelnie pozabijane okna. Co dziwniejsze okna były zasłonięte ciemnofioletowymi zasłonkami. W momencie, gdy cała czwórka ekspedytorów weszła (ja w zastygnięciu, czekałam, oddychając jeszcze w miarę „oddychalnym” powietrzem) do środka, Medium zakołysało się i złapało za głowę. Zamknął oczy. Przez chwilę jego twarz zastygła w milczącym skupieniu. - Tak. Czuję. Ktoś chce mi coś powiedzieć. – wyszeptał pod nosem. – Nie rozumiem. Chcę ci pomóc. Daj mi znak co mam robić? Dwaj Nosferatu zajmowali się swoim. Jeden świecił latarką, drugi robił zdjęcia. Jednak bardzo ich ciekawiło, też poczynania ich uduchowionego kompana. Profesor, świecąc sobie latarką, robił zapiski do notatnika: „Otworzyliśmy wielkie, zdobione drzwi na piętrze. Pierwsze co nas uderzyło to wszechogarniający zaduch”. Nie chciałam być światkiem tej „rozmowy” z zaświatami, ani kadrowania otoczenia, ani w robienia notatek. Po prostu, coś mi tkwiło w gardle i kazało stać, jak stoję. Obróciłam się do tyłu. Za sobą zobaczyłam drewniane podwójne schody (weszliśmy tymi po prawej stronie bo te po lewej były mocno nadszarpnięte zębem czasu), po których wcześniej się wspinaliśmy. Budynek naprawdę zapierał dech w piersiach. Wszędzie widać było misterną robotę. Zdobione poręcze z ciemnego drewna. Co było na nich wyryte? Liście? Ściany były puste. Gdzie, niegdzie tylko odpadała sino biała farba. Jedyną ich ozdobą były poroża wystające z czaszek, przybite do deseczek, wiszących po obu stronach drzwi. Na suficie, prócz prostego, metalowego żyrandolu były zdobione gzymsy, kasetony i gdzie niegdzie sztukaterie o obliczu ludzkich głów wykrzywionych w nieodgadnionym grymasie. Całość była wykonana z tego samego drewna co schody i podłogi na dole i tutaj, aż do drzwi. Za drzwiami drewno chyba zostało wyrwane, ukazując nagi kamień. Moje podziwianie przerwał cichy ruch z prawej strony. Była to ciężka brązowa zasłona, której wcześniej nie zauważyłam. Poruszana była przez jakiś tajemniczy podmuch. Obróciłam się za siebie zobaczyć co robi reszta. Wszyscy byli pochłonięci przez atmosferę hallu. Każdy stał niczym dziwne figury, każda zastygnięta w swojej pozie. Medium z zamkniętymi oczami z ręką przy czole, pan P. pochylony nad notatnikiem, chłopcy ze wzniesionymi głowami ku górze. Postanowiłam zostawić ich jak stoją. Zbliżyłam się do zakurzonej kotary i odchyliłam ją odrywając przy tym pajęczyny łączące ją ścianą, niczym delikatny szew. Poczułam świeże powietrze. Aż dotąd nie zdawałam sobie sprawy jak mi go brakowało. Jak wspaniałe to uczucie oddychać. Jednak nawet ten zachwyt nie trwał długo przez to co było za kotarą. Schody. Kolejne. Ale one niepasowany jakby do reszty domu. Były kamienne, strome, wąskie. Idące w górę. I kompletnie ciemne, choć jak się spojrzało w górę było widać jakiś przebłysk światła dziennego. Pewnie klapa? Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do grupy. Ogłosiłam swoje znalezisko. Tylko profesor był zainteresowany. Co mnie uderzyło wchodząc do hallu. Było to coś, co nie zauważyłam za pierwszym razem. Pokój był długi, ale miał kształt litery L i zakręcał na lewo. Można było tego nie zauważyć przez tak drastyczną zmianę światła, kurz i rząd kolumn stojących pod ścianą. Pan P. poświecił do góry. Miałam rację to była klapa. Mam nadzieje, że nie zamknięta. Profesor poszedł jako pierwszy, ja tuż za nim. Na szczęście klapa była przegnita a zawiasy zardzewiałe, że dała się wyrwać jednym silniejszym ruchem. Kiedy wystawiłam głowę z podłogi, szybko stwierdziłam, że jesteśmy w północnej wieżyczce, którą widzieliśmy z zewnątrz. Pokój miał kształt prostokąta i nie zawierał w sobie nic, prócz starego stołu, gołych, ceglane ściany i brudnych szyb. Zbliżyłam się do okna. Wychodziło akurat na tą stronę, gdzie stałam godzinę temu i obserwując miejsce gdzie teraz stoję. Przeszło mnie dziwne uczucie jakiegoś koła czasu. Podeszłam do stołu. Były na nim jeszcze ślady starego wosku. Świecy już nie było. Znowu to samo uczucie. Jak to nazwać? Świadomość czasu? Myśl, że tu stała świeca, którą ktoś zapalił, przyniósł i tu postawił. A może na początku przyniósł, postawił i zapalił? Kim on był? Co tu robił? - Cegły. – usłyszałam głos za sobą. Profesor wskazywał palcem cegłę. W miejscu gdzie dotykał jego palec widniał napis: „Wilhelm Engelsburg”. - Patrz tutaj też jest napis. I tam. Co któraś na sobie napis. – ciągnął – Słyszałem, że kiedyś się tak robiło. Przy wypalaniu cegły można było umieścić imię właściciela cegielni, architekta lub właściciela domu, do którego używano cegieł. Ciekawe kim on był? Zakręciło mi się w głowie. Nie chcę się nad tym zastanawiać czyje imię zostało tu wyryte. I tak miało za dwa dni zostać obrócone w pył. Zapomniane na zawsze. Kamień nie zapamięta niczego, nie odtworzy. Wszystko jest tylko żmudną próbą przedłużenia swojego istnienia, któremu i tak przeznaczone jest zniknięcie. Śmierć. - Myślę, że to było obserwatorium. – wyrwał mnie z myśli głos pana P. – Ale pewnie już się domyśliłaś. To coś za stołem. Uklękłam by zajrzeć. Za stołem leżało coś co przypominało stojak z trzema nogami. - Stojak na lunetę. Dużą lunetę. Swojego czasu sam taką miałem. Nie chcę się rozprawiać, ale sam interesowałem się astronomią. Jest to sztuka tak ciekawa i tak jeszcze niepojęta przez umysł ludzki, że wręcz magiczna a jednocześnie rzeczywista. Bo czymże jest człowiek wobec wszechświata. Jak możemy taki ogrom objąć i pojąć. Człowiek jest wręcz głupcem wobec natury. My nic o świecie nie wiemy. Spojrzałam na profesora. Jego wzrok błądził gdzieś za oknem. Skąd mu się wzięło na takie wywody, nie wiedziałam. Wydawało się jakby mówił to raczej do kogoś innego. Tak jak się mówi prawdy odwieczne. „Cogito ergo sum” lub „Scio me nihil sire”. Wzięłam stojak i odłożyłam go na stół, tuż obok drugiego dowodu istnienia. Profesor aż podskoczył kiedy położyłam ją na stół. W ty samym czasie usłyszeliśmy na schodach głuchy tupot szybkich kroków. Zziajany i czerwony wpadł chłopak (ten w okularach). -Potrzebna jest druga latarka– prawie, że wykrzyczał – Tam… na końcu Sali! To jest naprawdę coś! Zbiegając za nim po wysokich stopniach usłyszałam tylko coś w rodzaju „brama”, „baldachim” i „niezwykłe”. Po chwili przemierzałam już mroczny korytarz. Kroki odbijały się echem a z podłogi wzbijały się dodatkowe tumany kurzu. Pozostała dwójka stała na końcu hallu patrząc prosto przed siebie. Skręcając w zaułek stanęła przed naszymi oczami stalowa, potężna brama. A to nie wszystko, bo trzy metry za nią stała następna. Otwarta na oścież, z wgięciami jakby z całą siłą uderzyła w nią ciężarówka. Ta przed nami była…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych