Nawrócenie
Nasz bohater - wielokrotny zbrodniarz i zdrajca - siedzi w pudle i czeka na szubienicę. Pojawia się jednak charyzmatyczny ksiądz Damian...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nawrócenie
Rozpoczął się dla mnie straszliwy okres uwiezienia, śledztwa i procesu sądowego, uwieńczonego wyrokiem. Było to dla mnie zderzenie z brutalnym, bezdusznym i bezwzględnym systemem, który posiadał różnorodne i skuteczne metody aby wydobyć z człowieka prawdę. Oczywiście znalem całą tę procedurę wcześniej, z opowiadań, filmów, książek ale dopiero wówczas, kiedy dotknęła ona bezpośrednio mnie samego, wydała mi się taka straszna i bezlitosna. Może tym bardziej to odczułem, że jak do tej pory, to tylko ja krzywdziłem innych a teraz, kiedy zostałem osaczony niczym dzikie zwierzę przez zgraję myśliwych i zakuty w łańcuchy, musiałem potulnie znosić wszelką krytykę, wzgardliwe spojrzenia oraz ciągłe bicie. Zresztą nie używano w stosunku do mnie nic nadzwyczajnego. Bolało już samo uwiezienie i związane z tym upokorzenie no i świadomość, że niedługo zostanę poprowadzony na śmierć bo oczywiście na taka karę skazał mnie sąd. W wiezieniu złamałem się szybko. Byłem skazańcem, co czułem całym sobą, potępiłem się sam tak, jak zresztą byłem potępiony przez innych. Żona, kiedy mnie zobaczyła w areszcie napluła mi tylko z daleka w twarz i ze złością wycedziła: – Ty gnoju! Nie sądziłam, że wyszłam za takiego gnoja! – i wybiegła z więziennego pokoju gościnnego, potykając się na tych swoich fikuśnych szpilkach, niczym pijak zataczający się od ściany do ściany. Od ojca dostałem tylko po mordzie i to było wszystko. Faceci, jak widać są mniej wylewni, oczywiście nie oddałem mu, choć aż mnie skręcało, żeby to zrobić ale chciałem ten cały cyrk mieć jak najszybciej za sobą. Matka natomiast zapłakana i zmartwiona do bólu, który postarzał ja o jakieś dziesięć lat powiedziała: – Andrzejku, jak mogłeś zrobić nam coś takiego? Przecież my tak bardzo ciebie kochaliśmy! Ale ja wiem synku, że to nie twoja wina, tylko to życie w ciągłym stresie, tak na ciebie wpłynęło. Ja cię synku znam jak nikt i zawsze będziesz moim Andrzejkiem, moim kochanym Andrzejkiem. Ale dlaczego ty nic nigdy nie mówiłeś, nie żaliłeś się? Jak mogłeś! Przecież jestem twoja matką, twoja mamą! Dlaczego do mnie nie przychodziłeś z problemami? – i łkając wyszła bo ojciec odciągnął ją siłą za rękę. Wszyscy oni wydali mi się wtedy tacy inni, jakby nie z tego świata, przynajmniej nie z mojego, ponieważ mój świat, to było teraz więzienne piekło. Sąd też nie należał do przyjemnych rzeczy, zwłaszcza kiedy w swoim groźnym majestacie wypowiedział swój straszliwy werdykt. Aż nie mogłem wówczas uwierzyć w jego słowa, a jednak wiedziałem, że to się dzieje na prawdę, że zostanę stracony przez powieszenie. Zostało mi kilka miesięcy życia w celi śmierci. Oprócz mnie siedział jeszcze jeden w takiej celi i też czekał, ale jemu zostało już tylko kilka tygodni, potem jego cela była pusta, więc zostałem tylko ja i ta cała reszta recydywistów odsiadujących swoje różnorakie wyroki. Bałem się takiej śmierci i każdą najmniejszą cząstką mnie nie chciałem umierać, bynajmniej nie w ten sposób, o wyznaczonej godzinie, w określonym miejscu, przez bezduszne ręce katów, którzy siłą mieli nagiąć moje ciało do powrozu, zacisnąć go na mojej szyi i przytrzymać w razie czego w żelaznym uścisku aż do chwili kiedy zawisnę martwy. - Ja zawisnę? Ja Andrzejek? Przecież niedawno się urodziłem a już mam umrzeć? Co powie na to moja mama? Przecież była tu przed chwilą i rozmawiała ze mną, więc nigdy już z nią nie porozmawiam? Odbiorą mi i to? Czy można tak umówić się i kogoś zabić? I wyciągną mnie z celi za łańcuchy jak cielaka z obórki za powróz i poprowadzą tam? A jeśli się będę opierał? Pociągną mocniej. A jeśli i ja będę się szarpał jeszcze mocniej, to może mnie puszcza? Nie! Ich będzie wielu a ja sam i to skuty, więc zaprowadzą mnie tam, jak ci policjanci wtedy w tym lesie! Aż dziw, że mi się wtedy nie udało wyrwać – jakże mocno mnie trzymali! A ja myślałem, że jestem taki silny. Siedząc tak w tej swojej celi myślalem o tym, co było, co jest i co będzie. Skakałem z tematu na temat. Zastanawiałem się na przykład, co odczuwają moi rodzice, czy również przeżywali tak samo jak ja fakt, że już za kilka miesięcy mnie nie będzie wśród żywych. I co tak naprawdę myślała o mnie moja żona. – Więc będzie wdową czy rozwódką? Jak to formalnie będzie się nazywać? I czy lepiej być wdową po mordercy czy może rozwódką? Hmm, tacy byliśmy dla siebie bliscy na początku. Wtedy to jedno za drugim wskoczyliby bez wahania w ogień. Tak jakoś to wszystko się nam popsuło. - i nagle poczułem, jak moja żona, mama i tata stali się mi bardzo bliscy, choć niedawno przecież jawili mi się jako zupełnie obcy ludzie. Aż ścisnęło mi się serce. Zacząłem łkać i przez te płynące łzy przepraszać. Przypomniałem sobie także o mojej siostrze i również z nią rozmawiałem, gdziekolwiek mogła się teraz znajdować, czy wciąż żywa na ziemi czy już po tamtej stronie, jeśli umarła. Wierzyłem, że już niedługo się z nią spotkam. Była teraz dla mnie niczym gwiazda polarna dla wędrowców. Czułem bowiem, jak wisi nade mną, a ja w każdej chwili mogłem podnieść głowę i się o tym przekonać. Miałem wrażenie, że ona prowadzi mnie na tamten świat... A jeśli o tym mowa, to o sprawy mojej biednej duszy zabiegał ksiądz, który pewnego dnia wkroczył do mojej celi niczym mój stary i dobry kumpel, ot tak, jakby wpadł na chwilkę by spytać się, co u mnie słychać, a ja z marszu się zezłościłem – zaraz cię stąd wykopnę ty nawiedzony klecho – pomyślałem wówczas. – Jestem ksiądz Damian, i przynoszę dobra nowinę. – A co wypuszczają mnie? – Niezupełnie, ja przyszedłem powiedzieć ci, że Jezus żyje! Co ty na to? – Eeee… – Mogę mówić ci po imieniu, nie będziesz się gniewał prawda? – Daj spokój z tymi grzecznościami, jak chcesz, to mów mi na ty, jest mi to obojętne. Po coś w ogóle tu przylazł? – Już się tłumaczę Andrzeju, bo masz bracie Andrzej na imię, prawda? – Andrzej ale nie jestem twoim bratem, ani niczyim bo nigdy brata nie miałem. – Tak ci się tylko wydaje bo wierz mi, tak naprawdę, to wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami ale z reguły zbyt koncentrujemy się na samych sobie i naszych rodzinach aby to dostrzec. A ta prosta prawda… – Nooo… – …została mi swego czasu objawiona, i zrozumiałem, że tak właśnie jest i dlatego teraz chcę tą prawdą dzielić się z innymi. To jest taki mój wewnętrzny imperatyw, to moja misja. – mówił zdecydowanie, jakby nigdy nic, co mnie trochę zaskoczyło. Wyglądał jednak na kogoś, kto wierzy w to, co mówi i robi to nie po to aby coś mi tam wcisnąć na siłę, tak jak to sam zresztą robiłem z ubezpieczeniami, niezależnie czy były one komuś potrzebne, czy nie. Znałem się na mówieniu i słuchaniu więc od razu zobaczyłem, z kim mam do czynienia. Widać było, że jest to szczery facet, choć mnie zdenerwował zwłaszcza na początku tym swoim gadaniem. – Misja, powiadasz. Ja już nie mam misji. Czekam na wykonanie wyroku śmierci. Dla mnie nie ma już nic więcej a przynajmniej nic dobrego już mnie nie czeka na tym świecie. Więc nie bardzo chyba możesz mi pomoc z tym swoim Jezusem i no i tym imperatywem panie Damianie. – Hmmm, tak myślisz? A co z Jezusem zmartwychwstałym? Czy nie zapomniałeś o nim Andrzeju? Przecież Jezus żyje i to nie tylko tu i teraz ale przecież On żyje wszędzie i zawsze. Zawsze, rozumiesz? Nasze prawdziwe życie, to nie tylko tu i teraz ale życie w Nim w wieczności, do której wszyscy zmierzamy czy... – …czy tego chcemy, czy nie. A jakbyś nie wiedział, to ja nie chcę! – wtrąciłem obojętnie. – A dlaczego mielibyśmy nie chcieć? Przecież to ziemskie życie jest tylko przejściem do wieczności, chwilką, która przemija i już potem nigdy nie powróci. Więc może nie warto się tak kurczowo trzymać tego, co jest tutaj, choćby było wspaniale, bo niejednokrotnie takie właśnie jest. I to jest bardzo dobre. Przecież, to nie jest tak, że powinniśmy się tylko umartwiać i nic więcej. Pieniądze to przecież nie jest nic złego ale problem polega zawsze na tym, że im więcej ich masz, tym masz także więcej pokus i dlatego trudniej jest myśleć o Bogu tym, którzy maja ich coraz więcej. – Ja już się nie wzbogacę. Zresztą po co o tym mowa? – Po co? Powiem ci, po co. Otóż, rozmawiałem z twoimi bliskimi i wiem, że dałeś się mu podejść, że złapał cię właśnie na to – tu potarł dwa palce o siebie w geście symbolizującym pieniądze. – Kto mnie złapał? – Spokojnie Andrzej, dojdziemy do tego. Ale nie od razu bo się pogubimy. – Zaraz, zaraz, jak to rozmawiałeś z moimi bliskimi?! – Normalnie, tak jak teraz my tutaj rozmawiamy. Widzisz, zawsze staram się wiedzieć z kim mam do czynienia w takich sytuacjach. Tak jest lepiej, zaufaj mi Andrzeju. – Więc sporo o mnie musisz wiedzieć. Hmm, sam nie wiem, czy to dobrze. – Wiem, że zgubiła cię ambicja. Przynajmniej, tak twierdziła twoja żona. – Tak powiedziała? – Tak, że zgubiła cię obsesja na punkcie awansu. – Tak to też. – Wiedz tylko, że Jezus nic nie miał przeciw ambicji, bogaceniu się, i choćby karierze ale tylko przeciw ślepocie tych, którym to wszystko przesłaniało oczy. I pamiętaj o jeszcze jednym, że według naszej wiary wieczność, to wieczne szczęście a to ni mniej ni więcej znaczy, że doczesność jest nie wiele warta jeśli skupiasz się tylko na niej. Mam racje? – Tak mówią ale nikt stamtąd jeszcze nie wrócił. Ooo przepraszam byli tam radzieccy astronauci i podobno nic nie znaleźli. Więc z naukowego punktu widzenia, raju nie ma. A czy ty może chcesz powiedzieć, że jesteś mądrzejszy od radzieckich naukowców? – i mówiąc te słowa przypomniałem sobie mój sen, który śniłem kiedyś w ogrodzie na hamaku, sen o tym, jak było właśnie tam - w wieczności z Jezusem i tymi wszystkimi nieprawdopodobnymi historiami. – Bzdury – wycedziłem z irytacją. – Tak, dokładnie tak! Dla wielu to są właśnie bzdury ale kiedy zrozumiesz, kiedy zakochasz się – tu powtórzył z naciskiem – zakochasz się w prawdzie, to znaczy poczujesz ją całym sobą i to bez żadnych naukowych dywagacji i lotów w kosmos, wtedy narodzisz się na nowo. Najważniejsze jest to abyś pragnął odnaleźć prawdę. Bo problem wielu ludzi polega na tym, że chcą wierzyć lub nie, tylko dlatego, że im się tak wydaje, zdając się tylko na siebie, na swoje przekonania, obserwacje, wiedzę i tym podobne. Natomiast to Bóg objawia człowiekowi prawdę, i to w różny sposób, ot choćby w pięknym poranku jaki mnie dziś zbudził, albo w drugim człowiekiem, który pojawia się gdzieś w jakichś okolicznościach w naszym życiu. Bo do serca każdego człowieka prowadzi wiele dróg, różnych dróg, o których człowiek nawet nie wie, a On tak. Ale trzeba szukać, czasem nawet całe życie, upadać i podnosić się i to wiele razy a nie, że jak raz mi się nie uda, to już na zawsze obrażam się na Pana Boga. – No szkoda przyjacielu, że nie wiedziałem tego wcześniej. – Wiedziałeś, tylko nie przyjąłeś. – Dobry jesteś Damianie! Naprawdę czytasz w moich myślach. – A co myślałeś, już ci mówiłem, że się przygotowałem. – I nie znudziło ci się to? – Wiele razy. Hahaha wiele razy Andrzeju. Bo widzisz czasem bywa tak, że dajemy sobie na jakiś czas spokój ale później i tak znów podejmujemy walkę i to nie jeden raz ale sto razy, tysiąc razy, to znaczy zawsze. Ale nawet wtedy, kiedy już w Niego nie wierzymy ale mimo to, wciąż chcemy go odnaleźć, chcemy zrozumieć, dlaczego miliony ludzi jednak w Niego wierzą, On sam wychodzi nam na spotkanie i uwierz mi, wtedy On sam cię do Siebie poprowadzi, a ty padniesz na kolana bo doświadczysz Jego miłości. – Nic dodać, nic ująć bracie Damianie. Jak to się wszystko łatwo mówi! Ja też w swojej pracy, znaczy się, kiedy byłem jeszcze uczciwym człowiekiem, no może lepiej powiedzieć, kiedy jeszcze nie zabijałem… – Tak? Słucham Andrzej, proszę mów dalej. – Chciałem powiedzieć, że też potrafiłem ładnie mówić, choć wcale w to nie wierzyłem. – Chcesz powiedzieć, że i ja w to nie wierzę? – Nie, chcę powiedzieć, że słowa nie mają większego znaczenia. – Tak to prawda! Oczywiście, że słowa nie mają większego… – No to, po co mi tu brzęczysz nad uchem? – A masz jakiś lepszy pomysł od czego moglibyśmy zacząć? – Może lepiej w ogóle było nie zaczynać!? – Ale już zaczęliśmy. – To może skończymy. – W porządku, nie narzucam się. – tu wstał, spojrzał na mnie z jakąś dziwną i niecodzienną dobrocią i podszedł do drzwi. – i wcale nie przekonał mnie słowami ale właśnie tym jednym spojrzeniem i wiedziałem, że muszę go zatrzymać. – Dobra zostań, jak już tak chcesz. – Chciałbym abyś i ty chciał. – No chcę. – tu Damian się zatrzymał i wrócił na poprzednie miejsce, to znaczy na moje łóżko, gdzie siedzieliśmy. – Zapalimy? – zapytał. – A poczęstujesz? – Jasne, przecież wiem, że palisz a przynajmniej, jak sądzę od dawna nie miałeś papierosa w ustach. – zapaliliśmy. – Ty palisz? – spytałem ściskając w palcach swojego papierosa, który smakował mi chyba jak żaden dotąd. – Czasem. – Ja ostatnio też czasem. – i uśmiechnąłem się chyba pierwszy raz od bardzo dawna. – Nie gniewaj się za to moje wystąpienie ale jak już zacznę o Nim mówić, to czasem nie mogę przestać, a może właśnie powinienem. Tak, za bardzo się chyba chciałem pospieszyć. W końcu… – No tak, oczywiście przecież nie mamy całego życia przed sobą, że tak powiem, tylko tyle, ile mi tu wyznaczyli. Nie wiem nawet sam ile, miesiąc może dwa, może nawet trzy. – Nie mówią. Nigdy nie mówią, kiedy dokładnie to się stanie. – Naprawdę? – Tak. Mają na to z reguły trzy miesiące ale nie liczyłbym… – …że tyle jeszcze pożyję. – Właśnie. – To chyba istotnie mamy mało czasu. – To zależy ale bądźmy przynajmniej dobrej myśli bo cóż nam szkodzi, prawda? – Nie przeczę. – I wiesz co, pomalutku, dojdziemy do tego. A dziś i tak już zrobiliśmy kawał dobrej roboty. – Nie chcę cię martwić ale, ja już to przerabiałem kiedyś i powiem ci, że już z tego wyrosłem. Odkochałem się i to z wzajemnością, bo gdyby Bóg był, to ja bym miał się dobrze i nigdy nikogo bym nie zabił, tylko wiódłbym dostatnie życie z moją żoną i dziećmi. Może nawet ożeniłbym się nie z Beatą ale z Agatą - moją największą miłością, która jakoś się pogmatwała, i do której tęskniłem od czasu do czasu, przez te wszystkie lata. Jakoś nie potrafiłem tego w sobie zdusić choć to już nie miało sensu. Ja już w to nie wierzę. Widzisz, jak byłem dzieckiem to nawet służyłem do mszy jako ministrant, sporo się modliłem a nawet więcej, świętym chciałem zostać, a Bóg i tak swoje, nie dawał mi tego, o co często prosiłem na kolanach. Zresztą teraz to już nie ma znaczenia. Umrę! Rozumiesz? Powieszą mnie! – Uuu, widzę że mamy wciąż sporo do zrobienia razem. Oj popracujemy sobie Andrzej, popracujemy nad tym. A tak w ogóle, to zastanawiam się, o co prosiłeś Pana i czego nie dostałeś, że się tak na Nim zawiodłeś. Podzielisz się tym ze mną? – Dużo by opowiadać. Od czego by tu zacząć? Skoro już wspomniałem, to weźmy choćby Agatę. Nie udała mi się ta miłość a potem ożeniłem się trochę z wyrachowania. Mimo to liczyłem na coś więcej, skoro był to ślub kościelny - na jakąś łaskę czy wsparcie a tu też się wszystko rozleciało. No i ten mój niedoszły awans, o którym opowiadała ci Beata. Modliłem się o niego bo to rozwiązałoby nasze problemy i może mielibyśmy wtedy dzieci. Jeszcze chcesz jakiś przykład? – Rozumiem ale Bóg nie jest czarodziejem stary. To nie tak. Co by to było, gdyby spełniał wszystkie wszystkich zachcianki? Co do Agaty, to byłeś młody, wiesz jak to jest wtedy z takimi miłościami. Sam ich miałem kilka. Wydaje się nam, że to jest już na zawsze i życie byśmy oddali za to, a za rok już jesteśmy z inną. Hehe. Tak bracie, tacy jesteśmy. A co do twojego małżeństwa, to odpowiedz sobie najpierw sam w duchu, czy zawsze byłeś w porządku bo… – A co ty możesz wiedzieć o tych sprawach, skoro nie masz żony? Ja się przynajmniej ożeniłem! To wy się tylko nie żenicie a potem macie problemy z emocjami. Mało to się słyszy jak to ksiądz na plebani molestuje ministrantów albo swoją gospodynię – dziadostwo. A zresztą założę się, że i rąk także na kołderce nie trzymacie, a to ponoć też grzech. Więc chyba lepiej się ożenić i zaspokajać się po bożemu, jak to się mówi, niż gdzieś po kryjomu, pokazując na zewnątrz, że niby wszystko jest w najlepszym porządku. To jest chore. – Ooo z pewnością to jest chore! Ale czy wy - jeśli pozwolę sobie użyć twojego podziału na my i wy - nie macie problemów z seksem? – zapytał mnie i wcale nie był zbity z tropu, był nadal spokojny i z tym nieodłącznym dobrym spojrzeniem – jak on to robi, że tak nad sobą panuje? – pomyślałem, bo zdawało się, że nie ma w tym jego byciu nic sztucznego, nic powściąganego i udawanego. Było to zaskakujące, że można być tak pogodnym, kiedy ktoś inny cię obraża i posądza o takie rzeczy. Ja tymczasem kontynuowałem dalej. – Przepraszam ja nigdy nie mailem takich problemów bo uważam, że nic co ludzkie nie jest mi obce i mam prawo do tego i owego. – Pewnie że masz takie prawo a wiesz dlaczego? – Bo tak mi się podoba kolego. – No właśnie, dlatego że mamy wolną
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andriosz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…