neony: część 1
muzyka. życie. warszawka. miłość. życie. imprezy prosto, ostro, na temat.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Słyszę budzik. Wstaję, a raczej zwlekam się z niemałą ekspresyjno- depresyjną euforią. Jaką kurwa euforią! Co ja pieprzę! Jeszcze raz. Słyszę budzik. Wstaję, a raczej zwlekam się z łóżka, moja codzienna walka z wiatrakami. Na czworakach dochodzę do telefonu, który wkurwiająco dzwoni. I słyszę te zwykłe bip-bip bip-bip. Telefon leży po drugiej stronie pokoju, gdyż wymyśliłam sobie, że jak położę go właśnie tam, łatwiej będzie mi się obudzić, gdyż będę musiała przebyć drogę tych niesamowicie długich trzech metrów i go wyłączyć . Nie wiem, jak wpadłam na taki kretyński pomysł. Bo wcale nie jest łatwiej. Wyłączam telefon, idę do łazienki. Lustro. Makijaż, którego zapomniałam wczoraj zmyć znajduje się na całej mojej twarzy, łącznie z zębami. Prysznic. Zimny. Żeby jako tako się rozbudzić. Lustro. Dostrzegam mój eye- liner gdzieś na dekolcie. Zmywam ten syf z mojej twarzy. Nie mam pojęcia, jak wygląda moja szczoteczka do zębów. Myję zęby jakimś różowym badziewiem z obiecującym nadrukiem Colodent. Mam nadzieję, że jeśli umyję zęby szczoteczką Colodent to będą one piękne, białe i zdrowe tak od razu. To właśnie głosi reklama: 9 na 10 dentystów poleca szczoteczki Colodent. Zaufaj specjalistom. Twoje zęby będą niesamowite. Cudowne. Piękne. Olśniewająco białe. Pachnące. Dzięki temu, że umyjesz zęby cholerną szczoteczką Colodent będziesz szczęśliwy. Znajdziesz miłość. Dzieci, dom, rodzina, mycie garów i wrestling. Kurwa, zajebista perspektywa, a wszystko dzięki myciu zębów szczoteczką Colodent. Dziwne bardzo, że skoro tyle ludzi używa szczoteczki Colodent zdarzają się samobójstwa, ludzie skaczą z dachów, wieszają się na klamkach i na żyrandolach za pomocą oczojebnych zielonych i pomarańczowych sznurków do prania. A może osiągnięcie pełni szczęścia zdarza się tylko, jeśli do extra szczoteczki użyjesz jeszcze pasty tej samej firmy z nowej zajebistej linii odświeżającej. Jutro napiszę list to firmy Colodent. Że nie osiągnęłam szczęścia po umyciu zębów ich szczoteczką. I napiszę, że przez to chcę popełnić samobójstwo. Może dostanę roczny zapas superfantastycznych produktów owej firmy? A może jednak popełnię samobójstwo. Oglądałam kiedyś spektakl. Teatr Telewizji ‘Najwięcej samobójstw zdarza się w niedzielę’ czy coś w ten deseń. Dariusz Wnuk tam grał. I Edyta Olszówka. Ale chyba ona jednak tam nie grała. A może i tak. Dobre to było. Już wiem, czemu tyle ludzi popełnia samobójstwa w niedzielę, gdyż dziś jest poniedziałek, a ja żałuję, że wczoraj się nie zabiłam. Kurwa, zęby są już świeże i pachnące, oddech niczego sobie. Suszę włosy. Obraz nędzy i rozpaczy. Chyba z piętnaście kolorów się na nich pogryzło. Z każdej strony wyglądają inaczej. Są brzydkie, gdyż od jakichś 5 miesięcy nie byłam u fryzjera. Za długie, porozdwajane, każdy włos żyje własnym życiem, niektóre wywinięte w dziwaczne pozycje. Myślę, że każdy z nich chce mieć swój własny, niepowtarzalny styl. Wyglądają, jakby chciały być preclem, falą na Wiśle, a co ciekawsze egzemplarze udają słupy od latarni. O samych moich włosach można bardzo dużo powiedzieć. Można wręcz napisać o nich jakąś cholerną książkę. Ale kto normalny chciałby napisać książkę o włosach jakiejś szarej dziewczyny spod Warszawy? Szopa wysuszona. Makijaż. Eye- liner, tusz do rzęs, podkład, róż. Nigdy nie wiem, w jakiej kolejności powinnam to wszystko nałożyć, więc aby było ciekawie codziennie nakładam inaczej. Dziś nałożyłam najpierw róż, później eye-liner, tusz do rzęs, a na końcu podkład. To nie był najlepszy pomysł. Wyglądam jakbym malowała się po ciemku. Zmywam. Jeszcze raz. Podkład. Eye-liner. Tusz do rzęs. Róż. Lepiej. Balsam przeciw starzeniu się skóry. Lepiej zapobiegać, niż leczyć. Wklepuję dokładnie w uda, brzuch, dekolt, jak napisali w którymśtam numerze jakiegoś genialnego czasopisma pokroju Bravo Girl. Majtki. Stanik. Skarpetki. Świat zmusza mnie do noszenia bielizny, nie wiem po jaką cholerę, ale jednak. Koniec tak zwanej porannej toalety. Mój pokój. Szafa. Po otwarciu jej drzwi cały ten syf znajduje się na podłodze. Buty, staniki, bluzki, spodnie, i jeszcze więcej, wszystko co można sobie wyobrazić. Przekopuję tę górę materiałów, gdyż szukam zwykłych, najnormalniejszych na tym pojebanym świecie dżinsów- rurek. Czuję się jak nurek szukający topielca. Wkurza mnie samo szukanie, bo obawiam się, że to, co znajdę, a czego notabene szukam, wcale nie będzie takie super i to szukanie przez to robi się cholernie wkurzające. Czego ja się spodziewam po znalezieniu spodni? Jakieś haluny mam w głowie. Stwierdzam to bez ogródek. Całkowicie na głos. Gdzie te pierdolone spodnie? Dostrzegam je pod kaloryferem. Zakładam. Zapinam. Zasuwam. T- shirt z szafy. Bluza w kropki. Trampki. Jestem gotowa. Pakuję książki do ogromnej torby. Portfel. Notatnik. Bilety. Dobry humor. Wszystko do torby. Żeby w szkole móc odkrywać świat w stu procentach. Przecież chemia organiczna, mole, decymetry sześcienne, wzory skróconego mnożenia i zasada zachowania energii są takie ekscytujące. Już sikam ze szczęścia na samą myśl o tym wszystkim, czego dowiem się dziś w tej cholernej placówce oświatowej. Gorzej tam niż w domu wariatów, gdyż nauczyciele tzw. profesorowie (fakt faktem nikt tam profesorem z wykształcenia nie jest) są to podobno wykształceni, sfrustrowani ludzie, którzy przez 5 lat siedzieli na jakimś zakichanym uniwersytecie, na jakiejś uczelni wszystkiego i niczego spędzając połowę wolnego czasu w uczelnianej bibliotece, a drugie pół na obmacywaniu się z innymi studentami tej samej uczelni w akademiku, w wynajętym mieszkaniu czy kurwa najbardziej hardcorowe przypadki w mieszkaniu rodziców za ścianą. Wyobraź sobie sytuację. Siedzisz w swoim własnym mieszkaniu. Jesz kolacyjkę przed telewizorem ze swoim tak zwanym mężem, za którego wyszłaś tylko dlatego, że zdarzyło się tak, iż na teście ciążowym pokazały się dwie różowe kreseczki. Siedzisz. Jesz oglądając ‘M jak miłość.’, ‘Samo życie’, czy inny chłam, który o tej porze leci i zaczynasz sobie uświadamiać, że Twój właśnie kochany synalek, którego w bólach i upokorzeniu wydałaś na świat i którego zawsze w myślach obwiniałaś o to, że twoje życie potoczyło się z lekka chujowo, o to, że teraz siedzisz przed tym pierdolonym telewizorem, oglądając operę mydlaną, której twórcy uważają, że twój mózg jest wielkości fistaszka i nie jesteś w stanie zrozumieć więcej niż jednej emocji granej na ekranie, o to, że siedzisz teraz z obleśnym facetem, którego brzuch jest tak wielki, że leży mu na kolanach i patrzysz jak siorbie piwo i je schabowego, którego właśnie usmażyłaś stojąc kilka godzin nad garami, i uświadamiasz sobie, co twój właśnie najukochańszy na świecie dwudziestoletni synalek robi w pokoju z tą dziewczyną, którą przyprowadził. Myślisz, ale nie dochodzisz do żadnych konstruktywnych wniosków. Wiesz jedno, wiesz jak się zachowywałaś ty i ten wtedy przystojny, cudowny młodzieniec, który teraz jest twoim mężem, kiedy przychodziłaś do jego domu. Nie bez powodu kupiłaś test ciążowy w aptece w wieku lat dziewiętnastu. Ale odpuszczasz. Przecież rozmowa z nim, z twoim synusiem, w którym widzisz tylko zalety to bezsens, bo twój synuś jest najcudowniejszy i wie, co robi, jest odpowiedzialny za tą szesnastoletnią dziewczynę w samej bieliźnie na jego łóżku. Mam nadzieję, że twój synuś będzie również taki cudowny, kiedy owa szesnastolatka przyniesie ci kawałek plastiku z dwiema różowymi kreseczkami. Świat i jego tempo zmusza nas do powielania schematów. Ja też je powielam. Nie przeczę. Biorę torbę. Schodzę na dół. Widzę mojego ojca, gdyż właśnie wstał. Mówię mu dzień dobry, gdyż chcę być miła. Nie odpowiada. Mam go zasadniczo w dupie. Nastawiam ekspres. Kawy! Norbert dzwoni. Mówi, że przeprasza za wczoraj, za to, że się darł, iż był w złym humorze, gdyż go wkurzyłam. Każę mu spierdalać. Czerwona słuchaweczka. Na tapecie zdjęcie. POWIEKI. Czarno- białe. Autobus. W tle numer A418. Kolejny nieodgadniony numer, z którym moja wyobraźnia sobie nie radzi. Rurka do trzymania. Żadnych głębszych prawd. Jak we wszystkim. Patrzę na zegarek. Szósta rano. Włączam radio. Eska Rock 104,4. Bohema. Przy dźwiękach ‘Tell me (who you are)’ w wykonaniu z Muńkiem piję mocną, czarną kawę bez cukru. Dobry kawałek do picia kawy. Szczególnie takiej siekiery. Powinni tą piosenkę podstawić do filmu ‘Coffe&Cigarettes’ do sceny z dwoma gościami, aktorem i jego fanem, który twierdzi, że jest tam jakoś z tymże aktorem spokrewniony. Zadzwonię jutro do Jima Jarmuscha i powiem, żeby tak zrobił, gdyż będzie to lepszy film, gdy już wprowadzi moje sugestie do montażu. Odstawiam kubek do zlewu. Znów się będą darli, że nie pozmywałam. Chuj z tym. Buty. Kurtka. Pomadka. Torba na ramię. Wychodzę. Słuchawki do uszu. Kolejna dawka muzyki. Dziś The Car Is On Fire. Idę do stacji. Patrzę- pociąg już prawie na peronie. Patrzę na zegarek. Dwie minuty za wcześnie. Kurwa jak zwykle. Z całym tym majdanem na plecach rzucam się w szaleńczy bieg, jakby ten pociąg na Dworzec Wileński to była moja przepustka do lepszego świata. Już tylko kilka metrów. Wszyscy już wsiedli. Moje cholerne szczęście. Pan Pociągowy macha, że poczeka. Kochany Pan Pociągowy. Wbiegam. Zdyszana. Ale jadę. Idę do przodu ładnie podziękować Panu Pociągowemu. Dziękuję ładnie, a pan mówi, że nie szkodzi, gdyż i tak był dwie minuty za wcześnie. Myślałam, że nie wyrobię. Właśnie tych dwóch minut zabrakło mi, żeby dojść do tego pierdolonego pociągu w normalnym tempie. Odpuszczam. Siadam. Jakiś babsztyl patrzy na mnie jak na kosmitkę. Spieprzaj gruba babo! Przystanek tramwajowy. 26. Przystanek Femina. E-2. Przystanek Ciołka. Wychodzę. Zielony płaszczyk. Lucyna. Macha. Biegnie. Kurwa czekam. Nie drzyj się tak! Idziemy. Zielony płaszczyk koło mnie. Udajemy, że się lubimy, że wszystko o sobie wiemy, że się znamy, że idziemy razem. Udajemy, że to wszystko sprawia nam kurewską przyjemność. Ona- oczy okrążone czarną kredką, niebieski cień i ten wkurwiający zielony płaszczyk, mówi, że dobrze, że cudownie, fajnie, że się spotkałyśmy, kupiła nowe spodnie, że w H&M, że nie drogie, bo tylko sto dziewiętnaście złotych dziewięćdziesiąt groszy, gdyż były na promocji z dwustu dziewiętnastu. Mówi, że okazja, że rzadko się takie zdarzają, opowiada o psie, o siostrze, że jej mama na imprezę nie pozwoliła iść. Kurwa przeżyjesz ciśnie mi się na usta. Ale przecież jestem grzeczna, gdyż tak chcą mnie postrzegać, więc uśmiecham się i macham głową. Pyta, co u mnie. Mówię, że chujowo, ona że jej przykro. I zaczyna o kocie, jakimś gościu w czapeczce NY Yankees, że jej się podoba, że nie ma odwagi podejść i może bym jej pomogła. Mówię, że ok. Niebieski płot. Żółty budynek. Szkoła. Identyfikator pokazać przy wejściu. Nie mam, proszę pana. Legitymację pokazać. Identyfikator wyrobić. Nie mam zdjęcia do identyfikatora, proszę pana. Zrobić. W jedną godzinę robią zdjęcie. Nie mam pieniędzy, proszę pana. No idź już, gdyż marudzisz. Zielony płaszczyk. Szatnia. Zdejmuję buty. Kurtkę. Zakładam czeszki. Gdzie masz ćwiczenie? Nie kupiłam, proszę pana, gdyż nie mam pieniędzy. Skserować. Mam dwa grosze w portfelu, gdyż resztę wydałam. Pożyczyć jej trzydzieści groszy. Szczęśliwa? Jak w niebie, proszę pana, gdyż geografia to moje powołanie, życiowa prawda, dzięki tej kserówce jej nie przegapię. Dziękuję panu, że jest pan dla mnie tak łaskawy, że pomaga mi uzyskać niezbędną wiedzę geograficzną. Marzę tylko o tym, by żyć tak jak pan, gdyż chciałabym w przyszłości być młodym zgredziałym nauczycielem i po pięciu latach tkwienia w wyższej szkole wszystkiego i niczego użerać się z jakimiś niedoukami, którzy nie wiedzą, gdzie są Kajmany i objawiać im prawdę życia. Marzę o tym, gdyż chciałabym w przyszłości zarabiać osiemset złotych miesięcznie. Myślę, że odpowiednią oceną w jednej z rubryk w dzienniku pod numerem jeden, tam gdzie wpisane jest czarnym długopisem twoje nazwisko będzie jeden. Wyjmuje portfel, z niego jeszcze dziewięćdziesiąt groszy, ale się kurwa rzucił, każe skserować jeszcze trzy następne strony, zabrać swoje rzeczy i usiąść pod drzwiami klasy od strony zewnętrznej. Robię, co nakazuje pan i władca. W drodze z ksero napotykam Be. Chujowo, nudno, kurwa jakie nudy, jak chujowo, ta szkoła mnie wykańcza cały czas nawija. Kibel z Be. Skręt. Trochę haszu. Do końca dnia już nie jest chujowo i nudno. Be uśmiecha się. Obie się uśmiechamy. Dzwonek brzęczy w uszach. Zrobić zadanie dwunaste i trzynaste na stronie siedemdziesiątej szóstej. Przetłuszczone włosy. Odrosty. Kurwa, jakie odrosty. Podchodzę. Praca domowa, proszę pani umyć włosy ewentualnie przejechać maszynką, gdyż wygląda pani jak mop, na który ktoś nasikał. Jakieś zamieszanie. Ktoś zemdlał. Be! Nie rób mi tego! Kurwa, nie kto inny jak Be. Widać, że zjarana. Będzie miała przejeb. Dyrekcja się zbiegła, sekretarki i inne. Wywalam stąd. Kurtka, buty. Już mnie nie ma. Zielony płaszczyk. Lucyna. Pierdolę, znowu Lucyna! Chłopak jest chory, musze do niego jechać, gorączkę ma, bo przesadził z graniem w piłkę zimą. Biedny. Fan Legii. Mówi, że przystojny, uroczy. Nie fan, tylko kibic, Lucynko. Może i kibic. Przystanek. E-2. Zielony płaszczyk obok mnie. Lucynka się żegna ze mną. Femina. Wysiada. Jadę. Bankowy. Starówka. Jak ja kocham Starówkę. Uniwersytet. Wysiadam. Senatorska. Jak ja kocham Starówkę. Be. Gdzie do cholery jest Be? Przecież zemdlała. Jutro zadzwonię i zapytam jak się ma. Szkoła baletowa. Wciskam się w legginsy, baletki, różowe getry. Chodzę krzywo, nadal mam sieczkę zamiast mózgu. Jest mi dobrze. Innym nie. Drze się stara jędza. Znowu się drze. Pośladki mają być jak stal, u Ciebie są sflaczałe. Bardziej nie mogę, proszę pani. Jak to nie możesz, jak możesz. Spinam. Wyobrażam sobie, że zamiast tyłka mam stal, upadłam na tyłek. Co jest? No miały być ze stali te pośladki, a że stal jest ciężka to się wyrżnęłam. Ciężka ta stal, proszę pani. Koniec twoich zajęć na dziś. Przebieraj się i do domu. Nie wiem co Ci jest. Ale mam Cię dość. Przeszkadzasz tylko innym dziewczynkom. One mają pośladki ze stali, bo trudno nie mieć twardych, kiedy przez skórę widać każdy ruch ich kości. Dziękuję pani za edukację baletową, proszę pani. Jutro zadzwoni do pani mój adwokat, gdyż mnie pani obraziła. Przebieram się. Wychodzę. Dojście piechotą na Nowy Świat zajmuje mi godzinę. Przydługo. Piździ. Przewiało mnie już we wszystkie możliwe strony. Pewex. Piwo. Whisky z colą. Barman do mnie mruga. Uśmiecham się. Teraz już całkiem nie kontaktuję. Podchodzi jakiś gość. Jak się masz. Ładna jesteś. Miła zapewne. Jak się nazywasz? Lilly, bezczelny chłopcze. Lilly… Piękne imię. Więc Lilly, czy to jest twoje prawdziwe imię? Na taki bajer idą dziewczyny z innych części Warszawy. Nie te z tej kanapy na której siedzimy, chłopcze. Ale przecież siedzimy tu tylko my, Lilly. Właśnie. Tylko my, więc o co się głupio pytasz. Lilly, spokojnie. Chciałem tylko miło i przyjacielsko pogadać, gdyż mi się nieziemsko podobasz. Gadajmy więc miło i przyjacielsko, chłopcze. Więc co chcesz mi o sobie powiedzieć, maleńka? Jestem Lilly. Lilianna Andrejewicz. Przeżyłam osiemnaście lat. Uczę się. Lubię teatr, dobrą muzykę, przystojnych facetów. Umiem się śmiać i płakać. Moja wyobraźnia źle radzi sobie z wielkimi cyframi. Rozbijam je na dużo mniejsze, chłopcze. Jesteś inna, Lilly. Inna niż one. Jestem Alek. Mam dwadzieścia dwa lata. Nie chcę o Tobie nic wiedzieć. Nie teraz, Alek. Mało kontaktuję. Be zemdlała. Muszę iść, gdyż ona zemdlała. Zapłać mój rachunek w barze, Alek. Wyciągam paragon z H&M z tylnej kieszeni dżinsów, szminkę z kosmetyczki, zapisuję mu swój numer. Zadzwonię jutro, Lilly. Mam jeszcze jedną prośbę. Pocałujesz mnie? Pocałuję. Ale nie dziś. Jutro. Do zobaczenia. Wychodzę na Nowy Świat. Palma. Po co tą pierdoloną palmę tu postawili. Ludzie płacą podatki, a oni zamiast dać kasę biednym dzieciom w hospicjach, albo chorym na białaczkę, albo chociażby mi, ja bym wiedziała co z tymi pieniędzmi zrobić, oni stawiają jakąś cholerną palmę, nie mam bladego pojęcia po co, chociaż muszę przyznać, że wygląda tu superfantastycznie. Czuję, że zaraz będę wymiotować. Siadam na chodniku. Głowa mnie napieprza niemiłosiernie. Siedzę. Nic się nie dzieje. Oddychaj głęboko, Lilly. Oddycham. Odwracam się, chcę sprawdzić, kto to powiedział. Norbert. Witaj, kochanie mówię szybko. Wstaję, przytulam go. Lilly, znowu paliłaś. Nie wolno ci, przecież wiesz jak się później czujesz. Zawsze w torebce nosisz Panadol. Poszukasz? A nie, nie dasz rady poszukać. Ja poszukam. Daję mu torbę, wyrzuca wszystko na chodnik. Na samym dnie torby
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hlorofilalgin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…