Nic Ponad Rany
A gdybyś nie potrafił odróżnić snu od rzeczywistości? A gdybyś w takim stanie musiał walczyć o swoją jedyną miłość?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nazywam się Paweł Zubecki i mam 32 lata. Jestem podrzędnym ochroniarzem w mało znaczącej firmie. Od 5 lat cierpię na PBS, PTSD*, syndrom wojny Irackiej, chroniczną bezsenność i stany lękowo- depresyjne. Kiedyś chciałem wykazać siłę i odwagę walcząc o czyjąś wolność. Zapłaciłem za to częścią siebie i powróciłem jako cień człowieka. Cień siebie. Podejmowałem leczenie kliniczne i farmakologiczne, kilka terapii, kilka zgubnych nałogów. Okresowo zażywałem haloperynę, relanium, valium, prozak, konopie i nieśmiertelny alkohol. 3 lata temu odzyskałem balans psychiczny i normalne życie, lecz w miniony poniedziałek osoba odpowiedzialne za to szczęście- moja żona- została uprowadzona. Ponownie więc przyszło mi walczyć tym razem o moją rodzinę i siebie samego. Wcześniej mimo zwyczajnych rozstań z Eweliną wymuszonych pracą i podróżami nie zdawałem sobie sprawy, jak uzależniony jestem od niej. Dopiero 5 dni temu w samotny poranek kiedy obudził mnie dzwonek telefonu coś sprawiło, że znów poczułem to gnijące uczucie w żołądku mówiące mi, że niebezpieczeństwo obserwuje mnie z ukrycia. I czeka na mój błąd lub najmniejszą oznakę słabości. - Dzień dobry panie Pawle. Przepraszam za tak wczesną pobudkę po służbie- Przyjemny , ale szybki i stanowczy głos starszego mężczyzny nie pozostawiał mi chwili na odpowiedź. Odruchowo spojrzałem na sekundnik zegarka- Proszę zachować milczenie i nie rozłączać się ponieważ drugiej rozmowy nie będzie. Obok mnie siedzi piękna pani Ewelina. Jest zdrowa i bezpieczna... Kochanie- przestraszony głos mojej żony w słuchawce rozwścieczył rytm mojego serca- zrób to o co cię proszą, to ich... Ma pan moją gwarancję- znów głos mężczyzny- że głos jej z głowy nie spadnie, jeśli wykona pan to proste zadanie. Proszę słuchać uważnie. Uda się pan do kasyna Dama Kier i dowolnymi metodami uzyska od właściciela tego śmiesznego interesu mało dla niego wartościową teczkę Nadobnego. Teczkę... Nadobnego... Kiedy już dobije pan targu, panie Zubecki, wróci pan do swojego mieszkania a mój kurier skontaktuje się z panem odnośnie miejsca i terminu wymiany. Najważniejsze oczywiście dla zdrowia pańskiej pięknej żony to aby sam nie próbował mnie pan odnaleźć i nie kontaktował się z policją. Proszę powiedzieć tak, jeśli zrozumiał pan w jaki sposób odzyskać żonę w jednym, ślicznym kawałku. Najszybciej jak potrafiłem przebiegłem myślami przez całą wypowiedź głosu z telefonu. Nie pozostawił mi innej możliwości, jak tylko odpowiedzieć: - Tak... Natychmiast w słuchawce rozległ się trzask a później buczenie pustej linii. Spojrzałem na zegarek: 56 sekund rozmowy. To nie byli chuligani z przedmieścia. Przeszedłem do ciemnego pokoju obok i usiadłem przy małym stole, na twardym stołku z drewnianym oparciem. Od czasów szkolnych takiego nie widziałem.
***
Oglądałem cienie żył i zmarszczek rysujące się na moich dłoniach w słabym, żółtym świetle małej lampki. Wszystko poza jej wąskim zasięgiem jawiło się w mrocznych cieniach. Nie byłem pewien co skrywa czerń wokół mnie, ale po tym zapachu oleju, potu i dymu papierosowego rozpoznałbym każdy magazyn broni. Po chwili nieprzyjemny pomruk metalowych drzwi oznajmił powrót Munery. - Więc co słychać poza tym? Radzisz sobie jakoś?- Jacek Muner Munerski był jedyną wartościową osobą, z którą znajomość wyniosłem z wojska. - Wiesz jak jest...- odpowiedziałem wymigując się i obserwując jak stawia dwie szklanki mocnego drinka na stole tuż obok Browninga HP 9mm, zimnej pizzy i popielniczki proszącej się o opróżnienie. -Wiem jak było... więc pytam poważnie: radzisz sobie, czy potrzebujesz pomocy? Wiesz, że jak tylko chcesz, to jestem. - Dzięki wiem, ale biorę jakieś prochy, które trzymają mnie w ryzach rzeczywistości. Tylko znów wracają wspomnienia i te dziwne obrazy... budzę się rano i nie wiem czy przez minione godziny śniłem, czy to działo się naprawdę. Czasem jestem jedną nogą w jakimś śnie i nawet, gdy zorientuję się, że wszystko jest urojone, nie potrafię z niego wyjść. Ale radzę sobie nieźle. Dzięki... - Jak kroi się jakiś dym, to jestem z tobą- Muner zawsze był oddanym kumplem, jednym z tych prawdziwych, którzy rzucą wszystko by przyjść ci z pomocą. - Rozwiąże to spokojnie. Przeprowadziłem już rekonesans w kasynie. Jest dwóch gości na bramce i trzech na zapleczu w interwencji. Profesjonaliści, wszystko byli zawodowi z 12BZ. Mają Glocki i paralizatory, więc nie chcę wojny. Umówiłem się z tym całym Warkowskim na rozmowę jutro o ósmej. - On jest szefem kasyna? - Tak. Ale to podobno płotka w całym tym interesie. Sprzeda mi tą cholerną teczkę za paczkę czekoladek. - Masz kasę?- Muner był błogosławieństwem w moim schorowanym świecie. Ja dla niego zrobiłbym zresztą to samo. - Sprzedałem golfa Eweliny. Jak trzeba będzie, to mój fokus też pójdzie do komisu. I to bez mrugnięcia. - W takim razie za jak najszybszy powrót Eweliny!- Muner podniósł szklankę do góry. - Za powrót... i za kumpla... Pociągnęliśmy po głębokim łyku wódki z colą. Muner wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował mnie jednym. Zapaliliśmy jak za dawnych lat w wojsku. Wtedy jednak to ja zawsze częstowałem go fajkami, ponieważ przez różne problemy, jeszcze wyniesione z cywila, nigdy nie miał kasy. Pomagałem mu jak tylko mogłem. - Browning jest twój- po chwili plotkowania w kłębach papierosowego dymu wróciliśmy do interesów – Nie masz pozwolenia, co? - Żartujesz? Zabrali zaraz na początku leczenia. - Co jeszcze potrzebujesz? - Na razie tylko, żebyś wiedział, co robię, że jutro tam idę pogadać i w ogóle. Tak dla asekuracji. Klamka też tylko dla asekuracji. Ok? - Ok. - Będę dzwonił codziennie o... powiedzmy 23? - O 23, jeśli nie to czekam do rana. Potem działam. Dopiliśmy spokojnie drinki i zapalili jeszcze po jednym papierosie dyskutując luźno o dawnych czasach. W ciemnym magazynie zrobiło się duszno od dymu, kiedy skończyliśmy spotkanie. Wstałem powoli i poczułem, jak lekko kręci mi się w głowie. Jedną ręką sięgnąłem do kieszeni koszuli po leki a drugą przysunąłem twardy stołek z drewnianym oparciem do stołu. Chwilę później Muner poprowadził mnie przez metalowe drzwi i dalej ciemnym korytarzem. Czułem wilgoć betonowych ścian i chłód nasuwający obraz zwykłej piwnicy. Dopiero za kolejnymi drzwiami było nieco jaśniej i cieplej. W ścianach korytarza którym teraz szliśmy, co kilka metrów widziałem szklane drzwi w których niczym w lustrze odbijała się moja sylwetka. Piaskowe buty i kevlarowy hełm, moja sylwetka. Kamizelka, magazynki w ładownicach, moja sylwetka. Żołnierz z czarnym karabinkiem. Moja sylwetka. Muner szukał klucza do ostatnnich metalowych drzwi, podczas gdy ja nerwowo upewniałem się, że odbicia w ciemnych szybach były złudzeniami. Nie miałem jednak na sobie oporządzenia ani długiej broni. Poprawiłem więc jedynie Browninga w kieszeni płaszcza, który kupiła mi kiedyś żona. - Wszystko w porządku?- zapytał Muner otwierając drzwi na zewnątrz. Poczułem zapach świeżego, jesiennego powietrza wlewający się przez wąskie drzwi z zewnątrz. Wiał lekki wiatr a wszystkie auta zaparkowane równo na ulicy pokryte były nocną rosą. - Myślisz Jacek, że kiedyś zapomnimy i że uwierzymy, że to wszystko wtedy miało jakiś sens?- Spojrzałem mu w oczy pytająco, na co obrócił wzrok w stronę latarni oświetlających puste ulice. - Myślę, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko zapomnieć. Myślę- z powrotem spojrzał na mnie z troską- że ten brak sensu i cała głupota nie zasługują na roztrząsanie. Jeszcze papierosa? - Nie, już dość kręci mi się w głowie. Dzięki za wszystko- podałem mu rękę przytrzymując uścisk chwilę dłużej niż normalnie. - Nie ma sprawy. Do usłyszenia jutro o 23- jego twarz rozświetliła się od płomyka zapalniczki gdy odpalał kolejnego papierosa a wielkie kłęby dymu jeszcze przez moment zdawały się nie chcieć mnie uwolnić, gdy odchodziłem. Po chwili spaceru skręciłem z głównej ulicy w wąską i ciemną uliczkę prowadzącą wzdłuż starego muru, wprost do pobliskiego parku.
***
Kiedy pchałem ciężkie drzwi czułem jeszcze powiew jesiennego wiatru na plecach. A może był to jedynie przeciąg, który przypomniał mi, że gdzieś tam na zewnątrz jest świat inny od tego. Ochroniarze, którzy w ciszy doprowadzili mnie na sam dół klatki schodowej wracali już do swoich zwyczajnych obowiązków na górze. Musiałem wziąć się w garść, przestać uciekać gdzieś myślami, błądzić między snem a jawą. Musiałem dobrze to rozegrać. Jednym krokiem przekroczyłem cicho próg i znalazłem się w absolutnie ciemnym, wąskim korytarzu. Dopiero po chwili zobaczyłem z prawej strony mdlejącą poświatę w oddali. Po lewej stronie nie widziałem nic, tylko czarną otchłań. Poszedłem w prawo wzbudzając w ciszy tunelu echo moich kroków i kolejne echo echa tych kroków, niczym serię bliźniaczych dźwięków. Wzbudziłem całą rodzinę głosów swoich kroków. Gdy doszedłem do końca korytarza w mroku przede mną zobaczyłem już wyraźnie drzwi otoczone wątłym światłem przebijającym się od drugiej strony. W tunelu zapadła znów cisza gdy stanąłem przed nimi wciągając nosem zapach smaru i rdzy. Nacisnąłem klamkę, pociągnąłem z całej siły do siebie. Zgrzyt rozbiegł się wokół mnie i wzdłuż tunelu a echo zamieniło go w coś przypominającego tak dobrze mi znane złowieszcze pomruki odległej artylerii i huk wystrzałów moździerzy. Jak postrzelony podskoczyłem przed siebie wprost do następnego pomieszczenia i jeszcze tylko ręka została po tamtej stronie trzymając za drzwi i usiłując zamknąć je jak najszybciej, gdy coś ciepłego i wilgotnego z tamtej strony złapało moją dłoń. Trzask! Walnąłem drzwiami odgradzając się od zjawy. Znalazłem się sam w ciasnym, pustym pomieszczeniu. Cztery ściany, betonowy sufit, brudna podłoga i jedna goła żarówka. Ślepy zaułek. Musiałem wrócić do tego ciemnego korytarza pełnego ech i moich urojeń. Sięgnąłem do kieszeni koszuli po kolejną tabletkę. Muszę się opanować. Muszę to dobrze rozegrać. Uchyliłem trzeszczące drzwi i przecisnąłem połowę ciała na druga stronę. Zobaczyłem pustkę, mrok, niemal otchłań, niby nic ale zarazem tak wiele. Powolnym krokiem ze zmrużonymi oczami, jakby spodziewając się uderzenia w twarz ruszyłem przed siebie w czerń pustego korytarza. Co skrywa ciemna nicość? Czy może skrywać tak wiele? - Pomóż mi, Zube!- zjawa w postrzępionym mundurze, koszmarnie powyginana świeciła w ciemności krwistą czerwienią swoich wnętrzności- zabierz mnie, już nie chcę tu być. Kurwa zabierz mnie do szpitala! Zacisnąłem oczy i nie przestawałem iść przed siebie ale zjawa kulawym, niezdarnym ruchem przekręciła się bliżej mnie. Część wnętrzności wypłynęła na posadzkę a ręka złapała mnie za nogę mocząc mnie ciepłą krwią. - Gdzie ten pieprzony helikopter, Zube? Zabierz mnie do szpitala... Wyrwałem się z uścisku i pognałem przed siebie na oślep, obijając się ramionami o ściany wąskiego korytarza. Musiałem gdzieś minąć drzwi powrotne na klatkę i pędziłem już w drugi koniec korytarza. Czułem zjawę jak nienaturalnie powyginana zmierza po podłodze w moim kierunku, gdy w oddali przede mną pojawiła się w świetle futryny sylwetka kolejnego ochroniarza Warkowskiego. Zwolniłem natychmiast i obciągnąłem niezgrabnie płaszcz w dół. Ochroniarz przyglądał mi się zdziwiony kiedy starałem się opanować przyspieszone tętno i oddech. - Zgubiłem się trochę- powiedziałem zmieszany niskim głosem mrużąc oczy przed intensywnym światłem. - Dobry wieczór. Ci z góry nie powiedzieli, żeby szedł pan w lewo, do światła? - Dobry wieczór. Chyba zapomnieli. Ochroniarz w czarnym golfie zrobił dla mnie przejście. Gdy przeszukiwał mnie swoimi wielkimi łapami spojrzałem na pusty i mroczny korytarz za moimi plecami prowadzący do nikąd. Ciemna nicość skrywająca tak wiele. Ochroniarz nie znalazł pistoletu, gdyż ukryłem go pod kubłem na śmieci, w parku niedaleko wejścia do kasyna. Wskazał mi ręką miejsce przy stole i odsunął się pod drzwi ze spuszczonym wzrokiem. Ukłoniłem się powoli wszystkim obiegając ich odważnym spojrzeniem i płynnie, ze zdecydowaniem zająłem miejsce na dużym krześle. - Więc tłumaczyłem mu, że musi zacząć od czegoś małego, nieskomplikowanego a później przyjdzie kolej na poważniejsze prace- kontynuował jak gdyby nigdy nic najstarszy mężczyzna w pokoju- ale dziś młodzież jest niespokojna i niecierpliwa. Panie Zubecki, proszę się częstować. Polecam te krewetki, są przedobre- Warkowski, szefa kasyna Dama Kier, jak się domyślałem podał mi biały półmisek z różowymi krewetkami. Poczęstowałem się i jadłem powoli przyglądając się pomieszczeniu. To był duży pokój z podłogą pokrytą ciemnym parkietem i wiśniowymi ścianami. Każdą z nich ozdabiały po dwie ciemno fioletowe doryckie kolumny a przestrzeń między nimi dodatkowo zapełniały wiśniowe zasłony pomarszczone niezwykle równo i gustownie. Sześć drogich skórzanych foteli w fioletowym kolorze stało przy dużym stole nakrytym białym obrusem i zastawionym dużą ilością jedzenia. Trzy osoby posilały się w pokoju dyskutując i spoglądając na mnie z ciekawością od czasu do czasu. Kiedy Warkowski skończył jedzenie i powycierał usta fioletową serwetką, pozostali mężczyźni zrobili to samo. - Więc to pan zjawia się po teczkę?- zagadnął Warkowski spoglądając na mnie zmęczonymi, podkrążonymi oczami. - Nie wiem co to za teczka i osobiście nie zależy mi na niej. Moja żona została porwana i tylko teczka Nadobnego może być kartą przetargową... - Oczywiście- wtrącił się mężczyzna po prawej stronie Warkowskiego- jakżeby inaczej. Najlepiej kogoś porwać, kogoś zabić, cały Plama... - Spokojnie, Wituś- Warkowski mrugnął do niego z uśmiechem- ten pan to w sumie błogosławieństwo dla nas a teczka jest mało warta, prawie że nic, powiedziałbym nawet, że gówno warta. - Sama tak ale dla Plamy... to on ma cały budynek na własność. Zresztą to nie ma znaczenia. Z nami nie ubije interesu a my jej nie sprzedamy, wątpię, żeby ktoś był zainteresowany. Może jedynie BdV daliby z 9 tysięcy bo słyszałem, że szukają reklamy. - Pan jest byłym żołnierzem, jeśli dobrze pamiętam- Warkowski świdrował mnie błękitnymi oczami. Dobrze wiedział już kim jestem i po co przychodzę. Nie dopuściłby mnie tak blisko siebie nie sprawdzając o co chodzi. - Tak. Obecnie jestem ochroniarzem. - Przecież pan nawet nie ma broni. Nie wiem, czy byłby pan dla nas użyteczny. - Mam pistolet ale to nie ma znaczenia. Chciałbym zapłacić za tą teczkę i odejść nie robiąc zbędnego zamieszania. - Niestety będzie zamieszanie, panie Zubecki. - 10 tysięcy? Przebijam BdV- strzelałem. - Nie, nie. Pan mi pomoże - Warkowski popatrzył się z niesmakiem na swojego sąsiada z prawej wygrzebującego niezgrabnie rewolwer 357 Magnum z sześciocalową lufą- Wituś, nie, nie rób nic lepiej, Wituś! Nie zauważyłem dotąd, że Wituś miał w oczach obłęd i upojenie. Mieszankę dość wybuchową. Nie igra się ze świrami, zwłaszcza gdy pijani wygrzebują 357 Magnum z gaci. - Panie Zubecki- kontynuował szef- dokona pan w środę wraz z trójką innych moich ludzi napadu na konwój z gotówką. Dwóch słabo uzbrojonych strażników, las, chwila zamieszania. W środku, w schowku pasażera znajdować się będzie pana teczka. Kiedy moi ludzie przeładują pieniądze, pozwolą panu odejść spokojnie po żonę. Wituś, proszę cię zostaw pukawkę, zostaw pana... Wituś jednak z umiłowaniem celował teraz w moją twarz patrząc mi zawadiacko w oczy. - Więc myślisz, że możesz tak sobie tu po prostu przyjść i zabierać jakąś teczkę- czepiał się mnie męczącą, pijacką gadką. Szukałem ratunku w Warkowskim i tym trzecim, milczącym mężczyźnie, ale obaj spuścili oczy skrępowani zachowaniem swojego kolegi- myślisz, że możesz zabierać pracę mojemu chrześniakowi. Chłopak będzie teraz stał na bramce w jakimś głupim korytarzu... - Wituś, tłumaczę ci, że musi zacząć od czegoś małego. Sprawdzimy go i kiedyś tam dostanie taką robotę, jak tutaj obecny pan żołnierz. Nie celuj już w niego, Wituś! - To jest jakiś... jakiś gówniarz wart niewiele więcej od mojego chrześniaka- wiedziałem już, że muszę radzić sobie sam, nie czekając na pomoc Warkowskiego. Ściągnąłem wzrok świra na siebie i zmiażdżyłem go najmocniej jak tylko potrafiłem swoim wściekłym spojrzeniem w najgorszym wydaniu- I co zrobisz, co? Strzelę ci między te złe oczy i co, taki będziesz wtedy też cwany? No co zrobisz... - Jeśli strzelisz mi w głowę- przerwałem mu nie ruszając się i nie dając mu żadnej ulgi, nie zwalniając go z mojego wściekłego spojrzenia i nie dając dojść do słowa- to zamiast iść z tego miejsca do piekła, uchwycę się nogawek twoich spodni i pozwolę ci zaciągnąć moją trupią duszę do twojego domu a potem w najokropniejszych męczarniach zabiję twoją rodzinę, zabiję twoje dzieci i na końcu zabiję ciebie. A jeśli twoja matka już nie żyje, to i ją jeszcze odnajdę i będę ją męczył tak strasznie, że zapragnie umrzeć ponownie i spierdolić przede mną do piekła i przestań celować ten pierdolony pistolet w moją stronę bo wsadzę ci go w dupę razem z twoją własną ręką aż po łokieć. Zapanowała absolutna cisza. Wituś zaczął się trząść w furii ale mój spokój chyba przeraził tego wariata. Bo czasem trzeba wziąć się w garść. Trzeba coś dobrze rozegrać.
***
Jesienny wiatr niosący zapach gnijących liści i pierwszego dymu z kominów wdarł się pod mój rozpięty płaszcz, gdy otwierałem ciężkie drzwi. A może był to jedynie przeciąg w betonowych korytarzach. Klatką schodową dostałem się w dół do podziemi. W stęchłym powietrzu czuło się jakby ziemniaki i wilgoć. Coś świtało w mojej głowie, że to miejsce nie jest mi obce ale to nie był czas na analizowanie swojej percepcji i zabawę zmysłami. Musiałem dobrze to rozegrać. Cicho przekroczyłem próg i wszedłem w absolutnie ciemny i wąski korytarz. Gdy zobaczyłem poświatę z prawej strony moje serce niemal stanęło. Rozpoznawałem to miejsce, jakbym był tam już wcześniej. Z trwogą skręciłem w lewo. Gdy w ciemności zbliżałem się do metalowych drzwi na końcu korytarza, wyczułem nasilający się zapach rdzy i pleśni. Stojąc przed nimi i czekając na reakcję na moje pukanie, obciągnąłem płaszcz w dół i poprawiłem kołnierzyk koszuli. Zanim ochroniarz w czarnym golfie wpuścił mnie do środka zdążyłem jeszcze przełknąć moje tabletki i nerwowo obejrzeć się za siebie. - Dobry wieczór- przywitałem trzech mężczyzn przy stole. - Dobry wieczór. - Proszę stanąć szeroko- ochroniarz stanowczo zatrzymał mnie wielką łapą. - Oczywiście- mój pistolet schowany był już w skrytce koło parku. Poczułem smród potu gdy ochroniarz w dawno nie pranym golfie nachylił się nade mną sprawdzając czy nie wnoszę broni. Po przeszukaniu wskazał mi ręką miejsce przy stole i odsunął się pod drzwi spuszczając wzrok. Gdy zajmowałem miejsce na wielkim krześle zapach czosnku i imbiru zastąpiły smród potu ochroniarza. - Więc tłumaczyłem mu, że musi zacząć od czegoś małego, nieskomplikowanego a później przyjdzie kolej na poważniejsze prace- gry słyszałem znajomy głos byłem już pewien, że nie tylko miejsce ale i cała sytuacja nie są mi obce- ale dziś młodzież jest niespokojna i niecierpliwa. Panie Zubecki, proszę się częstować. Polecam te krewetki, są przedobre- wszystko przypominało powtórkę snu lub jakąś pętlę czasową. Po chwili Warkowski podał mi biały półmisek z różowymi krewetkami. Pachniały wyśmienicie, choć nie przebijały woni sosu grzybowego ani wołowiny stojących na stole pośród innych przysmaków. Pokój wypełniały szczelnie zapachy unoszące się niczym duchy, spokojnie i niemo, trafiając do naszych nozdrzy i drażniąc nasze podniebienia. Nie mogłem oprzeć się pokusie kosztowania kolejnych mięs i sosów. - Więc to pan zjawia się po teczkę?- Warkowski przerwał moje dyskretne rozglądanie po wiśniowym pokoju z kolumnami i zasłonami. - Osobiście nie zależy mi na niej, panie Warkowski. Chcę tylko odzyskać żonę a porywacze zażądali tej właśnie teczki i abym rozmawiał z panem i dokonał zakupu. - Plama nie zapłaciłby nam ani grosza, sknera jeden, sknera- nieco pijany i znerwicowany mężczyzna wtrącił się do rozmowy- Potrzebuje fasady, żeby mieć prawo zarządzania całą nieruchomością. Ciekawe co jest w stanie zrobić za teczkę? Sknera jeden... - Nie przejmuj się Wituś- Warkowski uśmiechnął się do swojego znerwicowanego wspólnika- zyskamy na tym tak czy siak i powiedziałbym nawet, że opłaci się to po prostu. Wyprostowałem się spięty na stołku. Coś ciepłego i wilgotnego dotknęło mojej nogi pod stołem. Przez chwilę myślałem tylko o tym, żeby to coś okazało się tylko zwidem, przelotnym wytworem mojej chorej wyobraźni ale po chwili, tym razem już wyraźniej, to coś wsadziło łapę do nogawki spodni i chwyciło mnie za kostkę. Zacząłem się pocić. Chciałem zerwać się od stołu ale przecież jestem chory i może to nie jest prawda, może to zaraz zniknie a ja zrywając się zaprzepaszczę szansę na odzyskanie żony. - Wszystko w porządku panie Zubecki?- Warkowski przechylił na bok głowę i ze szczerym zmartwieniem przyglądnął mi się. - Nie podoba mi się ten człowiek- Wituś wiercił się na stołku. - Nie, nie. Wszystko w porządku tylko naprawdę chciałbym zapłacić z ta teczkę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LegendaPoranka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…