Wróć do katalogu

Niedokończona gra w penisa

Nieznany z imienia pisarz idzie w kondukcie pogrzebowym i rozmyśla o swojej przeszłości.

Zenek, opublikowano , 26 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

NIEDOKOŃCZONA GRA W PENISA

- Myślałem, że pan nie żyje... - powiedział mężczyzna. Szedł z mojej prawej strony i od pewnego czasu uważnie mi się przyglądał. Siąpił deszcz i kondukt pogrzebowy poruszał się szybciej niż to jest w zwyczaju.Sytuacja - pomyślałem - jak u Leśmiana: "Zbladła twarz Don Juana gdy w ulicznym mroku spostrzegł własny pogrzeb.I przynaglił kroku." Pierwszy raz zobaczyłem śmierć, kiedy miałem pięć lat.Właśnie bawiłem się z rówieśnikami w chowanego pod kościelnym murem, gdy ktoś powiedział, że kostnica jest otwarta i można zobaczyć tego z poderżniętym gardłem, co go wczoraj przywieźli. Poszliśmy w tamtą stronę, zachowując ostrożną odległość.W kostnicy nie było okien i mimo otwartych drzwi panował półmrok, niewiele było widać.Krzątający się wewnątrz grabarz, przywołał nas bliżej. Na marach leżał potężnie zbudowany mężczyzna, łysy, o pergaminowej twarzy i jakby pękniętej szyi. - Nie żyje od dwóch dni, ale nie cały jeszcze duch z niego wyszedł - powiedział grabarz, patrząc na nas badawczo. Stłoczyliśmy się w niemą gromadkę.Grabarz podszedł do trupa i ucisnął ręką jego klatkę piersiową. W tej samej chwili trup westchnął. - A nie mówiłem... - zawołał zadowolony grabarz. Drugi raz zobaczyłem śmierć w rok później. Za oknem przysłoniętym okiennicami przesuwały się podążające na kirkut furmanki, wyładowane skrwawionymi i wychudzonymi jak szkielety ciałami. W parę miesięcy później zobaczyłem śmierć młodego Michałowskiego. Pijany wójt volksdeutsche wyszedł przed gminę i oddał kilka strzałów na chybił-trafił. Jedna z kul odłupała kawałek sztachety w naszym płocie ale przedtem przeszła przez Michałowskiego. Leżał po drugiej stronie ulicy aż do wieczora. Kiedy nasze miasteczko zostało wyzwolone, okazało się, że nie wszyscy się ucieszyli. Któregoś dnia rynek opanowali dziwni żołnierze. Głowy orłów na ich czapkach ozdobione byly koronami. Orły na czapkach naszych pięciu milicjantów nie miały koron. Może dlatego żołnierze kazali milicjantom rozebrać się do kaleson i opuścić miasteczko. Ludzie mówili, że milicjanci mieli szczęście.Bo kiedy na rynek wjechała sowiecka ciężarówka, dziwni żołnierze otworzyli ogień. Szofer przedarł się jednak przez kule i porzucił maszynę dopiero przed domem restauratora Bryłki. A potem przez sad przedostał się do lasu. W szoferce pozostał martwy leutinant. Jego pokrwawiona twarz, zwieszona za potrzaskaną szybą, straszyła mnie nocami przez wiele miesięcy. Wszystkie te śmierci, choć zdarzyły się w zasięgu mojego wzroku, były dalekie, obce.Nawet wtedy, kiedy zmarł dziadek i żegnałem go, leżącego w otwartej trumnie - jak nakazała matka - pocałunkiem w rękę, też doznałem podobnego uczucia. Przyszła mi wówczas do głowy refleksja o istnieniu czegoś, co można byłoby nazwać egoizmem żywych. Refleksja ta spotęgowała się podczas stypy; prawie nikt nie mówił o zmarłym. Za to chętnie opowiadano dowcipy. Miałem siedem lat, kiedy przez otwór wentylacyjny w schronie wykopanym przez wujków wpadł odłamek szrapnela. Popatrzyłem na tę grudkę żelaza i próbowałem wziąć do ręki. I krzyknąłem. Wiedziałem, że odłamek zabija, ale nie wiedziałem, że parzy. W rok później rodzice przenieśli się z bardzo małego miasteczka do miasteczka nieco większego. Wojna wprawdzie się skończyła, ale mimo to od czasu do czasu strzelano. Za ścianą jęczał nocami nasz nowy sąsiad, ranny ubek. Któregoś dnia z gospody ludowej na rogu wybiegł człowiek, a za nim drugi. Wyglądało na to, że jeden jest ściganym a drugi ścigającym. Świst nad uchem usłyszałem jednocześnie z wystrzałem. Czy mogę powiedzieć, że tym razem mi się udało? Niektórzy mówią, że byli o krok od śmierci. Czy wtedy śmierć przemknęła koło mnie w odległości paru centymetrów? Kiedy zmarł mój warszawski stryjek i po wielkomiejskim życiu odprowadzaliśmy go - jak sobie w porę zażyczył - na wiejski cmentarz, stryjenka powiedziała: dobrze mu będzie pod tymi akacjami... Od tamtej pory ciągle myślę, że to ważne, aby umarłemu było po śmierci dobrze. W noc poprzedzającą pogrzeb mego przyjaciela Benedykta przyśniło mi się, że Benedykt siedzi skurczony w za ciasnym dole cmentarnym i patrzy na mnie błagalnie... Najbliżej śmierci byłem tego dnia, kiedy borując w łazience dziurę nieuziemioną wiertarką oparłem się gołym ramieniem o metalową wannę. Poczułem jak ktoś przykrywa mnie ogromnym nieprzezroczystym kielichem.Stopniowa ciemność i żadnego strachu. Przyjmowałem to, co się zbliżało - pogodzony.I nagle poczułem ostry ból. Kielich zdematerializował się - powróciła jasność. Śmierć mnie dotknęła i zrejterowała. Jej czas i mój czas ma dopiero nadejść. Wtedy w łatwy sposób znalazłem racjonalne wyjaśnienie niepowodzenia jej podchodów.Tracąc przytomność puściłem cyngiel wiertarki, toteż w tej samej sekundzie, kiedy poraził mnie prąd - automatycznie nastąpiło jego wyłączenie. Dziś jestem przekonany, że kiedy śmierć usiłuje działać gwałtownie, łatwiej się wywinąć, niż wówczas, kiedy śmierć skrada się powoli. - Myślalem, że pan nie żyje - powtórzył mężczyzna, jakby obawiał się, że pierwszy raz nie usłyszałem jego obcesowego pytania. - Jak pan widzi - żyję. Chyba mnie pan pomylił z kimś innym? - A czyż to nie pan jest autorem głośnej przed laty książki "Izadora przechodzi na drugą stronę" ? - nie poddawał się mężczyzna - niestety, zapomniałem nazwisko autora... Rozpoznał mnie. Chociaż, tak naprawdę, to nie ja byłem autorem "Izadory"... Izadora miała na imię Maria. Kiedy ją poznałem miała 16 lat, ja dokładnie dwa razy tyle. Mój udział w "Izadorze..." polegał jedynie na perfidnym manipulowaniu Marią. Byłem autorem, ale zdarzeń.Tak - Gustaw w "Izadorze..." to ja... Jak bardzo zachwyciłem się urodą Marii mogą państwo przeczytać na 82 stronie "Izadory..." Maria wiernie przytoczyła mój egzaltowany monolog w swoim dzienniczku. Było to szóstego dnia naszej znajomości.Od dwu dni czułem jak moja dojrzałość staje się dla Marii pociągająca, wiedziałem też,że Maria prowadzi dzienniczek, ale szatański pomysł przyszedł mi do głowy później.Choć już od dawna falowała we mnie, ze zmiennym natężeniem, obsesja - jak ją w duchu nazywałem - książki "wspólnej". Kiedy Maria powiedziala mi o dzienniczku, zacząłem prosić, aby pozwoliła mi go przeczytać. Ale szybko spostrzegłem,że łatwiej byłoby Marię uwieść niż dostać do rąk trzy grube bruliony (ostatni nie do końca wówczas jeszcze zapisany). Przyznaję - już wtedy pomyślałem o książce"wspólnej". Razem przeżywać, lecz przeżyte spisywać oddzielnie. Aby pokonać opory Marii, zmieniłem taktykę. Udawałem, że dzienniczek przestał mnie interesować, a skoncentrowałem się na adorowaniu Marii. Któregoś dnia, najzupełniej niespodziewanie, Maria przyniosła mi pierwszy brulion.Sięgał wspomnień jeszcze z przedszkola. "Zabawialiśmy się w TO - pisała Maria - podczas przeraźliwie długich godzin poobiedniej ciszy.Palec skierowany był dokładnie w jedno miejsce:pokaż!Wiedzieliśmy na czym polega różnica między dziewczynką a chłopcem.Ale za każdym razem byliśmy zaskoczeni. Mało kto zastanawiał się skąd i jak powstają dzieci.Przyjmowaliśmy nasze istnienie jako coś zupełnie naturalnego.Jednak ta niewielka różnica nie dawała nam spokoju .Chcieliśmy zobaczyć więcej,dokładniej. Okazywało się, że nie jest to takie proste.Zaczęły się zabawy w doktora. Pojawiał się wstyd, lęk przed tym, że nagość jest czymś niestosownym. Ale przecież czyjeś dotknięcie sprawiało przyjemność. Później stało się coś dziwnego.Ktoś powiedział jak to jest dokładnie. W takim razie nigdy nie będę miała dzieci - zdecydowałam.Widziałam, jak męczyły się dwa złączone psy, słyszałam ich skowyt. Nie, nigdy! Chyba, że jest inny sposób.I szukałam tego drugiego sposobu w książkach. Ale to było już w szkole. Nie rozumiałam też, jak można mieć z czegoś takiego przyjemność." Czy muszę tłumaczyć, jak bardzo lektura brulionu Marii mnie ośmieliła? Bez zahamowań odkryłem więc przed nią zamysł "wspólnej książki". Lecz Maria zaczęła mnie unikać.A kiedy mniej więcej po miesiącu natkąłem się na nią przypadkowo, usiłowała przejść na drugą stronę ulicy. - Co widzisz złego w tym, że chciałem zamienić nasze lustra - powiedziałem, jak mi się wydawało poetycko, licząc że wywrze to na Marii wrażenie - ty byś się przeglądała w moim a ja w twoim... . - A świat by nas podglądał,oszuście? Intonacja nie była specjalnie gniewna, obudziła we mnie nadzieję. I stało się... W tydzień później, pod datą środową - chociaż właściwie był już czwartek - Maria zanotowała w dzienniczku (proszę porównać - "Izadora przechodzi na drugą stronę" s.147) "Chciałam uciec, więc przytuliłam się do niego mocniej, chciałam się schować, więc zamknęłam oczy. Naga. Ciekawa i spłoszona. Jego dłoń gubi się w moim ciele.Zapominam o strachu, poddając się rytmowi płynącemu od środka. Chcę krzyknąć to, co czuję.I krzyczę. Ale inaczej niż chciałam chwilę temu. A potem cisza. On coś mówi, lecz cisza trwa. Jestem szczęśliwa. Byłam po drugiej stronie. Staję przed lustrem. Nic się nie zmieniło. Jestem dokładnie taka sama." Nie postąpiłem z Marią uczciwie. I chociaż minęło już tyle lat, ciągle mnie to dręczy."Izadora przechodzi na drugą stronę" z książki wspólnej stała się książką skradzioną. Bóg tworząc świat wybrał podobno najlepszy z możliwych. Tak przynajmniej uważał Leibniz. Ale przecież, kiedy przyjrzeć się szczegółom, widać wyraźnie, że świat jest niedoskonały. To było wtedy, kiedy wróciłem z pogrzebu znanego aktora, siedziałem w kuchni i patrzyłem na odprysk w posadzce. Powinienem się cieszyć, że Halina strzaskała szklankę w tym miejscu a nie na mojej głowie. A ja się martwiłem. Martwiłem się, że zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć o co poszło. Wiele osób coś mi dało, chociaż nie wszyscy bezinteresownie. Od anonimowej dziewczyny z Bartoszyc poznałem poniecający smak pocałunku w ucho, ojciec oprócz życia dał mi ciągle sprawdzającą się maksymę o złośliwości rzeczy martwych, słynny po latach reżyser nauczył mnie jeść "tatara", od swojej trzeciej żony dowiedziałem się, że pieszczę jak dorożkarz, przy czym sięgnęła po słówko bardziej dosadne. Odpłaciłem jej tym samym: - A skąd wiesz jak pierdolą dorożkarze ? Poznałem ją w aptece. - Poproszę sześć prezerwatyw; najlepiej czarnych - powiedziałem tzw. scenicznym szeptem. Na jej twarzy pojawił się delikatny półuśmiech. - Czy coś jeszcze? - zapytała. - To, co najważniejsze noszę zawsze przy sobie. Nazajutrz znowu tam poszedłem . Pani magister poznała mnie od razu. Na szczęście byłem jedynym klientem. - Co, już? Też sześć? - Dzisiaj siedem. Lubię kabalistyczne liczby. I marzę o tym, aby zagrać z panią w penisa... Zagrałem va banque. Jeszcze tej nocy powiedziałem: - Masz uda równie piękne jak zęby. To zresztą była prawda.W trzy miesiące później Halina została moją trzecią żoną. A teraz znowu jestem sam. Żony przychodzą i odchodzą. Tyle, że do "Izadory..." przybyły "Buldogi łkają o świcie". Zacząłem też "Grę w penisa. Samouczek dla dwojga". Ale nic z tego nie będzie. Nie zdążę. Nocami pociesza mnie ciało Iwony (jeśli akurat ma dyżur). Jestem tu od dwóch miesięcy. I domyślam się wyroku. Odczytuję go z twarzy rządzących tu postaci w białych kitlach. Chociaż próbują mnie oszukiwać, pobudzając się do krzepiących mnie - jak im się wydaje - niby-uśmiechów. Dwa tygodnie temu byłem jeszcze gotów uwierzyć, że ocaleję. Lecz tak samo pocieszali Andrzeja. Jego łóżko od przedwczoraj zajmuje ktoś inny. Andrzej ostatnie dni leżał w bezruchu i patrzył niewidzącymi oczami w sufit. Przy nim siadywała żona ( chyba pierwsza?) i czytała gazetę. Sobie czytała. Ratowała się przed nudą. Jak powiedziałem wcześniej - jestem przekonany, że kiedy śmierć usiłuje działać gwałtownie, łatwiej można się wywinąć, niż kiedy skrada się powoli. Tak właśnie jak teraz. Jej podchody - bardzo delikatne - ujawniły się mniej więcej rok temu, ale nie od razu się domyśliłem. "Nie miałbym nic przeciwko powtórzeniu mego życia od samego początku, prosząc jedynie o przywilej, z którego korzystają pisarze przy drugim wydaniu, aby poprawić pewne błędy pierwszego...Gdyby jednak tego mi odmówiono, mimo wszystko przyjąłbym dar." To nie ja. To Beniamin Franklin. Ale należy mniemać, że jest to pragnienie wielu. Jakimś wyjątkiem był prof. Władysław Tatarkiewicz. Wybitny filozof wyznał w "Zapiskach do autobiografii": "Straciłem ochotę do ponownego życia.To obecne niech trwa, ale niech się na nowo od początku nie zaczyna (...) Gdyby następne życie miało być takie samo jak obecne, to nie jestem go ciekaw; gdyby zaś miało być inne, to bym się lękał, że będzie złe..." Ile mi jeszcze zostało dni do dnia ostatniego? Nawet oni tego dokładnie nie wiedzą. I tak zresztą by nie powiedzieli. Wolą udawać, że mnie to jeszcze nie dotyczy. Nie chcę im robić przykrości i udaję razem z nimi. Zenon…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych