Niepamięć
Opowiadanie 6 z cyklu "Kiedy miłość odchodzi."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zygmunt spojrzał na Marię. Siedziała w fotelu z nieobecnym wyrazem twarzy. Patrzyła we włączony telewizor, ale gdzie była myślami tego, nie wiedział. Tak naprawdę to mógł wyłączyć to grające pudło, a ona by tego nawet nie zauważyła. Choć nie mógł być tego wcale taki pewien. Czasami zdarzało się, że Maria protestowała. Były to jedne z niewielu chwil, kiedy łapał z nią kontakt. Zazwyczaj Maria przez cały dzień siedziała wpatrzona w jeden punkt wykazując bardzo niewiele aktywności. Zygmunt pomagał jej się umyć, ubrać, prowadzał do toalety. Czasem, niestety coraz częściej zdarzały się Marii przykre wypadki, kiedy trzeba było ją przebierać, zmieniać pościel lub ścierać z podłogi jeszcze ciepły mocz. Zygmunt robił to wszystko tylko z poczucia obowiązku. Karmił Marię, czesał jej długie włosy, gdyż Maria nie wiedziała do czego służy łyżka czy grzebień. Taka sytuacja trwała prawie od trzech lat i żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały, że nastąpi poprawa. Diagnoza była jak wyrocznia. To Alzheimer. Choroba jak na razie nieuleczalna. Jednak leki, które codziennie podawał Marii, miały zahamować objawy i opóźnić postęp choroby. Lecz w przypadku Marii leki nie skutkowały. Choroba pogłębiała się coraz bardziej i bardziej, a lekarze tylko rozkładali ręce. Maria nie była w stanie samodzielnie funkcjonować, wymagała całodobowej opieki i całkowitej uwagi. Czasem Zygmunt był już u kresu wytrzymałości, chciał uciec jak najdalej od Marii, od jej choroby, z którą musiał zmagać się każdego dnia. Ale uciec oznaczało przekreślić czterdzieści trzy wspólnie spędzone lata. Lata dobre i złe, wtedy gdy byli szczęśliwi, miele wspólne plany i pragnienia i wtedy gdy ich życie waliło się w gruzy wśród wzajemnych pretensji i oskarżeń. Zygmunt jeszcze raz, ale już znacznie uważniej spojrzał na Marię. Chyba jednak oglądała lecący w telewizji program o zwierzętach pustyni. Zygmunt zdołał usłyszeć, jak Maria kilkakrotnie powtórzyła słowo wąż. Była dziesiąta rano, początek nowego i jakże dla niego żmudnego, pełnego pracy dnia. Podniósł się z fotela i zebrał nakrycie po śniadaniu. Podał Marii leki, które łykała bez protestu, popijając podaną wodą. Kiedy kończył zmywać u drzwi rozległ się dzwonek. To sąsiadka, która jak co dzień przyniosła zakupy. Zygmunt co wieczór wręczał jej karteczkę z listą zakupów i pieniądze na nie przeznaczone. Starał się, aby lista nie była zbyt długa, a podane produkty nie ważyły za dużo. Nie chciał obciążać pani Halinki, która także przekroczyła już sześćdziesiątkę. Znali się od bardzo dawna, jeszcze za czasów, gdy żył jej mąż. Razem z Marią pomagali jej i wspierali ją, kiedy została sama. Teraz ona pomagała im. Nie tylko robiła rano zakupy, ale także kiedy było trzeba zostawała z Maria, podpowiadała co i jak ugotować, który środek jest najlepszy do mycia podłogi, a który do okien. Pani Halinka była ich jedynym towarzystwem. Syn wpadał na krótko zawsze tłumacząc się brakiem czasu. Ale kiedy był potrzebny był. Woził matkę do lekarza, zabierał ojca na zakupy do marketu, wspierał finansowo. Dłuższe chwile spędzali razem tylko w czasie świąt oraz imienin rodziców. Wtedy przyjeżdżał ze swoją rodziną, przywoził upominki i ciasta kupione w cukierni. Maria bardzo cieszyła się z jego wizyt, ale synowej i dwóch wnucząt jakoś nie zauważała. Dzieci nawet ją irytowały, ale dla syna zawsze był pełna miłości i ciepła. Mimo wielkiej miłości do syna były dni, kiedy go nie poznawała. Mówiła do niego pan, albo nazywała imieniem swojego męża. Paweł tłumaczył jej wtedy cierpliwie kim jest i jak ma na imię, wtedy Maria szlochała i tuliła Pawła do siebie nazywając go swoim małym synkiem. Zygmunt staranie wytarł ręce i poszedł otworzyć drzwi. - Dzień dobry. Już myślałam, że nikogo nie ma. – pani Halinka z torbą pełną zakupów wsunęła się do przedpokoju. - Zmywałem. – wyjaśnił Zygmunt. - A jak dziś czuje się Marysia. – spytała sąsiadka i zerknęła w stronę pokoju, skąd dolatywały dźwięki z telewizora. - Myślę, że nieco lepiej. Dziś ma swój lepszy dzień. Ładnie zjadła śniadanie, zdążyliśmy na czas do toalety, a teraz ogląda film o zwierzętach i chyba niektóre z nich nawet rozpoznaje. - To dobrze. – uśmiechnęła się pani Halinka. - Będę o czwartej, tak jak się umawialiśmy. A teraz biegnę robić pranie, jest piękna pogoda, więc będzie szybko schło. Zygmunt zamknął drzwi za sąsiadką i pomyślał, że on też ma pełno ubrań do prania. Jakoś nie mógł się do tego zabrać i z dnia na dzień kupka brudów rosła. Dokończył sprzątanie w kuchni, zajrzał do Marii, aby upewnić się, czy wszystko jest w porządku i zamknął się w łazience segregując ubrania białe i kolorowe, pościel i ręczniki. Nawet sam nie wie, kiedy tego wszystkiego się nauczył. Wcześniej, kiedy Maria była zdrowa to ona zajmowała się domem. On potrafił zrobić tylko jajecznicę. Gdy miał wolny czas pomagał Marii jak umiał: nosił ciężkie siatki z zakupami, odkurzał i trzepał dywany, obierał ziemniaki do obiadu. Ale nigdy nie musiał robić wszystkiego sam tak od początku do końca. A teraz od przeszło roku był do tego zmuszony. Wtedy to właśnie skończył sześćdziesiąt pięć lat i przeszedł na emeryturę. Gdyby nie choroba Marii pewnie by odsuwał tę decyzję w czasie, ale w obecnych okolicznościach nie mógł postąpić inaczej. Stan zdrowia Marii pogarszał się z miesiąca na miesiąc i absolutnie nie było możliwe, aby została sama w domu nawet na kilka minut. Pamięta jak dziś, kiedy pół roku temu zszedł do osiedlowego sklepiku po herbatę i pieczywo. Maria jeszcze spała, więc uznał, że może bezpiecznie zostawić ją samą. Ale mylił się. Maria wstała, nie pamiętała kim jest i gdzie się znajduje. Wyszła w koszuli, bez kapci na klatkę schodową i szukała swojego małego synka, którego w jej mniemaniu ktoś porwał. Swoim zachowaniem, ale również i wyglądem wzbudziła ogólną sensację wśród sąsiadów, którzy wylegli na klatkę schodową. Najbardziej Zygmunta zdziwiło to, że nikt nie próbował Marii pomóc, uspokoić jej, zaprowadzić do mieszkania. A przecież znali ją wszyscy i wiedzieli, że nie jest wariatką. Zygmunt był wtedy zły, ba nawet wściekły, na tych nieczułych ludzi, na Marię, a najbardziej na siebie, że nie przewidział konsekwencji jakie może pociągnąć za sobą zostawienie Marii samej. Od tego czasu bardzo pilnował, by z Marią zawsze ktoś był w mieszkaniu. Wtedy też swoją pomoc zaoferowała pani Halinka, nieobecna przy zdarzeniu na klatce, po powrocie z sanatorium od blokowych kum dowiedziała się o przygodzie Marii. Była oburzona postawą sąsiadów i nie omieszkała się podzielić tym z Zygmuntem. Od tej pory zawsze mógł liczyć na jej pomoc. Kiedy Zygmunt zakończył pracę na podłodze w łazience piętrzyły się cztery kupki. W jednej pościel i ręczniki, w drugiej rzeczy białe, w trzeciej kolorowe, w czwartej zaś to co wymagało ręcznej przepierki. Wstawił pralkę z białymi ubraniami, namoczył w misce rzeczy delikatne i postanowił posadzić Marię na balkonie. Zadanie to nie było łatwe, gdyż nagle Maria odkryła w sobie lęk wysokości i bardzo opierała się przed wyjściem na balkon. Mieszkali na drugim piętrze i na darmo były tłumaczenia, że nic się jej nie stanie, że jest barierka, zawsze próba wystawienia Marii na balkon kończyła się tak samo. - Powinienem ją zabrać na spacer. – pomyślał pełen skruchy. – Ale mam tak dużo pracy w domu i tak mało czasu, że jedynie mogę ją teraz posadzić na balkonie. Ze spacerami wcale nie było lepiej. Najpierw długo ubierał Marię, starannie dobierając poszczególne elementy garderoby, potem przekonywał ją do wyjścia, niejednokrotnie posuwając się do kłamstwa. A kiedy już znaleźli się na ulicy w oczach Marii pojawiał się strach, czepiała się wtedy kurczowo jego ramienia i chciała wracać. Marię przerażało wszystko obcy ludzie, nieznane miejsca, szybko jadące samochody. A na dodatek bała się, że Zygmunt ją tu zostawi, ucieknie jej, a ona nigdy nie trafi do domu. To dziwne, ale mimo swoich problemów z pamięcią, doskonale pamiętała ten dzień kiedy się zgubiła. Była już blisko domu, ale jakoś nie potrafiła znaleźć drogi, zamiast się do niego przybliżać, oddalała się coraz bardziej. Od tego czasu każde wyjście z domu urastało w jej oczach do niebotycznego wyzwania, któremu nie była w stanie sprostać. Tak jak oczekiwał namawianie Marii na wyjście na balkon zajęło mu pół godziny. Woda w misce wystygła, pralka zakończyła pracę i należało nastawić nowe pranie. Nie był już młody i czuł się ogromnie zmęczony nawałem pracy. A zdrowie coraz mniej dopisywało. Zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa i stawów, początki reumatyzmu wykręcającego palce ogromnie utrudniały codzienną pracę w domu. Skoki ciśnienia i podwyższony poziom cukru we krwi regulował za pomocą leków. Choroba niedokrwienna mięśnia sercowego nie pozwalał na zbyt duży wysiłek fizyczny, nie sprzyjała ciągłemu napięciu i nerwom, które ostatnio coraz częściej mu towarzyszyły. A na dodatek teraz zaczęły szwankować nerki. Dziś na siedemnastą wybierał się do nefrologa z pełnym kompletem badań, które lekarz zlecił mu wykonać w czasie poprzedniej wizyty. Ubrania były poprane i powiewały na balkonowej suszarce. Maria na powrót została usadzona w fotelu z kolorową gazetą w ręce. Kiedyś Maria bardzo lubiła czytać, zaczytywała się w literaturze światowej, jak i w autorach zupełnie nieznanych, którzy pisali lepiej lub gorzej. Ponad to potrafiła barwnie i interesująco opowiadać o przeczytanych książkach, polecała je znajomym, namawiała do ich przeczytania. A teraz na zgromadzonych przez lata książkach osiadał tylko kurz, który Zygmunt dwa razy w tygodniu pieczołowicie ścierał. Sam nie miał czasu na czytanie, czasami udało mu się przejrzeć gazetę i to najczęściej wtedy, gdy czekał w kolejce do lekarza. Maria nie czytała w ogóle, być może straciła tę cenną umiejętność i zadowalała się teraz oglądaniem kolorowych zdjęć w czasopismach. Mogła oglądać ciągle tę samą gazetę i zachowywała się wtedy, jak gdyby widziała ją po raz pierwszy na oczy. Czasem podsuwała Zygmuntowi zdjęcie, które jej się bardzo spodobało lub w jakiś sposób poruszyło. Teraz też siedziała w fotelu z gazetą i przypatrywała się zdjęciom egzotycznych plaż. Patrzyła się na nie i patrzyła, być może nasuwały jej one jakieś wspomnienia. O minionych wakacjach nad morzem, gdy Paweł był jeszcze mały i późniejsze pobyty, gdy jeździli już z Zygmuntem sami. Któregoś roku przestali jeździć razem, nie tylko nad morze, ale w ogóle gdziekolwiek. Wtedy to ich małżeństwo przeżywało trudne chwile i chyliło się ku upadkowi. Ale oboje znaleźli tyle siły w sobie i wykazali tyle dobrej chęci, że uratowali je. Uratowali je, ale miłości uratować już nie zdołali. Przez wiele lat żyli razem w jednym domu, troszczyli się o swoje potrzeby, ale nie było między nimi żadnej iskierki miłości. To co ich trzymało razem to przyzwyczajenie i obawa przed ludzkim gadaniem. Zygmunt zastanawiał się czasem, jak wyglądało by teraz jego życie, gdyby jednak zdecydował się na rozstanie z Marią. Im dłużej o tym rozmyślał, tym większego nabierał przekonania, że byłby szczęśliwszy. Że ominęłaby go ta wątpliwa przyjemność niańczenia starej, schorowanej kobiety. Ale czasami, szczególnie wtedy gdy Maria miała lepsze dni, uznawał, że może jego decyzja nie była najtrafniejsza, ale nie mógł postąpić inaczej. Przecież Marii zawdzięcza tak wiele. Skończył studia, w pracy robił to, co lubił, nigdy nie musiał martwi się domowymi kłopotami. O tym wszystkim myślała Maria. Zajmowała się domem, prała, gotowała, stała w kolejkach i zdobywała rzeczy, które jemu wydawały się nie do zdobycia. Załatwiała wczasy rodzinne, wysyłała syna na kolonie, zapisywała się na telewizor i pralkę. Ludzie ją lubili, a i ona dogadywała się z nimi świetnie. Zygmunt
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil cavelady
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…