Niepotrzebna śmierć.
Opowiadanie 10 z cyklu "Kiedy miłość odchodzi."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wiosna tego roku jest inna. Wszystko zielone, dookoła cisza i śpiew ptaków. Słońce grzeje jakby mocniej, a ludzie są szczęśliwsi. Idą razem trzymając się za ręce, obok nich idzie Małgosia podskakując co kilka kroków. Jej mysie, ciasno splecione warkoczyki podskakują razem z nią i opadają granatowymi kokardkami na szczupłe ramiona dziewczynki. Małgosia ma czternaście lat, jej brat Marek dziewiętnaście. Ale tak naprawdę mają ich więcej, widać to szczególnie w ich oczach, zawsze smutnych, nawet wtedy gdy się śmieją. Widać to po ich ustach, gestach, sposobie chodzenia. A przede wszystkim w sposobie myślenia. Choć mają naście lat wszystko traktują bardzo poważnie, myślą o przyszłości, planują każdy dzień, wspierają się, pomagają sobie, a co najważniejsze bardzo się kochają. Marek kocha jeszcze Alinę. To właśnie ją trzyma za rękę, a kiedy ich oczy się spotkają uśmiecha się do niej przyjaźnie. Alina ma osiemnaście lat, ciemne włosy i ciemne oczy zatopione w bladej twarzy. Jej usta mają kolor malin i Marek uwielbia je całować. Są na świecie sami: Marek, Małgosia, Alina, tworzą rodzinę. Kiedyś mieli swoje własne rodziny. Mieli domy, pełne światła i ciepła zimą, wiosną i latem pachnące świeżym powietrzem, praniem i czystością, a jesienią jabłkami. Taki obraz swojego domu zapamiętała Małgosia. Zapamiętała też drobne dłonie matki, jej ciepły głos i piosenki, które śpiewała jej na dobranoc. Marek zapamiętał co innego. On widział spracowane ręce mamy, jej czasami zmęczoną twarz, pamiętał pochylone plecy ojca nad deską kreślarską, kiedy dorabiał w domu wieczorami do pensji. Oboje pamiętają też swoich starszych braci i malutką siostrzyczkę Hanię. Alina nie miała rodzeństwa. „To nawet lepiej.” – mówi. „Dziś przynajmniej nie muszę ich opłakiwać.” Jej rodzice zginęli w Gettcie, ona dzięki życzliwości ludzi się wydostała. Ojciec, żydowski lekarz, do końca swoich dni pomagał ludziom; pomagał, bo leczyć nie było już czym. Mama zawsze życzliwa i uśmiechnięta, teraz stała się markotna, zamknięta w sobie, dla Aliny była jak obca. A ojciec pozostał sobą. Aktywny, żywotny, pełen serca i życzliwości, jak zawsze pomagał i biednym i bogatym, bez względu na pochodzenie i wyznanie. Pełen pomysłów, idei, wciąż gdzieś biegał, angażował się w jakieś podejrzane przedsięwzięcia, a przy tym dbał o rodzinę: by miały gdzie mieszkać, w co się ubrać, co zjeść i czym się ogrzać. Załatwiał Alinie książki, ołówki i zeszyty, niekiedy do połowy zapisane. Alina bardzo go kochała, a matki zaczynała się bać. Już w niczym nie przypominała tamtej kobiety sprzed dwóch lat. Wtedy była bardziej podobna do ojca, wtedy stanowiła dla Aliny cały świat. Obcierała jej dziecięce łzy, opatrywała skaleczenia i stłuczenia, tłumaczyła to, co niezrozumiałe, czytała książki, uczyła jeździć na rowerze, zimą lepiła bałwana i rzucała śnieżkami. Teraz była tylko cieniem tamtej matki i cienia Alina nie zapamiętała. Wciąż nosiła w sobie obraz matki sprzed wojny, obraz kobiety pięknej, aktywnej i otwartej. Dziś nie ma ani matki ani ojca, nie ma też getta i rodzeństwa Marka i Małgosi. Są tylko oni. Idą razem przez miasto pełne ruin, czasem nie rozpoznają ulic. Ale wierzą, że kiedyś ruiny te zamienią się w piękne budynki, że powstaną nowe ulice i mosty. A oni będą uczyć się, pracować, założą rodziny, będą mieć dzieci, cały świat będzie należał do nich. Tak myślą w tej chwili pięknej i złudnej, chwili, która zbyt szybko umyka, by uchwycić ją w kadr, by zamknąć ją w obrazie. I właśnie ta chwila daje im poczucie bezpieczeństwa, nadzieje i wiarę, pozwala oddychać pełną piersią. To nic, że mają przyciasne i poszarpane ubrania, to nic, że nie mogą najeść się do syta, a Małgosię od wielu tygodni łapie paskudny kaszel. Teraz czują się naprawdę szczęśliwi, gdy idą tak sobie w niedzielne, słoneczne popołudnie, pełne wiosennych barw i zapachów. - Patrz Marek. Kotek! – woła Małgosia i przystaje. Patrzy w górę, gdzie na szczycie czegoś, co kiedyś było domem, siedzi szary kłębek i głośno miauczy. - Widzę. – odpowiada brat i nawet nie zwalnia kroku. - Marek! – krzyczy Małgosia i czepia się wolnego ramienia chłopaka. – Zatrzymaj się! - O co ci chodzi Małgosiu? Przecież widzę, że tam siedzi kot. I co z tego? Siedzi, to siedzi - Ale może trzeba mu pomóc zejść. – nie daje za wygraną dziewczynka. – On chyba się boi i na pewno jest głodny. - A ty nie jesteś? – pyta brat. Małgosia spuszcza oczy. Co ma powiedzieć? Przecież dobrze wie, że jest głodna. Głodna jest zawsze, choćby zjadła nie wiedzieć ile, to ciągle będzie głodna. Zdobyte jedzenie Alina i Marek najpierw dzielą na trzy równe części, a następnie pod byle pretekstem oddają jakąś swoją część Małgosi. Ona czuje, że to niesprawiedliwe i za każdym razem obiecuje sobie, że dziś to już jest ten ostatni raz, kiedy wzięła coś z ich „talerza”. Ale zawsze na obietnicach się kończy. - Słuchaj Marek. – teraz odzywa się Alina. Mówi cicho, ale pewnie. – A może byśmy jednak wzięli tego kota. Przecież on nie je dużo. - Ale pije mleko. A jego też nie mamy. Zresztą nie ma o czym gadać. Dokąd zabierzemy tego kota. Do Rogowskich i Michalaków? A stara panna Aniela nie cierpi zwierząt. Damy im doskonały pretekst, by się nas pozbyć. I tak ciągle nam docinają, że nie mamy ślubu, a na bajkę, że jesteś naszą kuzynką od początku nie dali się nabrać. Alina nie cierpi tych ludzi. Są niemili, zadufani, pazerni i kłótliwi. Codziennie w ich oczach widzi szyderstwo i wysłuchuje niby to mimochodem powiedzianych docinek. Alina ma wrażliwą duszę i ich słowa bardzo ją bolą. Niejedną noc przepłakała w poduszkę. Bardzo nie chciała, by Marek to słyszał, ale on po całodziennej pracy w fabryce zasypia szybko kamiennym snem. Przynajmniej tak się jej wydaje. Jednak prawda jest inna. Marek słyszy cichutki płacz Aliny, słyszy i nie wie, co zrobić. Wie, że Alina jest dumna i nigdy w życiu nie przyzna się do wylewanych w nocy łez. Ale wie też, że jeśli nic nie zrobi, jeśli ich sytuacja się nie zmieni, to oboje utoną w morzu łez. Kocha tę dziewczynę nad życie i chce jej dać wszystko. Dlatego ciężko pracuje, a gdy otworzą uniwersytet zamierza studiować. Chce…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil cavelady
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…