Wróć do katalogu

Nietypowe opowiadanie fantasy

Cieżko opisać to "coś":) Przeczytaj a zobaczysz.

gregus30, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

*I*

Moim oczom ukazała się wieża, cel mojej podroży. Popatrzyłem na prawo i w świetle ogniska zobaczyłem kilku strażników, ospale wiszących nad beczką jakiegoś trunku. Podszedłem kilka kroków bliżej i dosłyszałem ich pijacki bełkot. Mówili coś o „swoim panu”, i - tu nadstawiłem uszu – „jego nowym nabytku”. Naiwni głupcy, gdyby wiedzieli, kto czatuje kilka metrów dalej, siedzieliby z mieczami w rękach i z trzęsącymi się nogami. Uznałem, że nic więcej się od nich nie dowiem. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszeli, była stal przecinająca powietrze. Wziąłem się do przeszukiwania zwłok. Potrzebowałem w końcu jakiegoś zwoju teleportacyjnego, albo czegoś, co pomoże mi się dostać do wieży. Obszukałem pierwszego i nic przy nim nie znalazłem, oprócz pustej butelki po jakimś tanim alkoholu(Kavalier bodajże), starej, zardzewiałej kolczugi i sztyletu. Przy drugim także niczego nie znalazłem. Trzeci strażnik (niechybnie herszt tej bandy) miał przy sobie okrągły, czarny kamień, ze znakiem na środku. Na kamieniu była wyryta runa, chyba najdelikatniejsza i najdoskonalsza, jaka kiedykolwiek widziałem. Runę schowałem do kieszeni. Wziąłem paląca się żagiew i ruszyłem w kierunku wieży. Obszedłem ją kilka razy w poszukiwaniu wejścia i niestety napotkałem tylko gładkie ściany (z pewnością magicznie stworzone, bo nie widać było na nich żadnej skazy). Coś mi przyszło na myśl, i wyciągnąłem z kieszeni mój nowy nabytek. Powoli zbliżyłem kamień do ściany, i puściłem go. Kamień zawisł chwile w powietrzu, a następnie „wtopił” się w mur. Po kilku sekundach ciszy, coś drgnęło i ściana rozwarła się dokładnie w tym miejscu, w którym wtopił się kamień. Nie zastanawiając się długo, wszedłem do środka. Po kilku krokach postawionych w mroku (moja pochodnia zgasła) ujrzałem jasny punkt. Tym punktem okazały się drzwi do komnaty. Wszedłem do środka. Widok, który roztoczył się przede mną, nie należał do codziennych. Komnata była wysoka co najmniej na 4 metry i długa na tyleż samo. Sufit sali został zaprojektowany na kształt połówki jaja. U samego szczytu został powieszony ciężki, drewniany, przepięknie rzeźbiony żyrandol. W miejscu zaczepienia żyrandola zostało namalowane słońce, którego promienie biegły po suficie i ścianach, aż do podłogi. Po prawej stronie od drzwi znajdowało się biurko, a cała jego powierzchnia była zawalona zakurzonymi pergaminami i księgami. Na tej górze stworzonej ze starych tomiszczy widniała biała (jak na te warunki) kartka, na której widniał napis: „Do łowców czarodziei: chcecie znaleźć starego Monaheina? Udajcie się schodami po prawej stronie. A młody głupiec, który tak bardzo chce odzyskać swoją narzeczoną, niech użyje schodów po lewej” Złośliwość starego maga nie znała granic. Jako że epitet „głupiec” odnosił się do mojej osoby, zacząłem szukać wzrokiem schodów. Na przeciwległej do biurka ścianie, znajdowało się dwoje drzwi. Drzwi po prawej stronie wyglądały na nieużywane, i mocno nadwyrężone przez czas. W środkowej ich części znajdowała się płaskorzeźba przedstawiająca uśmiechniętego czerwonego smoka, masującego się po brzuchu. Wokół niego były porozrzucane zbroje, miecze, lance, itp. sprzęty. Czyżby stary mag nie kłamał? Jego herbem był właśnie czerwony smok i podobno umiał się w niego przemieniać. Popatrzyłem w takim razie na moje drzwi, te po lewej. Na nich nie znalazłem żadnej wskazówki. Były to proste, najnormalniejsze zbite z desek drzwi. Nie mając wielkiego wyboru, popchnąłem je lekko. Zawiasy delikatnie zgrzytnęły i moim oczom ukazały się kręte i bardzo wąskie schody. Wiodły one na górę. Postawiłem niepewnie nogę na pierwszym stopniu, i nasłuchiwałem przez chwilę … Zrobiłem kilka kolejnych kroków w górę, i nagle usłyszałem zgrzytnięcie pod moją stopą. Powoli wyciągnąłem miecz z pochwy.

*II*

Instynktownie zasłoniłem ramieniem twarz. Te cholerne trolle chyba nigdy nie miały bliższego kontaktu z wodą. Już sam smród tej kupy brzydoty schodzącej po schodach mnie odrzucił do tyłu. Nigdy nie miałem nazbyt wyczulonego zmysłu węchu, gdyż został on „przytłumiony” przez liczne wyprawy, na których warunki sanitarne spadały poniżej wszelakiej istniejącej skali. Ja i moi kompani pachnieliśmy jak cebula, która została obrana miesiąc wcześniej i zostawiona w jakimś milutkim i wilgotnym miejscu. Jednak to, co poczułem w tym momencie nie można było porównać z żadnym istniejącym odorem, chodzącym, leżącym, bądź też ślizgającym się po ziemi. Gnojówkę w połączeniu z wszelkimi smrodami świata można zatytułować „perfumy z trolla”. Otrząsnąłem się z tej zapachowej niespodzianki i machnąłem na odlew mieczem, gdyż rozczapierzona łapa potwora właśnie zbliżała się do mojej twarzy. Odcięte ramie zielonego gnojka z hukiem spoczęło na posadzce. Bestia zawyła z bólu i rzuciła się na mnie ze zdwojoną determinacją. Tym razem musiałem użyć całej mojej siły i doświadczenia żeby parować uderzenia. Moja zasłona była dość szczelna, i żaden z wrogich ataków nie docierał do celu. Po każdej z szarż bestii próbowałem wyprowadzić skuteczną kontrę, lecz troll zbyt szybko się wycofywał. Zostałem zepchnięty do całkowitej defensywy, a potwór machał zdrową łapą w tak zawrotnym tempie, że nie miałem szans na wyprowadzenie jakiejkolwiek szarży. Jedyną nadzieją, jaka mi została było czekanie na błąd trolla. W tej samej chwili, gdy o tym pomyślałem mój „śmierdzący przyjaciel” potknął się! Powiadają, że szczęście spada na człowieka w najmniej spodziewanym momencie. W pełni zgadzając się z tym powiedzeniem, opuściłem moje ostrze na kark trolla i głowa śmierdziela potoczyła się po podłodze i zajęła miejsce tuż koło jego byłej ręki. Moja pierwsza poważna walka w tej wieży miała się ku końcowi (jeszcze nie wiedziałem że ostatnia). Już miałem pójść w górę, gdy przypomniałem sobie, że przecież trolle mogą się regenerować, jeśli po „zabiciu” nie spali się ścierwa. Wyjąłem jedną z pochodni z uchwytu na ścianie i rzuciłem na ruszający się jeszcze korpus. Płomienie szybko zatrzeszczały i całe ciało trolla zajęło się ogniem. Na szczęście te potwory palą się szybciej niż chrust i nie miałem z „kremacją” świeżo poznanego zwierzaczka dużo roboty. Oczywiście nie zapomniałem też o odciętych częściach bagiennika, które szybko dołączyły do swojego martwego właściciela. Po upewnieniu się, że z trolla została tylko kupka popiołu, ruszyłem w górę schodami. Tysiąc sto dwadzieścia trzy – tyle dokładnie wynosiła liczba stopni, oczywiście do miejsca, w które ja zmierzałem (a był to sam szczyt). Po drodze minąłem kilka zamkniętych, niewiele dla mnie znaczących drzwi, dopiero na samej górze po wstąpieniu na ten upragniony tysiąc sto dwudziesty trzeci schodek (który był równocześnie początkiem podłogi ostatniego piętra wieży) zobaczyłem światło padające przez uchylone drzwi. Ciężko sapiąc (tyle schodów robi swoje z młodzieńcami pragnącymi odzyskać swoje ukochane) powoli podszedłem do źródła światła. Szybkim i mocnym kopnięciem powiększyłem kąt między odrzwiami a drzwiami samymi w sobie. Snop światła, który jeszcze przed chwilą był uwięziony za drewnianą zasłoną, padł teraz na mnie i oślepił na moment. Po chwili, gdy mój wzrok trochę przyzwyczaił się do światła, postąpiłem na przód. Zrobiłem dwa kroki, i niewiele jeszcze widząc zatrzymałem się, gdyż nie chciałem znowu nadepnąć na jakaś głupią

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych