Wróć do katalogu

Nieznajomy (epizod I)

Opowieść o czasach, w których życie ludzkie było mniej warte niż miecz, który te życie odbiera...

abettbarrellopublikowano 3 lutego 201111 min czytania 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Szedł wolno, od strony lasu Treadern, prowadząc objuczonego konia. Nie rozglądał się na boki. Nie patrzył nawet przed siebie. Wzrok miał wbity w ziemię, twarz skrzywioną w grymasie bólu. Pod czarnym, zabrudzonym płaszczem, narzuconym na ramiona, nosił skórzany kaftan wiązany po bokach rzemieniami. Ludzie w tych stronach nie ubierali się w taki sposób, więc domyślał się, że w każdej chwili może zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Nie chciał tego. Okolica, która niebawem miała go przywitać, od niepamiętnych czasów słynęła ze swojej niegościnności. Jednak nie miał już ani sił, ani czasu by szukać przyjaźniejszego miejsca. Brud i błoto na jego ubraniu nie były jego największymi zmartwieniami. Prości chłopi, którzy tu żyli, przyzwyczajeni byli do takich widoków. O wiele bardziej w oczy rzucało się to, że jego kaftan coraz mocniej barwiła krew. Spojrzał na swojego towarzysza. - Jeszcze trochę, brachu… Jeszcze kawałek – wymamrotał nieprzyjemnym dla ucha głosem. - Wiem, że dasz radę... Jaki byłby z ciebie łowca, gdybyś teraz padł? Każde wypowiadane słowo bolało jak diabli. Mimo, że do bólu był przyzwyczajony jak mało kto, dawno nie czuł się tak potwornie źle. Ostre, przeszywające całe ciało skurcze, targały nim coraz mocniej. Każdy ruch, każda nawet najprostsza z pozoru czynność, sprawiała mu coraz większy kłopot. - Dasz… radę… - wycedził przez zęby. Nie był już nawet pewien czy wypowiadane z takim trudem słowa miały dodać otuchy Duchowi czy jemu samemu… Słońce coraz słabiej oświetlało ponurą okolicę. O tej porze roku dosyć szybko robiło się ciemno, więc zakrwawiony mężczyzna cieszył się w duchu, że udało mu się wyjść z lasu, zanim całkowity mrok opanował ziemię. Wiedział doskonale, że ranny i osłabiony, w tej ponurej, owianej złą sławą puszczy, nie miałby najmniejszych szans na doczekanie świtu. Ruszył niczym ćma do światła, które dostrzegł, gdy wokół niego zrobiło się ciemniej. Nie wiedział do jakiej wioski się zbliża. Nie wiedział też jak na jego widok zareagują mieszkańcy, ale niewiele miał do stracenia. Czasu było coraz mniej, ostry ból w boku nawet na chwilę nie dawał o sobie zapomnieć. - Chodź, Duchu. Zobaczymy jak nas przywitają – prawa dłoń ostatkiem sił zacisnęła się na wodzach. Koń zastrzygł uszami, sprawiając wrażenie, jakby cieszył się na myśl, że w końcu odpocznie, może nawet coś zje. Szedł spokojnie, obok swojego pana. Raz po raz parskając tak, że para buchała mu z nozdrzy. Gdy dochodzili do karczmy, pierwszy zobaczył ich Erit, chłopak o wyjątkowo paskudnej urodzie. Stanął jak wryty, nie spuszczając oczu z nieznajomego i jego konia. Gdy zbliżyli się do niego na kilkanaście kroków, ten nie czekając na nic, jakby w panice, uciekł za przykarczemną stodołę. Kiedy już wydawało się, że nie wróci, pojawił się w towarzystwie trójki młodocianych opryszków. Obserwowali obcego, stojąc w bezruchu. Wędrowiec z trudem poprawił płaszcz, by nie można było dostrzec coraz większej ilości krwi, sączącej się z przebitego boku. Podszedł do wejścia, powolnym ruchem przywiązał konia do drewnianej poręczy. Kątem oka zauważył czterech podejrzanych osobników. Miejscowi, trochę ostrożnie, powolnym krokiem zbliżali się w jego stronę. - Czego tu szukasz przybłędo? – pierwszy krzyknął rudy Erit. Odważniejszy, od kiedy miał towarzyszy. - No właśnie… Czego tu? – zawtórowała mu reszta. - Nie szukam kłopotów… Chcę tylko zjeść i opatrzyć ranę – odpowiedział obcy, stojąc do nich plecami. - Patrz na nas psubracie, jak mówimy do ciebie! - No właśnie… Patrz! – znowu udzielili się pozostali, sprawiając wrażenie znacznie mniej rozgarniętych niż ich rudy przywódca. Duch zaczął przejawiać niepokój. Parskał, wierzgał kopytami jak gdyby przeczuwał, że za chwilę wydarzy się tutaj coś złego. Nieznajomy przyłożył dłoń do głowy swojego zwierzęcia, lecz to nawet trochę nie uspokoiło porywczego, czarnego jak smoła, wierzchowca. - Dajcie mi spokojnie załatwić, co moje a odjadę i nikomu z was nie stanie się krzywda – wiedział, że to nie zadziała, ale przynajmniej próbował wyjść z tej całej sytuacji bez niepotrzebnego rozlewu krwi. Lewą dłonią przycisnął ranę, odwrócił się powoli i delikatnie, tak żeby niczego nie zauważyli. Prawą dłoń włożył pod siodło. - Psia mać! – zaklął pod nosem. To, czego szukał po omacku, było z drugiej strony. Nie spuszczając wzroku ze swoich przeciwników, całkiem bez pośpiechu, przykucnął. Gdy był już wystarczająco nisko, zrobił krok w tył. Znalazł się pod swoim koniem. Zrobił jeszcze jeden krok i najszybciej jak pozwalała mu na to rana, wstał. Dzielił ich teraz tylko Duch. - Hej… Patrzta no… Ten brudas myśli, że jak zasłoni się swoją chabetą to mu damy spokój – roześmiał się Turvik. Śmiał się tak szeroko, że gdyby nie zmrok, widać byłoby wszystkie jego trzy zęby. Chłopak był chyba prawą ręką rudego zbira, bo jako jedyny prócz niego sprawiał wrażenie pewnego siebie. - Ty… Erit… Może odpuścimy? Przecież on ledwo stoi na nogach. Jakoś chyba nie wypada zaczepiać kogoś, kto nie jest w stanie się sam obronić? - Zamknij się Hubrig i zajdź go z boku – krzyknął Erit rozkazującym tonem. – Wywabimy go zza tego konika… - Dzikus… - rudy odwrócił się do czwartego z bandy. – Daj mi coś, czym rozwalę łeb temu pomiotowi. Najmłodszy z nich, dziesięcio- może jedenastoletni, Hubrig zaczął się wolno cofać. Zadawał się z dużo starszymi od siebie rzezimieszkami, bo mu imponowali. W takich chwilach górę brało jednak sumienie… On, jako jedyny z nich, je miał.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych