Wróć do katalogu

Nigdy nie wyraziłem zgody by żyć (część 1)

Pierwsza część zbioru opowiadań, które łączy jedna osoba, ale w dosyć nietypowy sposób. Ostrzegam, że miłośnicy wartkiej akcji mogą poczuć się trochę znudzeni... Miłego czytania ;-)

cube, opublikowano , 1 godz. 6 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

***

Radio włącza się na pięć minut i siedemnaście sekund przed tym jak otwiera oczy. Może się mylić co do dokładności w przypadku siedemnastu sekund, chociaż zawsze był i jest przesadnie dokładny. Cecha osobnicza, jak kształt jego paznokci u rąk. Kiedy otwiera oczy jest pewny, że jest za pięć siódma. Czajnik gwiżdże, radio gra (zapomniał wyłączyć, za szybko zerwał się z łóżka), prysznic szumi. Przez otwarte okno widać kominy fabryk i ciemnoszare chmury dymu, które wypluwają, ale na drzewach (tak blisko okna, że wydaje się, iż można wyciągnąć rękę i urwać liść z gałęzi) rozmawiają ptaki. Gołębie i wróble. Jest też jakieś gniazdko. Na pewno nie gołębia i na pewno nie wróbla. Mieszkanie o białych ścianach jest zupełnie puste. Cieszy się, że wyjdzie z mieszkania i dołączy do życia na zewnątrz, jako jeden z jego składników, chociaż nie pije kawy. Pomyłka. Wie, że to pomyłka, jeszcze zanim podnosi słuchawkę. Nikt nie dzwoni. Nikt ważny, ponieważ mieszka w tym bloku dopiero od kilku dni i jeszcze prawie nikt o tym nie wie. To mogła być tylko pomyłka. Nikt nie dzwoni. Nikt ważny. Wychodzę, mówi, gdy naciska na klamkę, ubrany w szarą marynarkę, z ciemnoszarym krawatem. Wychodzę, mówi, jakby mówił do mieszkania jak do żywego organizmu, który czuje swojego pana z każdym jego krokiem na jego podłodze. Wychodzę, mówi. Wrócę na obiad. Mieszkanie odpowiada mu trzaskiem klucza w zamku. Naciskanie klamki to jak uściskiwanie komuś dłoni na pożegnanie. Dzień jest bardzo jasny, słońce szczypie go w oczy. Czasami śni coś, co wydaje mu się piękne, coś, co za wszelką cenę chciałby zobaczyć – tylko dlatego, że blask, który to daje, nie pozwala się bliżej temu przyjrzeć. Dzień jest piękny. Czy wypił dostatecznie dużo kawy? Przez krótką chwilę chce żyć. Myśl wypada mu z głowy, ale on żyje dalej. Mija ludzi na chodniku, słyszy turkot tramwajów i krzyki kłócących się taksówkarzy. Widzi dziewczynkę z zielonym wiatraczkiem w dłoni. Czy jeszcze się nie obudził? Blask jest zbyt duży. Mylą mu się barwy świateł na przejściu dla pieszych. Siła uderzenia łamie mu nogi w kolanach, rzuca na przednią szybę, unosi w powietrzu i ciska na asfalt tuż za samochodem. Smak krwi jest mu znajomy. Domyśla się, co się stało – nie tylko dlatego, że wokół niego zbiera się coraz więcej ludzi, wzbudzając coraz więcej hałasu. Ktoś nieudolnie próbuje mu zrobić sztuczne oddychanie. Ubrana na niebiesko kobieta zasłania dłonią oczy dziewczynce z zielonym wiatraczkiem w dłoni.

CZĘŚĆ 1 WERONIKA

I

Trzy minuty i szesnaście sekund po tym, jak ojciec ją spoliczkował, szesnastoletnia Weronika podjęła najważniejszą w życiu decyzję, a pierwszą osobą, która w tejże szczegóły została wtajemniczona, była poczciwa – matka – kura – domowa, ponad wszystko kochająca umytą podłogę, wypraną pościel i marchewkę, którą właśnie szatkowała na obiad. - Nigdy nie wyjdę za mąż! Gromkie słowa przetoczyły się przez wytapetowane koszyczkami z jabłuszkami ściany kuchni, ale nie zdążyły nimi wstrząsnąć, zduszone po chwili w samym zarodku. - Wyjdziesz – odrzekła matka, nie przestając anemicznie machać nożem, wydając się przed chwilą wygłoszonym postulatem przejęta tak, jakby był wygłaszany co rano, tuż po obiedzie i na chwilkę przed kolacją – Wszystkie wychodziłyśmy, wychodzimy i będziemy wychodzić. Miałyśmy tysiące lat, by się tego nauczyć. - Ale ja będę wyjątkiem – odburknęła wtedy, rozkapryszonym ruchem pocierając policzek i zastanawiając się nad tym, czy w ogóle zrozumiała, co powiedziała matka. I czy przypadkiem budząc się dzisiaj rano, nie została przeniesiona do zupełnie innego świata. Dzisiaj mijał dzień, w którym kończyła trzydziesty piąty rok życia; ubrana w starzejący się płaszczyk koloru zgniłej gruszki, owinięta kiczowatym, różowym szalem i równie kiczowatymi ciemnymi okularami rodem z lat 60 (przeciętny mieszkaniec parceli zapewne stwierdziłby, iż jest to bunt przeciw rzeczywistości wypełnionej po brzegi nostalgią brzydkiej, starej panny), obładowana szeleszczącymi, wypełnionymi do granic możliwości reklamówkami z nadrukiem lokalnego hipermarketu, chcąc nie chcąc wdychając obrzydliwy odór na klatce, wracała po trzeszczących schodach do pustego mieszkania, gdzie nie czekał na nią ani mąż, ani przyjaciel, ani nawet brzydki kochanek, czy rzygający po przeterminowanej karmie czworonóg. Dzisiaj – i już od pewnego czasu – wiedziała, że świat, do którego została wówczas przeniesiona, nazywał się „dorosłością”. - Gówniane miejsce – zaklęła w wyjątkowo stoicki sposób (robiła to bowiem bez przekonania, z przyzwyczajenia), wdeptując w gumowego dinozaura bez głowy, leżącego tuż przed drzwiami jej mieszkania – Zaiste, gówniane – dodała z patosem, jakby dokonała jakiegoś epokowego odkrycia. Bynajmniej nie miała na myśli bloku, w którym mieszkała. Bezbarwne zasłony falowały w gościnnym; beznamiętnym wzrokiem otaksowała pokój, sprawdzając, czy czegoś brakuje, ale ostatecznie okazało się – zresztą, jak zwykle – że okno otworzył co najwyżej silniejszy podmuch wiatru. „A co tu, he he, kraść”, mruknęła z ironią, zamykając skrzypiące okno, tłumiąc nieznacznie odgłosy z zewnątrz, ale dopiero, gdy włączyła muzykę, mogła zapomnieć, że żyje w samym środku wielkiego, hałaśliwego śmietniska, dumnie przez swych mieszkańców nazywanego domem. Rzuciła torby na stół w małej kuchni, wyciągając z nich tylko jakieś danie w pięć minut, szybko przebrała się w wytarte dżinsy i zielony, wynoszony sweter z domowymi, sięgającymi Wielkanocy zabrudzeniami, zasiadła przed telewizorem i uspokoiła się. Minęła godzina siedemnasta. Wróciła z pracy do domu, gdzie nie ma świateł na skrzyżowaniach, kioskarek z brodami do pasa, taksówkarzy, nucących w czasie kursu obrzydliwe kawałki sprzed epoki ogólnie pojętej cywilizacji, niezdarnych przystojniaków z włosami postawionymi na żel, trzymających swoje kapryśne piękności pod rękę, pchających się pod nogi szarych gołębi, brudnych autobusów komunikacji miejskiej z za drogimi biletami, cudacznie ubranych roznosicieli ulotek i gumowych dinozaurów bez głowy. Znowu była bezpieczna. Dopóki nie zadzwonił dzwonek.

Martyna niepewnie przydusiła guzik dzwonka jeszcze raz, zastanawiając się, czy w ogóle działa i czy przypadkiem nie iść za radą napisu, wymalowanego sprejem na klatce („uciekaj póki możesz”), bowiem cały budynek sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się rozlecieć; schody strasznie skrzypiały i były popękane, tynk sypał się ze ścian i sufitu, na półpiętrze okno urwało się z jednego zawiasu i niepokojąco dudniło o zatęchłą ścianę – patrząc na to wszystko trudno było wymagać od czegoś tak (wydawałoby się tutaj) luksusowego jak dzwonek, żeby działało. Poczekała jeszcze chwilę i (ostatni raz zerkając na sufit, czy przypadkiem nie zwala jej się na głowę) zwinęła piąstkę, żeby zapukać, ale dokładnie w tym samym momencie usłyszała zza drzwi cichy, pozbawiony entuzjazmu głos. - Kto tam? - Stara przyjaciółka – pisnęła Martyna życzliwie, za zabrzmiało to tak, jakby ćwiczyła tę krótką kwestię przez całą drogę tutaj. Szczerze wątpiła, że zostanie rozpoznana po głosie. Nie widziały się zbyt długo. Nastała chwila ciszy, w której Martyna zaczynała wątpić, że trafiła pod odpowiedni adres, a osoba po drugiej stronie – zapewne dokładnie to samo. Po chwili jednak grube, ciężkie drzwi otworzyły się, szurając o podłogę i pojawiła się w nich niewysoka, kobieca sylwetka. - Martyna? – zapytała kobieta, wytężając wzrok, żeby cokolwiek zobaczyć w panującym na korytarzu półmroku. - Martyna – odpowiedziała Martyna, uśmiechając się szeroko i szczerze – Myślałam, że już cię nie znajdę. Weronika wydała się lekko zakłopotana – a przynajmniej na tyle, żeby przez kilka sekund stać w drzwiach i wyrazem twarzy dawać do zrozumienia: „Dziwne. Jeszcze żyjesz.” Po chwili jednak dotarła do siebie, zrobiła przejście i zaprosiła dłonią do środka. - Dobrze cię widzieć – niemal szepnęła jej do ucha. - Ciebie też – odrzekła Martyna, która z kolei teraz poczuła zakłopotanie. - Wchodź, wchodź – Weronika przesunęła się do ściany, robiąc przejście w małym przedpokoju – Nie spodziewałam się zupełnie żadnej wizyty, jest straszny bałagan. Co to za okazja? - No wiesz, powinnam się obrazić, jeżeli nie mogę cię odwiedzać bez okazji – zaśmiała się Martyna i chociaż przyszła tu w zasadzie spodziewając się – chociażby najskromniejszego – przyjęcia urodzinowego, nie pisnęła o tym ani słowem. Nawet najlepsze przyjaciółki nie przypominają sobie nawzajem o trawiących je latach, skoro one same o tym nie pamiętają, albo nie chcą pamiętać. Albo może inaczej – nie przypomina się przyjaciółce o jej urodzinach, jeżeli ona sama nie chce o nich pamiętać. Weszła dalej. Była tu pierwszy raz, więc mimowolnie wodziła oczami dookoła. Mieszkanie nie było zbyt wielkie. Krótki na dwa kroki przedpokój z drzwiami – zapewne do łazienki – po prawej stronie prowadził do niedużego pokoju, który z kolei rozgałęział się na kuchnię i sypialnię. Na samym środku, w poprzek pokoju stała brunatna kanapa na dwie osoby, skierowana na telewizor, gderający głosem pani z telezakupów. Wyblakły czerwony dywan wydawał się nie trzepany od lat. Oprócz tego w pokoju mieścił się ledwie mały stolik z wazonikiem sztucznych, miniaturowych słoneczników, kilka niskich regalików z książkami i ozdobnymi drobiazgami, zamknięta, trzydrzwiowa szafa, pamiętająca jeszcze zapewne czasy warszawskiego getta, dwa krzesła z piętrzącymi się na oparciach ubraniami i sztaluga z niedokończonym obrazem, przedstawiającym – przynajmniej dla Martyny – najzwyklejsze nie-wiadomo-co. Unosiła się woń spalonej opony, wymieszanej ze sztucznym, leśnym zapachem odświeżacza powietrza. - Prosto i przed siebie, nie ma się gdzie gubić – zachęcała Weronika, widząc lekką niepewność stojącego w drzwiach gościa i, jakby chcą pokazać, że wejście do tego pokoju nie grozi długą śmiercią w straszliwych męczarniach, minęła Martynę i stanęła przy kanapie, rozkładając szeroko ręce – Wygląda okropnie, wiem, ale nie jest zapuszczone. Ścieram kurz i myję okna conajmniej raz ma sto lat – słowo mumii. Martyna nie była zakłopotana widokiem mieszkania przyjaciółki. Co więcej, idąc tutaj miała świadomość, że właśnie coś takiego zastanie. Była zakłopotana tym, że jednak robiła sobie nadzieje, iż wszystko to będzie chociaż trochę mniej żałosne niż poprzednio. Weronika zestarzała się w ciągu ostatnich kilku miesięcy – Martyna mogła powiedzieć to na pewno. Kasztanowe włosy wypłowiały nieco i przerzedziły się nieznacznie, nie tak, żeby było się czego czepiać, ale Martyna dobrze to widziała. Ruchy Weroniki były wolniejsze i bardziej ospałe niż ostatnio, twarz jej zbladła, nos się wydłużył, policzki wyschły i zapadły się. Usta straciły swój dawny wyraz, a na szyi pojawiło się kilka zmarszczek. Wynoszony sweter był gwoździem do trumny – każdy, kto przyszedłby przypadkiem na urodziny Weroniki, dałby jej co najmniej 40 lat, a co najciekawsze, prawdopodobnie uszłoby mu to na sucho. Ale to wszystko nie przygnębiło Martyny tak, jak zrobiły to oczy przyjaciółki. Niebieskie źrenice wypłowiały i nadawały przekaz z samego centrum dowodzenia duszy Weroniki: „Wszystko, co mam w życiu, to to mieszkanie, nudna praca i telezakupy. Na nic nie czekam. Wszystko mi jedno”. Owe „wszystko mi jedno” przejawiało się w każdym ruchu, w każdym geście i w każdym słowie, wypowiadanym przez Weronikę. Weronika sprawiała wrażenie, jakby obecność przyjaciółki było równoznaczne mniej więcej z wizytą pająka pod kanapą. Maniera dekadenckiej, samotnej i trochę zaniedbanej – fizycznie i emocjonalnie – kobiety końca wieku nie opuszczała aparycji Weroniki, gdy wychodziła do kuchni, wracając po chwili z dwiema filiżankami kawy, gdy siadała na kanapie obok Martyny, przy obserwacji której to czynności Martyna miała wrażenie, że Weronika równie dobrze mogła usiąść na rowerze bez siodełka, gdy popijała kawę i gdy raz na jakiś czas gwałtownie gestykulowała ręką – nawyk, który nie mógł i nie chciał jej opuścić – przy rozmowie o mieszkaniu, pracy, sąsiadach, mieście, rodzicach, starych znajomościach i przyjaźniach, koleżankach, które dawno już wyszły za mąż, zginęły pod kołami tira, albo zostały zahibernowane, temacie obrazu na sztaludze i rzeczach na tyle nieistotnych i ulotnych, że zapominało się o poruszeniu ich tematu na pięć sekund po ich poruszeniu. Nie widziały się przeszło sześć miesięcy, ale Martyny nie mogło opuścić uczucie, że – chociaż Weronika na pierwszy rzut oka wydawała się zupełnie inną osobą, niż sprzed pół roku (aczkolwiek Martyna zawsze, ilekroć widziała Weronikę, miała wrażenie, że ta zmieniła się diametralnie i gwałtownie) wszystko było w zupełnym porządku, jak wtedy, gdy w akademickiej kawiarence (wydawało się to takie odległe w czasie, że miało się wrażenie, że należy do innego świata i innego życia, jakby to wszystko zobaczyły w telewizji) obgadywały niezdarnych profesorów, nadal będących kawalerami i przystojnych studentów z roku, którymi ostentacyjnie nigdy się rzekomo nie interesowały. Mogła rozmawiać z Weroniką o czymkolwiek, jakkolwiek i przy jakiejkolwiek okazji. Uczucie zaufania i podobnego toku myślenia wracało do niej zawsze po dziesięciu minutach po szoku, jakiego doznawała po każdej dłuższej przerwie w odwiedzinach. - Wystarczy się tego nauczyć – komentowała większość nieprzyjemnych sytuacji Weronika. Za każdym razem do portretu pamięciowego niegdyś najbliższej – teraz już daleko w tyle – przyjaciółki, dodawała nowy szczegół do monotonnej osobowości Weroniki. Dzisiaj zauważyła, że Weronika zaczęła – prawdopodobnie z nudów – interesować się odrobinę polityką, a jeszcze całkiem niedawno nie miała ani wyrobionej orientacji politycznej, ani nawet tak zwanych poglądów, pozostawiając sprawy, na które swoją drogą i tak nie miała wpływu, swojemu biegowi. Chociaż owo zainteresowanie polityką przejawiło się ledwie w kilku zdaniach wypowiedzianych naprędce i jakby od niechcenia, Martyna zapisywała te kwestie na poczet nowych zmian, które z prędkością ewolucji małpy do homo sapiens zachodziły w Weronice. Tak samo, jak nagła sympatia (chociaż okazywanie sympatii w przypadku Weroniki oznaczało apatyczny uśmiech przy poruszaniu tematu) do pizzy z krewetkami i kurczaka w ryżu z sosem słodko kwaśnym w nowej wietnamskiej knajpce, do zegara z kukułką, który zobaczyła gdzieś na targowisku, ale nie mogła go kupić, bo opróżniła wcześniej portfel w spożywczaku (opisała ten zegar z niemal przesadną dokładnością, przypominając Martynie o swoim upodobaniu do rozkładania na czynniki pierwsze wszelkich rzeczy, które na dłuższą chwilę zaprzątnęły jej uwagę), do kwiatków, które zaczynały powoli kwitnąć w czyimś ogródku tuż pod jej oknem (oznaczałoby to, że nie jest jeszcze z nią tak źle i za dwadzieścia pięć lat odnalazłaby się jako emerytka między różnego rodzaju zielskiem, w słomkowym kapeluszu i sekatorem w dłoni). Jakkolwiek Martyna darzyła Weronikę pewnego rodzaju przywiązaniem nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ma przed sobą jakiś obiekt doświadczalny, którego obserwacja zadawała więcej pytań odnośnie ludzkiej natury, niż dawała odpowiedzi – ale właśnie te zagadki, poza szczątkami dawnej przyjaźni, ciągnęły Martynę za Weroniką. Chociaż nie zawsze było tak. Nie bez powodu Martyna, pomiędzy kolejnymi wypadami w miasto z licznymi przyjaciółkami i kochankiem, kolacjami z vipami i uszyciem kolejnej szmaty (sama tak nazywała wszystkie swoje projekty), zaczęła, przy okazji „obserwacji” Weroniki zastanawiać się nad wszystkim, co ją otacza, w sposób niemal filozoficzny, co, jak na projektantkę o dosyć znanym nazwisku, było dosyć osobliwe. Pamiętała Weronikę z czasów studiów i z czasów po. W pewnym momencie jej życia wydarzyło się coś, co z dosyć odważnej, elokwentnej i nawet lubianej Weroniki rewolucyjnie zmieniło w Weronikę o anemicznym wyrazie twarzy, bez konkretnego celu w życiu i poczuciem, że jest nikomu – a już na pewno sobie – nie potrzebna. - Co tam u Adriana – zagadnęła Weronika, gdy na krótką chwilę zapadła między nimi cisza, kiedy Martyna starała się odgadnąć co jest tematem obrazu na sztaludze – Wszystko z nim tak, jak było? - Tak, tak – obudziła się Martyna, nie ubarwiając wypowiedzi jakimś poważniejszym tonem, wiedziała bowiem dobrze, że Martyna interesuje się mężczyznami mniej więcej w takim samym stopniu, jak bezdzietny pediatra reformą edukacji („chyba, że coś się zmieniło?”- przez ułamek sekundy przemknęła jej taka myśl, dlatego ożywiła się trochę) – Siedzi w łazience dłużej ode mnie. Wszystkie, niezależnie czy pryszczate, czy pomarszczone, oglądają się za nim. Czasami miło poczuć odrobinę bezpodstawnej zazdrości, wiesz? - Zapewne. - A co u ciebie? – podchwyciła Martyna – Ktoś... może jest? Weronika spojrzała na Martynę z groteskową ironią. - Pewnie – burknęła tonem, dającym do zrozumienia, że została poruszona rozwiązana już dawno temu kwestia – Nie widzisz tych tłumów muskularnych, inteligentnych i dowcipnych przystojniaków, koczujących pod moimi drzwiami? Martyna zrobiła minę, jakby patrzyła na swoją córkę, którą rzucił pierwszy chłopak i która właśnie oznajmiła, że wszyscy mężczyźni to świnie. Odczekała stosowną na okazanie dezaprobaty chwilę, po czym wstała i zaczęła, niby od niechcenia, przechadzać się po pokoju, oglądając zawartość regałów. - Wiesz, że samotność na starość nie jest wskazana – mówiła, podnosząc i odkładając kolejno wszystkie drobiazgi na półkach, od miniaturowych porcelanowych figurek, po płyty CD i kasety magnetofonowe – Teraz jeszcze o tym nie myślisz w ten sposób, a później zupełnie dla ciebie będzie to niezrozumiałe, ale stare, zdziwaczałe, samotne babcie, treptające w wyblakłych sukienkach z kościoła do domu i z domu do kościoła prędzej, czy później stają się pośmiewiskiem lokalnej społeczności przed i w początkowym okresie zdolności do prokreacji. - Myślałam o kupieniu kota – odrzekła szybko Weronika, popijając resztki kawy – Albo psa, albo chomika. - To nie to samo – uwagę Martyny przyciągnęła druciana miniaturka wieży Eiffela i na chwilę ukazały się obrazy z czasów, gdy razem jeździły po różnych miejscach całej Europy, kiedy jeszcze miały na to czas i pieniądze rodziców – Trzeba kogoś, kto codziennie przypomina ci – nawet, gdyby to było wyssane z palca – jak bardzo cię kocha, kto prowadzałby cię po deptaku w lato i wzbudzał zainteresowanie innych kobiet, a ty czułabyś ich zazdrość i uznanie jak reumatyzm w kościach i czuła się przez to szczęśliwa. Kogoś, kto wreszcie zestarzeje się i będzie na tyle niezdarny, że będziesz musiała przypominać, czy napełnił już dzisiaj kaczuszkę, czy nie, ale który wypełniłby puste cztery ściany chociażby narzekaniem. To jest potrzebne. Poczuła na sobie spojrzenie pełne ironii, doskonale wiedziała, że patetyczne tyrady nie brzmiały w jej ustach nazbyt wiarygodnie. - Brzydzę się małżeństwem – mruknęła po chwili Weronika – Wszystkiego, co jest z nim związane. Może poza dziećmi. Ale tylko na samym początku. - O Boże, nie musisz od razu wychodzić za mąż – parsknęła Martyna, nadal bez reszty zajęta badaniem zawartości regałów – Wystarczy, że z kimś zamieszkasz, albo chociaż będziesz się regularnie spotykać. To nie średniowiecze, obyczaje się rozluźniły zanim zaczęli nam się podobać chłopcy ze starszych klas ogólniaka. Ja z Adrianem spotykam się ze dwa lata, jak dobrze pójdzie za pół roku zaczniemy razem mieszkać, planujemy może dziecko w jakiejś dalekiej przyszłości, ale o ślubie ani ja, ani on nie mruknęliśmy ani razu. Takie czasy, kochanie. Teraz możesz brać od życia, co najlepsze, a co najważniejsze – to nawet jest możliwe. Nie musisz żyć w politycznie – kościelnie poprawnym związku. - Mnie tego nie musisz wyjaśniać – odparła Weronika, nie spuszczając z ironicznego tonu. - No, znalazłam – ucięła nagle Martyna. Odwróciła się przodem do Weroniki, podtrzymując dłońmi na piersi oprawione w ramkę, czarno białe i trochę wyblakłe zdjęcie młodego mężczyzny. Weronika spojrzała na zdjęcie z mieszaniną irytacji, zakłopotania i poczucia winy, po czym lekko spuściła głowę, ale tylko na tyle, żeby nie tracić z oczu przyjaciółki. Martyna patrzyła nań trochę z komicznym, trochę z troskliwym wyrzutem. Przekrzywiła głowę w geście zatroskania. - Jezu, Martyna, to tylko zdjęcie – jęknęła Weronika. - Słyszałam o biczownikach w jakimś tam islamskim mieście, którzy co rok zdzierają sobie pejczami skórę z pleców, ale już tamta masakra wydaje mi się bardziej sensowna, niż to, co ty tutaj robisz. Wiesz, że za każdym razem, kiedy przychodzę, do jakiegokolwiek twojego mieszkania, zawsze widzę to zdjęcie, a widzę je już od jakichś dziesięciu lat. - Dla mnie stało się elementem otoczenia – odparła usprawiedliwiająco Weronika – Nie zwracam na niego uwagi w ciągu dnia, chyba że tylko po to, żeby raz na sto lat zdjąć z niego kurz. Ale kiedy na mnie nie patrzy, czuję się niespokojnie. - Masz trzydzieści pięć lat, nawet nastolatki zapominają o takich sprawach. Weronika zerknęła na nią spode łba. - Bierzesz to jeszcze pod uwagę? - Ja też mam trzydzieści pięć lat… - Widocznie jestem opóźniona w rozwoju. Albo, po prostu, ulegam przyzwyczajeniom. Martyna odłożyła zdjęcie i usiadła na kanapie, tak blisko Weroniki, jak to się tylko dało. Postanowiła zebrać się i przypomnieć sobie czasy sprzed paru lat, kiedy zależało im na sobie bardziej, niż na kimś innym. I poczuła się z tym dobrze. Jakby wróciła do domu. - Starzejemy się, Weroniko – odezwała się wreszcie – Czasy beztroskich randek i eksperymentowania z chłopakami minęły bezpowrotnie. Teraz musimy myśleć o tym, kto nas będzie trzymał za rękę, gdy będziemy płakać i kto nas pochowa, gdy już dokonamy żywota. I mówi to wyemancypowana, nadziana i paradująca w obrzydliwie ekscentrycznych ciuchach niedoszła modelka – projektantka, której codziennym zmartwieniem jest każdy centymetr kwadratowy jej własnej skóry, na którym pojawiają się zmarszczki, za brak których oddałaby wszystko, łącznie z posadą i boskim kochankiem, więc na Boga, weź to, co mówię, na poważnie. Weronika nie odpowiedziała, chociaż Martyna była pewna, co myśli przyjaciółka. Gdyby w Weronice pozostał chociaż gram zaciętości, którego na kilogramy miała w przeszłości, gdyby nie była powściągliwa w okazywaniu emocji i nieskora do obarczania swoimi problemami osób nawet najbardziej bliskich, gdyby był w niej cień osoby, która jeszcze się nie poddała i podświadomie woła o pomoc, powiedziałaby właśnie to, na co czekała jak pustynia na deszcz. Powiedziałaby, że nic od życia nie oczekuje. Że ma mieszkanie, pracę, ma co włożyć do lodówki, ma co obejrzeć w telewizji. Ma książki, które jeszcze może przeczytać i obrazy, które może namalować. Że nic więcej nie chce. Że wszelka motywacja, wszelka chęć życia, której uczyła się od nowa po lękach egzystencjalnych około osiemnastych urodzin, uleciała z niej, wypadła z ręki, bezpowrotnie, jak wypada z dłoni muszelka, trzymana pod wodą, gdy z jej życia zniknęli wszyscy jej bliscy, z czarnowłosym chłopakiem z wyblakłego zdjęcia na czele. Martyna, choćby nie wiadomo jak chciała, nie mogła jej pomóc. Rozumiała Weronikę, ale tak samo, jak matka rozumie kaprysy swojego dziecka, z tym, że taka matka może zapytać o radę jakiegoś wypróbowanego pedagoga, ewentualnie poczytać książkę dla rodziców i nie ważne, jakie herezje nie były tam napisane, miałaby pewność, że zrobiła wszystko, co mogła, żeby pomóc swojej latorośli. Martyna mogłaby zrobić dużo dla Weroniki, ale nie wiedziała jak to zrobić. Próbując wysłużyć się psychologiem jakiś czas temu, zrobiła tylko kolejną rysę na tafli przyjaźni. - To nie depresja – Weronika jakby odgadywała myśli przyjaciółki – To tylko stagnacja. Miła, cicha, spokojna stagnacja. To jak te filozofie wschodu. Wyzbywasz się i radości i gniewu. Wiedziesz zupełnie bezbarwne życie, które nie szkodzi ani tobie, ani środowisku. Pewnego dnia umrzesz i zwolnisz miejsce jakiemuś młodemu małżeństwu, mającemu problemy ze znalezieniem mieszkania. Chcąc nie chcąc, przydasz się do czegoś. Martyna zmarszczyła czoło w geście ckliwej bezradności. O tak, chciała pomóc Weronice, chciała, żeby Weronika była szczęśliwa, chociażby po to, żeby właśnie w takim stanie raz na jakiś czas spotykała się z nią i z Adrianem, żeby była bezinteresownym świadkiem ich wielkiego szczęścia. Prawda była taka, że na Adrianie jednak bardziej jej zależało, a Weroniki przed nim po prostu się wstydziła. Nie chciała, żeby ktoś tak dobitnie kontrastował z jej pewnością siebie, wiecznie dobrym humorem i skłonnością do uszczypliwych, acz bardziej dowcipnych, niż szkodliwych sarkazmów podczas jego obecności. - Powiedz mi szczerze, po co tu przyszłaś – Weronika przerwała krótką chwilę ciszy ze smutnym uśmiechem na ustach – Odwiedzasz mnie statystycznie raz na kilka miesięcy. Ostatnio pobiłaś rekord. Byłam pewna, że o mnie zapomniałaś i przyznam ci się, ja też zdążyłam trochę zapomnieć o tobie. Spodziewałam się, że jesteś już zamężna, wyprowadziłaś się gdzieś za granicę i wiedziesz spokojny żywot z daleka od swoich kłopotliwych przyjaciółek, z którymi łączą cię tylko sentymenty i swobodne rozmowy przy okazji roku przestępnego. Ja wiem, Martynko, że dzisiaj mam urodziny. Cieszę się, że pamiętałaś. Ale nie sądzę, żeby był to cel twojej wizyty. Martyna skrzywiła się, jakby właśnie przechodziła obok smrodliwego szaletu. Weronika mieszkała sama. Pół roku w tym odosobnieniu, chociaż pracowała na pełny etat, było wystarczającym usprawiedliwieniem dla jej zgryźliwych komentarzy. Martyna wiedziała, że jej wizyta jest tylko nieznacznie bardziej barwna od szarej obojętności gospodarza, więc nie wzięła tych uwag do siebie. Chociaż były, częściowo, zgodne z prawdą. - Chciałabym wyjść stąd – zaczęła – Wyjść stąd, ciągnąc cię za rękę, pospacerować ulicą, poobgadywać przechodniów, wchłonąć trochę procentów w małym barku, wyjść do kina, a potem pochodzić przy światłach latarni do samego rana. Chciałabym, ale to niemożliwie, dobrze o tym wiemy obydwie. Jesteśmy dorosłe, nawet stare, ja mam faceta, a ty niechęć do wszystkiego, co wykazuje jakiekolwiek oznaki życia. Dlatego staram się dostosować, wiesz? Trafić jakoś do ciebie, wejść na twój teren. Nie znam go wcale, bo za każdym razem, gdy na niego wchodzę, zmienia się, z nieznaczną, ale pozostawiającą wątpliwości siłą. Tak na dobrą sprawę, do końca nie wiem sama, czemu tu przyszłam. Może po to, żeby obejrzeć twoje nowe mieszkanie. Może po to, żeby przypomnieć sobie czasy, gdy miałam dwadzieścia lat i komfortową pustkę w głowie. Może dlatego, że w jakiś sposób za tobą zatęskniłam. Nie wiem. Nie wiem także czemu nie odwiedzałam cię przez ostatnie pół roku. Pewnie dlatego, że jestem właśnie na etapie kształtowania tego, o czym ci mówiłam przed chwilą, i co jest dla mnie, nie ukrywam, ważniejsze od ciebie i od całego świata dookoła. Ale, na litość boską, nie mów do mnie, jakbyś była starą, brzydką ciotką, przekonaną, że cały świat ją nienawidzi i że nie da się z tym nic zrobić. - A poza tym – dodała po chwili, nieco weselszym tonem – bez przerwy się przeprowadzasz, więc nie opieprzaj mnie, że za rzadko znajduję czas na kolejną lekturę książki telefonicznej. Z ulgą zobaczyła, że Weronika zakłopotała się nieco i lekko spuściła głowę, skruszona na tyle, na ile pozwalała jej duma i nabyty introwertyzm. - Przepraszam, Martynko – mruknęła trochę bez przekonania – Wiem, że brzmię okropnie. Ale to mieszkanie nie miało jeszcze innego gościa, poza mną. Poza tym – dodała po chwili – Chyba zatracam umiejętność komunikowania się z, jak to nazwałaś, wszystkim, co wykazuje jakiekolwiek oznaki życia. Martyna zagrała udobruchaną i zadziornie poklepała Weronikę po policzku. Porozmawiały jeszcze chwilę przy następnej kawie o rzeczach bardziej lub mniej istotnych, w każdym razie żadna z poruszonych kwestii nie miała ani dla jednej, ani dla drugiej szczególnego znaczenia. Gdy tylko, po czułym, podobnym w wyrazie do przywitania pożegnaniu, zamknęły się za nią smutne, jak ich właścicielka drzwi, Martyna poczuła, jak ulatnia się z niej niesamowity ciężar, który podniosła wchodząc do tego mieszkania, który zwiększał się z każdym kwadransem tam minionym i z którego nie zdaławała sobie sprawy, dopiero, gdy poczuła ulgę po jego zniknięciu. Zła na siebie, że doznała uczucia satysfakcji jakby spełniła przykry obowiązek, szybko zbiegła ze schodów, mocno stukając obcasami. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, gdy wreszcie wydostała się na światło słoneczne (a zachowywała się jak górnik, który zaginął w szybie kopalnianym i znalazł wyjście po tygodniu tułaczki), była mniej więcej taka, że już nigdy nie wróci do tego mieszkania, że już nigdy nie zamieni słowa z tą smutną kobietą. Że zajmie się tylko i wyłącznie swoimi kłopotami, Adrianem i całą resztą rzeczy, na której jej zależało. Może bała się, że przebywając z Weroniką nabierze jej cech, a tego nie chciała za nic w świecie. Kiedy jednak wsiadła to taksówki (nie miała samochodu, nie lubiła prowadzić, zresztą Adrian zawsze ją woził wszędzie, gdzie tylko zapragnęła), zatęskniła za Weroniką. Po piętnastu minutach rozłąki, zatęskniła za jej smutnymi, wyblakłymi oczami, zielonym swetrem i nadmierną gestykulacją rąk przy mówieniu. Wiedziała już, że wieczorem zadzwoni do Cioci Weroniki, że jutro znów do niej pójdzie i że jej wizyty staną się znacznie bardziej częste, niż były odkąd zdobyły magistra. Wyciągnie ją z tego marazmu. Taki cel obrała sobie, gdy taksówka mijała kolejne skrzyżowania i gdy Adrian, gdzieś na drugim końcu miasta już przygotowywał się do dzisiejszej kolacji.

Osiem minut i jedenaście sekund po tym, jak z budynku wybiegła wyglądająca, ubrana i zachowująca się jak modelka kobieta, pani Karpnicka przestawiła doniczkę z hortensjami na parapecie, żeby lepiej widzieć bramę wejściową na parcelę, zastanawiając się, co też się wydarzyło, że do Weroniki przyszedł ktoś – i to ktoś najwyraźniej nie byle jaki, skoro ma na sobie zapewne równowartość jej wyposażenia kuchennego – w odwiedziny. Pani Karpnicka poczuła się nawet w pewien sposób zazdrosna o Weronikę. Nigdy wprawdzie u niej nie była, ale Weronika regularnie odwiedzała panią Karpnicką i wydawało się, że, nie mając żadnych innych przyjaciół, ani nawet koleżanek, są stworzone tylko dla siebie. Pani Karpnicka miała swój mały świat w swoim małym, zasłoniętym przed słońcem wpadającym przez okno grubymi, staromodnymi zasłonami pokoiku, gdzie unosił się zapach starych ubrań, a nad łóżkiem wisiał wielki obraz przedstawiający Matkę Boską z dzieciątkiem Jezus i gdzie co najmniej raz na tydzień razem z Weroniką dopełniała obrzędu picia herbaty i pomimo, że w wieku osiemdziesięciu trzech lat była w pełni sił umysłowych, lubiła uciekać myślami do tego małego świata, o tym realnym, poza granicami ścian mieszkania i widokiem z okna na podwórze, zapominając, ignorując go, może nawet negując. Tak dawno nie opuszczała tego miejsca, że czasami jej młodość i życie sprzed czasów, zanim usiadła na wózku inwalidzkim, wydawały się historią, którą usłyszała od kogoś, bardzo dawno temu. Każda nowa twarz wzbudzała u pani Karpnickiej jakiś pierwiastek podniecenia, była jakąś nowością, szczeliną w odgradzających jej świat od zewnętrznego czarnymi kotarami, przez którą wpadało blade światło i przez którą można była zerknąć, chociaż na chwilę, na zewnątrz. Pani Karpnicka zaczęła więc snuć domysły i planując następną rozmowę przy herbacie z Weroniką, skrzętnie w doskonałej, pomimo wieku pamięci zapisując kwestie, którymi się posłuży podczas konwersacji. Lubiła planować, wszystkie rzeczy, od rozkładu dnia (niezbyt urozmaiconego wprawdzie), po wizyty Weroniki. Kim była ta piękna panienka? Czy są przyjaciółkami? Może siostrami? Czy Weronika ma siostrę? Może jej rodzice są bogaci, a ona postanowiła żyć na własną rękę, a jej troskliwa siostra znalazła ją po latach rozłąki, chcąc teraz poprawić jej standard życia? Pani Karpnicka lubiła koloryzować (chociażby wtedy, gdy opowiadała czasy okupacji, kiedy to kopnęła jednego Niemca w krocze, a potem zostali kochankami, albo gdy wspominała męża, świętej pamięci pana Bartłomieja, który rzekomo zabił tego Niemca i zaciągnął ją przed ołtarz siłą) , korzystała ze swojego przywileju bycia dociekliwą babcią, chociaż doskonale wiedziała, że takie pytania wzbudzą u Weroniki jedynie ten jej smutny uśmiech. W pewnym wieku tak można, myślała sobie pani Karpnicka. Życie to bajka, którą pod koniec można podsumować, poszukać morału i ubrać go w szatki, stosowne do sytuacji, a potem, bo użytkownikowi już się nie przyda, przekazać młodzieży, która i tak nie weźmie sobie go do serca, bo albo jest zbyt arogancka, albo czasy się tak zmienią, że morał rzeczywiście będzie można między bajki włożyć. Pani Karpnicka widziała, że ubarwianie historyjek i udawanie nieco nawiedzonej staruszki podobało się Weronice. Pani Karpnicka nie znała jej życia osobistego poza tym, co Weronika jej powiedziała, ale pewnym było, że Weronika nie należy do ludzi, którzy mają wiele powodów do uśmiechu, albo przed takimi…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych