Noc Titanica
Prawdziwe, pozarozumowe przyczyny znanej katastrofy morskiej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
[Rzecz pisana na zamówienie, z okazji wejścia na ekrany filmu „Titanic”. Zamawiający ten tekst łódzki Wydawca, korzystając z zainteresowania tematyką, spodziewał się sporych profitów po „wpuszczeniu” w rynek książki nawiązującej do słynnej katastrofy. Jednak jak do tej pory, z powodów finansowych, nie wydrukował jej (nie wywiązał się z obietnic). Uważam więc, iż mogę poniższym dysponować dowolnie.]
Noc Titanica
- No i co? Widzisz? - Starszy, siwy mężczyzna, ubrany w długi, ciemny surdut
sięgający mu prawie do kostek, stał przy otwartym na oścież oknie, spoglądając w dal
ku zielonożółtym, niezmierzonym wrzosowiskom, rozciągającym się łagodnymi
pochyłościami i nierzadko śmielszymi nieco swą stromością pagórkami aż po horyzont,
aż po spokojne dziś, widoczne w oddali morze. Teren, upstrzony był z rzadka
pojedyńczymi drzewami i tylko dalej ciemniała zielona ściana lasu. Hen, na wyraźnie
kontrastującej wstędze drogi ciągnącej się od miasteczka Peterhead do bramy fabryki,
widoczny był mały, ciemny punkt, który rósł nieustannie i zbliżał ku domowi, znikając co
i rusz za wyniesionymi ku niebu wybrzuszeniami, by pojawiać się znów, tym razem już
nieco większym, wyraźniejszym. Całą szerokość wąskiego okna zajmował niski i przy tym niezmiernie drobny,
szczupły, trzynastoletni chłopak o bladej, przypominającej czymś szczurzą twarzy,
trzymający przy oczach ciężką, mosiężną lornetkę, która ciągle opadała mu ku
parapetowi. Nic dziwnego, gdyż słabiutkie ręce nie były zapewne dość silne by
utrzymać dłużej ten spory dla nich ciężar. - Nie. - stwierdził cicho i jakby z słabo maskowaną złością. - Oprzyj więc łokcie o parapet. - Doradził mężczyzna. - Ta lornetka
rzeczywiście dużo waży. Chłopak zrobił jak mu poradzono i po chwili, wpatrując się intensywnie w
stabilne już szkła, wypowiedział krótkie i ciche: - Widzę. I rzeczywiście. Dzięki zmyślnemu urządzeniu optycznemu, zobaczył
powiększony obraz czarnego faetona z uchylonym płóciennym dachem, który ciągniony
przez galopującego żywo konia, podskakując zabawnie na nierównościach drogi,
pędził ku domowi. Wewnątrz siedział mężczyzna w zsuniętym nieco na bok cylindrze i
powiewającym na wietrze płaszczu - wymachując co chwila długim batem, przymuszał
biedne zwierzę do jeszcze większego wysiłku. Lekki pojazd zbliżał się ku sporej
odnodze gęstego lasu przez który przechodziła droga, więc po kilku sekundach zniknął
na jakiś czas wśród drzew. - To on? - spytał siwy mężczyzna, choć przecież dobrze wiedział kto się
zbliża. - Tak. - potwierdził sennie chłopak, po czym odłożywszy ciężki instrument i
rzuciwszy szybko kątem oka na swego dorosłego towarzysza, niespodziewanie głośno
westchnął w kierunku lasu. Prawdę mówiąc nie było to westchnienie, a raczej dość
dziwne, gwałtowne, ukradkowe wypuszczenie powietrza z mizernych płuc - jakby silne
dmuchnięcie na niepotrzebnie palącą się w oddali świecę. Mężczyzna nie zauważył tego, gdyż właśnie chował lornetkę do futerału.
Uporawszy się z tą niewdzięczną czynnością zamknął uważnie okno i podawszy
chłopcu chłodną, żylastą rękę, pociągnął go korytarzem w kierunku stromych schodów. - Chodź Tom. - powiedział. - Musisz wyjść swojemu ojcu naprzeciw. - Nie chcę. - Zaprotestował chłopiec prawie bezgłośnie, jednak bez
wyraźnego oporu dał się poprowadzić jak małe dziecko. Tylko wobec Jasona
uzewnętrzniał swoje niektóre uczucia, i jako żywo nie był to objaw zaufania. Jednak
zawsze koniec końców podporządkowywał mu się bez specjalnego sprzeciwu. - Trzeba. - stwierdził ten krótko, po czym obaj, trzymając się ciągle za ręce,
zeszli ostrożnie na parter. Tam mężczyzna puścił kruchego chłopca na chwilę, otworzył
jedno z czworga solidnych, dębowych drzwi i przez powstałą tak szparę rzucił do
środka krótkie: - Już! Z wnętrza dobiegło kobiece: - Idę! - , i za moment w obszernym hallu stanęła
niska, niemłoda już kobieta, z krótko upiętymi czarnymi włosami przyozdobionymi
białym czepkiem, oraz podwiniętymi rękawami ciemnozielonej sukni. Poprawiła suknię z
której dopiero co zdjęła przybrudzony fartuch kuchenny, po czym kilkoma szybkimi
ruchami opuściła i wygładziła pogniecione rękawy. Przejrzała się w dużym lustrze
wiszącym między drzwiami, by następnie podejść do nieruchomo stojącego chłopca. - No co Tom? - pogładziła go po rudej czuprynie. - Ojciec wraca? - Tak. - Panna Helena nie schodzi? - kobieta przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się
do chłopca nieco złośliwie, jednak napotkawszy jego niezwyczajnie ostre spojrzenie,
dodała szybko: - Dobrze, nie będę Jej wołać. Stali teraz we troje na środku hallu, patrząc usilnie na potężne drzwi
wejściowe. Nie wychodzili na zewnątrz ze względu na Toma, który przeziębiał się przy
byle okazji, nawet w tak ciepłe, sierpniowe południe. Choć trzeba przyznać, od morza
wiało nadspodziewanie mocno jak na tę porę dnia i roku. - A gdzie Charlie? - spytała kobieta ponownie. - Jest w fabryce. - Jason też poprawiał i wygładzał surdut. - Oporządza tę
nową parę w fabrycznej stajni. Mówi, że szkoda ich do przewozu wełny, że to są
prawdziwe konie. Dumne. - Cóż, pan chyba lepiej wie co robi. - rzuciła kobieta w przestrzeń i jeszcze
raz pogładziła Toma po rudej głowie. W tej chwili drzwi wejściowe otworzyły się z trzaskiem, a do hallu wkroczył
wysoki, na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna, ubrany w długi płaszcz podróżny,
trzymający w ręku cięzki skórzany sakwojaż. Był bez cylindra, a z okolonego czarną
brodą policzka sączyła się krew na sumiaste wąsy. Cały umazany był ziemią. Spojrzał
przeciągle na oczekującą go trójkę, po czym energicznie zrzucił z siebie okrycie
podróżne i usiadłszy bez słowa na szerokim krześle gościnnym jął z pasją zdejmować
długie buty. - Chryste! - kobieta załamała ręce. - Co się panu stało? - Ach, nie pytaj Katy. Przygotuj lepiej kąpiel. Jason podbiegł do szamoczącego się z opornym obuwiem i pomógł mu je
rozzuwać. Tom, zapomniany tak nagle, stał na środku hallu patrząc na brudnego,
najwyraźniej rannego w twarz ojca, zdziwionym, po chłopięcemu ponurym spojrzeniem.
Był czymś wyraźnie zaskoczony, spodziewał się czegoś innego. - No, już mi się przyjrzałeś? - ojciec spojrzał na syna ostro. Chłopiec nic nie powiedział, tylko błyskawicznie odwrócił się na pięcie i w
mgnieniu oka wbiegł po schodach na piętro, tupiąc o drewno trzewikami. Zniknął za
załomem, po czym nastąpiło silne trzaśnięcie drzwiami. Jason, ściągnąwszy wreszcie
oporny but z lewej nogi pana, spojrzał na niego pytająco. - Żadnej poprawy, jak widzę? - spytał, a raczej stwierdził ranny przybysz. - Żadnej, panie Falk. Obawiam się, że To narasta. - Jakie To Jason, jakie To! Chłopakowi brakuje matczynej czułości, ot i
wszystko. - wyprostował się wreszcie i włożywszy podane kapcie domowe, zabierał się
do wejścia na górę. - A wiesz co mi się stało? Gdy jechałem przez las, tuż przed fabryką, nastąpił
jakiś nagły i silny podmuch wiatru, a ta głupia kobyła wystraszyła się i skręciła wprost
na drzewa. Faeton oczywiście wywrócił się, a ja z nim. Dobrze, że upadłem na miękką
ziemię. - Podmuch między drzewami? - Jason nie był przekonany. - Jakim... . - Dobrze, dobrze. - Falk nie przywiązywał do tego rodzaju wypadków żadnej
wagi. Jak zwykle lekceważył drobne uciążliwości życia codziennego. Był człowiekiem
energicznym, trzeźwo myślącym i nie dbającym specjalnie o siebie. Prowadził fabrykę
silną, trzeba przyznać, sprawiedliwą ręką, konsekwentnie unowocześniając ją
niemałym kosztem. Także własnego zdrowia i nerwów. - Weź to wszystko do oczyszczenia, a sakwojaż zanieś mi na górę. - polecił
stanowczo Jasonowi. - Idę się wykąpać. I powiedz pannie Trebor, że za jakąś godzinę
chcę ją widzieć w gabinecie z najnowszym raportem. - Słucham pana. - Jason skłonił się na tyle głęboko, by jego pracodawca nie
był w stanie zobaczyć sentymentalnego i troszkę ironicznego uśmieszku, który
mimowolnie wykrzywił mu usta w reakcji na ostatnie polecenie, rzucone niby tak
mimochodem, tak doskonale obojętnym tonem. Wszyscy domownicy wiedzieli przecież
bardzo dobrze, że pan Falk i panna Trebor, mieszkająca tu także guwernantka Toma,
mają się ku sobie od prawie roku. Ukrywają to skrzętnie, jednak przecież zupełnie
bezskutecznie. Któż wie co jeszcze z tego wyniknie. - Aha. - Falk odwrócił się na schodach. - Wyślij później Charliego do
przesieki, niech poszuka mojego cylindra. - Słucham sir. * James Falk leżał wreszcie w gorącej kąpieli i rozmyślał. Odkąd pięć lat temu
zmarła niespodziewanie jego żona Mary, nieodżałowana matka Toma, chłopiec zapałał
do niego jakąś zupełnie irracjonalną nienawiścią. To jeszcze mógł zrozumieć, to się
mogło przytrafić każdemu kto był wychowywany przez zawsze chorowitą,
nadopiekuńczą rodzicielkę, przy wiecznie zabieganym, z rzadka obecnym w domu ojcu.
Nie usprawiedliwiał się wcale, bo i nie miał takiego zamiaru. Był co prawda nadzwyczaj
konkretny, energiczny, czasem może opryskliwy i z pozoru chłodny. Jednak to właśnie
dzięki tym cechom jest w stanie pomnażać niemały majątek, jest w stanie prowadzić
rozrastającą się fabrykę, jest w stanie dawać pracę okolicznej ludności. Wszyscy go
przecież za to szanują i cenią. W przyszłym roku startuje w wyborach i na pewno
wygra. Zastanawiające było to, że Tom jakby przestał rozwijać się intelektualnie.
Owszem - rósł normalnie, choć był dzieckiem nadzwyczaj drobnym i chorowitym -
jednak gdy idzie o przyswajanie wiedzy szkolnej, książkowej, nic z tego nie wychodzi.
W każdym razie bardzo, bardzo opornie. Ma pewne zdolności techniczne,
matematyczne i przede wszystkim manualne, lecz przecież to nie wystarczy. Nie można
reszty życia spędzić na budowaniu tekturowych domków, furgonów, czy statków.
Trzeba przyznać bardzo precyzyjnych i wiernie oddających najważniejsze cechy
obiektów rzeczywistych, ale na Boga, to nie może dać utrzymania, nie może wypełnić
życia. A tym bardziej pomnożyć kapitału jaki niewątpliwie przypadnie mu w udziale po
jego śmierci. Jest przecież jego jedynym synem którego kocha na swój sposób. Chyba,
żeby... Helena. Ach, Helena. Polecono mu ją jako niezwykle skuteczną guwernantkę z
zacięciem psychologicznym, nad wyraz cierpliwą nauczycielkę kilkunastoletnich
chłopców. Zjawiła się tu po raz pierwszy prawie rok temu. Boże drogi. Doznał czegoś w
rodzaju olśnienia, czegoś w rodzaju porażenia. Po śmierci żony nie miał ani ochoty ani
czasu, ani też okazji, by zajmować się kobietami czy choćby tylko o nich myśleć.
Fabryka bez reszty wypełniała mu życie, okoliczni dostawcy wełny co i rusz
podwyższali swoje ceny, odbiorcy byli coraz bardziej wymagający. Ostatnie opiekunki
nie sprawdzały się zupełnie, więc ustawicznie musiał szukać nowych. I szczęśliwym
trafem polecono mu właśnie Helenę Trebor. Umówili się listownie, po czym młoda dama zjawiła się w posiadłości, by z
miejsca olśnić go swoimi umiejętnościami, efektami pracy i... przede wszystkim urodą.
To właśnie dzięki niej Tom zainteresował się na dobre matematyką. Pozostawała tu już
prawie rok i teraz nie wyobrażał sobie bez niej życia. Nie sypiali ze sobą, gdyż Helena
była kobietą zbyt obyczajną by na to pozwolić - szanowała się prawdziwie.
Odwzajemniała jednak szczerze jego uczucia, choć ani razu nie wspomniał jej o
małżeństwie. Głównie z powodu syna, który ostatnio stał się nie do wytrzymania i zdaje
się nawet ją, tę niezwykle cierpliwą i łagodną istotę, zaczynał traktować jak wroga. Falk
sądził, że przechodzi jakiś trudny okres, że może dojrzewa i że w końcu wyrośnie na
normalnego młodzieńca. Jak przecież każdy, kto także zajmował się w dzieciństwie
budowaniem przeróżnych modeli, latawców, zabawą z ołowianymi żołnierzykami. Wyszedł wreszcie z łazienki gruntownie odświeżony i wypoczęty. Ta długa
podróż z Belfastu, gdzie omawiał interesującą dostawę tkanin dla wewnętrznego
wystroju budowanego tam ogromnego statku, wymęczyła go trochę, jednak mniej niż
się spodziewał. Ostatnią noc spędził w przyjemnym, spokojnym hoteliku w Glasgow, a
od stacji kolejowej w Aberdeen było już całkiem blisko, więc zdecydował się na
samotną, spokojną jazdę faetonem wzdłuż wybrzeża. I gdyby nie ta głupia wywrotka tuż
pod samym domem, wszystko byłoby w zupełnym porządku. Na policzku zostało jednak
drobne zadrapanie. Wypił łapczywie przyniesioną mu przez Kathy filiżankę herbaty i po chwili
stukał już do drzwi pokoju syna. Gdy nie usłyszał odpowiedzi, nacisnął klamkę, po
czym wszedł do środka. Wewnątrz, z powodu zasłoniętych okien, było ciemno, jednak
nie na tyle by nie mógł od razu dostrzec Toma, siedzącego przy swoim stoliku nad
dużym kartonem rysunkowym. W prawej dłoni trzymał ołówek, a lewą walił jednostajnie
w blat lipowego mebla. Nie usłyszał ojca, więc ten miał sporo czasu by podejść doń
cicho i spojrzeć mu przez ramię na bielejący w tej szarości papier. Z ułożenia głowy wynikało, że Tom patrzy raczej w sufit, nie na karton. Było
to dziwne tym bardziej, że jego ręka kierowała ołówkiem na tyle precyzyjnie, by z
bezładu przeróżnych, zdaje się w większości bezsensownych linii, mógł się wyłonić
kształt jakiegoś ogromnego parowca z czterema wysokimi kominami i mnóstwem
maleńkich okienek. Na jego burcie widniały dwie koślawe litery „Ty...” - zapewne
niedokończona nazwa tego monstrum. - Co to jest? - spytał cicho Falk i jednocześnie spojrzał chłopcu w twarz. Tom
miał silnie zaciśnięte powieki - do tego stopnia, że nos pomarszczył mu się u nasady, a
usta wykrzywiał jakiś dziwny grymas. Z oczu kapały łzy na właśnie wykonywany
rysunek - nie był to płacz, lecz skutek uboczny pracy mięśni powiek. Ocknął się nagle
obudzony ojcowskim zapytaniem i odruchowo zasłonił swoje niedokończone dzieło. - To? - odpowiedział niechętnie pytaniem. - Nic takiego. - Rysujesz po ciemku? - zdziwił się Falk. - Mnie to światło wystarcza - Tom odpowiadał tylko dlatego, że pytającym był
jego własny ojciec, któremu winien był szacunek i posłuszeństwo. Tak go wychowano,
tak należało się zachowywać. Poza tym, ojciec był dorosłym, silnym i nerwowym
mężczyzną, który czasem tracił nad sobą kontrolę. Nie uderzył go nigdy jak dotąd,
jednak w kilku już razach o mało do tego nie doszło.
Falk podszedł do okna i jednym ruchem odciągnął zasłony. Pokój Toma
zmalał natychmiast do normalnych rozmiarów, rozświetlony łagodną świetlistością
późnego popołudnia. Po lewej stronie stało porządnie zaścielone przez Kathy łóżko
Toma i wielka szafa z jego ubraniami, po prawej całą ścianę zajmowały regały z
wszelką, niezbędną młodemu człowiekowi literaturą. Niestety zupełnie przez niego nie
wykorzystywaną, choć Falk nie żałował pieniędzy na najnowsze, najlepsze książki,
które, jak mu się wydawało, powinny interesować chłopca w jego wieku. Poza książkami, atlasami, rycinami, półki zajęte były mniej lub
bardziej udatnymi modelami powozów, statków, wiatraków, pociągów, kartonowych
domków i innych budowli. Z maleńkich okienek czasem wyglądali maleńcy, nieruchomi
ludzie, jednak w większości były to konstrukcje wyłącznie techniczne, nie zasiedlone.
To plon ostatnich dwóch lat, efekty cierpliwej pracy zręcznych, małych dłoni i pełnego
wyrozumiałości a także nadziei, przyzwolenia ojcowskiego na takie wypełnianie czasu
przez chłopca. W końcu może i ten niezwykły talent przyda się komuś w przyszłości. Wszystko na nic. Tom niezmiennie okazywał się zamkniętym w sobie,
ponurym i czasem złośliwym młodzieńcem, zainteresowanym tylko klejeniem
następnych patyczków, modeli, jak też bezmyślnym utrwalaniem na papierze swoich
niezbornych wyobrażeń. - Miałeś dziś lekcje? - spytał syna. - Tak. - Jakie? - Matematykę. - Lubisz matematykę? - Tak. - Nie byłeś przykry dla panny Trebor? - Nie. - Dobrze. Powiedz mi jeszcze, czy naprawdę nie masz żadnych kolegów?
Steven bardzo cię lubi, mógłbyś wybrać się z nim na jakąś wycieczkę. Może do lasu? Tom nie odpowiedział, tylko opuścił głowę i patrzył teraz bezmyślnie na
kolorowy dywan, zaścielający prawie całą podłogę jego niewielkiego pokoju. Falk machnął ręką. Nie miał cierpliwości do takich rozmów, gdzie każdą
odpowiedź, każde słowo, musiał synowi prawie wyrywać z gardła. Jednak zmuszał się
do tego - przecież kochał go, mimo wyraźnego braku wzajemności. Co ważniejsze,
zupełnie nie zasłużonej. - Dobranoc Tom. - rzekł w końcu smutno, zbierając się do wyjścia. - Nie
zobaczymy się już dziś, gdyż jestem trochę zmęczony i zaraz idę spać. Pamiętaj jednak,
że nie jestem twoim wrogiem i... kocham cię szczerze. Jesteś moim synem. Chłopak znów nic nie powiedział, ale też i Falk nie spodziewał się tego.
Wyszedł przygnębiony i zamknął za sobą drzwi. Pogodził się już z tym, że Tom całe
dnie nie wychodził ze swego pokoju, że przedkładał samotność i ciszę ciemnych
pomieszczeń nad normalną wydawałoby się w tym wieku ruchliwość chłopięcą. Nie
będzie już z tym walczył, bo efekty są żadne, a i rozgoryczenie syna, jego nienawiść do
ojca mogą niepotrzebnie narastać. Tak już musi być, nikt nic na to nie poradzi. Wszedł wreszcie do siebie, do gabinetu. Był to jasny, przestronny pokój narożny z wschodnim oknem wychodzącym
na szkockie wybrzeże Morza Północnego i z oknem południowym, z którego mógł co
rano oglądać swoją tętniącą życiem fabrykę tkanin wełnianych, tę żyłę złota. Ostatnio
koniunktura była niezła, zamówienia sypały się z każdej strony kraju, mieszkańcy
Peterhead mieli stałą, dobrze płatną pracę. Falk był zdecydowany rozbudować fabrykę i unowocześnić ją, co zresztą
niejako było koniecznością. Przestarzałą już maszynę parową, zamierzał zastąpić
silnikami elektrycznymi, napędzającymi po kilka grup krosien jednocześnie. Tak się to
właśnie robiło na świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Jednak by ten
pomysł zrealizować, musiał wybudować porządną elektrownię, która kto wie, mogłaby
służyć także miasteczku. Nawiązał już stosowny kontakt z prężną firmą Westinghouse. Usiadł przy wielkim biurku dębowym, zamówionym jeszcze przez jego ojca
jakieś pięćdziesiąt lat temu. Solidne, wygodne miejsce do pracy. Bez przekonania
zabrał się za przeglądanie przywiezionych z Belfastu zestawień oraz zapotrzebowań, i
choć rzeczywiście był trochę zmęczony podróżą, zamierzał to wszystko uporządkować
na tyle jasno, by jego zarządca, pan McDaniel, mógł jutro spokojnie przeanalizować
papiery i powoli zacząć realizować tak interesujące, intrantne zamówienie. Ktoś zapukał do drzwi. - Proszę wejść. - poprosił Falk i podniósł głowę znad papierów. Do gabinetu weszła panna Helena Trebor, guwernantka i opiekunka Toma.
Była to śliczna, młoda kobieta o subtelnej urodzie, długich prostych blond włosach
spinanych zazwyczaj pracowicie w skromny kok, ubrana w gładką, brązową suknię bez
śladu dekoltu czy choćby drobnej ozdoby. Suknia zapięta po samą szyję, okoloną
wystającym spod grubego materiału białym, koronkowym kołnierzykiem skromnej
bluzki. Panna Trebor trzymała w ręku kartkę papieru i stojąc skromnie w drzwiach,
patrzyła na Falka smutnymi jak u rannej sarny, ogromnymi oczami - Dobry wieczór panu. - przywitała się cichym, miękkim głosem. - Prosił pan o
comiesięczny raport w sprawie Toma. - Tak, panno Heleno. - Falk wstał zza biurka. - Proszę usiąść. Podsunął jej wygodny fotel i trzymając go oburącz z tyłu, zaczekał w
półskłonie aż usiądzie. Poczuł zapach jej włosów i aż zadrżał z radości, że po prostu może być tak
blisko tej kobiety. Falk był mężczyzną dojrzałym, żeby nie powiedzieć, podstarzałym i
sam się sobie dziwił, skąd u niego taka niewczesna namiętność. Czuł, że jest w stanie
przenosić góry, że nic dla niego nie jest niemożliwe, byle tylko ona była w pobliżu. - Panno Heleno. Heleno. - patrzył na nią i nie bardzo wiedział co powiedzieć.
- Wróciłem godzinę temu z Belfastu i ... - Wiem panie Falk, James. - panna Trebor mówiła łagodnie i cicho,
oglądając uważnie Falka od stóp do głów, jakby widziała go po raz pierwszy. - Cały
wolny czas spędziłam przy oknie i oglądałam pański powrót. Ale coś ci się stało w
policzek? - zamierzała wstać z fotela i podejść do niego by dokładniej obejrzeć
zagojoną już ranę. A może po prostu zbliżyć się jeszcze bardziej? Oboje mieli pewien komiczny problem. Wiedzieli dokładnie o swoich
uczuciach, byli od dawna po imieniu. Jednak zapewne siłą początkowego nawyku
wynikającego z potrzeby ukrywania wzajemnych relacji przed otoczeniem, nie mogli się
zdecydować jak do siebie mówić - oficjalnie pan, pani, czy po prostu ty. Falk krępował
się zbytniej poufałości ze względu na swój wiek, Helena bywała często onieśmielona
własną pozycją wynajętej guwernantki, podległością kontraktowego w końcu
nauczyciela. Stąd zabawne niekonsekwencje, ciągła zmiana formy. Falk gestem dłoni powstrzymał ją, więc zasmucona usiadła ponownie. - To nic. Heleno, musimy... jutro... porozmawiać o Tomie. - Wiem James. Przyniosłam raport. - Dobrze. Dziękuję i... - Tak? - Chciałbym ci powiedzieć, że..., że pędziłem tu jak głupi, bo... - Falk
zarumienił się chyba jak sztubak i spuścił wzrok nie mogąc wypowiedzieć tego co cały
ten czas chciał wykrzyczeć całemu światu. - Nic nie mów James. Wiem. - Helena wstała szybko z fotela i odwróciła się
w stronę drzwi. - Już idę. Dobranoc panu. - Nie, tak.... - zrezygnowany usiadł ponownie i tylko patrzył na odchodzącą
jak na rozmywający się pod wpływem budzącej się porannej świadomości, kolorowy,
łagodny sen. Miotały nim dwa sprzeczne uczucia. Jedno, to narastające z każdym
dniem, przy każdym powrocie, uwielbienie dla Heleny, tego wymarzonego przez lata
ideału. Drugie, to świadomość obowiązku ojcowskiego i przygniatająca, ze wszech miar
przygnębiająca świadomość niemożności spełnienia tego pierwszego przy pełnej,
aprobującej zgodzie Toma. Wiedział, że Helena kocha go szczerze, lecz wiedział też,
że wie o jego rozterce i szanuje ją, nie chcąc niepotrzebnie drażnić dziwnego chłopca. To go jeszcze bardziej do niej przyciągało, tym bardziej spełniało utrwalony
gdzieś w głębi serca wzorzec. Musi się przemóc i w końcu coś postanowić. Tym swoim
wahaniem robi przecież krzywdę Helenie, sobie, synowi. Wszystkim. Ściemniało już zupełnie. Zapalił więc świece i próbował jeszcze pracować
nad przyszłym kontraktem, jednak zmęczenie i wrażenia dnia wzięły górę. Dał temu
spokój i poszedł w końcu do sypialni. Jason już dawno pozamykał dom, sprawdził
okna, więc nie było powodu by nie położyć się wreszcie do łóżka. Tak też i zrobił, po
czym prawie natychmiast, automatycznie usnął. Tom mógł więc nareszcie bez
przeszkód dokończyć swój nowy rysunek, zwłaszcza sprecyzować nazwę nowego
obiektu. To przecież była sprawa najważniejsza, podstawowa. Bez właściwej nazwy
żaden z modeli nie działał w pełni.
* Jason Hulce nie był klasycznym pantoflarzem. Żył z Kathy już trzydzieści
cztery lata i dominującym u niego uczuciem, wykrystalizowanym przez ten cały czas,
był nieustający podziw dla jej szczególnej wiedzy, doświadczenia. Brał się stąd, że
ilekroć pytał ją o zdanie w dowolnej sprawie, to mimo, iż czasem lekceważył te rady,
zawsze okazywało się, że to właśnie ona miała rację. Nie wymawiała mu pomyłek czy
upartych, czasem dokuczliwych dla obojgu prób samodzielności - nieraz tylko z lekkim
uśmieszkiem pokiwała głową. Nie bał się tej kobiety, była mu przecież żoną i matką
jego dzieci - Stevena oraz młodszej o dwa lata Alice. Jednak zważywszy na jej właśnie
dziwną wiedzę i jeszcze dziwniejsze umiejętności mające chyba także związek z tym, iż
była z pochodzenia rumunką, nigdy by się nie odważył przeciwstawić żonie otwarcie.
Poza tym byli zżytą, zgodną i na swój sposób szczęśłiwą parą. Pracowali i mieszkali w majątku pana Falka odkąd pamięta, jeszcze za życia
ojca obecnego właściciela i chlebodawcy. Kathy Hulce miała szczególny dar
wyciągania z każdej niemal sytuacji maksimum korzyści dla siebie, a ściślej dla swojej
rodziny, więc także dla niego. Potrafiła wydedukować czy może ściśle przewidzieć
rozwój wypadków - to nic, że podświadomie - zawsze coś z tego mieli. Jak każda
kobieta, lubiła gromadzić pieniądze i podejrzewał, że miała gdzieś schowaną niezłą
sumkę. Gdy stary pan Falk wydzierżawił im kilka akrów nieużytków, potrafiła wycisnąć
z tego kawałka ziemi tyle, że na dobrą sprawę mogliby się z niej utrzymywać Siłą
roboczą był rzecz jasna on, a później też i dzieci, jednak odbywało się to w ten sposób,
że zupełnie nie kolidowało z obowiązkami małżonków jako służby domowej Falków. Dziś od rana Jason miał pracy więcej niż zwykle. Musiał ponownie zająć się
garderobą pana Falka, tak przecież pobrudzoną we wczorajszym wypadku, oporządzić
narowistą kobyłę, sprawdzić faeton i odstawić go do zajazdu w Peterhead, kupić dla
Toma nowe kartony, farby i różnego rodzaju przybory modelarskie, oraz załatwić na
poczcie kilkanaście przesyłek. Kathy szykowała śniadanie, przygotowywała obiad i w
ogóle obsługiwała dziś obie rodziny - własną i pana Falka. Miała na głowie cały dom. Steven z Alice buszowali po fabryce, sprzedając wszystkim chętnym warzywa
z ich małego pólka. Charlie Landon, koniuszy i przyboczny woźnica pana Falka a daleki
krewny Jasona, musiał być na każde jego zawołanie - w końcu nie można było
prowadzić fabryki, odwiedzać dostawców i kontrahentów poruszając się po okolicy
pieszo. Wraz z powrotem właściciela cały dom ożył. Gdy już się zbierał by ruszyć do miasteczka, z domu wybiegł Tom i
bezbarwnie poprosił o zgodę na towarzyszenie w tej krótkiej wycieczce. Jason musiał
się wrócić i zapytać jego ojca o pozwolenie. Ten machnął tylko obojętnie ręką, więc
opatuliwszy chłopca grubym kocem, usadził go na wąskim siedzeniu obok siebie, po
czym powoli ruszyli obaj w kierunku Peterhead. Gdy wjeżdżali w przesiekę leśną, Tom zaczął się wiercić, a następnie począł
cały drżeć jak w febrze. - Co ci jest? - spytał Jason szorstko, gdyż rzadko powoził, a ponieważ bardzo
lubił to robić, nie znosił gdy mu wtedy przeszkadzano. - Czy to tutaj? - wychrypiał chłopiec, nie odpowiedziawszy na pytanie. - Co? - Wypadek. - Tom mówił jeszcze mniej wyraźnie niż zazwyczaj. - Nie. Do tego miejsca jest jeszcze jakieś dwadzieścia jardów. - Zatrzymaj tam. - stanowczo zażądał chłopak. - Dobrze. - przyrzekł zdziwiony Jason. - Mamy mnóstwo czasu. Po krótkiej chwili znaleźli się na miejscu. Na drodze były jeszcze ślady kół
skręcających niespodziewanie na drzewa i zryta kopytami trawa. Jason zatrzymał
konia, a Tom odrzucił koc i niezręcznie wyskoczył z pojazdu. Podszedł do wyraźnie
widocznych skutków dziwnego zdarzenia, po czym niespodziewanie ukląkł na ziemi. - Co ty wyprawiasz? - zaniepokoił się Jason. - Przeziębisz się! - Sprawdzam. - Tom nawet się nie odwrócił, oglądając uważnie ślady. - Co sprawdzasz? - Dlaczego on przeż..., dlaczego to się stało. Jason nic już nie powiedział. Lubił Toma na swój sposób i był z nim w
niejakiej przyjaźni, jednak nie na tyle by sprzeciwiać mu się wtedy, gdy ogarnięty tym
dziwnym zapamiętaniem nie zważa na nic i z ogniem w oczach robi swoje lub zapada w
przedziwne odrętwienie. O ojcu mówił zawsze do obcych - on. Znał chłopca dobrze i
nie chciał ryzykować kilkudniowego, nader widocznego, demonstracyjnego wręcz
przygnębienia, oraz tępej, małpiej złośliwości Toma. Podejrzewał poważnie, że ostre
bóle głowy i nierzadko nieuzasadnione niczym wymioty jakich wtedy doznawał on lub
przypadkowo obecni domownicy, były jego właśnie sprawką, niekoniecznie
mimowolną. Ten chłopak miał w sobie jakąś nieogarnioną siłę, czy też pasję, która w
szczególnych okolicznościach, zdolna była manifestować się na Bogu ducha winnym
otoczeniu. Jak niespodziewana a gwałtowna burza. Kathy mogłaby o tym powiedzieć więcej, bo to jakby dwie bratnie dusze, z
tym, że Kathy jest zawsze pełna życia i energii, a Tom wiecznie przygaszony,
zamknięty w sobie. Łączyło ich coś szczególnego, coś tajemniczego. Jason sądził
początkowo, że chłopak widzi w niej zastępczą matkę, że jest to rodzaj półsierocego
przywiązania do pierwszej lepszej kobiety, która akurat znalazła się wystarczająco
blisko. Jednak to nie wszystko. Było całe mnóstwo innych, nader tajemniczych
powodów które ich w jakiś dziwny sposób zbliżały, a o których za nic nie chciał
wiedzieć. Nie będzie też teraz pytał o przyczynę zainteresowania tym miejscem. Gdy jednak chaotyczne na pierwszy rzut oka poszukiwania chłopca, jego
szczegółowe rozglądanie się po okolicy, gmeranie wśród zarośli przedłużały się, nie
wytrzymał i pragnąc jak najszybciej ruszyć, zapytał: - No i znalazłeś coś? - Tak. - odrzekł krótko Tom, po czym zdyszany i pobrudzony, jął gramolić się
z powrotem na siedzenie. - Co? - Koń. - Koń? - Tak. Wszystkiemu winien jest koń. - stwierdził stanowczo chłopak. - No, to chyba oczywiste. - przyznał Jason obojętnie, po czym szarpnął lejce i
cmoknął na kobyłę by wreszcie ponownie ruszyć ku miasteczku. Nie chciał o tym
mówić z chłopcem, jednak był pewien, że koń owszem mógł być powodem wypadku,
ale ściślej powodem jego tak łagodnego, szczęśliwego zakończenia. To właśnie o to
chodziło Tomowi, z tego powodu był rozczarowany. Miał w związku z tym ponurym
dzieciakiem jakieś wewnętrzne poczucie zagrożenia, czy też obawy o innych, zwłaszcza
o pana Falka i pannę Helenę. Nie był specjalnie zabobonny, ale podświadomie czuł do
czego zdolny był Tom, co mu chodziło po tej rudej głowie. Od jakiegoś zresztą czasu
nękały ich różne drobne wypadki - a to potknięcie na schodach, a to skaleczenie czy
zwichnięcie. Pewnego razu panna Helena o mało nie połamała sobie nóg, gdy zawalił
się pod nią stary drewniany mostek nad rzeczką. Na szczęście skończyło się tylko na
zamoczeniu sukni. To nie były rzeczy do udowodnienia, czy nawet głośnego o nich rozważania.
Pan Falk drwił z takich opowieści, jednak Jason miał o wypadkach inne zdanie i za
wszystko obwiniał chłopca, tego małego, złośliwego diabełka. Nic się zresztą wielkiego
nie działo, lecz przecież licho nie śpi. Nie, żeby Tom nie chciał czegoś większego niż
się wydarzyło, Bóg jeden wie jakim sposobem, jakim cudem. Tutaj Jason był zupełnie
pewien, że gdyby tylko syn Falka miał takie możliwości, to natychmiast starłby ojca w
proch. Bez mrugnięcia okiem. Lecz najwyraźniej, w jakiś przedziwny sposób, tym razem
na przeszkodzie stanął koń, to głupie, pokorne bydlę. Musi porozmawiać z Kathy. Dotarli wreszcie do miasteczka. Jason pozałatwiał najpierw na poczcie
wszystkie listy i telegramy, następnie odwiedził swojego brata, który jak zwykle
wypłynął na połów, a nieprzyjemna, brzydka bratowa nie paliła się do rozmowy ze
szwagrem. Wreszcie zwiedził z Tomem dwa sklepy z różnościami, by wreszcie oddać
faeton i kobyłę właścicielowi. Chłopak grymasił jak zwykle na jakość i wybór
oferowanych mu akcesoriów, lecz w końcu zakupili ogromne ilości drobnych i w
gruncie rzeczy tanich elementów modelarskich. Z pełnym koszykiem drobnicy, weszli
wreszcie do „Pod Smokiem”, gdzie musieli czekać na Charliego który też miał być
wysłany do miasta i skąd zabierze ich z powrotem. Dla chłopca Jason zamówił lekki
obiad, a dla siebie piwo z przekąskami. W pubie, mimo wczesnej pory, było już kilku gości, głównie służących,
załatwiających na mieście różne polecenia swoich chlebodawców. Z rzadka wstępowali
tu rybacy, chyba tylko ci już nie pijący, z przeżartymi do cna wątrobami. Właściciel
pilnował bowiem porządku i nie dopuszczał do pijackich burd - stąd naturalna selekcja
klienteli. Wszyscy się tu znali, więc Jason zostawił chłopca samego przy stoliku i
przysiadł się ze swoim piwem do Kevina Tracey i Davida Kline, którzy też wpadli tu na
chwilę. - Jak się macie, co u was? - spytał znajomych. - Bez zmian Jason. - odparł Tracey, popijając piwo. - Ciągle mam ten
cholerny reumatyzm. - A ja jestem zdrowy jak koń. - pochwalił się Jason. - Nic mi nie jest mimo
skończonej sześćdziesiątki. - Nic dziwnego. Ty masz za żonę czarownicę. - No, no. - obruszył się Jason, choć nieszczególnie. - Kathy jest tylko
zielarką. I zna się na tym jak diabli. - Właśnie. Jak diabli. - skonstatował David, wielki i silny koniuszy, ogromnie
zabobonny, ale dobry i szczery człowiek. Rzeczywiście. Kathy potrafiła zapobiec w rodzinie różnym chorobom
nękającym co i rusz okoliczną ludność. Z powodu morskiego klimatu był to głównie
reumatyzm i przypadłości pokrewne. Jason bez protestu, z pełnym zaufaniem, wypijał
zawsze przygotowane przez nią napary, stosował dziwne nieraz zalecenia, poddawał
się jej kuracji. W efekcie nic mu nie dolegało i nie pamięta by od dnia ślubu chorował
na cokolwiek. Przyzwyczaił się do tego stanu i uważał go za normalny. Jednak gdy
wielokrotnie próbował namówić żonę do podobnego traktowania innych, choćby
rodziny pana Falka, ta odmawiała krótkim: - Co za dużo, to niezdrowo, co ma być to
będzie! Owszem, kilka razy angażowała się skutecznie w ratowanie poszkodowanych
w fabryce robotników, ale to wszystko. I być może te właśnie przypadki sprawiły, że
zdobyła sobie w okolicy sławę nieszkodliwej, jednak wiedźmy. Może także za sprawą
tajemniczych ceremonii, które były wtedy według niej konieczne. Tak, czy owak, ludzie
niespecjalnie palili się do proszenia ją o pomoc. - Gadasz od rzeczy. - obruszył się Tracey. - Jason jest z nią już tyle czasu, a
przecież chodzą regularnie do kościoła. - No nie wiem. - skrzywił się Kline i ponieważ nie miał już w tej sprawie nic do
powiedzenia, zamknął się chwilowo. - Widziałem na mieście następny nowy samochód. - Jason zmienił temat. -
Czyj to? - Chyba burmistrza. - Trayce był jak zawsze dobrze poinformowany. - Kupił
go sobie pewnie z naszych podatków. Niedługo nie będzie można przejechać
normalnie ulicą. Wszędzie te śmierdziele benzynowe. - Całkiem możliwe. - dodał Kline. - I mówię wam, że jak tak dalej pójdzie, to
za kilka lat nie będzie już koni. - To może i lampy gazowe zastąpią elektrycznymi? - ironizował Trayce. - Oczywiście. - Jason, wiedząc o planach pana Falka był o tym całkowicie
przekonany. - I powiem wam, że postęp jest tak wielki, iż niedługo wszyscy będziemy
mieli w domach takie oświetlenie, nie mówiąc o ulicach. Maszyny też będą elektryczne.
Mamy rok 1911, a za kilkanaście lat świat będzie wyglądał całkiem inaczej. Zobaczycie. - Jeśli dożyjemy Jason - uściślił Trayce. - Wiem coś o postępie. - Kline zawsze wszystko krytykował. - W Belfaście
budują podobno statek tak wielki, iż będzie można po nim jeździć bryczką. Tylko pytam
się, po co komu bryczka na morzu? - Też się zgadza. - potwierdził Jason. - Pan Falk ma dostarczyć do stoczni
kupę najlepszego materiału dla tego statku. Sam luksus. - Po co im wełna? - A fotele, a łóżka, a obicia i wykładziny? - No tak. - przyznał Kline, i na chwilę zapadła cisza. Trzej panowie zajęci byli
stateczną degustacją niezłego piwa, pędzonego w miejscowym browarze, którego
udziałowcem był właściciel pubu „Pod Smokiem”. Roztropnie zaniżał troszeczkę jego
cenę, stąd duże powodzenie lokalu, oraz rzeczonego napoju. - A jak tam Tom? - zainteresował się Trayce. - Ot, widzisz. - Jason skinął głową w stronę stolika przy którym samotnie
siedział chłopak. - Grzebie w tych swoich patyczkach i śrubkach i ani mruknie. Może
tak godzinami. - Dziwny szczeniak. - stwierdził Kline. - Ma w sobie coś... ze żmiji. Tylko
patrzeć jak ukąsi. - Rzeczywiście. - Trayce też był tego zdania. - Dziwię się, że pan Falk nie
odda go do przytułku. Przecież widać gołym okiem, że... nic z niego nie będzie. - Pan Falk rzeczywiście ma do niego coraz mniej cierpliwości, ale... kocha go
przecież. - melancholijnie stwierdził Jason. - To jego jedyne dziecko - Jeszcze mu to wyjdzie bokiem. - podsumował Kline. - Wziąłby się wreszcie
porządnie za pannę Helenę. Wszyscy trzej uśmiechnęli się sentymentalnie i na chwilę zapadło milczenie. W tym momencie do pubu wszedł zakurzony Charlie Landon, by jak było
umówione, zabrać Toma i Jasona, więc przyjemna rozmowa musiała się zakończyć.
Panowie pożegnali się, a Jason pomógł Tomowi pozbierać jego skarby. Następnie
wyszli z Charliem i zapakowali się do powozu. Nie minęło pół godziny, jak wszyscy byli
na powrót w domu.
* Steven i Alice spali już w swoim pokoju od dobrej godziny, a Kathy krzątała
się jeszcze przy kuchni. Jason chwilowo sam zajmował szerokie, małżeńskie łoże i
przemyśliwał jak też poprowadzić z żoną tę trudną rozmowę. Kathy nie lubiła mówić o
tych swoich dziwnych rzeczach i zawsze zbywała go, twierdząc, że i tak niewiele
zrozumie. Musi jednak poznać wreszcie prawdę, w końcu jest mężczyzną, głową
rodziny. A kobiety ostatnio chyba za dużo sobie pozwalają. Słyszał, że podobno w
Ameryce, nawet palą publicznie papierosy, jeżdżą konno. W końcu przyszła do sypialni i poczęła się rozbierać. - Zgaś świecę Hulce. - poprosiła. - Wiesz, że tego nie lubię. Żona nigdy nie mówiła mu po imieniu, tak samo zresztą, jak większość
okolicznych kobiet do swoich mężczyzn. Nie wiadomo skąd taki zwyczaj, lecz tak już
było. - Chciałem z tobą porozmawiać. - upierał się Jason. - A jak mam mówić w
ciemności? - Do mielenia ozorem światło nie jest potrzebne a świece są drogie. -
zdecydowała jednak ostatecznie Kathy i zdmuchnęła świecę. Zapadła ciemność, a po
chwili Jason poczuł jak żona wśliznęła się do łóżka. Leżeli jakiś czas w milczeniu, po czym Kathy westchnęła w ciemność i rzekła: - Pytaj Hulce, bo widzę, że nie możesz wytrzymać. - Widzisz Kathy? Przecież jest ciemno. - Jason postanowił dogryźć żonie. - Naprawdę? - Niby to zdziwiła się, po czym otrzymał lekkiego kuksańca w
bok. Początek był niezły. - Powiedz mi - zaczął ostrożnie, - czy Tom jest niebezpieczny dla innych? - W jakim sensie? - No, czy może tą swoją... siłą, zrobić komuś krzywdę? Na przykład... nam? - Nam nie, ale tobie na pewno. - Nie żartuj Kathy. Pytam poważnie. - Nie Hulce. Nam nie. Ani tobie, ani mnie, ani dzieciom. - Jesteś pewna? - Absolutnie. Jason odetchnął z ulgą, gdyż tak naprawdę, interesował go tylko los własnej
rodziny. Podobnie jak Kathy, która też dbała przede wszystkim o dobro najbliższych.
Reszta świata obchodziła ją sporadycznie. W gruncie rzeczy postawa zupełnie
naturalna i tak naprawdę prawidłowa. Tak właśnie sądzili oboje. - A pan Falk? Panna Helena? - To się szybko zmienia. Za kilka miesięcy, gdy Tom nabierze sił i
doświadczenia, Falk będzie się musiał mocno strzec. Żal mi tylko panny Heleny. - głos
Kathy stał się cieplejszy. - To przecież zupełnie niewinna, dobra dziewczyna. - Żal ci jej? Dlaczego? - Będzie co ma być i nic na to nie poradzisz. - Co będzie Kathy? - Jason aż usiadł na łóżku. - Straszne rzeczy Hulce, straszne. - Kathy jakby widziała w ciemności te
okropieństwa o których mówiła z takim przestrachem. - Nie mogę ci nic powiedzieć, bo
sama niewiele rozumiem. Już nie panuję nad chłopakiem, już mnie nie słucha tak jak
kiedyś. Nie pytał o szczegóły, nie chciał ich znać. Zresztą, o ile rozumie swą żonę, jej
wizje, jej zdolność przewidywania, funkcjonowały raczej w sferze uczuć, nie obrazów.
Tym bardziej konkretnych na tyle, by dawały się opowiedzieć, przekazać. Intuicja,
nawet ta najbardziej rozwinięta, zawsze jest tylko intuicją. - Czy..., czy można temu zapobiec? - A czy można zapobiec temu by padał deszcz? - odpowiedziała pytaniem. -
Czy można zapobiec suszy, nieurodzajowi, trzęsieniu ziemi? - No nie. - zgodził się częściowo. - Lecz pożarom, wypadkom można. - Na pewno? Kathy, jak większość ludzi których znał, była święcie przekonana o istnieniu
przeznaczenia, o systematycznym, konsekwentnym spełnianiu się zapisów jakiejś
księgi losów, gdzie czarno na białym wypisane jest wszystko co było, co jest i co
będzie. W najdrobniejszych szczegółach. Zwalniało to rzecz jasna od rzetelnego dbania
o swoje sprawy, o sprawy rodziny, świata, i może właśnie to było głównym powodem
tak trwałych, tak dobrze funkcjonujących przez wieki przekonań. Choć może
rzeczywiście coś w tym jest? - I naprawdę nic nie możemy zrobić? - Jason uparcie próbował wyjaśnić tę
kwestię raz na zawsze. A może tylko uspokoić sumienie? - Możemy tylko patrzeć? - Na to wygląda Hulce. - Kathy nie przejmowała się zbytnio, a może po
prostu przyzwyczaiła się do tych od dawna przeczuwanych zdarzeń. Oswoiła z
okropnością. - Tamten... świat też ma swoje prawa. Jedyne co możemy, to...
wyciągnąć z tego jakieś korzyści dla siebie... dla nas. - Co ty mówisz? - Nie był zbyt zaskoczony taką deklaracją, jednak
protestował dla zasady. - Mamy korzystać z czyjegoś nieszczęścia? Mamy postępować
jak hieny? Rozmowa stawała się zasadniczą, i Kathy też w końcu usiadła na łóżku. W
pokoju było ciemno choć oko wykol - tylko przez małe okno leciutko prześwitywała
srebrzysta szarość światła księżyca, omiatającego łagodnie okoliczne wrzosowiska. Był
nów. - Hulce. - mówiła dobitnie, powoli. - Cóż tak szczególnego otrzymaliśmy od
świata, od innych? Co komu zawdzięczamy? Czy nie pracujemy całe życie dla obcych?
Czy nasze dzieci mają jakieś szanse na los lepszy od naszego? I czy to może my
układamy tę opowieść, przewracamy kartki tej księgi? Rzeczywiście, miała cholerną rację. Jak zwykle. - Dobrze Kathy, niech ci będzie. - zgodził się ostatecznie. - Tylko proszę cię o
jedno... - O co Hulce? - Byś..., byśmy nie byli zbyt... łapczywi. Byśmy naprawdę nie stali się...
hienami. - O to się nie martw. - Kathy pogładziła go po ramieniu. - Znasz mnie
przecież. - Tak, znam. - potwierdził bez przekonania i westchnąwszy z głębi serca,
położył się wreszcie wygodnie. Temat był wyczerpany. Chociaż... - Powiedz mi jeszcze jedno... - Co znowu? - Jak koń może chronić przed... przed... no nie wiem, przed czymkolwiek? - Jaki koń Hulce? - Kathy była już zniecierpliwiona i senna. Musiała przecież
jutro wstać bardzo wcześnie. Jak zawsze. - No wiesz przecież, wczorajszy wypadek. Dzisiaj Tom powiedział, że to z
powodu konia ojciec jeszcze... żyje. - Tak powiedział? - zdziwiła się. - Tak go zrozumiałem. Kathy milczała i w ciemności słychać było tylko jej równy oddech.
Zastanawiała się. - No tak. - rzekła wreszcie wolno. - Już wiem. - Tak? - To kobyła. To przecież była kobyła. - Cóż z tego? - Oj Hulce. Mogę ci powiedzieć tylko tyle, że jeśli chcesz spokojnie dożyć
późnej starości, - ponownie lekki, czuły kuksaniec w mężowski bok - to trzymaj się
blisko mnie, czyli? No? - No... ciebie Kathy, żony? - zgadywał. - Żony, żony. Jasne. - chyba nie trafił. - Porządnej, opiekuńczej... samicy. - Co? - Tak Hulce. Każda, hm... samica to jak... jak tarcza. I śpij wreszcie, bo cały
Boży świat jest właśnie wielką... samicą. Nieobliczlną czasem, groźną i nerwową, lecz
przecież... samicą. Jason zgłupiał do reszty i nic już nie powiedział. Nawet nie miał się nad czym
zastanawiać, gdyż nie wiedział zupełnie od czego zacząć. Okrył się więc dokładniej
kołdrą, ułożył wygodnie i zasnął.
* Helena Trebor zawsze wstawała przed szóstą rano. Ścieliła swoje łóżko,
sprzątała w pokoju, w końcu zajmowała sobą. Po umyciu, ubraniu, uczesaniu,
rozkładała książki i robiła całodzienny konspekt zajęć lekcyjnych. Przygotowywała się
do codziennej męki z Tomem. Około ósmej, Kathy przynosiła jej śniadanie - rozmawiały
chwilę, po czym obie ponownie wracały do swoich zajęć. Lubiły się, jednak w jakiś
szczególny sposób. Kathy Hulce była od niej dwukrotnie starsza, lecz miała wyjątkowo
młode usposobienie, pełna była energii i tej szczególnej radości życia, połączonej z
doświadczeniem i całkowitą znajomością jego wszelkich zawiłości. Helena radziła się
jej czasem w sprawach Toma, a raz uzyskała od niej skuteczną pomoc dla chorej
matki, mieszkającej samotnie w Newcastle. Matka zaniemogła poważnie, a Kathy,
wysłuchawszy dokładnego opisu przypadłości, zaleciła dość szczególną, dziwną
terapię. Pojechała więc do matki na kilka dni, po czym bez specjalnego przekonania
postąpiła zgodnie z otrzymanymi instrukcjami. Pomogło natychmiast na tyle, że
opiekujący się matką lekarz nie posiadał się ze zdumienia, zastawszy swą pacjentkę w
pełnym zdrowiu, w pełni sił. Sześćdziesięcioletnia matka od tej pory nie narzeka na nic i
zupełnie dobrze radzi sobie sama. Właśnie wtedy zaprzyjaźniły się z Kathy na dobre,
choć podświadomie czuła, iż jest w tej dziwnej kobiecie jakaś bariera, jakiś
niezrozumiały opór przed całkowitym otwarciem. Może to skutek jej tajemniczych,
niespotychanych umiejętności? Jakby nie było, Helena odwdzięczając się za pomoc,
postanowiła zupełnie bezinteresownie uczyć jej dzieci - Stevena i Alice. Spotykali się
wieczorami w małym pokoiku znajdującym się w części domu przeznaczonej dla służby,
dla państwa Hulce. Pan Falk, James, wiedział o tym i zupełnie nie oponował - w końcu
angażowała się kosztem własnego czasu wolnego. Nie wymagało to od niej wielkiego
wysiłku, ani nie absorbowało zbytnio - wręcz przeciwnie, sprawiało dużą radość. Dzieci
uczyły się chętnie, a mała Alice była bardzo zdolną, miłą dziewczynką. Kathy
wynagradzała Helenę jak mogła, jednak czyniła to z jakimś pełnym smutku
zrezygnowaniem, jakby była przekonana o tymczasowości tej sytuacji. Helena czuła tę
szczególną rezerwę, mimo niewątpliwej autentyczności ich wzajemnej sympatii. Dzisiaj postanowiła jeszcze raz przerobić z Tomem zasady funkcjonowania
państwa brytyjskiego - temat zupełnie go nie interesujący, nie trafiający doń ani w ząb.
Chłopiec nie był głupi, czy nierozgarnięty, lecz nic nie mogło go zmusić do polubienia,
przyswojenia czegoś, co nie miało żadnego znaczenia w jego własnym, prywatnym
świecie. Świecie pełnym cieni, ponurych, niezrozumiałych zależności, świecie bez
miłości i bez przyjaźni. Tak to w każdym razie wyglądało. Mimo, iż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nienawidzi jej tak samo
jak ojca, a być może jeszcze bardziej, starała się go zrozumieć i zmienić. Bez efektów.
Tom nie reagował na żadne, nawet najbardziej wyrafinowane próby znalezienia z nim
wspólnego języka, dotarcia do jego serca. Wydawało się, iż zamknął się raz na zawsze.
Jego zmarła matka też podobno była dziwną kobietą, a ponieważ ubóstwiała go ponad
wszelką miarę, chłopak musiał dotkliwie odczuć jej stratę. Helena współczuła
Jamesowi, jednak nie była w stanie zaszczepić mu choćby odrobiny nadziei. Nie umiała
kłamać, tym bardziej w tak ważnej sprawie. Kilka minut przed dziewiątą, zapukała do pokoju Toma. Chłopiec miał lekcje
codziennie, jednak nigdy jak dotąd nie reagował na jej pukanie. Tak było i tym razem.
Siedział przy oknie i wpatrywał się w dalekie, dobrze jednak widoczne z wysokości
pierwszego piętra morze. - Dzień dobry Tom. - przywitała się jak zwykle. - Ładny dziś dzień, prawda? - Tak. . Tom był na tyle sprytny, by na zadawane bezpośrednio pytania odpowiadać
choćby krótkim: - tak, nie. Wiedział dobrze, że każda niegrzeczność z jego strony,
każde uchybienie formy w stosunku do kogokolwiek z domowników, natychmiast
będzie wiadome ojcu. A ojca bał się autentycznie. I paradoksalnie, wyłamywał się z tej
zasady tylko w stosunku do niego. Przeważnie uparcie milczał. Usiadł więc na swoim
zwykłym miejscu i trzymając na kolanach gruby zeszyt, patrzył ponuro w podłogę - Dzisiaj powtórzymy organizację naszego państwa i tradycję, oraz zasady
jego funkcjonowania. - poinformowała go po trosze automatycznie, po belfersku. -
Otwórz swoje notatki. Chłopak musiał prowadzić stosowne zeszyty, które systematycznie zapełniał
w nakazany sposób. Ojciec sprawdzał je co jakiś czas, więc wypełnione były równym,
starannym pismem. Był to jednak jedyny przejaw jego aktywności uczniowskiej.
Całkowicie formalny. - Co wiesz o naszym parlamencie? - spytała Helena celowo ogólnie. - Nic. - stwierdził krótko natychmiast. - A któż to taki król Jerzy V - Król. - Jaki król? - Chyba... nasz. Nie wiem. - Nasz, oczywiście. Masz to przecież wszystko zapisane. Przeczytaj. Tom znalazł odpowiednie fragmenty, po czym bezbarwnym głosem począł
odczytywać podyktowany onegdaj tekst. Dzisiaj równo, spokojnie, bez śladu intonacji.
Jak automat. W przeciwieństwie do lekcji wczorajszej, kiedy akcentował celowo
przesadnie, a przy tym zupełnie przewrotnie, na opak. I tak na zmianę - dzisiaj tak, jutro
całkiem inaczej. Siedział przed nią w tej swojej szarej kurtce i zupełnie nie poruszając
głową, klepał bezmyślnie w przestrzeń, nie zwracając zupełnie uwagi na reakcję
nauczycielki. - Ładnie ostatnio czytasz Tom. - pochwaliła Helena zirytowana nieco tą
sytuacją. Nawet się nie zająknął, nie przerwał choćby na moment. Dokąd nie usłyszał
polecenia by przerwać, sumiennie, a raczej skrajnie złośliwie, wykonywał co mu
nakazano. - Przestań Tom. Rozumiesz coś z tego? - Nie. Helena miała dość. Gdyby nie James którego uwielbiała, którego pokochała
od pierwszej chwili, dawno by już zrezygnowała z tej posady, a ściślej z tego niby
ucznia. Nie miała sił, najwyraźniej nie miała umiejętności, nie miała już serca do tego
chłopca. Najgorsze jednak jest to, że przecież wie, iż Tom jest dzieckiem inteligentnym,
że niczego mu nie brakuje, że doskonale rozumie i zapamiętuje każdą lekcję, czy raczej
wykład. Nie, tu jest potrzebny wielkiej klasy psychiatra, specjalista. Może Jason ma
rację, twierdząc, że Toma powinno się oddać do jakiegoś renomowanego zakładu
zamkniętego. Napomknął kiedyś o takiej możliwości, jednak przecież nie w obecności
Jamesa. Zresztą kto wie, czy on sam nie myśli o takim rozwiązaniu. Musi z nim kiedyś
ostrożnie o tym porozmawiać, w końcu chłopak zmarnuje się całkowicie. - Masz jakieś nowe rysunki? - próbowała jeszcze nawiązać z nim jakiś
kontakt. - Mam. - Tak? Pokaż. - ucieszyła się tą zaskakująco pozytywną reakcją. - Dobrze. - zgodził się niespodziewanie, lecz uśmiechnął przy tym jakoś
dziwnie - wyjątkowo złośliwie, z jakimś odcieniem nie skrywanej satysfakcji. Przeszedł
ją dreszcz dziwnej obawy, czy wręcz nieuzasadnionego niczym strachu. Chłopiec wstał, by po chwili wertowania dużych kartonów, rozłożyć przed nią
ten wybrany. Rysunek przedstawiał jakiś wielki statek - widocznie pasażerski, bo
wyposażony w niezliczoną ilość maleńkich, oświetlonych od wewnątrz okienek.
Najbardziej charakterystyczne były jednak cztery potężne kominy, lekko pochylone ku
rufie, oraz dwa ostre maszty - przedni i tylny. Dziobową część nadburcia zdobił wielki,
biały napis: „Tytano” - widocznie nazwa statku. Statek znajdował się na pełnym morzu,
wśród ogromu nocy, rozświetlanej tylko światłami mnóstwa iluminatorów. Statek....
tonął, zagłębiając się dziobem w bezmiar ciemnych wód. Mniej więcej w połowie
długości, widać był ogromne pęknięcie kadłuba, zaczynające się od najwyższego
pokładu, biegnące w dół, ku linii wody. Wokół, na zupełnie gładkiej powierzchni morza,
narysowane były dziesiątki bezładnie rozrzuconych szalup, wypełnionych maleńkimi w
porównaniu z tym kolosem figurkami ludzi. Całość wywierała upiorne, przygnębiające
wrażenie, jak wszystkie dotąd rysunki Toma. Trzeba mu przyznać - rysował
znakomicie, niezwykle realistycznie i przekonująco. Tu jego talent rozkwitał bez
zakłóceń. - Co to za katastrofa? - spytała wystraszona Helena. - Jeszcze nie wiem. - odpowiedział, tym razem chyba szczerze. - Co z tym zrobisz? Zbudujesz model? - Tak. - potwierdził i znów uśmiechnął się złośliwie. - Dobrze. Jak skończysz to mi pokażesz, prawda? - Tak. Stała jeszcze chwilę wpatrując się w ponury obraz, który w tajemniczy
sposób emanował z siebie upiorny spokój i... ciszę, po czym zebrała szybko swoje
papiery i skierowała ku drzwiom. - Do widzenia Tom. Szkoda, że nie wiesz nic na temat naszego państwa. -
powiedziała z żalem, po czym wyszła. Tom patrzył za nią ironicznie, następnie niezwykle starannie zwinął rysunek i
odłożył na miejsce. Miał jeszcze mnóstwo pracy przy modelu statku, a czasu niewiele.
* Kathy przyniosła Tomowi obiad. Chłopak nie jadł wiele i nie gustował w
potrawach tradycyjnie podawanych w tym domu, więc gotowała mu oddzielnie. Dzisiaj
była to zupa szczawiowa oraz podsmażana ryba z warzywami. Na deser kubek
zimnego, koziego mleka, zalecanego przez doktora Finna. Chłopiec cały czas patrzył
na nią dziwnie, jednak nie odezwał się ani słowem. Gdy już zjadł, zebrała nakrycie w
jeden stos i na chwilę usiadła przy nim. - Smakowało ci? - spytała, uśmiechnąwszy się do niego. - Tak. - przyznał z ociąganiem. - Czy chcesz jeszcze czegoś ode mnie? - Tak. - Słucham. Tom wstał z krzesła i podszedł do okna. Miał jakiś problem, a ich stosunki
pogorszyły się ostatnio na tyle, że wahał się czy w ogóle zacząć tę rozmowę. Ufał
Kathy jak dotąd, lecz przecież teraz szło o rzecz całkiem poważną, zasadniczą. Musiał
też przełamać swoją niechęć do mówienia, choć akurat oni oboje rozumieli się w pół
słowa. - Pomożesz mi? - spytał cicho i odwrócił się tyłem. Nie mówił w stronę Kathy,
lecz do okna, lub do rozciągającego się za nim widoku. Ona jednak słyszała go
doskonale. - To zależy, Tom. - Ale... nie będziesz przeszkadzać? - Nie. Mów. Chłopiec niespodziewanie zaciągnął zasłony. W pokoju natychmiast zrobiło
się szaro i ponuro, choć przecież tutaj nigdy nie było zbyt radośnie, nawet w pełni
słonecznego światła. Odszedł od okna i usiadłszy przy stoliku, począł wpatrywać się w
sufit. Kathy, przyzwyczajona do tych jego zapatrzeń, nie reagowała. - Mama już ma coraz mniej siły. - stwierdził po chwili dziwnym głosem. -
Niebawem nie będzie mogła tu przychodzić. - Rozumiem - powiedziała ostrożnie, chociaż tylko domyślała się o co chodzi.
Tom już ją przerósł. - Nie rozumiesz! - wykrzyknął nagle. - Ja muszę zdążyć! - Zdążysz Tom, zdążysz. Z mamą, czy bez. - Ale ja chcę z mamą. - krzyczał. - Uspokój się! - Kathy spojrzała na chłopca groźnie. - Zachowujesz się jak
byle smarkacz. To podziałało. Tom otrzeźwiał całkowicie i spoglądał na nią uważnie. - Twoja mama, skoro pomagała ci dotąd, skoro musi doprowadzić swój
zamiar do końca, nie odejdzie całkowicie zanim nie zrobisz wszystkiego tak jak trzeba.
To przecież jasne. - Kathy mówiła powoli i dobitnie, tak, by chłopiec zrozumiał to raz na
zawsze. - Taki przecież jest jej plan jeśli się nie mylę, nie uważasz? - Tak. - zgodził się natychmiast. - A jeśli rzeczywiście traci siły, to mogę jej pomóc. - Tak, tak. - Więc musisz mi dać na kilka dni jej zdjęcie, wiesz, to które ukrywasz przed
ojcem. - Po co? - No przecież muszę do niej jakoś dotrzeć. - wydawała się zniecierpliwiona
jego wątpliwościami. - Muszę oddać jej część swojej siły. Rozumiesz to przecież. Tom nie zastanawiał się już dłużej, tylko zerwał szybko, odsłonił okno i w
pełnym blasku dnia otworzył szufladę stolika, z głębi której wyjął pożółkłą fotografię
oprawną w delikatną, metalową ramkę. Podał ją Kathy. - Masz, tylko... - Nic się nie martw. Mama odzyska siły. Zdjęcie przedstawiało przystojną kobietę około czterdziestki, ubraną w długą
białą suknię, stojącą obok drewnianego stolika, na którym umieszczono wazon z
kwiatami. Kobieta trzymała za rękę siedmioletniego chłopca, wystrojonego w dziecięcy
zestaw marynarski - stosowną czapkę z wstążką, kurtkę z metalowymi guzikami i
krótkie spodenki. Drobne stópki obute były w czarne buciki, a białe podkolanówki
dopełniały wdzięcznej reszty. To oczywiście Tom, ukochane dziecko zmarłej pięć lat
temu Mary Falk, nieodżałowanej żony pana Falka. Kathy schowała zdjęcie, i zebrawszy przygotowane talerze ruszyła ku
drzwiom. Na koniec odwróciła się jeszcze do chłopca i stojąc chwilę w milczeniu
patrzyła na niego. - Powiem ci jeszcze jedno. - rzekła wreszcie. - Jeśli naprawdę ty i mama
uważacie, że postępujecie dobrze, że wasz zamiar jest słuszny, to wszystko musisz
przygotować niezwykle starannie i ... dyskretnie. A ja o niczym nie wiem - nic mnie to
nie obchodzi, rozumiesz Tom? - Tak. - potwierdził skwapliwie. - Ale... - Co? - Muszę mieć... - No? - Dokładne plany... tego statku. - Po co? - zdziwiła się. - Czy nie widzisz go wystarczająco jasno? - No właśnie nie. - Tom przez moment pożałował tego wyznania, jakby
obawiał przyznać się przed Kathy do swojej słabości. - Mama się na tym nie zna, a ja
sam jestem jeszcze... za mało doświadczony. - Niech ci będzie. - zgodziła się. - codziennie, powiedzmy przez siedem dni
o... - zastanowiła się chwilę. - o pierwszej w nocy, będziemy razem skłaniać twego ojca
by to załatwił. Pięć minut wystarczy, nie dłużej. A sprawa panny Heleny? - Już. - No cóż, trudno. - odrzekła smutno. - I pamiętaj - Od dzisiaj pierwsza w nocy,
pięć minut. Ostrożnie, by nie upuścić cennych naczyń, otworzyła drzwi i wyszła do
dalszych zajęć. Było już po południu, trzynasta dwadzieścia cztery, o czym oboje
wiedzieli bardzo dokładnie, mimo braku w pobliżu jakiegokolwiek zegara.
* Tym razem Falk, wracając z trzeciej już wyprawy do Belfastu, przenocował u
doktora Finna. Znali się od lat i lubili - może nawet przyjaźnili. Doktor był lekarzem
rodzinnym Falków, i choć mieszkał w Peterhead, mógł się zjawić w ich posiadłości w
ciągu godziny. Tak już się kilka razy zdażyło - przy okazji narodzin Toma, oraz niestety
w związku z chorobą i następnie śmiercią Mary. Poza tymi wypadkami bywał czasem u
Falka, jednak głównie towarzysko. Nad robotnikami w fabryce czuwało ciągle dwóch
felczerów zatrudnionych na stałe, przebywających podczas dyżurów w swoim kantorku,
a nadzór Finna nad nimi ograniczał się do skrupulatnej kontroli ich codziennych
zapisów. Zresztą szczęśliwie w fabryce nie zdażyło się jak dotąd nic wielkiego, co
wymagałoby jego bezpośredniej interwencji. W domu Finna nie było specjalnie okazji do rozmowy. Falk, tym razem
zmęczony podróżą, położył się spać zaraz po przyjeździe, a rano, po znakomitym
śniadaniu przyrządzonym przez panią Finn, wybierał się do domu. Zdołał tylko skłonić
doktora by mu towarzyszył i spędził u niego kilka dni. Jechali więc teraz spokojnie
lekkim, jednokonnym powozem wzdłuż wybrzeża, i napawając się świeżym chłodem
październikowego poranka, rozmawiali. - Więc mówisz James, że stałeś się jedynym dostawcą tkanin wełnianych i
obiciowych dla tego ogromnego statku? - indagował doktor. - Tak. - potwierdził Falk. - I wierz mi Avery - jest to najlepsze zamówienie z
tych jakie miałem do tej pory. - Wierzę James. Tylko czy to uporządkuje twoje problemy osobiste. - doktor
nie był wielkim optymistą. - Z Tomem i panną Heleną. - Wszystko w swoim czasie Avery. Helenę zabieram w rejs, a Tomem zajmę
się po powrocie. - W rejs? - Tak przyjacielu. - Falk wyraźnie ucieszył się wrażeniem jakie wywarł na
doktorze tym krótkim stwierdzeniem. - Wyobraź sobie, że pan Thomas Andrews,
dyrektor techniczny stoczni, przemiły człowiek, zagwarantował mi udział w pierwszym,
inauguracyjnym rejsie do Nowego Jorku. Mam tam do załatwienia sprawę dostaw
urządzeń elektrycznych w znanej ci zapewne firmie Westinghouse. Wiesz przecież jak
pragnę zbudować elektrownię, zmodernizować fabrykę i ... miasto? - No tak James. - doktor też był zadowolony z tej wiadomości. - Nareszcie
coś się zacznie zmieniać na tej naszej prowincji. Taki Paryż ma kolej elektryczną już od
dziesięciu lat. Żabojady, wyobrażasz sobie? - Wiem Avery. - Falk roześmiał się w głos. - Ale jeszcze... no... rok. Zbuduję
też lokalną rozgłośnię radiową. Zobaczysz , wszystko potoczy się błyskawicznie. - To może i samochód kupisz? - A kupię. - Trudno, będę musiał jakoś ten czas wytrzymać. - doktor też się roześmiał. -
A po co, jeśli można James, zabierasz pannę Helenę na tę wyprawę? - Powiem ci Avery, lecz proszę o dyskrecję. - Falk odruchowo ściszył głos. - James. - doktor wydawał się zdumiony tym zupełnie niepotrzebnym
zastrzeżeniem. - To się przecież rozumie. - Przepraszam Avery. - ścisnął doktora za rękę. - Schamiałem ostatnio
zupełnie. A więc podjąłem decyzję i postanowiłem... ożenić się z panną Heleną w
Nowym Jorku. - No, James. - tym razem doktor uścisnął Falka. - Gratuluję serdecznie. To
mądra i piękna kobieta. Tylko... dlaczego aż w Ameryce? - Wiesz Avery, nie chcę lokalnego rozgłosu, a i panna Helena też zapewne
będzie wolała skromną uroczystość na... niezależnym terenie. - To ona jeszcze nic nie wie? - zdumiał się doktor. - Ano nie. - I jesteś pewien, że... - Tak Avery, jestem... prawie pewien. - Falk zarumienił się chyba, bo odwrócił
głowę w stronę morza. Ściągnął przy tym lejce i świsnąwszy batem, popędził konia do
żywszego biegu. Powozik szarpnął ostro, a nieprzygotowany na to doktor odskoczył do
tyłu, aż przywarł mocno plecami do oparcia. - Ostrożnie wariacie, bo jeszcze nas wywrócisz. - roześmiał się.
Galopowali chwilę w milczeniu, delektując się szybką jazdą. W końcu Falk
zwolnił, i znów mogli spokojnie rozmawiać. Zresztą już całkiem blisko widać było
fabrykę i dom. Wjeżdżali właśnie w przesiekę leśną. - Co zamierzasz z Tomem? - Nie zdecydowałem jeszcze, lecz chyba jednak oddam go do jakiejś dobrej
szkoły z całorocznym internatem. W Londynie jest takich miejsc mnóstwo, a o jednym
znakomitym w Birmingham słyszałem z wiarygodnych źródeł. Chłopak trafi w
środowisko rówieśników, znajdzie kolegów, zmieni się. - Może. - mruknął doktor bez przekonania i zamyślił się na chwilę. - Tylko -
podjął ponownie. - Czy nie odsunie się wtedy od ciebie jeszcze bardziej? Zwłaszcza
po... ślubie? - Cóż, tak też się może zdarzyć. Lecz przecież nie chodzi tu o mnie, prawda? - Święta racja James. Dojechali wreszcie do domu. Na progu oczekiwał zaspany Charlie i
wyprostowany Jason, który też pomógł wysiąść doktorowi oraz pozbierał niewielkie
bagaże obu panów.
* Było już po obiedzie i doktor zamknął się w pokoju gościnnym by odbyć
swoją codzienną, godzinną drzemkę. Nie zapominał o niej nigdy, nawet będąc czyimś
gościem. Nie mógłby zresztą, gdyż bardzo się przywiązał do tego poobiedniego
odpoczynku. Mówił, że pozwala mu to zachować ostrość umysłu przez całą dobę, być
gotowym na każde wezwanie i o każdej porze. Rozumie się za wyjątkiem okresu
drzemki. Kathy i Jason poruszali się na paluszkach, w końcu i oni zeszli na parter do
obowiązków bardziej prozaicznych niż usługiwanie rodzinie i gościom przy wspólnym
stole. W domu zapanowały cisza i bezruch, tylko Falk stroił się w swoim pokoju,
podstrzygał przed lustrem brodę i wąsy, przygotowywał do ważnej, życiowej wizyty. Włożył sztywno ukrochmaloną, białą koszulę, kamizelkę i elegancki, czarny
surdut. Srebrne, wypolerowane spinki miał jeszcze po ojcu, i nie mógł się nigdy
nadziwić jakim cudem pasują do każdego zestawu, do każdej sytuacji. Lśniące buty
czekały już od dwóch dni - Jason musiał spędzić nad nimi niezły kawał czasu, bo
można było się w nich teraz przejrzeć. Falk dzwonił nawet wczoraj z miasteczka w tej
sprawie, choć zapewne niepotrzebnie, gdyż gdy idzie o buty, służący był bez zarzutu. Denerwował się podwójnie. Raz, samym zamiarem, samym faktem podjęcia
decyzji, niełatwej przecież dla mężczyzny w jego wieku, dwa, pewną dozą niepewności
co do jej efektów, oczekiwanego wyniku. Ponieważ jednak nie miał w zwyczaju
zastanawiać się dwa razy nad tą samą sprawą, dał spokój jałowym rozważaniom i
uznawszy wreszcie, że wszystko jest w porządku, wyszedł z pokoju. W lewym ręku
ściskał prześliczny bukiet świeżych róż przygotowany przez nadzwyczaj nadającą się
do takich rzeczy Kathy, prawą trzymał na sercu, jakby chciał je przymusić do spokojnej,
rytmicznej pracy. Na nic. Idąc ciemnym korytarzem poczuł nagle na sobie czyjeś intensywne
spojrzenie, jak gdyby cały dom, wszystkie jego stare mury, patrzyły ironicznie na
niestosownie i... głupio zachowującego się niedorostka. Obejrzał się odruchowo, lecz
wokół przecież nic się nie działo. Korytarz był cichy i pusty, nawet drzwi pokoju Toma
zamknięte na głucho. Pewnie siedzi tam w środku i kleci po ciemku swoje coraz
bardziej precyzyjne modele. Wzdrygnął się, aż zatrzęsły się liście trzymanych kwiatów,
lecz zaraz opanował to dziwne uczucie. Nie, musi tu jak najszybciej zrobić gruntowny
remont, przebudować dom, założyć wydajne oświetlenie elektryczne. Tymczasem
stwierdził, że stoi już pod Jej drzwiami, więc bez zwłoki zapukał dwukrotnie. - Proszę. - dobiegło z wnętrza zaproszenie, stłumione silnie przez grubą,
dębową deskę. Wszedł więc, wyprostowany, sztywny ponad miarę. Helena siedziała przy
oknie i czytała. Jej pokój, podobnie jak pozostałe, nie był zbyt duży, jednak jakimś
tajemniczym sposobem przestronny i jasny, a przy tym ciepły tym szczególnym ciepłem
zamieszkującej w nim osoby. Po obu jego stronach stały niskie szafy na ubrania,
przeszklone półki na książki, pedantycznie zasłane łóżko z trzema różnej wielkości
poduszkami, ułożonymi jedna na drugiej, brązowy parawan zasłaniający podręczną
toaletę, i dwa stoliki - jeden z prostokątnym lustrem, a drugi, tuż przy oknie, służący do
pracy. Światło dnia, wypełniające poprzez okno cały pokój, prześwietlało jej włosy i
omiatało całą wdzięczną postać. Wyglądała jak zwiewna, nierealna istota, gotowa
rozpłynąć się w przestrzeni pod byle podmuchem. Wstała gwałtownie, speszona
niespodziewaną wizytą i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil golemus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…