Nocny Łowca cz.1
Zapraszam do intrygującego świata Królestwa Tarytu!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nocny Łowca
Przeciwnik przystąpił do ataku. Szybkim ruchem odparował sztych młodziana. Ciął szybko i precyzyjnie. Młody rabuś upadł na pożółkłe jesienne trawy. Z jego rozciętych arterii trysnęła szkarłatnym strumieniem posoka. Wijąc się w agonii wybałuszył oczy na niepozorną zakapturzoną postać, która zadała cios kończący jego żywot. Kaptur lekko oklapł do tyłu odsłaniając twarz przybysza. Był on zupełnie blady, z workami pod oczami zdradzającymi zmęczenie wywołane prawdopodobnie wielodniową wędrówką. Postać uśmiechnęła się a w bladym świetle słońca zabłysły idealnie białe kły. Teraz już wiedział. Postać była wampirem. Ciałem rabusia wstrząsnął ostatni skurcz, po czym odszedł w zaświaty. Wampir uśmiechnął się. -Taa.. Tak to bywa jak nie wiesz, kogo chcesz obrobić. Będą mieli skurwysyny przykład. - Mruknął sam do siebie Jeszcze kilka mil i dotrę do wioski- pomyślał i ruszył dalej zostawiając jeszcze ciepłe zwłoki na środku traktu.
************************************************************************************** Powoli zaczęły pokazywać się zarysy małych wiejskich chat pokrytych strzechą. Nie były zbyt solidnie postawione, gdyż tutejsi wieśniacy często i gęsto musieli pozostawiać wioskę i uciekać przed najazdami Nieumarłych. Mimo tego wampiry cieszyły się sporym szacunkiem wśród ludzkich władców, bo od lat współpracowały przy odpieraniu kolejnych ataków Hordy. Niestety, jak to zwykle bywa chłopi nie wiedzieli nic o tej współpracy i tak samo nienawidzili wampirów jak i innych umarlaków. Szacunku mógł oczekiwać po zabiciu dla przykładu kilku najbardziej rozochoconych chojraków. -Pieprzyć szacunek. Zatrzymam się tu tylko do załatwienia interesów. - pomyślałem na głos, co zdarzało mi się często po długich, samotnych podróżach.Kilka minut zajęło mi dotarcie do tawerny, która na takich zadupiach jak to, jest centrum ruchu. Nad zdezelowanymi drzwiami zwisał odrapany szyld "Pod Tłustym Prosiakiem". -Ich małe mózgi nie mogły wymyślić czegoś oryginalniejszego, psiamać. - warknąłem Musiałem mocniej popchnąć drzwi, dopiero wtedy się otwarły, w dodatku skrzypiąc niemiłosiernie. W środku było tak jak w każdej innej oberży. Przy zarzyganych stolikach brudni wieśniacy chlali na umór tanie sikacze. Kilku grało w kości, wokół kręciła się tłusta ladacznica. Przy barze zaplamionym zaschłym jedzeniem smętnie patrzył na dno butelki wymizerowany staruszek. Czyli po prostu karczma. Nic dodać, nic ująć. Pewnym krokiem podszedłem do baru. -Masz czystą?- spytałem obleśnego oberżystę. Nic nie odpowiedział, tylko spojrzał na mnie z byka. Powtórzyłem pytanie, tym razem głośniej. Pijacy najwyraźniej też usłyszeli, bo zaraz na sali zaległa głucha cisza. -Spierdalaj-wreszcie wydusił z siebie barman waląc tłustą, owłosioną łapą w blat. Ruchem nadgarstka zręcznie wyciągnąłem z rękawa krótki kozik o szerokim ostrzu i jednym zamachem przyszpiliłem jego rękę tam gdzie uderzył . -Aaaarghh!! - zawył. Przy stołkach panowało ogólne poruszenie.Tubylcy zastanawiali się czy stanąć w obronie swojego czy po prostu zignorować sytuację. Wybrali to drugie i dobrze zrobili, bo nie chcę zostawiać za sobą ścieżki usłanej trupami. Po blacie baru spłynęła cienka strużka krwi. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, udając, że nie słyszę błagań tłuściocha. Dopiero, kiedy zaczęło być to uciążliwe spytałem ponownie -Masz czystą? -Tak!Tak! Dam ci na koszt firmy, tylko mnie wypuść- te prośby przypominały bardziej kwik świni. Powoli, rozcinając przy tym kilka dodatkowych tkanek, wyjąłem ostrze z jego dłoni. Płacząc pobiegł do szynku po butelkę. Wrócił z flaszką najlepszej jakości arkhiańskiej wódy. Hehe może szczęście mi dopisuje? Wziąłem butelkę z pozornie obojętnym wyrazem twarzy, tłumiąc w sobie spazmy śmiechu. Dopiero teraz zauważyłem to, czego szukałem. W zacienionym kącie sali siedział pewien niski osobnik w poszarpanym kapturze i zwisającymi resztkami tego co niedawno było peleryną. Podszedłem do niego. -Witaj Shemnon. Ja tutaj czekam a ty się zabawiasz z wieśniakami co?- powiedział nie odwracając wzroku od pustego do połowy kufla. -Witaj Eryku. Jak zwykle zgryźliwy?- powiedziałem szczerząc twarz w szelmowskim uśmiechu Zapadła chwila niezręcznej ciszy, po czym obaj niespodziewanie wybuchliśmy śmiechem. -Napijesz się?-zapytałem -Jakżeby inaczej? Wyjąłem zdobyczną flaszkę zza pazuchy i pociągnąłem z gwinta potężnego łyka. Eryk wyjął z licznych kieszeni manierkę i wlał sobie do niej porcję wody ognistej. Z kolejnej ukrytej kieszeni wyjął małą sakiewkę z ziołami, wziął w palce szczyptę tajemniczej przyprawy i wsypał do manierki. -Co to?- spytałem go - Gwiazdownik. Po tym wódka jest lepsza w smaku i dwa razy mocniejsza. Ogólnie używany do leczenia kóz - powiedział i parsknąłem śmiechem.
************************************************************************************** Rozmawialiśmy tak frywolnie jeszcze parę minut, ale przyszedł czas na interesy. -Więc co cię tu sprowadza ? - zapytałem -Sam nie wiem, czego chce zleceniodawca, ale myślę, że jak zwykle umarlaki do wytłuczenia. -Dziwne -Myślałem, że w tych terenach to normalne -Tak, ale niedawno te obszary przetrzebiła Inkwizycja -Hm? -Nie słyszałeś nic o tym? -Ostatnio nie jestem na bieżąco.A poza tym jest coraz więcej napadów na królewskich posłańców. Opowiedz mi o interwencji Inkwizytorium. -A, więc, Kościół wysłał tu inspekcję. Po jakimś czasie odkryli w tym jakąś działalność nekromantów. Przysłali de Jaqelie jako głównego inkwizytora dla tych terenów... -De Jaqelie?? Tego prosiaka!? - przerwał Eryk -Tak, niestety. Zbyt bardzo racjonalny. Stosy paliły się siedem dni i siedem nocy zanim znaleźli kryjówkę nekromanty. Bez ceregieli, załatwili go po cichu w podziemiach zamku hrabiego. Rano, o świcie po egzekucji wyjechali do siedziby Inkwizytorium. Jak znam życie to ich szpiedzy kręcą się się tu cały czas. Dziwię się, czemu jeszcze żadnego nie zauważyłem. - A więc to tak. Ale nadal nie wiem, dlaczego Gildia wysłała mnie tutaj. Mogę tylko przypuszczać. -Hm? Czyżbym o czymś nie wiedział? Gildia Najemników, do której należał Eryk była najbardziej znaną organizacją tego typu w całym Królestwie. Przyjmowała tylko najlepszych. Z dziesięciu chętnych przeżywał jeden, reszta padała po drodze, na różnych testach przygotowanych przez Gildię. Eryk Her'Hamorn był strzelcem wyborowym, specjalizował się w tępieniu Hordy, nienawidził jej. I miał do tego poważne powody. Jego brat zwiedziony przez Nekromantów, przystał do nich. Wykorzystali go i przy eksperymentach przetrasformowali w lisza. Eryk skrócił jego cierpienia. Tamtego dnia zgłosił się do Gildii. Każdy test przechodził bez szwanku. Wtedy miał dwadzieścia lat. Teraz ma na karku pięćdziesiątkę, dziesiątki blizn i cały bagaż doświadczeń ze sobą. -Nie chciałem tego zadania. Na wschodzie szykuje się poważna wojna, tam właśnie chciałem być. Niestety mój zleceniodawca chciał tylko i wyłącznie mnie, nikogo innego. Jeszcze nie wiem, co się dzieje na tym zadupiu, ale jeżeli macza w tym palce Kościół i ktoś bardzo bogaty chce mieć mnie tutaj to wskazuje na to, że coś tu nie pasuje. -Też tak myślę...- powiedziałem, w zamyśleniu drapiąc się po podbródku.
**************************************************************************************Do sali audiencyjnej wszedł bogato ubrany paź. Czerwone rajtuzy kontrastowały z niebiesko białą tuniką, jakie teraz były modne u szlachty. -Masz gościa panie. Przybył kardynał Volderiere.- zaanonsował -Wpuść go. - odpowiedział zmęczonym głosem sędziwy król -Tak Wasza Wysokość Paź bezgłośnie otworzył wielkie drzwi ozdobione portalem przedstawiającym sceny bitewne z czasów, gdy Królestwo Tarytu było u szczytu chwały i wyszedł. Do środka szybkim i zdecydowanym krokiem wtargnął kardynał, cały w purpurze, która przysługiwała kapłanom jego rangi. -Witaj Gorbere - powiedział dysząc - Trudno się tu do ciebie dostać. Nadmiar bezpieczeństwa? -Witam. Co sprawiło, że zjawiłeś się tu osobiście? - zapytał władca ignorując pytanie Volderiera. - Chyba udało mi się znaleźć rozwiązanie dla trapiącej cię troski. Chodzi mi o problemy w Wilshire. - A więc? - Ściągnąłem na miejsce Her'Hamorna i Shemnona. - Jaśniej? -Eryk Her'Hamorn, strzelec wyborowy Gildii Najemników, młot na Nieumarłych. Ten drugi, Shemnon, wampir, znakomity szermierz, także najemnik, ale nienależący do Gildii. Zna się na nekromancjii. Parę razy prywatnie korzystałem z jego usług, chociaż działałem anonimowo. Tym razem ściągnąłem go tam poprzez Eryka. Ręczę za niego. -I jakież z tego rozwiązanie człowieku? -Są świetni. Nie przedstawiłem im sedna sprawy, to pobudzi ich do węszenia. Mogą dowiedzieć się wiele więcej niż nasi szpiedzy, co pozwoli nam na dalsze kroki. Król uśmiechnął się. Jego twarz była poryta bliznami, acz majestatyczna. -Nie wiem, co kombinujesz ty przebiegły lisie, ale jeżeli to się uda to licz na wynagrodzenie. - powiedział Gorbere.
**************************************************************************************Mój mały pokoik, który otrzymałem za sutą zapłatę był w opłakanym stanie. Odrapane ściany, zaplamiona podłoga. Po prostu podle. W kącie, przy łóżku stał mały stolik, na nim brzydki, brązowy wazon, który widać od dawna stał pusty. Ciężko zwaliłem się na siennik, który był siedliskiem setek pluskw i karaluchów. -Kurwa mać! Pieprzyć te wiejskie warunki. - byłem stałym bywalcem takich miejsc, ale jakoś nigdy nie przystosowałem się do tych "luksusów". Po chwili psioczenia na mój opłakany stan zasnąłem mocnym snem, którego nie mogło zmącić nawet pieczenie ukąszeń owadów. Moje wizje senne nie były lepsze od rzeczywistości. Przede mną wirowały ogniste pentagramy, dziesiątki zombiaków, gnijących już, często bez głów, ramion, nóg. Widzę śmierć. Świetliste refleksy na wodzie, krew kapiąca z rany na czole. Dotykam głowy ręką, pod nią czuję strzałę wbitą w moją czaszkę. Na wodzie pojawiają się falujące kręgi, kropelki krwi rozchodzące się w życiodajnym płynie. Ległem na ziemię, płacząc. Agonia. Śmierć. Nagle zmiana otoczenia. Pojawiam się w postaci bezcielesnej ponad górami, dolinami, rzekami. Wpatruje się w to wszystko z podziwem, podziwem dla ptaków wokół mnie, pięknego i zarazem niedoskonałego świata pode mną. Lecę dalej niczym orzeł, pełny dumy i chwały. Prawdziwa chwila uniesienia. Zniżam lot, dostrzegam małą plamkę na tle zieleni. To Wilshire, centrum hrabstwa. Lecę coraz niżej. Wilshire płonie, po ulicach wolno kroczą żywe zwłoki, poruszane siłą Nekromancji. Przerażenie, ból. Zza rogu pałacu obdarta kobieta, cała we krwi, wybiega krzycząc. Włosy, sklejone krwią w zaschniętą skorupę, twarz poraniona szponami. To bieg desperacji, walki o własne życie. Opętańczy bieg; utrata sił. Upadła; to koniec, przegrała. Z budynków wychodzi coraz więcej zmarłych przyciągniętych wonią życia. Idą powoli, z żądzą krwi w oczach. Ona nie podnosi się, najwyraźniej straciła przytomność. Rzucają się na nią, walcząc między sobą o kawałek świeżego, jeszcze ciepłego mięsa. Pazurami i zębami rozdzierają ją na strzępy z nadludzką siłą. Każdy ochłap zostanie zjedzony, nic nie pozostanie. Lecę w dół i w dół. Nie mogę wyhamować. Kolejne fale strachu przeszywają moje istnienie. Uderzam o ziemię. Koniec. Śmierć.
************************************************************************************** Kardynał kierował się do wyjścia z pałacu. Był wyjątkowo zadowolony z siebie. Lekkim krokiem dreptał po kamiennej posadzce holu. Hol był pełen posągów przedstawiających dawnych królów w triumfalnych pozach. Przyglądał się najstarszemu z nich, posągowi Kirmorta, założyciela Królestwa. Za sąsiednim posągiem mrugnął jakiś cień, ale Volderiere nie zwrócił na niego uwagi. Dzisiaj nic nie mogło mu przeszkodzić. Przeszedł jeszcze kilka kroków, nagle upadł z łoskotem. Z jego szyi sterczała strzała. Straż Pałacowa po chwili zareagowała, ale było przecież za późno. Skrytobójca ulotnił się w mgnieniu oka, zanim oni zauważyli upadek kapłana.
************************************************************************************** Minął już tydzień od mego przyjazdu tutaj. Wbrew temu, co mówił Eryk, nie zauważyłem żadnego najmniejszego ruchu Hordy. A to jest bardziej dziwne niż ich nadmiar. Dlaczego?- spytacie. Bo tutaj pałętający się Nieumarli to codzienność, rutyna. Może to cisza przed burzą? Nie kwapiłem się do żadnej roboty i zarabianie poprzez picie w karczmie mi odpowiadało. Ten sam sen nawiedza mnie, co noc od czasu, kiedy tu przyjechałem. Co noc euforia przechodzi w ból. Czyżby naprawdę działo się tu coś, o czym nie wiedział nawet władca? Bo przecież jeżeliby wiedział przysłałby tu zdwojone siły, czyż nie? Sam nie wiem, ale to conajmniej dziwne. Nagle te rozmyślania przerwał mój przyjaciel wchodząc do pokoju. -Obowiązki wzywają chłopie. Wreszcie się rozerwę - wyszczerzył twarz w perfidnym uśmiechu -Nieee. A myślałem, że to będzie upojna noc - zajęczałem z rezygnacją -Rusz dupę, nie narzekaj - warknął Narzuciłem na siebie lekką kolczugę, przypiąłem do pasa długą pochwę z mieczem. Prawdę mówiąc cały byłem opakowany żelastwem, które jednak było skrzętnie schowane w odmętach mojego ubioru. Sprawdziłem tylko jeszcze czy kolczuga jest dobrze naoliwiona, włożyłem na nią mój podróżniczy ciuch i wyszedłem z Erykiem, który już był przygotowany. Miał na sobie lekki skórzany pancerz, na plecach wysłużony łuk i kołczan a przy boku nosił krótki miecz. Do pasa miał dopiętą małą kuszę pistoletową z całym zestawem bełtów różnej maści. Wolnym krokiem zeszliśmy na dół oberży gdzie dziś wyjątkowo o tej porze dnia nie było nikogo, a powoli zaczynało się ściemniać. Wieści szybko się rozchodzą. - Tak źle? - Najwyraźniej tak. Spora grupka zombiaków, co najważniejsze, pod dowództwem, jeżeli tak to można nazwać w ogóle; likantropa. -Cholera - mruknąłem Żwawo wyszliśmy z karczmy i ruszyliśmy w stronę lasu gdzie znajdował się cmentarz, nasz potencjalny cel. Wgłąb lasu prowadziła dość szeroka dróżka, dobrze wydeptana. I prawdopodobnie niebezpieczna, bo las wokół ścieżki był cholernie zarośnięty przez różnorakie krzewy i paprocie. Już w połowie drogi usłyszeliśmy jęki wydawane przez zmarłych. Zaczyna się. -Już są -szepnął Eryk -Właśnie słyszę - powiedziałem i wyjąłem miecz z pochwy Zombie wbrew pozorom były bardzo szybkie w natarciu, posiadały nadludzką siłę. Jedyne, czego im brakowało to inteligencji. A i ten brak zastępowała obecność inteligentnego przedstawiciela Hordy. O tym nie pomyśleliśmy. -Właśnie słyszę - powiedziałem i wyjąłem miecz z pochwy, odpowiednio na czas żeby nadziać na niego zombiaka, który nagle wyskoczył z nieludzkim rykiem zza szuwar. -Kurwa! Zasadzka!! - wrzasnąłem i rozharatałem brzuch następnemu, który rzucił się na mnie Eryk mimo wieku, swoim krótkim orężem czynił cuda. Pierwszym dwóm, zgrabnym młynkiem odciął łby, następnego nabił na ostrze i przysadził mu z kopa. Jego miecz latał jak zaczarowany i miarowo zarzynał przeciwników. Ja w tym czasie siekłem równo z nim i kolejne trupy i kończyny zdobiły bujną murawę. Szybko odchyliłem się i pchnąłem atakującego mnie umarlaka w pierś. Jego krew trysnęła mi gęstą smugą na twarz. Rzężał przez chwilę i padł. Mimo tego, że kładliśmy jak kłody kolejnych przeciwników, to ich pojawiało się coraz więcej. -Eryk, cofamy się! Ich jest za dużo do cholery!! - wysapałem, kiedy Eryk dekapitował kolejnego Nieumarłego. -Nie damy rady się wycofać! Jesteśmy otoczeni! - krzyknął w odpowiedzi -Musimy się przedrzeć! Tam mają najmniej ściśnięte szeregi - wrzasnąłem pokazując…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil rincewind
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…