Wróć do katalogu

Nowakum Egiptum

wehikuł czasu...

Beata93, opublikowano , 1 godz. 8 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

NOWAKUM EGIPTUM

Rozdział 1

Było mroźne, jesienne popołudnie gdy pan Majewski, zmęczony po całym tygodniu pracy przechadzał się wzdłuż ulicy Sikorskiego. Chodził, rozmyślając o nowym artykule, który miał napisać do tygodnika „Życie Międzyrzeca”. Pan Majewski był redaktorem naczelnym a zarazem dziennikarzem owej gazety. Zawsze strzelał pomysłami, długi artykuł potrafił napisać w przeciągu piętnastu minut, jednakże teraz nic nie przychodziło mu do głowy. Nagle poczuł wibracje w kieszeni swojego płaszcza. Wyją i odebrał telefon komórkowy. Dzwonił Zenon Nowak, stary, nielubiany dziwak, który mieszkał w starym domu za rogiem ulicy. Pan Majewski nie znał Nowaka osobiście, zresztą nigdy go nie widział. Pisał on jednak i dzwonił nieustannie do redakcji „Życia Międzyrzeca” chcąc namówić dziennikarzy do napisania artykułu o jego nieudanych wynalazkach. - Halo, czy tu pan Jerzy Majewski? – odezwał się zachrypnięty głos po drugiej stronie słuchawki. - Owszem, to ja. W czym mogę pomóc, panie Nowak? - Mam do pana taką sprawę. Tylko wolałbym nie tutaj. To nie jest rozmowa na telefon. - To może w redakcji. Niech pan przyjdzie o ósmej, dobrze? – zaproponował Jerzy - Nie, nie. To pilna sprawa. Bardzo ważna, bardzo. Gorąco proszę pana aby przyszedł pan do mnie. Zna pan adres? Ulica Pocztowa. Taki spory dom, zabytkowy... Powinien pan trafić. Więc jak? Może za kilka minut? – mówił Zenon - Dobrze, przyjdę. – westchnął Jurek - Do widzenia, panu! - Do zobaczenia! Majewski schował telefon i ruszył ku ulicy Pocztowej. Trochę bał się spotkania z miejscowym dziwakiem, jednak cieszył się, ze będzie miał sposobność go zobaczyć na własne oczy. Zadowolony był z powodu odwiedzin w jego domu. W domu człowieka, który prawie nigdy nie wychodził z mieszkania, którym kobiety straszyły swoje dzieci, gdy te były niegrzeczne, którego dom mieszkańcy Międzyrzeca zawsze omijali, a nikt poza Nowakiem i panem Kowalskim tam nie bywał. W końcu Jerzy dotarł na ulice Pocztową. Rozejrzał się. Dom Zenona rzeczywiście łatwo było rozróżnić. Stara, zawalająca się chałupa, średniej wielkości – to był ten „spory, zabytkowy dom”, o którym wspomniał jego właściciel. Majewski mruknął coś pod nosem, wyrażając swoje zdziwienie, po czym zapukał w drzwi. Po chwili właściciel otworzył Majewskiemu. - Proszę niech pan wejdzie. Przepraszam za mały bałagan. Ja sam głowy do sprzątania nie mam, a Feliks nie może, przecież robić za moją gosposię. – Nowak przywitał Jerzego. - Dzień dobry. – powiedział Majewski - Feliks Kowalski to mój przyjaciel. Jedyny przyjaciel. Przychodzi do mnie troszkę posprząta, zrobi zakupy, porozmawia. Majewski zdziwiony rozejrzał się po mieszkaniu. - „Mały bałagan? No ładnie! Ja nie nazwałbym małym bałaganem tej sterty śmieci, setki wynalazków, projektów, śrub, sprężyn oraz narzędzi. Okien to nie mył chyba przez cztery lata, a kurzu to tu jest pewnie ze dwie tony! Żeby to moja żona zobaczyła! Alicja już by porządek z tym zrobiła!” – pomyślał Zenon zaprosił gościa do salonu, a raczej czegoś co naprawdę bardzo przypominało salon. O dziwo te pomieszczenie było chyba najczyściejsze. Różnego rodzaju śmiecia tu nie było, za co należy się słuszna pochwała dla właściciela domu. Owszem opuszczone przypadkowo śrubki, gwozdki, czy sprężynki można było tu znaleźć, ale to wynikało wyłącznie z nieuwagi. - Proszę, niech pan siada. Może herbaty? – zaproponował - Tak, hy, hy, hy, poproszę. – powiedział Jerzy siadając na kanapie i jednocześnie kaszląc, przez tumany kurzu, które pojawiły się tylko, gdy on wygodnie usiadł. - Zaraz przyniosę stół. – rzekł podbiegając do sąsiedniego pomieszczenia. Rozejrzał się tam, po czym wśród pięciu innych stołów dostrzegł odpowiedni do postawienia go w salonie. Zdjął ostrożnie z niego śpiewający ekspres do kawy i jednym ruchem ręki zrzucił wszystkie śrubokręty, młotki, szkice wynalazków i pinezki. Poszedł do kuchni, a po chwili wrócił z dwoma aromatycznie pachnącymi herbatkami malinowymi. - Proszę. – powiedział kładąc filiżanki na porysowanym stole. - Zdaje się, że pan miał do mnie jakąś ważna sprawę. – mówił pan Majewski popijając herbatkę. - Tak, miałem. Chodzi o mój nowy wynalazek. Proszę pana - rzekł pospiesznie widząc rozczarowanie i znudzenie na twarzy Jerzego – Ja skonstruowałem... uuufff – westchnął – Ja skonstruowałem coś w rodzaju wehikułu czasu. Urządzenie przenosi, znaczy powinno przenosić w starożytność. Dokładnie do starożytnego Egiptu. Nie wiem jeszcze, w który wiek, czy rok, ale chciałbym prosić pana, panie Majewski, by razem z Feliksem odbył pan jako pierwszy taką podróż, podróż do przeszłości. Co pan na to? - No cóż, zamurowało mnie. – powiedział blady jak ściana Majewski. – Czy mógłbym zobaczyć to urządzenie? - Ależ oczywiście! Nie ma najmniejszego problemu! – odpowiedział Zenon Oboje udali się do pomieszczenia znajdującego się na górze. Nowak otworzył drzwi. - Oto ono! – wskazał na ogromną, metalowa szafę, z mnóstwem wskazówek i liczników na drzwiach, od niej biegł gruby kabel. Na końcu kabla umieszczony był kask, ze słuchawkami i wiatraczkiem na czubku. Obok szafy stało coś podobne do motoru, ale nieco większe i stabilniejsze. Ten dziwny motor nie miał kół. Za to miał ogromny ekran, licznik i podstawkę na kask. Majewski zdziwił się i uśmiechnął. - No dobrze panie Nowak. Jutro przyjdę z samego rana i pomyślimy, co mogę w tej sprawie zrobić. – rzekł nagle i niespodziewanie pan Majewski zapatrzony to dziwne „coś” przenoszące w czasie – Niestety teraz muszę już iść. Przyjdę rano. Do widzenia! - Do widzenia! Majewski wyszedł śmiejąc się pod nosem. - „Będę pierwszym człowiekiem w przeszłości z teraźniejszości! No nie, to przecież bez sensu!!! – stwierdził zaraz – Przecież Nowak to zwykły stary dziwak, a jakiś motorek i szafa nie mogą przenosić ludzi do starożytnego Egiptu. Jeśli nawet, to tak genialny człowiek nie urodziłby się w Międzyrzecu! Chociaż zdarzyło się kilka wyjątków, lecz to rzadki przypadek.” Jednak mimo tych myśli postanowił juto pójść do Zenona.

Rozdział 2

Dziwak z tego Nowaka. Zupełnie nie rozumiem tego człowieka. Jak marna szafa z motorkiem może mnie przenieść w czasie? W ogóle nie wiem, czy warto sobie zawracać głowę takimi bzdetami. Przecież są ważniejsze rzeczy. Chmurzy się. Pewnie zaraz będzie padać. Muszę szybko wracać do domu. Jestem też ciekaw, co z moim artykułem, który mam napisać na jutro. Dzisiaj już nie zdążę. Nawet nie wiem jak się do tego zabrać. Spacerować jednak już nie mogę. A w domu nie da się myśleć. Dzieci robią więcej hałasu niż stado afrykańskich małpek. Chyba zadzwonię do Adama. Może on napisze to za mnie. - Dzień dobry! Czy zastałem Adama Hańczkowskiego? - Tak. Proszę chwileczkę poczekać. - Słucham? - Cześć. Słuchaj, tu Jerzy. Nie napisałbyś może za mnie pewnego artykułu? - No, wiesz... zaskoczyłeś mnie. Pomyślę... A na jaki temat? - Zabytki Międzyrzeca i okolic. - No dobrze. Na jutro? - Niestety tak. - Wydaje mi się, ze powinienem się wyrobić w czasie. - Wielkie dzięki! Cześć! - Cześć! Jak dobrze, że artykuł mam już z głowy. Jestem wielce ciekaw, co żona powie na ten „wehikuł czasu”. A jeżeli Zenon mówi prawdę? Jeżeli to dziwne „coś” naprawdę przenosi w czasie? Zdobyłbym sławę. Byłbym pierwszym człowiekiem, który odbył podróż w przeszłość. To jednak niemożliwe! Nowak wielkim odkrywcą? Też coś! Dawno to dzwonił do „Życia Międzyrzeca”, abyśmy opublikowali jego nikomu nieprzydatne wynalazki. Wymyślił drzwi, które każdą osobę kontrolowały, pytały się, kto idzie i kiedy ktoś nacisnął klamkę, (która była w kształcie ręki) ściskała ona dłoń i mówiła „dzień dobry”. I komu to potrzebne? Chyba tylko dzieciom w przedszkolu! Byłaby to nie lada atrakcja dla maluchów! Może wtedy chętniej chodziłyby do przedszkola? Muszę podsunąć tą myśl Nowakowi! Może dzięki tym drzwiom Zuza nie będzie płakała w przedszkolu? A jednak wynalazki Nowaka do czegoś się przydadzą! Może i to z wehikułem czasu ma jakiś sens! Oho! Zaczyna padać! Chyba troszeczkę zmoknę, ale to przecież nic wielkiego, Nie jestem z cukru! No, cóż! - Dzień Dobry! Do domu jeszcze kawałek drogi... Nie tak duży, ale zawsze kawałek. Zapowiada się na porządny deszcz! Mam nadzieję, ze zdążę przed ulewą! - Dzień Dobry! Halo! Jerzy, jesteś tu?! Już drugi raz cię witam, a ty nie odpowiadasz! Coś nie tak? - Ach! Cześć! Zamyśliłem się! Czemu na każdym kroku muszę spotykać Tomka?! Będzie pewnie jak zwykle dużo gadał, a ja nie mam czasu na głupoty. Muszę poważnie się zastanowić i przemyśleć kwestię tajemniczego urządzenia. - Jesteś dzisiaj nieobecny. Jurek, co się stało, że chodzisz z głową w chmurach? Jeju! Co on się tak dopytuje! - Nic. W tę deszczową pogodę jest się okropnie sennym. Nie odczuwasz tego? - Nie! Straszna szkoda! Miałbym wtedy święty spokój! - Dokąd idziesz? Ja idę w stronę biblioteki. Może pójdziesz ze mną? A propos, masz może książkę R.Qraday „Tysiąc wieków i jeszcze więcej...”? Jest mi potrzebna. Denerwuje mnie ten człowiek! W ogóle nie słyszałem o takiej książce! - Nie, nie mam. Ja idę ...yyyy Co mu powiedzieć? - Hymmm... w przeciwna stronę. Muszę iść do.... hymmm,....kiosku kupić gazetę. Tak właśnie do kiosku! - To znakomicie! Możemy pójść razem! Najpierw pójdziemy do biblioteki, a później do kiosku! Masz parasol! Zmieścimy się obaj! Czemu?! Czemu on zawsze musi iść mi na „rękę”? To niesprawiedliwe! Chociaż... Przynajmniej nie moknę! - Dzwoni telefon! Chwileczkę... Nie, to nie mój. Jurek sprawdź, to na pewno twoja komórka! Obyś miał rację, Tomeczku! W końcu się ciebie pozbędę! Hura! Alicja dzwoni! - Halo? Ala? - Tak. Przecież numer ci się wyświetlił! Kończ te „rozmyślania na świeżym powietrzu” i przychodź do domu. Deszcz mocno siepie! Jeszcze się przeziębisz! - Dobrze zaraz będę! Zrób mi gorącej herbaty! - Oczywiście! No, cześć! Chowaj telefon, bo ci zamoknie! Kochana Ala! Wybawiła mnie od tego gaduły! -Kto dzwonił? Jeśli oczywiście mogę zapytać? Ktoś z redakcji? Rodzina? Jak nie chcesz to nie musisz mówić! Ale, wiesz jak to tajemnica to możesz na mnie liczyć! Buzia na kłódkę! I ani mru-mru! A ten znowu nawija! Mam go dość! - Dzwoniła moja żona. Każe mi natychmiast wracać do domu. Uff! I problem z głowy! - Wiesz, mi się nie śpieszy! Odprowadzę cię! - Nie sadzę, aby było to konieczne. Do domu mam już blisko, wiec przejdę się sam. No! I chyba mam już problem z głowy! Ufff! - Szkoda Jurek! Może spotkamy się innym razem? A więc na razie! - Część! I w końcu można spokojnie odedchnąc!

Rozdział 3

Właśnie rozpadało się na dobre, gdy Majewski na pół przemoczony zjawił się w domu. - No w końcu jesteś! – zawołała Alicja na widok męża – Kto jest tak bezmyslny, aby rozmyślać na świeżym powietrzu, gdy się zbiera na burzę?! - Tata! – do Jerzego podbiegła mała dziewczynka radośnie podskakując – Wiesz co? Narysowałam ci ślicznego kotka! Zobacz! I to jest ten sam kotek, o którym ci opowiadałam! - Jest przepiękny! – zawołał Jurek – Czy to Maniek? - Tiaa to Maniuś! – zawołała, mała, czteroletnia córka Majewskiego – Gabrysia. Gabrysia miała gęste, czarne włoski, które Alicja zaczesywała jej w kucyki. Jej oczka były piwne a twarz roześmiana i pogodna. Mała była bardzo ruchliwa i żwawa. Lubiła fantazjować. Często wymyślała niestworzone historie. Była bardzo podobna do ojca. - Nie pieść się Gusia! Mówiłam ci tysiące razy, ze nie mówi się „tiaa” tylko „tak”! – skarciła Gabrysię mama - Cześć tato! Na korytarz weszła Weronika – starsza córka Majewskich. Była totalnym przeciwieństwem Guśki. Jej króciutkie, proste, blond włosy kontrastowały z ciemnymi włosami Gabrysi. Weronika to wykapana Alicja. Była poważna, odpowiedzialna i spokojna. - Cześć Wercia! – powiedział tato – Co tam w szkole? - Dobrze. – odparła dziewczyna, chociaż wcale nie było dobrze. Dostała pałę z historii. Totalna tragedia! -„Kto wymyślił starożytność!”– myślała – „Przecież to nie ma sensu! Po co mi wiedzieć, co było ponad 3.000 lat temu w takiej Grecji czy Egipcie? Przecież nic mi z tego nie przyjdzie jak będę dobrze znała starożytny świat! Teraz są czasy współczesne! Po co wracać do przeszłości i rozmyślać jak to kiedyś było. Lepiej rozmyślać jak to kiedyś będzie!” Weronika jednak pomimo wszystko była tak jak jej siostra i tato marzycielką. Lubiła bujać w obłokach, ale zawsze twardo schodziła z powrotem na ziemię. Mała Gusia dzieliła się wszystkimi swoimi marzeniami i wymyślonymi stworkami, ale Wercia zachowywała je tylko dla siebie. Nikomu o nich nie mówiła. - A jak tam chłopcy? – zapytał się Jerzy - Jak zwykle grają na komputerze! – westchnęła mama - Nie prawda! – zaprotestowała Weronika – Tym razem moi bracia uczą się na sprawdzian z angielskiego. - Uczą się? – zdziwiła się Ala – Chwileczkę sprawdzę. - Nie prawda! Mamusiu! Jacek gra z Felkiem na komputerze! Widziałam! – powiedziała Gabryśka z miną „mądzydła” - Skarżypyta! – dobiegł głos ze ściany - Bez kopyta! – wtórował mu drugi - Mamo, ale my się z całą pewnością uczymy! – chłopcy wyszli z pokoju - No tak.... Przez Internet... - Gadamy właśnie z takim Johnym. Jest Anglikiem. I tak się uczymy. - No dobra. Wiedza praktyczna już była, a teraz wyłączajcie komputery. Czas na teorię. Już mi do zeszytów! – Alicja nie dawała za wygraną Jacek i Felek byli bliźniakami. Wyglądali identycznie i zawsze wszędzie chodzili razem. Ubierali się i czesali zawsze jednakowo. Babcia, gdy przyjeżdżała do Majewskich w odwiedziny często się myliła, który jest który, a oni lubili bardzo utrzymywać babcię w błędzie. Ale po za tym różnili się. Jacek lubił matematykę, a Felek uwielbiał polski. Jacek lubił hokej, a Felek interesował się koszykówką. Oboje chodzili do czwartej klasy. Kiedy wszyscy byli już po kolacji, Ala położyła dzieci do łóżek Jerzy przeprowadził rozmowę z Alicją na temat wehikułu czasu. - No coś takiego! – Alicja wprost nie mogła uwierzyć – Wydaje mi się, że powinieneś zaufać Nowakowi. Dziwne to, bo dziwne, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Eichtein przecież też był uważany za dziwaka. - Ale mi porównanie! Eichtaein do Nowaka! Nie no! Prawie to samo! – zakpił Majewski - Nie żartuj. Mówię poważnie. Idź jutro do Nowaka, zbadasz sprawę. Może akurat będzie z tego dobry artykuł. Jeżeli nie to trudno. Ale jeżeli nie pójdziesz do Nowaka, a to, co mówił okaże się prawdą będziesz żałował, że przegapiłeś taką okazję. - Masz rację. Jutro z samego rana pójdę do niego. Widziałem tę machinę. Jest bardzo dziwna. Nie wydaje mi się, aby to coś przenosiło w czasie... – rzekł niepewnym głosem - Zrób jak uważasz. A teraz już śpij. Musisz rano wstać. Pójdę zobaczyć, czy dzieci zasnęły. Dobranoc! – powiedziała Ala

Rozdział 4

Był spokojny dzień. Kapłani w Świątyni Ozirysa w Memfis skończyli właśnie nabożeństwo w swojej świątyni. Jeden z kapłanów wracał właśnie z targu. - O bogowie Egiptu! O Ozirysie! – jękną żałosnym głosem po powrocie do świątyni - Co się stało Chaemuasecie? - Niby nic – odparł, – ale widziałem dzisiaj na targu dwóch szaleńców albo przybyszów z odległej krainy. Cerę mieli całkiem jasną, ciągle się dziwili i oglądali z podziwem i przerażeniem najzwyklejsze rzeczy, zachowując się tak, jakby widzieli je po raz pierwszy w życiu. Nie umieli się w ogóle zachować. Moim zdaniem byli to chłopi, bowiem nie umieli odczytać świetych znaków – hieroglifów. - Zadziwiające rzeczy opowiadasz mój drogi. – rzekł arcykapłan Horebheb – Może to rzeczywiście cudzoziemcy z odległego kraju. Należałoby ich odszukać i zaprosić. Od nich możemy się wiele dowiedzieć. - A jeśli to szaleńcy opętani przez złego Setha? - Hymmm – zamyślil się – Masz słuszność, jednakże zaryzykujemy. Przecież święty stan kapłański nie może obawiać się opętanych chłopów. Ozirys będzie czuwał z nami. - Dobrze, ale gdzie mam ich szukać? – zapytał zakłopotany kapłan - A gdzie ich znalazłeś? - No, na rynku... Ale przecież mogli już z tamtąd odejść. Jeśli naprawde nie są Egipcjanami Fenicjami ani żadnym z naszych sąsiadów mogli przybyć tu, aby załatwić jakieś ważne sprawy. – stwierdził Chaemuas zgodnie z prawdą - Tak to prawda, ale istnieje też możliwość, że są tylko turystami i przybyli by na własne oczy ujrzeć cuda Egiptu. - Sam już nie wiem... Najlepiej pójdę do Memfis i ich poszukam. Popytam ludzi. Oni rzucali się w oczy, więc ktoś na pewno ich zapamiętał. A więc poszedł, powoli, wcale się nie śpiesząc. Bał się trochę spotkania z tymi dwoma. Na miejscu zapytał się kilku fenickich kupców, czy nie widzieli ich. Jeden z nich przytaknął. - Owszem. Kręcili się tu dwaj tacy. Kupili u mnie malutki posążek Izydy oraz zwój papirusu. Bardzo wychwalali moje produkty. – powiedział dumnie- Szczególnie papirus. Wlepiali w niego oczy jak zahipnotyzowani. Za to wszystko dali mi kawałek dziwnie wybitego krążka oraz syczący amulet. -Syczący amulet? – zdziwił się Chaemuaset – Jak to? -Ano tak to. – rzekł Fenicjanin i pokazał kapłanowi zegarek -Przecież w tym zaklęte są moce Setha! Do czego to podobne, aby amulet na bransolecie poruszał patyczkami i w dodatku syczał jak wąż. – Chaemuaset aż wzdrygnął się, gdy to zobaczył - Żadne moce nieczyste! A jeśli nawet to Seth będzie chronił mnie i strzegł cały czas. Seth Sethem, ale zawsze bogiem. – odparł - Gdzie poszli? – powiedział kapłan więdząc, ze sprzeczki z marnym fenicjanem na nic się nie zdadzą - Zdaje mi się, ze w tamtym kierunku. A co, czyżby wielebny kapłan chciał ich dogonić i sprzedać im coś, aby również dostać taki amulet? – zadrwił - Nie twoja w tym głowa. – powiedział Chaemuaset idąc już we wskazanym kierunku. W tym czasie dwaj „szaleńcy” czy też „cudzoziemcy” byli już kawał drogi od targu. Rozmawiali sobie, gdy ujrzeli, że ktoś biegnie w ich kierunku. Obrócili się. To był Chaemuaset. - Witajcie przybysze na ziemi egipskiej. – przywitał się - Witaj. – odpowiedzieli chórem - Z jakiego kraju przybywacie? - Z Grecji – odpowiedział po namyśle jeden z nich - Chymm to dziwne... – kapłanowi nie chało się wierzyć. Grecja? Przecież to nie jest wcale odległy kraj... Dużo Greków przybywa do Egiptu – Czy zechcielibyście odwiedzić mnie w świątyni? - Jesteś kapłanem? – zapytał jeden z nich - Owszem. Chaemuaset. Arcykapłan Horebheb kazał mi was sprowadzić do siebie. Znaczy do świątyni Ozirysa. – wyjaśnił - Zgadzamy się. - Z wielką przyjemnością. - A wy jak się zwiecie? - Jestem... hymn... No tak przepraszamy. Od razu powinniśmy się przedstawić. – bąkał - Tak tak... – wtórował mu drugi - No więc ja jestem... yyy... Patrokles a mój towarzysz to... - ...nazywam się Techene. – dokończył Kiedy dotarli już do świątyni zasiedli do stołu: arcykapłan Horebheb, kapłani Chaemuaset, Samontu i Merent oraz dwaj przybysze. - Jaka sprawa przygnała was do Egiptu? – zapytał arcykapłan podnosząc swój złoty kielich. - Żadna. Chcielibyśmy z przyjacielem zwiedzić krainę Nilu, aby dostrzec jej uroki. – sprytnie wywinął się „Patrokles”, który miał niezwykły dar w udawaniu - Tak. – kontynuował Techene – Mój siostrzeniec był w Egipcie. Bawił tu cały miesiąc. Gdy wrócił z podróży wprost zasypywał nas opowieściami o pięknym kraju nad Nilem. Wtedy postanowiłem, że ja też wybiorę się tutaj razem z Patroklesem. Więc jesteśmy. -Pochodzicie z Grecji? – zapytał Merent bacznie się im przyglądając -Tak. Gracja to nasza ojczyzna. Mieszkamy w Atenach. To piękne polis. Kapłani byli nieco rozczarowani. Grecja... To wcale nie jest odległa kraina. Dalej wieczór minął im na długiej rozmowie. - Dziękujemy bardzo za gościnę. – podziękowali, gdy zjedli - Ależ proszę bardzo. – odpowiedział kapłan – Wracacie już do ojczyzny, czy zostaniecie jeszcze w naszym kraju? - Zostaniemy. Przenocujemy u znajomego siostrzeńca Techene. – wybąkał Patrokles -Tak, ale nie wiemy czy zostaniemy w Memfis. Chcemy także udać się do Gizeh. -Rozumiem. – powiedział arcykapłan – Chcielibyście ujrzeć sfinksa czy tak? -Tak. Sfinks i piramidy to potęga Egiptu. Takie kolosalne budowle przetrwają nawet pięć tysięcy lat! – zachwycał się Techene - Och Techene, Techene – zadrwił kapłan – Skąd ty możesz to wiedzieć? Oblał się on rumieńcem i rzekł - Pewien grecki mędrzec powiedział mi, że Egipt jest tak potężny, iż przetrwa do czasów tak nam odległych, aż w Egipcie nawet faraona nie będzie. A stan kapłański również zginie. Nawet ludność nie będzie wyznawać już tej religii. Grecje również czeka to samo.– zakończył - Ależ, co ty opowiadasz?! – wykrzyknął wielce zdenerwowany – Bluźnisz przeciwko bogom egipskim! Przeciwko samemu Ozirysowi! Przeciwko całemu Egiptowi! Przeciwko faraonowi, wiecznie żyjącemu synowi Horusa Ramzesowi II! A co gorsza przeciwko sobie, swojej ojczyźnie i swoim bogom! - Mój przyjaciel źle się wyraził najczcigodniejszy kapłanie. – próbował uratować sytuację Patrokles – Miał na myśli zupełnie co innego. Chodziło mu o to, że naprawdę w Atenach jest wizjoner. Bogowie mówią przez jego usta. Mówią, co czaka świat w przyszłości, aby zapobiec wielkiej tragedii. Mianowicie zapobiec skończeniu wiary w bogów. W bogów egipskich i greckich. W Ozirysa, Horusa, Re, Izydę, Anubisa, Bastet, Sebka, Ptaha jak i również w Atenę, Heliosa, Posejdona, Hadesa, Demeter i innych bogów greckich, egipskich jak i rzymskich. To naprawdę odległe czasy. Wtedy państwami nie będzie rządził faraon a polis zjednoczą się w jedno państwo. - Kto zatem będzie władał Egiptem? – zapytał zaciekawiony Horebheb. - Prezydent oczywiście. A któżby inny! No, bo chyba nie król! – Techene już nie panował nad sobą. Kapłanów Ozirysa ogarnęła trwoga. Czyżby to jednak byli szaleńcy? - Co proszę? Prezydent? Król? Czy to imiona władców barbarzyńskich plemion? – Merent zainteresował się sprawą Jak zwykle Patrokles musiał naprawić błąd towarzysza. - Nie to nie imiona. Ten starzec powiedział nam, że na przestrzeni wieków powstaną różne inne państwa i ich władcy będą nosić tytuł „król”. - Przedziwne rzeczy opowiadasz mój drogi. – zdziwił się Horebheb. - Wiem. Sam uszom nie wierzyłem, gdy Ureniusz mi je przedstawiał. – rzekł - A któż to jest ten Ureniusz? Czyżby to ten wizjoner, wybraniec bogów? -Tak. Ureniusz to właśnie on. – wtrącił się drugi „grek” - Kontynuuj. – machną ręka kapłan - A zatem: kto to jest prezydent? - Prezydent to władca wybierany przez ludzi. Zajmuje się państwem, ale nie bezpośrednio. Wszystko jest w rękach sejmu, czyli wybranych ludzi. Ci wybrani ludzie otrzymują miano „posłów” i głosują w sprawach państwa. Prezydent je tylko zatwierdza lub odrzuca. – wyjaśnił - Mógłbyś opowiedzieć nam wiecej o odległej przyszłości? – zapytał Horebheb - Niestety musimy się już zbierać. Ale postaramy się odwiedzić jeszcze świątynię Ozirysa. A może przyprowadzimy tu samego Ureniusza? -Jeślibyście mogli byłbym zaszczycony wizytą tak zacnego człowieka. – mówił arcykapłan świątyni Dwaj grecy poszli i zniknęli kapłanom z oczu.

Rozdział 5

Nowak wstał dzisiaj wiele wcześniej niż zwykle. A, że Nowak zawsze wstawał wcześnie pora ta mogłaby być spokojnie uznana za nocną. Wszedł w szlafroku do swojej kuchni i włączył interaktywną lodówkę. - Och czas na nocną przekąskę! – wymówiła lodówka zgodnie z jej zegarkiem. Zenon był człowiekiem bardzo samotnym. Oprócz Feliksa, który odwiedzał go trzy, cztery razy w tygodniu nie miał nikogo. Konstruował, więc mówiące sprzęty, aby chociaż trochę zbić swoją samotność. To nie było to samo, co drugi człowiek, ponieważ mówiło w kółko to samo, jednak on starał się, aby ich wypowiedzi były urozmaicone. -Co zjesz Zenonie? Pamiętaj dziś jest poniedziałek, godzina 3:20. -Pamiętam, pamiętam. – odparł Nowak, który już przywykł do rozmów ze sprzętami - Ja proponuję świeże mleko i krakersy lub kanapkę z marmoladą. - No moja droga nic z tego. Zjem kawał wędzonej kiełbasy. Szkoda, że zawsze proponujesz mi to samo. No tak! Nie mogę mieć do ciebie pretensji, w końcu to ja tak ciebie zaprogramowałem. A zrobiłem to tylko dla tego, żebyś mi przypomniała, że opychanie w środku nocy jest niezdrowe. Ale teraz chcę zjeść śniadanie. – powiedział do lodówki i wyją kiełbasę - Miłego jedzenia! – pożegnała się lodówka zanim ja zamknął - Dzięki lodóweczko! Następnie podszedł do chlebnika i wyją bułkę. Jadł ze smakiem. -Chyba się czegoś napiję. Dziś radosny dzień! Lalalalalala radosny dziś dzień! Lalala lalala lilili lolila! – śpiewał i wirował dotąd, aż jego szlafrok nie zahaczył o piekarnik, który się odtworzył. - Witaj! Co dzisiaj zamierzasz upiec? Tylko proszę nie kolejne ciasto! Lepiej zadzwoń do cukierni i zamów z dostawą pod dom. Dobrze ci radzę Zenonie. Inaczej katastrofa murowana. – rzekł piekarnik - Ależ ja nie zamierzam nic piec! – zaprotestował wynalazca i go zamkną z wielkim trzaskiem. Następnie nalał sobie spory kubek soku pomarańczowego. Kiedy już się umył, ubrał i uczesał, chodził zniecierpliwiony po mieszkaniu i czekał na Majewskiego. - Mam nadzieje, że przyjdzie! – mówił – Feliks obiecał mi, że zjawi sie dziś przed szóstą. Któraż to godzina? Kompletnie zapomniałem o Daisy! Daisy to elektroniczny buziko-zegarko-terminarzyk. Jest to jak uważa nasz wynalazca jedno z najlepszych jego dzieł. Wygląda jak mniejsza piłka do ręki z parą nóg zrobioną z metalu i pomalowana lśniącą, czerwona farbą. - Daisy to mój największy skarb. – mawiał Zenon – Najinteligentniejszy ze wszystkich innych metalowych bzdetów. Daisy wyglądała jak mały robocik. Nogi jej zakończone były uchwytami, tak aby mogła chwytać się nimi o ramie Zenona. Na przedzie miała prostokątny wyświetlacz, a zamiast noska zielone, kratkowane kółeczko, które służyło za wykrywacz dymu. Daisy dzięki swojemu mechanizmowi potrafiła też odpowiadać na banalne pytania oraz prowadzi krótkie dialogi. Pojemność jej „mózgu” to cale 150 GB. Ta sprytna robocica przypomniała swojemu panu o czynnościach, które powinien danego dania wykonać, bowiem kiedy Nowak był bliski odkrycia czegoś lub tworzył nowy genialny wynalazek zapominał o całym świecie. Pobiegł, więc pędem po Daisy do swojej sypialni, potykając się po drodze o różne śruby i pokrętła. - Godzina 5:30. Czas na śniadanie. – powiedziała, swoim sztucznym głosem Daisy - Ach moja droga! Całkiem o tobie zapomniałem. Chodź złoteńko. – mówił doń jak do małego dziecka – Jak się spało Daisy? - Całkiem dobre Zenonie, tylko kotlety trochę przysłonę. Nie masz talentu kulinarnego. A tobie smakują te trociny? – Daisy nieraz się zdarzało mówić nie na temat, w końcu to tylko robot. Równo o szóstej do drzwi Zenona ktoś zapukał. - O! Widzisz Daisy! Mamy gościa! – powiedział i aż podskoczył z radości – Proszę! - Witaj Zenonie! To ja. Majewskiego jeszcze nie ma? – zapytał Feliks wchodząc do jego domu - Nie, niestety. Jeszcze nie przyszedł. - A na którą godzinę się z nim umawiałeś? - Hymmm – zamyślił się – Nie umawiałem się z nim na konkretną godzinę. Po prostu powiedziałem, żeby przyszedł. - Po drodze kupiłem ci pieczywo oraz kilogram pomarańczy, do twojego eksperymentu. – rzekł -Jakiego eksperymentu? – zdziwił się Nowak -Jak to jakiego! Przecież sam mi mówiłeś, ze pracujesz nad ulepszeniem sokowirówki tak, aby sama znając przepis na pamięć dobierała odpowiednie składniki. -Tak tak, teraz pamiętam. Nie mam jednakże głowy do marnej sokowirówki. – mówił Nowak – Teraz liczy się tylko wehikuł. - Mówisz prawdę. Wszak tyle lat i stuleci ludzie na próżno próbowali skonstruować taką machinę. Około godziny siódmej do Nowaka zawitał Majewski. - Dzień Dobry! –przywitał się Jerzy - Dzień Dobry! - Dzień Dobry! Czy napije się pan kawy? – zapytał wynalazca -Nie dziękuję. – odpowiedział grzecznie redaktor – Wolałbym, abyśmy od razu przeszli do rzeczy. - Dobrze. Ach zapomniałem kompletnie. – krzykną Nowak łapiąc się za głowę – To jest Feliks Kowalski. Mój przyjaciel. A to Pan redaktor Jerzy Majewski. -Bardzo mi miło. -Mi również. -No to może od razu przeniesiemy się w czasie? – zaproponował Feliks – Nim szybciej tym lepiej. – dodał -Co pan na to?- spytał Jerzego -Jestem za! – odpowiedział i wszyscy razem udali i się na górę. -Napisałem wam instrukcję obsługi tego urządzenia. To trochę skomplikowane... Ale tylko trochę!– powiedział zmieszany –Proszę cię Felku usiądź na „motorek”. – Zenek często nazywał Feliksa żartobliwie Felkiem Feliks posłusznie wykonał polecenie Zenka. - A pan, panie Majewski niech usiądzie obok Feliksa. Tak, dobrze. Nałóż Felku kask. Mam nadzieję, ze przeczytaliście już trochę o obyczajach w starożytności? -Tak. – powiedział Nowak – Zdążyłem przeczytać „Krótki przewodnik o cywilizacjach”. O starożytnym Egipcie napisali całą stronę, łącznie z ilustracjami. Wszyscy wybuhnęli gromkim śmiechem. -A pan? – zwrócił się do Jerzego -Na lekcji historii się było. – mówił -Słuchajcie panowie. Muszę wam coś powiedzieć. Ja już kilka dni temu byłem w Egipcie. W nocy nie mogłem spać. Dręczyła mnie pewna myśl. -Jaka? – dopytywał się Feliks - Nie miałem pewności, że zostaniecie przeniesieni w bezpieczne miejsce. Przecież moglibyście wylądować w głębinach Nilu, w więziennej celi, w piramidzie, albo w jakimś labiryncie. I co wtedy? - I gdzie pana przeniosło? – zapytał się Jurek -Trzy metry w głąb ziemi. Byłbym się udusił. Ale szybko wróciłem z powrotem tu. Wziąłem łopatę, zapas tlenu oraz moją podręczną torbę. Wykopałem pokaźną grotę i zbudowałem windę. Zostawiłem tam zapas pochodni. Później chciałbym zorganizować jakieś biuro wycieczek do Egiptu. Co o tym myślicie? – zadał pytanie – Tam zbudujemy bufet, przebieralnie kostiumową łącznie z bransoletami, perukami i innymi bzdetami. - Świetny pomysł. – podsumował wszystko redaktor – Przydałby się jeszcze zatrudnić przewodników. -Tak. – dodał Kowalski – No i noclegownie.... -To nie wchodzi w grę. Ciężko jest spać w podziemiach. Klienci pewnie chcieliby przenocować tam na górze. -Masz rację. Tam, gdzie zwykle nocują przyjezdni z starożytności. – snuł plany – Ale do tego potrzebujemy tamtejszych pieniędzy. - Mały kantorek.. - Tak! - No dość tych planów! – zaprzestał wszystkiemu Kowlaski – Zenku czy możemy już się przenieść? - Oczywiście! Naciśnij ten duży czerwony guzik. Tak ten. – mówił - Kręci mi się w głowie! – krzyknął Feliks i znikli

Rozdział 6

- No dość tych planów! – powiedziałem – Zenku czy możemy już się przenieść? - Oczywiście! Naciśnij ten duży, czerwony guzik. Tak ten – mówił Zenek - Kręci mi się w głowie! – krzyknąłem Przed sobą widziałem kolorowy tunel, zupełnie jak w kreskówce na Cartoon Network. Wszystko wirowało mi w głowie. W końcu nasz pojazd staną na pewnym gruncie. - Jest mi niedobrze. – powiedział mój towarzysz -Mi też. – odparłem zgodnie z prawdą - Ładna ta grota. – przyznał – Precyzyjnie wykopana. - Masz rację. Ale to dzięki temu wynalazkowi do kopania. Przebraliśmy się w te egipskie szaty. Ozdób nie było. Żadnych bransolet. Były za to peruki. Stał też stół zaopatrzony w wodę mineralną, sok, kompot, chipsy, pieczeń i ciasteczka. Na stole leżała kartka. -Zobacz, co Zenek dla nas zostawił! – zaśmiał się – Przeczytaj na głos. -Dobrze. – powiedział – „Moi drodzy. Jak się cieszę, że was tu bezpiecznie „przerzuciło”. Pomyślałem o was... – czytał - ..i przygotowałem wam mały podwieczorek – gdybyście zgłodnieli. Nie sądzę, żeby Egipcjanie dali wam za darmo jeść. Ściągnijcie z siebie wszelkie niepotrzebne rzeczy. Zegarki, łańcuszki i inne. Instrukcja zostawiona obok. Pamiętajcie o środkach bezpieczeństwa. Nie mówcie za dużo i wymyślcie sobie jakieś imiona. Pozdrawiam!” Wypiliśmy po szklance wody i udaliśmy się na górę. - Gdzie idziemy? – zapytał Jurek - Nie wiem. Może na rynek? A później pozwiedzać. Pooglądać piramidy. Więc poszliśmy. Oglądaliśmy i dziwiliśmy się długo. Wydawało mi się, że cały czas ktoś mi się przypatruje. Jak się później okazało najwyraźniej miałem racje. Majewski kupił zwój papirusu, a dla mnie posążek jakiejś bogini czy żony faraona. Nie wiem dokładnie. Zapłacił za to swój zegarek oraz pięć złotych, które akurat miał w kieszeni. Gdy szliśmy przed siebie Jurek zauważył, że ktoś za nami biegnie. Obróciliśmy się. Był to jakiś Egipcjanin z łysą głową. Miał na sobie skórę lamparta. Zak się później okazało był kapłanem. Zaprosił nas na obiad. Zgodziliśmy się. Właśnie siedzimy i jemy egipskie jadło. Ten arcykapłan jest strasznie wścibski. Ciągle nas wypytuje. Jestem słabszy z historii od mojego towarzysza, więc ciągle mówiłem coś niewłaściwego do tej epoki. Hymmm! Delicje!

Rozdział 7

Powoli zapadał zmierzch. Faraon Ramzes II, najwielebniejsze Słońce Egiptu zmęczony rozmyślał nad latami swojego panowania. Niedawno jak w Mehir, (grudzień) zeszłym miesiącu obchodził swoje pierwsze, sed, czyli jubileusz panowania. - Trzydzieści lat... – westchnął Ramzes – Jak ten czas szybko leci... Tak niedawno (no raczej to było bardzo dawno...) jako dwudziestoletni młodzieniec zasiadł na tronie Egiptu, a teraz jest już pięćdziesięcio letnim mężczyzną. Nagle drzwi się odtworzyły i do komnaty Pana wszedł Niusser – najlepszy przyjaciel faraona. - Witaj Panie – rzekł - Witaj Niusserze! - Arcykapłan Horemheb chce się z tobą widzieć. – powiedział marszcząc brwi – Nie wiem zupełnie o co mu chodzi. Mówi, że to pilne. - A wiec dobrze. Niech przyjdzie jutro z rana. – odrzekł faraon - Ciekawe, jaką sprawę ma on do mnie? – myślał na głos Następnego dnia zdyszany Horebheb biegł na spotkanie z faraonem. - Witaj najświętszy synu Re, Horusie panujący na ziemi! – skłonił się nisko - W czym sprawa Horebhie? Przejdźmy od razu do rzeczy. O co chodzi? – zapytał Faraon. - Naszą świątynię niedawno odwiedzili dwaj podejrzani Grecy. – wydyszał - Szpiedzy? -Nie, nie szpiedzy! Chociaż... Sam nie wiem najczcigodniejszy! Znają wizjonera. Nijakiego Ureniusza, również Greka. Podobno sami bogowie przemawiają przez jego usta. – mówił - Jacy bogowie? Greccy? – zapytał władca - Taaak Panie! – rzekł niepewnie - Czyżbyś bardziej wierzył ich kapłanom, niż naszym? Czy ich bogowie są dla ciebie ważniejsi? – ostudził jego entuzjazm - Ależ Panie! Jakbym mógł! – zaprzeczył - Więc w czym problem? - Oni nam dokładnie... no niezbyt... hymmm.. oni nam przedstawili zarysy jak będzie wyglądać Egipt za trzy tysiące lat. - A co ma Egipt do bogów greckich? – pytał Ramzes - Hymmm – zamyślił się – Mówili również

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych