Wróć do katalogu

Nowe Jutro

Mój wkład do "Projektu: Niebo" z 2003 roku. Mroczna wizja nieba, inspirowana trzema piosenkami Legendary Pink Dots.

eXistenZ, opublikowano , 18 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wszystko naokoło było czarne. Gdy wspinałem się na wzgórze, spod moich stóp osuwał się czarny żwir. Gdy spoglądałem w górę, widziałem niebo, które także było czarne, a raczej czarne były chmury, które je zasłaniały, bo na horyzoncie w niektórych miejscach przebijała przez nie czerwień. Nie była to jednak czerwień zachodzącego słońca. Wyglądało to raczej tak, jakby tu nie było w ogóle słońca, tylko całe niebo miało barwę krwi i przykryte było prawie w całości przez chmury. Człowiek, którego spotkałem na samym początku i który dał mi kilka wskazówek, także był cały czarny – kruczoczarne włosy, czarna broda i prawdziwie plutońska powiewna szata, sięgająca samej ziemi. Powiedział mi, żebym szedł przed siebie, aż dojdę do wzgórza, na którego szczycie zobaczę ruiny katedry. Wspinałem się teraz więc na to wzgórze i wspominałem jego dalsze rady – gdy już dotrę na miejsce, spotkam tam zapewne grupę ludzi. Mam zebrać ich jak najwięcej, a najlepiej wszystkich, i udać się w kierunku na lewo od tego, z którego przybyłem. Mamy iść, aż dotrzemy do Miasta, nie możemy się zatrzymywać ani dać się skusić niczemu po drodze. Nie wiedziałem, czemu mógłbym dać się skusić, ponieważ nie spotkałem po drodze do katedry ani jednej osoby. Nie widziałem też nic interesującego, żadnych drogowskazów, dróg, budynków, nawet ruin. Jak okiem sięgnąć, widać było tylko te czarne równiny, pokryte żwirem i kamieniami. Wyglądało to tak, jakby dawno temu wszystko strawił ogień. Żałowałem, że nie było przy mnie mojego przewodnika w czerni, może on mógłby udzielić mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Wspinaczka po żwirze nie była prosta, toteż praktycznie połowę drogi na szczyt wzgórza przebyłem na czworaka. Było dosyć ciepło. Byłoby duszno i nie do zniesienia, gdyby nie lekkie powiewy chłodniejszego wiatru od lewej strony, od tej strony, w którą miałem się skierować po dotarciu na szczyt. Grunt także był ciepły. Kamienie, z których składał się przykrywający wszystko żwir, były ciepłe i bardzo lekkie, jakby puste w środku. Gdy dotarłem na szczyt, wstałem, otrzepałem ręce z drobnych kamyków, które wpiły mi się w skórę, i spojrzałem przed siebie. Stałem przed bramą katedry. A raczej tym, co zostało z wielkich, dwuskrzydłowych drzwi po jakimś zagadkowym kataklizmie, który dotknął te ziemie. Jedno skrzydło drzwi, przechylone, ledwo trzymało się na pojedynczym zawiasie. Drugie leżało na ziemi, wewnątrz ruin budowli. Z frontowej ściany katedry zachował się poszarpany fragment, sięgający pięciu, miejscami sześciu metrów. Nad wejściem ziały dwie okrągłe dziury, w których kiedyś zapewne mieściły się witraże. Teraz jednak widać przez nie było czerń zasłaniających nieboskłon chmur. Podszedłem do wejścia. Postanowiłem nie dotykać niepewnie wiszącego na zawiasie lewego skrzydła i wszedłem prawą stroną. Podłoga wewnątrz – o ile można być wewnątrz budynku, który nie ma już stropu ani ścian, z których pozostały resztki, tylko w niektórych miejscach sięgające ponad dwa metry – usłana była mniejszymi i większymi kamieniami, które niegdyś zapewne stanowiły fragmenty ścian lub dachu katedry. Im bardziej zbliżałem się do ołtarza, resztki ścian były coraz niższe, zaś dookoła samego ołtarza właściwie zrównane były z ziemią. W centrum podwyższenia, na którym niegdyś odbywały się nabożeństwa, płonęło niewielkie ognisko. Naokoło niego siedziało na kamieniach kilka osób. Nie zwrócili na mnie uwagi, dopóki nie podszedłem do nich na odległość paru kroków. Rozglądając się zauważyłem, że na zewnątrz tego, co kiedyś było świątynią, wśród porozsypywanych kamieni krąży bez celu jeszcze kilkanaście osób. Ci jednak albo mnie jeszcze nie zauważyli, albo nie zwracali na mnie uwagi. Ci siedzący przy ognisku natomiast patrzyli na mnie przez chwilę, po czym jednak zwrócili twarze z powrotem do ognia. Tylko jeden z nich, młody, o krótkich blond włosach, w okularach i ubrany w szarą bluzę, nie przestawał mi się przyglądać z zainteresowaniem. Podszedłem więc do ogniska, popatrzyłem na niego i jego towarzyszy i, nie wiedząc zbytnio co ze sobą począć, usiadłem na jednym z kamieni, obok blondwłosego chłopaka. Wciąż mi się przyglądał, a ja unikałem jego wzroku. Zerknąłem na pozostałych, siedzących przy ognisku – jeden starszy, siwy mężczyzna z twarzą pooraną zmarszczkami, drugi, czarnowłosy brodacz w skórzanej kurtce i w okularach, trzeci, dosyć otyły, z krótkimi włosami, ubrany w ciemny sweter. Potem spojrzałem w samo ognisko – niewielki, lichy płomień, pożerający jakieś połamane deski, zapewne resztki ław katedralnych. Patrzyłem w ten ogień, czując na sobie nieustające spojrzenie młodzieńca. Przedłużająca się krępująca cisza przytłaczała mnie coraz bardziej, trzaski ognia stawały się coraz głośniejsze, ogień w moich oczach coraz większy. Po jakimś czasie istniał tylko ogień – jego obraz przesłaniał wszystko inne, jego trzask zagłuszał każdy dźwięk. Z tego, jak cichy tak naprawdę jest trzask ognia, zdałem sobie sprawę dopiero, gdy młodzieniec przemówił. – Jak wyglądał twój przewodnik? – spytał, a ja opisałem mu wygląd mężczyzny, który powiedział mi, gdzie mam iść. – Mnie wprowadził młody chłopak z krótkimi włosami. Blondyn. – powiedział. – Miał kolczyk w prawym uchu. Spojrzałem na niego. Jakby specjalnie obrócił się do mnie przodem, tak, że w nikłym świetle ogniska widziałem jego prawe ucho. Blask ognia odbijał się od małego metalowego krążka. Popatrzyłem na jego twarz, którą wykrzywił uśmiech. Przywołałem raz jeszcze obraz mojego przewodnika. Spojrzałem na swoje ubranie – długa, czarna, sięgająca samej ziemi szata. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem swojej twarzy. Wyczułem pod palcami szczecinę zarostu. Chłopak zaśmiał się cicho. – Zrozumiałeś. – stwierdził – Nasi przewodnicy są odbiciem nas samych. Popatrzyłem na pozostałych, siedzących przy ognisku. Być może przysłuchiwali się rozmowie, ale nie wyglądali na specjalnie zainteresowanych. Kto wie, może słyszeli to wszystko już wcześniej, wiele razy, zawsze, gdy pojawiał się ktoś nowy. – Powiedział ci, że masz zebrać tych, których tu spotkasz, i iść z nimi do miasta, prawda? Potwierdziłem skinieniem głowy. – Jestem tu już jakiś czas i ciągle nie mogę się tam wybrać. Może uda nam się namówić jeszcze parę osób. – Byłeś tam kiedyś? – spytałem. – Ja nie, ale Siwy był. – to mówiąc spojrzał na jednego z siedzących przy ognisku. Podążyłem za jego wzrokiem. Stary, pomarszczony mężczyzna, czując, że na niego patrzymy, powiedział nie odrywając wzroku od ognia: – Tak. Byłem. Tam nic nie ma. Bramy Nowego Jutra są zamknięte. – Nowego Jutra? – spytałem. – Tak nazywa się to miasto. Nowe Jutro jest dla nas zamknięte i nieprędko się otworzy. Nie chciałem w to wierzyć. Nie po to mój przewodnik polecił mi iść do miasta, żeby nie zostać do niego wpuszczonym. To nie miało dla mnie sensu i nie mogłem w to uwierzyć. Słowa starca napełniły mnie jeszcze większą chęcią pójścia tam i zobaczenia Nowego Jutra na własne oczy. Wstałem i popatrzyłem w kierunku, w którym mój przewodnik kazał mi podążyć po dotarciu do katedry. Niczego tam nie widziałem – tylko równina, aż po horyzont, gdzie przez czarne chmury przebijała się czerwień nieba. Nie widziałem tam żadnego miasta, ale mimo to chciałem tam iść choćby zaraz. Usłyszałem, jak młodzieniec koło mnie także wstał. – Spytam, kto jeszcze będzie chciał iść – powiedział i oddalił się. Rozejrzałem się po najbliższym otoczeniu katedry. Za katedrą musiał kiedyś być ogród, teraz jednak pozostały z niego tylko czarne kikuty uschniętych drzew, wśród których błąkali się bez celu ludzie. Ilu z nich było pod zamkniętymi bramami Nowego Jutra? Kto był tam, ale powrócił rozczarowany? A może nikt z nich tam nigdy nie dotarł, wszyscy pozostali tutaj, bojąc się wyruszyć w podróż, jeśli słyszeli, że jest ona bezcelowa? Wśród chodzących tu i ówdzie ludzi – mężczyzn i kobiet – ujrzałem w pewnej chwili młodą dziewczynę, która patrzyła na mnie. Miała długie, proste, ciemne włosy, odziana była w czarną suknię, a w jej oczach czaił się nieokreślony smutek. Gdy na nią spojrzałem, odwróciła wzrok i odeszła. Poszedłem za nią. Kluczyłem przez chwilę między drzewami i ludźmi, próbowałem ją dogonić. Wreszcie ujrzałem ją kilkanaście kroków ode mnie. Byliśmy oddaleni od ruin katedry o dobre kilkadziesiąt metrów, a ona stała tyłem do mnie przed kikutem drzewa. Drzewo to jednak musiało być większe od innych, starsze, potężniejsze. Podszedłem do niego, by przyjrzeć mu się z bliska. Dziewczyna wyciągnęła rękę i dotknęła jego kory. – Tutaj wszystko się zaczęło – powiedziała – przed wszystkimi wiekami. – Cofnęła rękę i spojrzała na mnie. Poczułem, jak ukryty w jej oczach smutek dosłownie kłuje mnie w serce. – Zostaliśmy stąd wygnani, a kiedy wreszcie udaje nam się tu wrócić, zastajemy to... Przez chwilę nie mogłem wyrzec słowa. Patrzyłem tylko w jej ciemnobrązowe oczy. Dziewczyna opuściła wzrok i skierowała się w stronę katedry. – Zaczekaj. – powiedziałem. Zatrzymała się, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć. To jedno słowo wyrwało mi się samo. Teraz jednak nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych