Nowe życie
Historia człowieka, który nie dostał od życia drugiej szansy. Czy jednak na nią zasłużył?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}Nowe życie{/b}{/i}
— Jest pan wolny. W sali sto trzy czekają już pańskie rzeczy osobiste. Życzę szczęścia w nowym życiu. Na te słowa Ernest Romel czekał dwadzieścia pięć długich lat. Tyle bowiem czasu minęło, odkąd jako dziewiętnastolatek przekroczył mury więzienia. Spędził w celi ponad połowę życia, dlatego usłyszawszy słowa naczelnika, nie krył wzruszenia. — Z całym szacunkiem, nie będę tęsknił — oznajmił, spoglądając rozmówcy głęboko w oczy. Ten jednak, w swoim stylu, skwitował tę jakże emocjonalną chwilę krótkim: — Polecamy się na przyszłość! Ernest pokusił się jedynie o nasycony drwiną uśmiech. W istocie jako czterdziestoczteroletni, zresocjalizowany człowiek, nigdy już nie zamierzał wracać do tego strasznego miejsca. Konieczność życia wśród kilkuset kryminalistów wiele go nauczyła, począwszy od tego, by historie o gwałtach pod więziennym prysznicem włożyć między bajki. Niewyżyci współwięźniowie nie musieli czekać do kąpieli. Wbrew obiegowej opinii i nieco na przekór rzeczywistości, Ernest zrozumiał jednak sens najważniejszego z przykazań — {i}nie zabijaj!{/i} To właśnie morderstwo, dokonane jak to określił sędzia sądowy {i}Z jebaną premedytacją!{/i}, przez ostatnie dwadzieścia pięć lat zaprzątało głowę Ernesta. Może gdyby rodzice nie porzucili go pod trzepakiem, gdy miał zaledwie roczek, nie musiałby okradać tamtej nocy banku, by zdobyć pieniądze na życie. No tak, głupia wymówka. Towarzystwo osiedlowych dresów też zrobiło swoje. Kolejne usprawiedliwienie. Z drugiej jednak strony nie było jego winą, że broń wypaliła. Sprzedawca w sklepie z zabawkami zapewniał, że to atrapa. Tak czy inaczej, tamta feralna zbrodnia odmieniła życie Ernesta.
W sądzie przyznał się do popełnienia morderstwa, czując, że zasłużył na karę. Media również zrobiły swoje. Sprawą napadu na bank żył cały kraj. Skłonni do wyolbrzymiania dziennikarze wcale nie ułatwiali sytuacji, wymyślając chwytliwe tytuły na czołówki gazet. {i}Terrorysta wymordował pół miasta!{/i} — grzmiał poczytny brukowiec. {i}Krwawa rzeźnia w banku!{/i} — nadawało radio. Gazety też prześcigały się w potęgowaniu sensacji. Wreszcie sąd, działający pod niemałą presją wzburzonej opinii publicznej, wydał więc najsurowszy wyrok, dożywocie. Fakt, iż ze względu na dobre sprawowanie Ernest opuścił więzienie już po dwudziestu pięciu latach od popełnienia zbrodni również nie umknął uwadze dziennikarzy. Kilka wozów transmisyjnych od wczesnych godzin porannych stało pod bramą zakładu karnego. Ernest jednak nie bał się. Miał sporo czasu, by zrozumieć swój błąd. Chciał zacząć wszystko od nowa. Dokładnie przemyślał, co powie przed kamerami. Postanowił rozpocząć od przeprosin dla rodziny zamordowanej kasjerki. Dziennikarze jednak wcale nie byli zainteresowani tym, co miał do powiedzenia. Przekrzykiwali się wzajemnie, zadając kąśliwe pytania: — Czy to prawda, że zamierza pan teraz zabić głowę państwa? — Co?! Proszę mnie posłuchać, ja... Nikt jednak nie zamierzał słuchać. Grad pytań nasilał się. — Dlaczego chce pan dokonać zamachów terrorystycznych? — Przecież ja nie... — zaczął Ernest, ale dokończyła za niego blondynka z mikrofonem wielkości parasola: — ...nienawidzę Żydów? To pan chciał powiedzieć? Ale dlaczego? Ernest zdał sobie sprawę, że rozmowa z tą hordą dzikusów nie ma sensu. Postanowił przepchnąć się przez tłum, co jednak okazało się bardzo trudne. Co najmniej trzy razy oberwał obiektywem kamery bądź mikrofonem. — On mnie postrzelił! — zawołała w pewnym momencie jedna z dziennikarek, po czym upadła na ziemię, trzymając się za brzuch i jęcząc donośnie. Reporterzy w popłochu rzucili się do ucieczki, omal nie tratując Ernesta. Wariatkowo — pomyślał, wstając z ziemi i otrzepując ubranie z piasku. Wcale nie zamierzał zniechęcać się złym początkiem. Wierzył bowiem, że odtąd jego życie zmieni się na dobre.
Nowy start nie mógł być jednak tak prosty, jakby sobie tego życzył. W zabieganym świecie konsumpcyjnego społeczeństwa człowiek, którego jedyny dobytek stanowił plecak z kilkoma monetami, długopisem, parą skarpetek i scyzorykiem, skazany był na porażkę. — Nie z takimi problemami musiałem sobie radzić — powiedział sam do siebie, wspominając współwięźnia z celi. Niełatwo bowiem wytrzymać w jednym pomieszczeniu z otyłym zoofilem, który z braku zwierzyny pod ręką ubzdurał sobie, że Ernest jest sarną. Nie zrażając się więc pierwszym niepowodzeniem, ruszył dumnie przed siebie. Nie miał wprawdzie dokąd pójść, ale pozwolił ponieść się nogom gdziekolwiek. Świeże powietrze było jak zew wolności. Niczym narkotyk wypełniło płuca, a dotarłszy do mózgu wprawiło Ernesta w stan błogiej euforii.
Euforia szybko jednak ustąpiła miejsca zażenowaniu a nawet przerażeniu. Ludzie mijający Ernesta na ulicy wcale nie kryli niechęci do niego. Najwyraźniej widzieli relacje telewizyjne. Jedni ograniczali się do wrogich min, inni posuwali się trochę dalej, plując na niego i klnąc mu prosto w twarz. — Bądź grzeczny synku, bo pan cię wypatroszy jak świnię! — Tymi słowami pewna młoda matka próbowała uspokoić swoje płaczące dziecko. Nie krępowała się nawet wskazać Ernesta palcem. Dziecko zamilkło, by chwilę później, prawdopodobnie ze strachu, zwrócić obiad na chodnik. Siła mediów — pomyślał. Nie było mu teraz do śmiechu. Uświadomił sobie, że powrót do społeczeństwa może się okazać znacznie trudniejszy, niż przypuszczał. Chcąc uniknąć wrogich spojrzeń oraz częściowo z powodu głośnego burczenia, wszedł do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. — Santa Maria delle Rose! — wrzasnęła z przerażeniem ekspedientka, widząc wchodzącego do jej sklepu zbrodniarza, po czym uniosła ręce w poddańczym geście. — Bierz co chcesz! Z wyjątkiem kopytek cielęcych, bo pani Kwiatkowska je zarezerwowała. Robi dzisiaj obiad dla przyszłego zięcia, rozumie pan, zaręczyny… — To powiedziawszy wymownie przewróciła oczami, po czym odkaszlnąwszy, ponownie zrobiła przerażoną minę. Ernest spojrzał na kobietę ze zdziwieniem. Zupełnie nie rozumiał całego tego zamieszania wokół swojej osoby. Czy ludzie naprawdę nie potrafią zrozumieć, że człowiek może chcieć się zmienić?! Z drugiej strony, czego właściwie oczekiwał. Że wyjdzie jak gdyby nigdy nic? Że wróci skruszony, a społeczeństwo będzie mu współczuć? — Droga pani, chciałem tylko kupić bułkę — rzekł spokojnie, ostrożnie wyciągając z plecaka garść monet. Następnie powoli podszedł do lady. Kobieta najwyraźniej nie uwierzyła w jego dobre intencje. Jej wzrok błądził szybko w okolicach krocza Ernesta, bynajmniej nie w celach erotyczno-poznawczych, lecz w poszukiwaniu pistoletu, noża, siekiery, tasaka rzeźnickiego lub innego narzędzia, mogącego zadać ból i cierpienie. — Nie mam broni! — oznajmił szorstko, zniecierpliwiony. To był błąd. Ekspedientka najwyraźniej nabrała obaw, że krwawy morderca potrafi czytać w myślach. — N...n...nie b...boję się! — powiedziała, usiłując zachować stanowczość, choć widać było, że cała drży. Chwilę później z wrzaskiem pobiegła na zaplecze, wrzeszcząc przy tym: — Zabił mnie! Santa Maria del Fiore! Morderca mnie zamordował!
Ernest opuścił sklep bez bułki, za to z poczuciem wstydu i bezradności. Z jego początkowego zapału nic już nie zostało. Zrozpaczony usiadł na chodniku, pod wystawą sklepu ze sprzętem elektronicznym. Jego zainteresowanie momentalnie przykuło kilkadziesiąt płaskich telewizorów, umocowanych na ścianie za szybą. Wszystkie były wielkie jak blat stołu i płaskie jak... blat stołu. Ostatnie tego typu urządzenie jakie Ernest widział jeszcze przed pójściem do więzienia, kształtem przypominało piec kaflowy. W tym momencie nie miało to jednak znaczenia. W jednej chwili na wszystkich telewizorach pojawił się duży zegar, wskazujący godzinę dziewiętnastą. Chwilę później jego oczom ukazało się wielkie, szklane studio. Za nie mniej oszklonym stołem siedział wypudrowany prezenter, w wyraźnie za ciasnym garniturze. Opięta marynarka miała go najwidoczniej wyszczuplić, lecz nieszczęśliwie sprawiła, że wyglądał jak obwiązana sznurkiem polędwica. Złego wrażenia nie poprawiły nawet jego zęby, bielsze od śniegu i nienaturalnie równe. Ernest pierwszy raz od ponad dwudziestu pięciu lat oglądał serwis informacyjny, stąd chwilowo zapomniał o swojej ciężkiej sytuacji. By usłyszeć głos prezentera wszedł do sklepu (jedna z klientek zakwiczała z wrażenia i zemdlała), po czym stanął przed ścianą, gdzie jeden obok drugiego umocowane były jeszcze większe ekrany. — Dziś jest piątek, czwarty maja, Sebastian Abura, zapraszam na Dziennik — zaczął prezenter, szczerząc się i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Smith12
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…