Wróć do katalogu

O 17.00 pod Neptunem

Praca stworzona na lokalny konkurs literacki, niestety bez powodzenia. Niedługa opowiastka z życia, osadzona w jednym z większych polskich miast.

Daguchnaopublikowano 2 września 201118 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przez lwią część czasu, w jakim trwała nasza znajomość, sądziłam, że nie należy do osób, które potrafią brać życie na stuprocentowo poważnie. Jakoś tak... w ogóle mi to do niego nie pasowało. Nawet, jeśli otaczający go świat wymagał od niego należytej dla jego wieku stateczności i powagi, on zdawał się mieć to w najgłębszym poważaniu. - A cóż to jest, numerek w metryczce? - mówił. - To kwestia bardziej względna niż uroda czy cokolwiek innego. Przecież jeszcze 40 lat temu musiałbym już mieć żonę i minimum dwójkę dzieci, a gdybym żył w średniowieczu, to już bym szykował sobie miejsce w piachu. Kto teraz może ode mnie wymagać stabilizacji, kiedy według statystyk co ósmy facet bierze ślub w wieku powyżej 35 lat? A zresztą... żeby ktoś miał decydować za mnie, co jest dla mnie najlepsze. Szczyt wszystkiego. Więc był sobie takim Piotrusiem Panem w wytartych trampkach, za dużych kolorowych bluzach i oczywiście z wiecznie nieułożonymi włosami. Ot, taki Michał. Na którego zresztą wszyscy i tak wołali Majkel. Mało to oryginalne, bo większość Michałów, których znałam lub znam, nazywano Majkelami. Oczywiście oprócz tych, których tytułowano takimi mianami, jak Miki lub Michaś. Ale akurat jemu jakoś bardzo taka ksywka pasowała. Patrzyłeś na niego i od razu wiedziałeś. Normalnie... Majkel.

Nie było chyba jeszcze nawet piętnastej, gdy irytujący brzęk telefonu wyrwał mnie z krainy stożków, walców i innych figur obrotowych pragnących poznać swoją objętość i pole powierzchni. Cholera. Muszę zmienić ten dzwonek, doprowadza mnie do szału. - Cześć, mała - usłyszałam w słuchawce charakterystyczny, chłopięcy głos. Wybrał naprawdę zły dzień. Chociaż jakby się tak zastanowić, to od pewnego czasu każdy dzień był zły. - Cześć - starałam się, żeby zabrzmiało to możliwie jak najbardziej obojętnie. Tak nawet trochę ostentacyjnie. Słabo wyszło. - Słuchaj... - zawiesił głos na chwilę, jakby układał sobie dalszą treść wypowiedzi, ważył słowo po słowie. - No słucham! - nie dałam mu szansy na dłuższe zastanowienie. - Wiesz, chciałbym... Co powiedziałabyś na spotkanie? No proszę. Szanowny pan sobie o mnie przypomniał i chce się umówić. Cóż się stało? - Właściwie czemu nie. Dzisiaj? - Taaa... Oczywiście jeżeli masz czas. Ja dla ciebie zawsze mam czas, baranie. - Gdzie i o której? - Ymm... Co powiesz na siedemnastą, pod Neptunem? Ho ho. Plac Ratuszowy. Coś faktycznie musiało być na rzeczy, bo najczęściej spotykaliśmy się po knajpach. No i bynajmniej nie o siedemnastej. - Dobra. - To... to na razie. - No pa.

Super. Matma zrobi się sama. Trudno. Jeżeli jaśnie panicz Majkelek po długim okresie totalnego olewania dzwoni do ciebie i łaskawie prosi o audiencję, to wiedz, że coś się dzieje i nie należy tego ignorować.

Wyleciałam z domu gdzieś po szesnastej. Wcześniej zdążyłam ze dwa razy nieomal wywalić się na schodach. Te uroki mieszkania na trzecim piętrze potrafią dobić. Ale powiem wam, że chociaż igram w ten sposób ze śmiercią codziennie, bo mam jakiś malowniczy talent do wybiegania spóźniona, to chyba nie zamieniłabym tego lokum na żadne inne. A już na pewno nie na jakieś poza Zabobrzem. Śmieją się z nas, że miejska sypialnia, że coś. I niech się śmieją, głupki. Ja tam lubię tę okolicę. Może dlatego, że śpioch i leń zawsze będzie takie miejsce jak sypialnia miłował. Poza tym pewnie nam zazdroszczą. Tyle kolorów, co u nas, to nie ma chyba w żadnej innej dzielnicy. O tej porze na Jana Pawła ruch był już słabszy. Nieco mniejsze miasta mają tę zaletę, że popołudniowe korki trwają tutaj od piętnastej do piętnastej piętnaście. Dobra, może do piętnastej trzydzieści. Potem robi się już znacznie spokojniej. Przeszłam na drugą stronę już na wysokości kościoła. Znając moje szczęście przy obwodnicy trafiłabym na awarię świateł albo inną pyszną niespodziankę. Zresztą z awarią czy bez sygnalizacja w tym miejscu urządzała i pieszym, i kierowcom niezłą szkołę przetrwania. Drzewa po obu stronach ulicy już cieszyły oczy soczystą zielenią. Lubię tę porę roku. Także dlatego. Może to po prostu miłe skojarzenie? Wiosną nasza znajomość zdawała się lekko odżywać, zupełnie jakby chciała dogonić budzący się z zimowej hibernacji świat i pokazać, że tak, żyje, jeszcze istnieje i jakoś się trzyma. O słodka naiwności! Teraz wiem, że to była iluzja, zdecydowanie. Ale za to jaka piękna. Szkoda, że potem szybko zaczęły się w niej pojawiać mało urokliwe dziury. Zupełnie jak w szpalerze drzewek po tej stronie ulicy, który stopniowo rzedniał, ukazując całkiem ładnie pomalowane, ale zupełnie nie pasujące do zielonego świata bloki. Na wiadukcie zatrzymałam się na chwilę. Na samym środku, na najwyższym punkcie, dokładnie nad torami. Stąd był najlepszy widok. Całe Stare Miasto jak na dłoni. Wszystkie te stare wieże ze swoimi pokrytymi śniedzią dachami. Coś mi to przypominało. Wtedy, jak tak staliśmy tam we dwoje. Raz czy dwa. Odprowadzał mnie może? Nie, nie, nie sądzę. Ten kretyn do dzisiaj nie wie, gdzie ja mieszkam, a tym bardziej jak tam dojść. Ale to i tak było... miłe? Majkel nie jest stąd. Przyjechał ileś lat temu, może pięć czy sześć, w każdym bądź razie jakoś po studiach. I to, co dla mnie było czymś zupełnie zwyczajnym, normalnym, żeby nie powiedzieć nudnym, jego fascynowało. Przystawał nagle, opierał się o brudną barierkę i niemal pochłaniał oczami widok, jaki się przed nami rozpościerał. Dachy, drzewa - wszystko. Żeby on, cholera, chociaż raz tak na mnie spojrzał, jak patrzył na te kościółki, baszteczki, ratuszki... Ratuszki. Ratusz. Zegar. Ten wolny ciąg skojarzeń nakazał mi rzucić okiem na wyświetlacz komórki i uświadomić sobie, że powinnam się ruszyć, a nie gapić się na widoczki, jeżeli nie chcę się znowu spóźnić. Chociaż pomyślałam, że jeśli mnie chociaż trochę zna - a powinien! - to nie będzie zaskoczony. Musiałam faktycznie się nieźle spiąć, bo nie minęło kilka chwil, gdy doszłam do mostu. Szkoda tylko, że Matka Natura obdarowała mnie w nogach siłą sprintera, a nie maratończyka, bo już na parę ładnych metrów przed nim musiałam zwolnić. Michał zawsze się śmiał, że niestety, ale na sportowca się nie nadaję. No cóż, nie każdy może być taki sprawny jak on. Czasem nawet mu tego trochę zazdrościłam. Ale tylko trochę. Podwale. I te niesławne schodki. Teraz ładne, odnowione, pokryte równiutko wyklepanym betonem, ale jeszcze nie tak dawno były zbiorem nieregularnych kostek chodnikowych ułożonych mniej więcej na kształt schodów. Ich wykrzywione krawędzie przypominały zęby trzonowe w jakiejś wielkiej paszczy, tylko czekające na niczego nie spodziewające się ofiary. A takich nie brakowało. Heh. Kolejne wspomnienie. Znowu jakiś pośpiech, potknięcie, efektowna wywrotka, krwawiące kolano i więcej płaczu, niż to naprawdę było warte. Ale przy nim jakoś mi nie było wstyd. Nawet mam wrażenie, że podświadomie zrobiłam to trochę na pokaz. Bo wiem, jak potrafią działać na niego babskie łzy. Nie chciałam tego nadużywać, poza tym nie należę do osób, które lubią okazywać takie uczucia, ale wtedy... jakoś tak wyszło. Boże. Jaki on wtedy był kochany. To jego przerażone spojrzenie, tak zupełnie do niego nie pasujące, zupełnie jakby to była jego wina, a nie moja nieostrożność. Targanie się ze mną pod ramię do najbliższej czynnej apteki, gdzie po opatrzeniu rany raczyłam go poinformować, że nie, już tak nie boli i mogę iść sama. No i najważniejsze - on mnie wtedy przytulił. Taką zryczaną, siedzącą na brudnych kamiennych stopniach. On. Ten sam Majkelek, który normalnie sprawiał wrażenie, jakby bał się podać mi rękę na powitanie. Totalna przemiana. To już blisko. Minęłam pierwsze kamieniczki, wprawdzie po renowacji, ale już lekko drapnięte zębem czasu. Galerię handlową, wyrosłą nie wiadomo kiedy w miejscu, gdzie przez lata ziała gigantyczna dziura w ziemi. Jedną knajpkę. Drugą. Arkady. Weszłam w Plac Ratuszowy. Już było widać fontannę, ale jego nie było w pobliżu. Podniosłam głowę i spojrzałam na zegar, pyszniący się na wieży ratusza jak wielka buźka. Kilka minut przed siedemnastą. No cóż, tym razem wyglądało na to, że to on się spóźni. Usiadłam na brzegu kamiennej niecki, kładąc sobie na kolanach swoją sfatygowaną, szmacianą torebkę. Równie dobrze mogłam usiąść na stojącej obok ławce, zwłaszcza, że była pusta, ale jakoś tak... Zawsze mi się wydawało, że jestem troszkę dziwna. Tak też pewnie wyglądałam. Dziewczyna, siedząca na krawędzi fontanny, z torbą i łokciami na kolanach, omiatająca każdego przechodnia wzrokiem i wyglądająca jakby czekała na ścięcie. Piękny widok, naprawdę.

- Coś taka smutna, mała? - usłyszałam za swoimi plecami i mało zabrakło, żebym wylądowała tymi plecami w wodzie. Jak ja nie znoszę kiedy ktoś mnie tak wita. Nawet on. - Nie strasz mnie - odburknęłam, łapiąc na powrót równowagę. On uśmiechnął się po szelmowsku. Jak zwykle. - Nic nie poradzę, żeś taka…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych