Wróć do katalogu

O włos od... Czyli Historia Przeklętej Kompani

Żądni pieniędzy jeźdźcy... proszę bardzo

SLIPKNOT, opublikowano , 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gościniec zwężał u wyjścia z ciemnego lasu i wchodził w szeroką drogę prowadzącą do miasta. Kilka wozów kupieckich zaprzęgniętych w kilka koni wolno posuwało się do przodu. Dwóch jeźdźców na wierzchowcach obładowanych tobołkami wyjechali z lasu i pozdrowili jadących do miasta kupców. Nie wyglądali wszak na bogatych, oczywiście okiem kupca odzianego w jedwabne szaty. Byli odziani w kurtki ze wszytymi weń setkami metalowych obręczy zapewne dla ochrony. Na głowach kaptury połatane. Spodnie też nie wytrawne, buty wysokie. Ich broń stanowiły dwa miecze, jeden dłuższy najprawdopodobniej dwuręczny a drugi krótszy, jednoręczny. Były schowane w pochwy, zwisały z jednego z tobołków zawieszonego u boku konia. Oprócz tego żelazna tarcza z wyblakłym malunkiem czarnego wierzchowca, któremu z oczu i nozdrzy bucha ogień. Jechali dosyć szybko, posuwając się szeroką drogą w kierunku miasta. Mijali nieliczne domostwa chłopów, którzy machali im z uśmiechem. Przy wjeździe do miasta stało dwóch pijanych wyrostków z długimi halabardami i okuci w zbroje. Jeźdźcy wjechali do miasta. Droga rozgałęziała się w centrum miasta, w lewo była brama prowadząca na przystań i do drugiej części miasta, na prawo były kupieckie kramy, slumsy, karczma oraz cmentarz. Zaś gdyby dalej ruszyło się prosto znalazłoby się koło szkoły strażników ich posterunku i więzienia. Jest tam też wejście do kanałów. Jeźdźcy pojechali na prawo i zsiedli ze swych rumaków koło dobrze wyglądającej z zewnątrz karczmy. Na drewnianym szyldzie zawieszonym na rdzewiejących łańcuchach był wyblakły napis „Pod Rudym Misiem”. - Hmm… brzmi zachęcająco. – rzekł jeden z jeźdźców i pchnął do przodu drzwi karczmy. - Yyyy… drzwi mogliby naoliwić. – jęknął drugi. Weszli do środka. Gwar jak to w karczmie panował okropny. Bijący się po mordach grubasy pragnące kasy, podrywacze szczypiący dziewki i kelnerki po tyłkach, niezliczone tłumy pijaków kręcących się po Sali i przy stolikach oraz wiejska muzyka. Typowa miejska karczma. Na szczęście niżej było ciszej. Mały przytulny pokoik oświetlony wiotkim światłem przygaszającego żyrandolu. Z góry dochodził stłumiony dźwięk piosenki jakiegoś barda i okropne kwestie pijaków. Podłoga drżała. Na środku pokoju był drewniany stolik a dookoła niego sześć krzeseł. A oprócz tego pełno beczek piwa, wina, rumu i innych wytrawnych trunków. Na stole rozłożone było sześć kufli i taca z baraniną. Oraz niedogryziony kawałek baraniego udźca. Jeźdźcy zasiedli do stołu, jeden z nich urwał udziec i ugryzł, nagle odrzucił go na blat i splunął. - Kurwa, zimna i spleśniała baranina. Miastowe karczmy są gorsze od wiejskich! - Zamknij się Ridford. – rzekł drugi. - Mam nadzieję, Horus, że te trunki nie są równie ohydne jak ta baranina. - Ja też. Co by powiedzieli chłopaki. A tak ogólnie, gdzie ich wysiało? Mięli tu na nas czekać. - Cholera wie. Albert szczypie dziewki po tyłkach, Rido i Wergez grają w kości a Mitz pewnie pije jak zwykle. - Zapewne. Ridford pociągnął z kufla. Westchnął i rzekł. - Piwo nie najgorsze. Ale ten kto je ważył, gówno się na tym znał. Horus pociągnął z drugiego kufla i posmakował. - Wino muszę przyznać… dobre. - Ale koniak to im nie wyszedł. – rzekł Ridford. Pociągnął pełną gębą z innego kufla. - Mmmm… Miód pierwsza klasa, i pachnie, i daje. Po jeszcze paru kuflach drzwi pokoju otworzyły się i do pokoju wpadło jeszcze czterech mężczyzn. - Wyszliśmy na świeże powietrze, wracamy po chwili a wy już pijani? Ale mam na dzieję, że gadać możecie. – rzekł jeden, był wysoki o szerokich barach i krótkiej brodzie.

- A no możemy, możemy. – rzekł Ridford. - A wy u licha gdzie byliście? Zdążyliśmy posmakować i piwa i wina i koniaku i nawet miodu. – rzekł Horus. - Jak to gdzie? Albert szczypał dziewki po tyłkach, ja i Wergez graliśmy w kości a Mitz pił. – odrzekł na pytanie Horusa Rido. - No to tak jak myśleliśmy. – rzekł Ridford. - Siadajcie.

***

- Jak widzicie na tej mapie… – rzekł Ridford wskazując na starą mapę leżącą na stołe . – jest zaznaczone jedno istotne miejsce. - No ciekawi mnie jakie? – rzekł Wergez. - Nie widzisz cymbale tego krzyżyka czerwonego tu gdzieś? – krzyknął Ridford. - Widzę, lecz gówno mi to mówi! - Cicho siedzieć po pięścią uciszę! – krzyknął Rido. - A więc jak widzicie to miejsce to jest miejsce skarbu… - Jakiego skarbu? – przerwał Ridfordowi Mitz. - A skąd ja mam to kurwa wiedzieć, co ja wróżka jestem? Jest skarb i jest duży. Musimy go zdobyć. - A niby jak? – znów rzekł Mitz. - Jadąc z gównem! Mamy mapę. Bez problemu znajdziemy skarb – patrzcie, jedziemy po czerwonych strzałkach… -Ykhmmm… - rzekł Horus – trzymasz mapę do góry nogami. - Tak, bez problemu znajdziemy mapę – rzekł Rido. - Czy ty sugerujesz, że jestem złym przewodnikiem? - Każdy wie, że najlepszy w odczytywaniu map, pergaminów i takich tam jest Horus. - No racja. Horusie, ty nas poprowadzisz. - Przeklęta Kompania… - szepnął Horus. - O właśnie, tak się nazwiemy… Przeklęta Kompania! – zakrzyknął Ridford. - Wiesz co kompanie, sądzę, że ci odbija na punkcie tego całego skarbu. - Ja też. - Horus dobrze rzecze. - Ach nieważne. Nazwa mi pasuje, ja będę nas nazywał, jak nie pasuje to wy się nie będziecie nazywać Przeklęta Kompania. - Dobra, dobra wchodzimy. – rzekł Rido. - Czemu? – powiedział Horus z niedowierzaniem. - Bo on ma mapę. - Tak i dalej trzyma ją odwrotnie. - No to co kompani, ruszamy. - A wyspać się nie chcesz. Podobno mają tu świetne pokoje. - Wiecie, co grosz się nas nie trzyma ale na nocleg starczy.

***

- Ruszamy! – rzekł Ridford. - Będę tego żałował. – szepnął Horus. Wyjechali z miasta cwałem, później przeszli w galop a na końcu zwolnili do kłusa. - Według mapy mamy się kierować przez las i przejechać przez jakąś zapchloną wieś. Jak normalnie. Jedziemy. – rzekł Horus spoglądając na mapę. - Przynajmniej będzie gdzie przenocować. – rzekł Rido. Podróż mijała spokojnie między gałęziami rozłożystych dębów, klonów, buków i innych drzew prześwitywały wiotkie promienie jasnego słońca, ptaki ćwierkały a lisy, jelenie i inne zwierzęta chowały się w mroku drzew spoglądając na sześcioosobową grupę niezorganizowanych i nierozgarniętych jeźdźców. Kryli się też zbójcy lub potocznie „Czarne Psy”. Najczęściej napadali na kupców i ludzi gdy przejeżdżali lasami. Kiedy jeźdźcy z Przeklętej Kompanii rozmawiali jadąc prostą drogą po lesie zaatakowały ich Czarne Psy. Otoczyła ich liczna grupa ubranych w czarne stroje mężczyzn z długimi naostrzonymi mieczami. - Łapcie miecze chłopaki. – krzyknął Ridford i rozsypał na ziemi proszek, który w mgnieniu oka przerodził się w gęstą kulę dymu. Kiedy dym wzniósł się w niebo wszyscy uzbrojeni byli w jednoręczne miecze. Jeden z Czarnych Psów podbiegł do Ridforda i zadał cios mieczem, który Ridford szybko odparował i rozciął napastnikowi nogę. Kiedy wojownik chwycił się za nogę Ridford walnął go jelcem w głowę. Kolejnych kilku rzezimieszków zaatakowało. Wergez wziął na siebie jednego, Rido jednego, Ridford oraz Mitz po dwóch. Albert chciał podejść ich przywódcę stojącego niedaleko za grupą atakujących. Sam nie wiedział czy plan się powiedzie, jednak jego wyraz twarzy mówił, że mu się uda. Horus został w tyle przy koniach. Rido szybko odskoczył od mocarnego ciosu napastnika i w piruecie rozciął mu przedramię a później zagłębił swe ostrze w jego brzuchu. Ridford okrążył przeciwników kilka razy po czym zaatakował i przeciął jednemu plecy, drugi odskoczył. Ridford kopnął rannego w głowę, napastnik padł. Drugiemu wypadł miecz z dłoni i Ridford ciął go w paczę a później w brzuch. Wojownik padł na ziemię w plamie bordowej krwi. Wergez był wysoki i jak wykręcił rzezimieszkowi rękę przeciął mu twarz, krew trysnęła na pierś Wergeza, napastnik zatoczył kilka kół i padł. W powietrze wzniosła się chmara kurzu. Gdy reszta walczyła Albert wyciągnął długi zakrzywiony nuż i cicho prześlizgnął się między drzewami do przywódcy. Zakradł się za niego i podłożył mu nóż pod gardło. Później zdjął z jego głowy kaptur i maskę. I zaniemówił. Podszedł z dowódcą do pozostałych. Atakujący rozpierzchli się w popłochu. - Zabić gnoja! – krzyknął Rido. – Ej chwila, czy to nie jest Elbertzo, nasz kumpel? - Tak to ja. – powiedział Elbertzo. - Ale czemu chciałeś nas zabić człowieku? – powiedział zbity z tropu Ridford. - A skąd ja miałem wiedzieć, że to wy, stoję, oni atakują i sam nie wiem kogo. - A czemu jesteś przywódcą Czarnych Psów? - Wiecie, że nie miałem z czego żyć, pożyczałem kasę od kumpli by mieć co do ust włożyć. Tak zostałem przywódcą tych rozbójników. Teraz mamy własną kwaterę, pełno jedzenia, wina i kosztowności. - To daleko? - Nie z pół mili, u wylotu lasu koło tej zapchlonej wsi. - Świetnie, ugościsz starych kumpli. - A puścić nie możecie. -Ej słuchaj no brateńku! Bo zaraz możemy polubić zabijać rozbójników. – rzekł Rido.

***

Rozbójnicy mieszkali w długich chacie, niby biednej lecz wewnątrz bogatej. Długi stół i ze dwa tuziny łóżek. Na stole mięsiwa i trunki, chleby i masła. Na ziemi sakiewki wypchane złotem, srebrne monety, żelazne dukaty, złote talary, tarcze złote, miecze posrebrzane, zbroje i szaty piękne. - Czym chata bogata. Cieszcie się moi mili. Zasiedli do stołu. Chwilę później zaczęła się biesiada. - Jednak jesteś bogaty teraz Elbertzo. – rzekł Ridford zajadając się wieprzowiną. - Wy nic nie wiecie. - A co mamy wiedzieć? – zapytał Horus. - Dobra słuchajcie… Koniec końców gówno z tego mam a w dodatku nie mogę się w żaden sposób wyślizgnąć. Nie ma jak odejść, wszędzie mnie znajdą i zabiją. Mam może i sporo złota i innych kosztowności lecz tylko łupimy i łupimy a nigdzie poza lasem nie możemy się pokazywać bo od razu zakrzyknął kmioty „straże, straże” i zabiją nas sukinsyny ze straży. - Biedaczku. Ale dobra… - Rido schwycił rękojeść swego miecza. – Pomożemy, jeśli ty się nie wyrwiesz to my Cię wyrwiemy. - Walnąłeś się w głowę, wiesz ilu ich jest? – zapytał Horus. - A może być i z tysiąc wszystkim głowy zetnę i podam do stołu. – zaśmiał się szyderczo Rido. - Ja wchodzę. – rzekł Ridford. - Ja również. – powiedział przegryzając udziec barani Wergez. - Jak i wy to i ja. – powiedział uśmiechnięty Mitz. - Niech będzie. – rzekł Albert. - Kiedy tu się pojawią Ci twoi kamraci? – zapytał Elbertzo Rido. - Wieczorem lub nad ranem. – odrzekł Elbertzo. - Nie mamy po co czuwać. Zdrzemnijmy się. – zakrzyknął Rido i pociągnął z kufla.

***

Nad ranem w chacie było pusto jednakże po chwili z głębi lasu wyłoniła się liczna grupa czarnych psów. Przeklęta Kompania schowała się pod stołem i czuwała aż rozbójnicy wejdą do środka. Po niecałych kilku minutach drzwi do chaty otworzyły się z wyraźnym skrzypnięciem. Do środka wpadło kilkudziesięciu ludzi. Nagle spod stołu wypadli rycerze i zaczęła się walka. Napastnicy szybko odskoczyli jednakże kilku z nich nie uchroniło się przed gradem ciosów i padło na złote monety leżące na podłodze. Ridford szybko rozprawił się z dwoma napastnikami. Mitz dostał w głowę jelcem i przekoziołkował przez stół po czym zemdlał gdy uderzył się tyłem głowy w drewnianą ławę. Walka nie była wyrównana. Było około dwudziestu na sześciu, oczywiście licząc Elbertzo. Byłoby siedmiu gdyby Mitz nie dał się bezmyślnie zaskoczyć przeciwnikowi. Horus podciął jednego i wbił mu sztylet między łopatki. Wergez wskoczył na stół i ubił trzech jednakże ktoś walnął go maczugą w plecy i dzielny wojownik spadł ze stołu głową waląc w zbroję leżącą na ziemi. Albert skończył walkę tak jak Mitz jednakże położył dwóch szybkimi pchnięciami. Elbertzo został znokautowany silnym ciosem w nos. Horus odpadł później bo dostał baraniną po głowie. Najdłużej utrzymał się Rido. Z jego ręki padło siedmiu. Z ręki Ridford tylko trzech. Przeklęta Kompania została pokonana jednakże Czarne Psy też zostały nie licho poranione. Straciły większość swych ludzi.

***

Otworzyli oczy. Znajdowali się na jakimś pustkowi przywiązani do wysokich pali. Obok znajdowała się chata. Przed nimi przechadzali się członkowie Czarnych Psów. Horus szybko oszacował, że znajdują się na równinie kilka kilometrów za wsią. - Spokojnie damy radę tak? – szepnął do Rido Horus. - Cicho, myślę jak nas wyciągnąć z tego gówna. – szepnął do Horusa Rido. - Ty myślisz? - Zamknijcie się, chcecie by nas usłyszeli? – zapytał reszty Ridford. - Wszystko przez Elbertzo. – powiedział Wergez. - Racja. – przytaknął lekko oszołomiony Mitz. Po nim też Albert. - A tak właściwie gdzie go u licha wysiało? – zapytał Ridford. - Nie znasz ich. Pewnie już sobie dynda na jakimś okolicznym drzewie. – szepnął doń Horus. - Patrzcie, tam zwisa. – rzekł Wergez spoglądając na budynek. Obok niego znajdowała się wysoka szubienica na której zwisało jakieś ciało poruszane lekkimi powiewami wiatru. - Kurwa. I jeszcze raz kurwa, ja tak nie chcę skończyć. – rzekł Ridford. - A kto kurwa wymyślił Przeklętą Kompanię i ten jebany skarb? – zapytał się Horus. - Nie zwalaj wszystkiego na mnie. Jak znajdziemy skarb to dam ci twoją działkę i wyjedziesz w góry gdzie będziesz mieszkał jak pustelnik i rozmawiał ze zwierzętami. - Zamknijcie mordy bo ja was zamknę. I to na amen.- krzyknął Rido. - Tak kurwa, w pacieżu. – rzekł Wergez. - Patrzcie idą tu. – szepnął Albert. Czarne Psy odwiązały ich i zaprowadziły do prowizorycznego więzienia w podziemiach budynku. - Tu mają lepszą kwaterę. – rzekł Ridford. - Mam plan jak nas stąd uwolnić. – powiedział Horus. - Jaki? - Mam ten sztylet, przecinamy więzy na rękach i nogach, zabijamy strażnika, ukrywamy go wgłębi celi i wychodzimy. Później zabieramy nasz sprzęt i rynsztunek oraz wierzchowce i trochę kosztowności i wyjeżdżamy pełnym galopem. - Skąd masz ten sztylet, przecież wszystko nam zabierali. - Dobrze ukryłem. Wchodzicie w to? - Tak. – rzekł Ridford za…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych