Ofiarowany
Klasyczne fantasy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sala była ogromna i chłodna, kształtem zbliżonym do idealnego w swych wymiarach kwadratu. Okna zostały umieszczone zbyt wysoko, by można było cokolwiek dostrzec z dołu. Nawet, gdyby Kol stanął na palcach, nie ujrzałby tego, co się za nimi znajdowało. Jednak to nie tak, że był więźniem, a przynajmniej nie chciał w ten sposób o sobie myśleć, zawsze mógł obejrzeć te same okna na zewnątrz budynku. Nie znosił tego pomieszczenia, w którym jedynym umeblowaniem był podłużny stół, ustawiony w najdalszym punkcie komnaty. Aby dotrzeć na miejsce Kol zmuszony był pokonać całą przestrzeń dzielącą go od krzesła, na którym łaskawie zostanie mu przyzwolone usiąść, a wszystko zawsze odbywało się w ten sam sposób… Kol otworzy drzwi, które po mimo swych lat nie wydadzą żadnego dźwięku, a potem poczuje zapach trudnej do zidentyfikowania substancji, jaką używano do czyszczenia podłóg. Chrzczono nią wszystkie pomieszczenia i choć nie był to nieprzyjemny zapach, chłopakowi cierpła od niego skóra. Kol nie zapomni dać temu wyraz wymownym wzdrygnięciem, a potem wsadzi ręce do kieszeni, luźnym krokiem kierując się do stołu. Zanim usiądzie, spoczną na nim wąskie oczy istoty nazywanej elfem. Na powitanie istota ta lekko zmarszczy nos, a odpowiedzią człowieka będzie ściągnięcie brwi i potoczenie wzrokiem po jej, lub jego klatce piersiowej, w celu rozpoznania płci delikwenta. Kol uczyni to nie kryjąc się z zamiarem, jednak nie dopuści by szyderstwo odbiło się na jego twarzy. Elf nie zareaguje, w oczach nie błyśnie mu nawet przelotny gniew. Usiądzie na swym ładniejszym krześle, po drugiej stronie stołu a Kol pójdzie za jego przykładem również siadając. - Piętnaście i siedem miesięcy – usłyszał jego beznamiętny głos, pozbawiony najmniejszej emocji. Utkwił wzrok w księdze, po czym coś w niej zapisał swym pochyłym pismem, ozdobionym skomplikowanymi zawijasami. Nachylał się lekko i chłopak przyjrzał się od niechcenia jego luźno opadającym na ramiona włosom. Były brązowe, ale tylko na pierwszy rzut oka. Elfy nie mogły mieć tak po prostu brązowych włosów. Zawsze wpadały w tony innych kolorów. Brąz najczęściej łączył się z zielenią lub fioletem, tym razem wchodził w koligacje z tym drugim. Włosy elfa miały zdecydowanie brzydki kolor, przywodzący na myśl pochmurną pogodę, a z nią zapowiedź długich ulewnych dni, tonących w błocie. Uśmiechnął się na te swoje skojarzenia i wzrok elfa spoczął na jego twarzy, zaalarmowany nagłą zmianą nastroju Kola. Chłopak spoważniał, lecz bynajmniej nie z obawy przed reakcją lalusia. Z rąk elfów nigdy nie spotkała go cielesna krzywda. Bynajmniej nie należeli do gwałtownej rasy, brudzącej swoje białe dłonie krwią. Mimo to Kol wciąż nie umiał wyrzucić z pamięci pewnego dnia, kiedy naprawdę się przestraszył… Zdarzyło się to mniej więcej sześć lat temu. Wtedy pierwszy raz zjawił się w tym obcym, dziwnym miejscu, osadzonym gdzieś w Szemrającym Lesie. Nigdy nie zrozumiał, dlaczego ojciec go tu zostawił i potem też nie wytłumaczono mu tego, jakby uważano, że ta wiedza do niczego mu się nie przyda. Gdyby tylko przewidział, że rodzic ma zamiar uczynić coś podobnego… Nawet, jeśli w tamtym momencie ogarniały go dziwne przeczucia z powodu roztargnienia ojca i jego tajemniczego milczenia, nie przyszłoby mu do głowy, że zechce oddać go w ręce tych chuderlawych, wypięknionych figur. Nigdy przedtem nie było mu dane ujrzeć podobnych istot, toteż ze strachu odebrało mu mowę. Odtąd przyszło mu mieszkać w tak odmiennym stylu od tego, do którego od zawsze był przyzwyczajony. Zmuszony był żyć w tym srogim, schowanym wśród drzew mieście wzniesionym z jasnego kamienia i otoczonym wysokimi murami. Budynki były jasne, wysmukłe, zwieńczone ostrymi wieżyczkami, bardzo surowe w swym wyrazie. W pewien sposób przypominały ich właścicieli. Również i oni wydawali się ostrzy w swym kształcie z tymi swoimi spiczastymi podbródkami i uszami, zakrywanymi przez długie, proste włosy. Też byli smukli i biali, a z ich nieprzeniknionych, skośnych oczu bił chłód, zupełnie jak z pomieszczeń, w których brakowało przytulności. Umeblowanie wnętrz sprowadzało się do minimum. Zazwyczaj wypełniały je urządzenia, bez których nie dało się obejść, chociaż nie brakowało im szyku. W drewnie wyżłobiono fantazyjne wzory, czasem kwiaty i chłopak nie raz wodził po nich palcami, wyobrażając sobie ruch kształtującego je narzędzia. Nic tu nie przypominało Kolowi domu. Czuł, że spotkało go straszne nieszczęście, chociaż nikt nie podniósł na niego ani ręki, ani głosu. Wprawdzie jeść również dostawał częściej niż to bywało zanim zamieszkał z elfami, mimo to nie raz burczało mu w brzuchu. Bowiem kto byłby w stanie spożywać wyłącznie zieleninę? Kol uznał, że może wiele przecierpieć, jednak wszystko miało swoje granice. Po kilku dniach karmienia w ten sposób, zgłosił protest, na którego odpowiedzią było lekceważące milczenie. Dopiero, gdy zaczęło krwawić człowiekowi z nosa, postanowiono przynosić mu mięsne produkty, których tożsamości Kol nie chciał zgadywać. Jednakże po paru miesiącach, gdy ośmielił się na spacer po nieprzyjaznym mieście i nabrał większej odwagi by pytać, dowiedział się, że otrzymuje skrzacie jedzenie, a z opowieści wiadomo mu było, że istoty te żywią się gryzoniami. Odtąd starał się ograniczać spożywanie wiewiórek i innych tego typu zwierząt, których nazw bał się przywoływać w myślach. Wrócił do mięsa dopiero, gdy z powrotem za nim zatęsknił, ale przełykał je ze łzami w oczach, próbując wyobrazić sobie, że je kurczaka. Czasem budził się nocami z krzykiem, kurczowo przyciskając do siebie poduszkę, jednak do takiego stanu rzeczy nie przyczyniła się rozłąka z rodziną, ani obecność oziębłych, niezrozumiałych dla Kola istot. Chociaż winić za swą bezsenność może wyłącznie elfy. Kol wyciągnął pod stołem nogi, lekko stykając noski swoich butów z butami mężczyzny. Jak zwykle nie było powodów, by tu siedział, a przynajmniej on sam nie widział w tym logiki, jednak w końcu zdążył zaakceptować myśl, że były sprawy, których nie powinien próbować pojąć. Od niechcenia spojrzał na przedmioty ustawione na stole. Tylko pogłębiały niedorzeczność całej tej sytuacji. Wyciągnął rękę po miękką piłkę wielkości jajka, ale dłoń elfa natychmiast zakryła mu do niej dostęp. Przez chwilę ich ręce znalazły się w pobliżu siebie. Chłopak zauważył, że jego własna dłoń wydaje się przy elfiej niemalże śniada. - Po co przyniosłeś te wszystkie rupiecie, skoro nie można ich dotknąć? – zapytał znudzonym głosem, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, iż już kiedyś zadawał podobne pytanie. - Opowiesz mi, co się wydarzyło w ogrodzie? Kol zamrugał ze zdezorientowaniem oczami, nie wiedząc czy bardziej zaskoczyło go to, iż tym razem elf znalazł wenę by dyskutować, czy też więcej zdziwił go sam sens pytania. - W ogrodzie? W którym ogrodzie? - Drzewo wiśni – uzupełnił, prawie wchodząc mu w słowo. Kol odchylił się na oparcie krzesła, czując przyspieszone bicie własnego serca. Gdy kiedyś wyznał przyjacielowi, że ma wrażenie, jakby wciąż wlepiano w niego spojrzenia, chociaż wokół siebie nie widział odpowiednich osób, na które mógł zrzucić winę, nie uważał do końca, by ktoś rzeczywiście go śledził. Wyglądało jednak na to, że nie istniało miejsce, w którym nie mieliby go na oku. Poczuł narastającą złość. - Masz problem żeby się wysłowić? Nie wiem, co masz konkretnie na myśli! Dość często chodzę do ogrodu, chociaż nie wiem, co można w nim ciekawego robić. Ukarzesz mnie za wyjadanie owoców? Ostatnia wizyta w ogrodzie była dość specyficzna. Kol i jego przyjaciel Teniel byli świadkami niecodziennego zjawiska, gdy z całkiem zdrowo wyglądającego drzewa posypały się wszystkie liście. Kol pamiętał, że zanim to nastąpiło, rozmawiali na temat elfów, wyśmiewając ich perfekcyjność i niezmordowane dążenie do zachowania ładu. Przypominał też sobie, iż urwał z gałęzi liść, a zaraz potem opadły im na głowy pozostałe, zupełnie ogołacając drzewo. Chociaż nie uważali, by ponosili za to winę, uciekali stamtąd, jakby ich gonił sam diabeł. Kol otrząsnął się ze wspomnień, twardo wbijając w mężczyznę oczy. Czyżby szukali pretekstu, aby go skrzywdzić? Na potwierdzenie swoich myśli elf wyciągnął z kieszeni podejrzanie wyglądające zawiniątko. Przedmiot był podłużny, nie dłuższy od zwyczajnej łyżki i starannie otulony brązową skórką. - Co to? – zapytał z rezerwą. Przysunął przedmiot w kierunku chłopaka, ale ten nie wziął go do ręki. - Nie podzielisz się ze mną wrażeniami? Zdradzisz mi skąd się biorą te zjawiska, Kol? Wzdrygnął się, gdy mężczyzna wymówił jego imię. W elfich ustach brzmiało ono zupełnie tak, jakby wypowiadając je mieli na myśli nocnik, albo coś równie niedogodnego. Kol nigdy nie uważał żeby ludzkim imionom czegoś brakowało. Jednakże elfy z pewnością były zdania, że Snujący się w Mroku, czy też po prostu Szyszka brzmią najwłaściwiej. - Zjawiskami… - powtórzył jego słowa Kol, jak echo. – Rzeczywiście wokół mnie dzieją się rzeczy, których nie sposób zrozumieć, włączając w to mój niedorzeczny pobyt w tym miejscu. Ale już to ode mnie usłyszeliście, toteż nie wiem, co jeszcze miałbym dodać. Wzrok elfa przesunął się na przedmioty leżące na stole i chłopak odruchowo podążył za jego spojrzeniem. Piłka, kawałek drewna, górka piasku i garść kamieni. Kol uśmiechnął się krzywo, ponownie skupiając oczy na zawiniątku. - Czy mój czas już minął? Mogę odejść? Elf wziął głęboki oddech, następnie położył dłoń na tajemniczym przedmiocie z zamiarem przyciągnięcia go do siebie. Kol natychmiast zacisnął palce na jego szczupłej dłoni, czując, że musi poznać, co to za przedmiot. Mężczyzna zmarszczył nos, z pewnością żałując, że nie założył rękawiczek. - Pokaż, co to jest. - To tylko… nawiązanie do rozmowy, na którą nie udało nam się wejść. Spróbował wysunąć dłoń, ale człowiek jeszcze mocniej ją ścisnął i Szyszka, czy też Snujący się w Mroku posłał mu przeszywające spojrzenie. - Jeśli teraz to zobaczysz, wyciągniesz błędne wnioski. - Nic ci do moich wniosków. Że też zaczęło was na raz obchodzić, co tam sobie myślę, dobre! – Chwycił jego nadgarstek drugą dłonią, odrywając go od zawiniątka. Elf schował ręce pod blat stołu, obserwując Kola z lekko zmarszczonym czołem. Chłopak podniósł się na nogi i odwracając do niego tyłem, zabrał się do gorączkowego rozpakowywania. Spodziewał się, że przedmiot będzie lżejszy, może dlatego przyszedł mu na myśl sztylet, lub inna tego typu broń. Czuł, że rozpiera go dziecięca ciekawość połączona z niepokojem. Gdy tajemnicza rzecz ukazała się Kolowi w całości, przesunął po niej kciukiem, starając się zidentyfikować dziwną, zbliżoną w swym kształcie do trójkąta blaszkę, spoczywającą mu w dłoni. Była smoliście czarna, delikatnie połyskująca granatowym blaskiem. Miała postrzępione brzegi, co mogło świadczyć o tym, że jest fragmentem większej całości. Gdy chłopak zauważył powtarzające się na niej symetryczne pręgi, krew niemalże odpłynęła mu z twarzy. Z jakiegoś powodu natychmiast skojarzył ją z rogiem smoka, tego konkretnego smoka, z którym zmuszony był stykać się od czasu do czasu. - Draniu! – zawołał, przeklinając się w duchu za ton rozpaczy, wymykający się mu z krtani razem z gniewem. Przedmiot trafiłby elfa w twarz, gdyby ten w porę się nie uchylił. - Nie boję się was! Jak długo to jeszcze potrwa?! - Porozmawiamy? Głos mężczyzny nie okazał się dostatecznie silny, aby mógł przebić szalejące w Kolu myśli. Chłopak odwrócił się na pięcie, niemalże wybiegając z sali. Na szczęście nikt go nie zatrzymał, inaczej gotów był użyć siły. - Więcej moja stopa nie stanie w tym pomieszczeniu – wycedził przez zęby, popychając za sobą wysokie drzwi. Niebawem po tym usłyszał potężny huk, wzbijający się w powietrze. Na ten dźwięk niemalże podskoczył, odruchowo zasłaniając rękoma głowę. Hałas spowodował, że gniew gdzieś się ulotnił, zastąpiony oszołomieniem. Zbiegło się kilku elfów, będących w pobliżu, aby zobaczyć, co się stało. Wśród garstki gapiów Kol rozpoznał Słowika. Wymacała dłonią ramię jednego z elfów, dopytując się o całe zajście. Kol oderwał od niej spojrzenie, kierując wzrok w stronę budynku, z którego ledwie co wyszedł. Niebotycznie ciężkie drzwi zwisały smętnie z ostatniego zawiasu, a na ich powierzchni widniały głębokie ślady wgłębień. Kol pomyślał, że takie same wydrążenia mógłby wyrzeźbić miecz… jeśli byłby bardzo pokaźny. - O w mordę… Co się stało?! – usłyszał blisko siebie głos przyjaciela. Zawsze czekał cierpliwie na Kola w pobliżu budynku. - Chodźmy. – Pociągnął Teniela za rękaw i nie zważając na intensywnie wpatrzone w niego oczy widowni, ruszył pospiesznie, pragnąc zniknąć im z pola widzenia. Nie mógł znieść ich oskarżycielskich spojrzeń. O co chodzi? Przecież nie rozwalił tych drzwi. Z jakiegoś powodu mieli na ten temat inne zdanie. - Co się stało? – powtórzył przyjaciel, uczepiwszy się jego ręki, jak rzep psiego ogona. Kol wyszarpnął się. - O to samo ja mógłbym zapytać! Byłeś na zewnątrz i nic nie widziałeś? Przeszli do miejsca, z którego nie było ich widać, a przynajmniej Kol miał taką nadzieję. Rozejrzał się dookoła, nerwowo zagryzając wargę. Znajdowali się za budynkiem świątyni, skąd często dobiegał ich śpiew Słowika. Za każdym razem chłopak odnajdował tu ukojenie. Wokół świątyni panował specyficzny spokój. Było tak cicho, że często udawało mu się wyłowić odgłos kołyszących się na wietrze dzwonków. Zwisały z dachów i mieniły się odbijając od swej powierzchni promienie słońca. Tym razem nie rozbrzmiewał śpiew kobiety, a dzwonki też zdawały się milczeć. Zupełnie nic nie mogło zapanować nad rozchwianymi emocjami Kola. Usiadł na kamienistym murku, głęboko się pochylając. Czuł na sobie zaniepokojone spojrzenie Teniela, więc spróbował wziąć się w garść. - Musimy to zrobić dzisiejszej nocy, dłużej nie da się czekać, jestem skończony. – Powiedział to prawie bez emocji, ale wiele go to kosztowało. - Skończony? - Teniel… grożono mi, tym razem nie przeżyję spotkania ze smokiem. Tym razem skończę w jego przełyku, albo co gorsza skonam w rytualnej ofierze na jego cześć! – To pierwszy raz, gdy wyraźnie wypowiedział na głos swoje obawy. Poczuł zimny dreszcz, rozchodzący się po jego ciele. - Myślisz, że elfy przez cały ten czas hodowały cię na żeś? – zapytał z wyraźnym sceptycyzmem, który tylko Kola rozsierdził. – Elfy nie żyją ze smokami w poprawnych stosunkach, poza tym... - Chcesz mi powiedzieć, że zaciągnięcie mnie do tamtych skał nigdy się nie odbyło, a wykreowała je jedynie moja bujna, dziecięca wyobraźnia?! Teniel zrobił zrozpaczoną minę. Gdy krzyczeli na niego ludzie czuł się jedynie niezręcznie, gdy czynił to Kol, a zdarzało się to niezwykle rzadko, Teniela ogarniał strach, że w każdej chwili padnie to jedno przesądzające całe jego życie słowo… ,,żegnaj”! - Hej… - przysiadł się, pocieszająco potrząsając jego ramieniem – powiesz mi dokładnie, co ci powiedzieli? - Chcą mnie wmieszać w te dziwne, niewytłumaczalne sytuacje. Wiesz, o czym mówię… - Spadające liście… - wyszeptał, bardziej do siebie niż do przyjaciela. - Między innymi. Nie mam nic wspólnego z tymi niepojętymi rzeczami zdarzającymi się od pewnego czasu. Jednak z jakiegoś powodu oni chcą mi je przypisać! Śledzą mnie i czekają, aż wpadnę w zastawioną przez nich pułapkę. A potem, potem… - Myślisz, że to czary? – przerwał mu i w jego wyobraźni stanęły przewracające się z łoskotem drzwi. Na własne oczy zobaczył, jak wgniatają się pod wpływem niewidzialnego ciosu. Teniel nie wiedział, co o tym myśleć, czuł jednak, że roztrząsanie w tej chwili tego zjawiska nie jest właściwe. - Mój ojciec powtarzał, że elfy to bardzo inteligentne dranie… Posiadają wiele umiejętności, jednak nie znają się na magii, dlatego to, czego czasem jesteśmy świadkami z pewnością jest wynikiem ich podstępnych sztuczek. Wydaje mi się, że elfy chcą, abym myślał, że władam pewnym nadludzkim darem, jednak nigdy nie rozpoznałem u siebie jakichkolwiek mocy! Dopiero mój pobyt tutaj uruchomił te dziwne zjawiska. Prawda, że niewiarygodne? Teniel nabrał do płuc powietrza, czując, że nadszedł odpowiedni moment, aby wyrazić swoją krzepiącą opinię: - Rzeczywiście podejrzane. Poza tym, czy to nie dziwne, że ledwie zaczęło się coś dziać, a już skierowali na ciebie swe podejrzenia? Jakby nie chcieli wziąć pod uwagę innej możliwości, jak tylko taką, że drzewo zwiędło pod wpływem magii. Nie potrafią dopuścić myśli, że mogliby coś spartolić, bo jakże to tak, ,,państwu idealnemu” miałoby coś nie wyjść? A ja zawsze uważałem, że za dużo manipulują przy tym ogrodzie … Usta Kola ułożyły się w uśmiech. - Słuchaj przyjacielu, w magię to ja uwierzę dopiero, gdy zobaczę wystrzelający z twojej dłoni piorun. Koniec tematu. Co do smoka – podniósł głowę, poszukując go wzrokiem na niebie – trudno jest mi pomyśleć, że elfy znalazły na niego haka, bo te jaszczury to naprawdę dumne stworzenia. Jednak coś w tym musi być, skoro tak często krąży nad elfim miastem. Po plecach Kola przeszły ciarki. - Teniel… obiecaj mi, że dzisiejszej nocy uciekniemy. – Mówiąc to popatrzył mu w szmaragdowe oczy. Wiedział, że przyjaciel nie miał wyjścia i poszedłby z nim gdziekolwiek ten by się udał, jednak i tak musiał zapytać. W mieście elfów Teniel był postrzegany, jako dziwadło i choć w jego żyłach płynęła domieszka elfiej krwi, w połowie był też człowiekiem. To już wystarczyło, aby wyłączyć go z towarzystwa. Był wyrzutkiem, odmieńcem, a trudne to były czasy dla istot wyłamujących się poza swój gatunek. Młodzieńców zbliżyło do siebie uczucie inności i zaprzyjaźnili się dość szybko, ponieważ, mimo, iż Teniel z wyglądu bardziej przypominał elfa, jego zachowanie bliższe było ludzkiemu. - Wiesz, że wszystko jest przygotowane, wystarczy odsunąć kamień. – W głosie pół-elfa dało się słyszeć z trudem tłumione przygnębienie. Kol popatrzył na niego z uwagą. – Tylko, co ja zrobię? Ludzie nie tolerują podobnych do mnie, boją się odmieńców, a tutaj elfy pozwoliły mi przynajmniej zostać. - Chociaż nigdy nie będziesz jednym z nich! – Poczuł złość. Gdy rozmawiali o ucieczce, Kol nie fantazjował, myślał o tym jak najbardziej poważnie. Pragnął wrócić do domu, spojrzeć ojcu w oczy i zadać pytania, na które nigdy nie otrzymał odpowiedzi. – Do diaska! – Porwał się na równe nogi. – Potrzebujesz się jeszcze nad tym zastanawiać?! Naprawdę nie obchodzi cię, że mogę zginąć? Nie odbiorą mi tego, co…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Atram
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…