Wróć do katalogu

OGNISKOWA cz.1

Jak to jest widzieć duchy? Mieć możliwość rozmowy z nimi, podczas gdy otaczający cię ludzie przecież ich nie widzą i nie rozumieją twojego zachowania? Czy w obecnych czasach da się tak żyć? Zapraszam do pierwszych rozdziałów nowej powieści. ABujak

ABujak, opublikowano , 51 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

17 lat temu…

Obudził ją jakiś stuk i dziwne skrzypienie… Coś cicho plasnęło w korytarzu, po czym przeciągle zaszurało. Uniosła głowę z nad poduszki i przetarła dłonią zaspane oczy. Zerknęła na elektroniczny zegarek stojący na półce. Jego cyfry świeciły na czerwono, rzucając na bok półki jaskrawą poświatę. 3.33 Dziwna godzina… - To pewnie Koko znowu rozrabia – pomyślała Ewa, opadając znowu na swoją poduszkę. Kilkuletnia kotka Koko lubiła kręcić się w nocy po mieszkaniu. Pewnie teraz zamiast spać, jak wszyscy domownicy, ona postanowiła się pobawić gumową piłeczką, albo sznurkową myszką. Kobieta ziewając przeciągle, przymknęła powieki i już chciała dać się ponieść fali senności, lecz znów to usłyszała. Stuk, skrzypnięcie… Stuk… Odgłos przekręcanego w zamku klucza… Usiadła, momentalnie trzeźwiejąc. Przecież to niemożliwe, żeby kot potrafił otwierać drzwi. Boże, oby to nie była Emilka. Przecież wie, że pod żadnym pozorem nie wolno jej samej otwierać i wychodzić na klatkę schodową. Spuściła stopy na włochaty dywan i poszukała nimi kapci. Wstając podciągnęła spodnie od flanelowej piżamy. Uchyliła drzwi i zerknęła na wąski korytarz. Nic. Cisza. Jej mieszkanie znajdowało się na przedostatnim piętrze wielkopłytowego pięciokondygnacyjnego bloku z początku lat osiemdziesiątych, których było pełno w tej części Tarnowa. Dwa niewielkie pokoje, ciasna kuchnia oraz łazienka, w której ledwie zmieściła się ubikacja, mikroskopijnych rozmiarów pralka oraz ciasny brodzik, - to wszystko upchnięto na niecałych czterdziesty dwóch metrach kwadratowych. Wszystko było urządzone skromnie, ale gustownie. Korytarz, do którego zerknęła teraz Ewa w ubiegłe wakacje sama przemalowała na kolor jasnej brzoskwini, a na podłodze ułożyła beżową wykładzinę w drobne wzorki. Ścianę zdobiło kilka oprawionych w ramki fotografii rodzinnych, teraz zupełnie ciemnych. Z progu swojej sypialni widziała tylko kawałek korytarza, oraz zamknięte drzwi do łazienki. Pokój córeczki, oraz kuchnia były za rogiem. Trzeba szybko sprawdzić, czy z Emilką wszystko w porządku i czy Koko nie wpadła w jakieś tarapaty. Kilka dni temu kotka wcisnęła się pod kaloryfer i nie potrafiła wyjść. Oby teraz nie przyszło jej do głowy coś równie głupiego… Ziewając przeszła korytarzem z zamiarem zajrzenia do pokoju swojej trzyletniej córeczki. I wtedy ze zdziwieniem spostrzegła, że drzwi na klatkę schodową są otwarte na oścież. - Co jest? – Mocno zaniepokojona, dopadając drzwi, odruchowo zerknęła do sypialni córki, lecz nawet z tego miejsca widziała, że łóżko dziewczynki jest puste. Jasna pościel leżała zrzucona na podłogę, a po dziecku nie było nawet śladu. - Boże, może ją ktoś porwał? – Jęknęła w duchu kobieta, wybiegając na klatkę schodową i zerkając pomiędzy balustradami czy gdzieś nie widać jej jedynej córeczki. Stojąca na zewnątrz przy klatce latarnia rzucała pomarańczowe prostokąty światła poprzez niewielkie okna. - Mamo, mamo, chodź – Usłyszała, jeszcze zanim zdążyła zapalić światło. – Chodź! Dziewczynka stała pół piętra niżej, ściskając pod drobną pachą swoją ukochaną przytulankę. Miała na sobie tylko różową piżamkę z naszytymi na koszulce motylkami. Koko zaintrygowana nocną wyprawą właścicielek również wychyliła się zza drzwi i z zaciekawieniem rozejrzała po obcym miejscu. Była kotem typowo blokowym, a więc nie opuszczała domu, nie licząc jedynie weekendowych wypadów na wieś. - Dziecko, co ty robisz? – Jęknęła Ewa, zbiegając po schodach. – Jak otworzyłaś drzwi? Jej głos trząsł się ze strachu. Trwoga o własne dziecko, szybko zaczęła przeradzać się w złość. Jak mogła wyjść na klatkę schodową, sama w środku nocy? Przecież dobrze wiedziała, że absolutnie nie może tego robić! - Wracamy do domu – Ewa, złapała dziewczynkę za rękę. – Masz bose stopy, zachorujesz… - Musimy iść – przerwała jej Emilka, łapiąc się podrapanej balustrady. – Nie, do domu. Nie możemy… - Dlaczego nie możemy? – Zdziwiła się kobieta. – Jest środek nocy. Trzeba iść spać. Rano muszę zawieść cię do przedszkola, a potem iść do pracy… - Nie. Nie do domu. – Dziewczynka jak na ponad trzy latka, dobrze potrafiła wyrazić swoje zdanie. Mocno trzymała się balustrady i za nic nie zamierzała jej puścić. - Proszę, wracajmy. Zaraz obudzimy sąsiadów… - Musimy uciekać – Emilka zdecydowanie pociągnęła matkę na dół. – Uciekać. Tata kazał! Po plecach kobiety przeszedł lodowaty dreszcz. Przecież to niemożliwe, żeby dziewczynka widziała ojca… - Taty nie ma skarbie – szepnęła, próbując wziąć dziecko na ręce. – Wydawało ci się… - Tata kazał uciekać! – Powtórzyła dziewczynka z uporem. Zerknęła w dół schodów, w taki sposób jakby na kogoś patrzyła. – Teraz też mówi. Woła. Uciekajcie! Ewa ze strachem podążyła za wzrokiem córki, lecz pół piętra niżej zobaczyła tylko porysowaną pisakami ścianę z beżowej lamperii oraz ciemne drzwi sąsiadów. - Wracamy – zdecydowanym ruchem pociągnęła dziewczynkę. – Popatrz, Koko nam ucieknie… - Nie! – Krzyknęła Emilka. – Tata kazał uciekać. Mówi… bomba… uciekajcie… Mamo, a co to jest bomba? Spojrzała na matkę ciekawym wzrokiem. - Musiało ci się coś przyśnić… - Mamy uciekać! – Krzyknęło dziecko, starając się wyrwać drobną rączkę z dłoni matki. – On mówi, że umrzemy! - Co ty mówisz skarbie? Tu nie ma żadnej bomby… - Ewa z całej siły starała się zachować zimną krew. – Pewnie naoglądałaś się jakiś reklam… Nagle budynkiem wstrząsnął ogromny wybuch. Ściany zadrgały, a ze stropu posypały się całe płaty tynku i farby. Ewa wrzasnęła ze strachu. Siła wybuchu była tak duża, że kobieta na chwile straciła słuch. Gdzieś obok rozległy się łoskot rozbijanych szyb i odpadających fragmentów bloku, które bardziej wyczuła ciałem niż mogła usłyszeć. Po chwili coś głośno gruchnęło prosto na ulicę, a z góry buchnął płomień, niosąc ze sobą pełno zatykającego dech w piersiach pyłu. Ewa z krzykiem porwała dziecko i zbiegła po schodach. Nim pokonała kilka stopni budynkiem wstrząsnął kolejny łomot. Latarnia pod blokiem zgasła, pogrążając schody w kompletnych ciemnościach. Emilia zaczęła płakać, wciskając się w szyję matki. Kobieta docisnęła dziecko do piersi i po omacku ruszyła w dół. Za nią z głośnym miauczeniem biegła Koko. Na parterze minęli wybiegających sąsiadów – młode małżeństwo, oraz samotną kobietę po sześćdziesiątce. Wszyscy z przerażeniem starali się jak najszybciej uciec ze, zdawałoby się, walącego się budynku. Ktoś próbował zapalić światło na klatce, lecz nie było prądu. Widocznie eksplozja zniszczyła sieć elektryczną. - Jezus, Armagedon – Krzyczała starsza kobieta, rozpaczliwie walcząc z drzwiami wyjściowymi, które nie chciały się otworzyć. Młodzieniec odsunął ręką staruszkę i sam zaczął walczyć z zaklinowanym skrzydłem. Na klatce szybko zaczynało brakować powietrza, które niemal momentalnie zastąpione zostało gryzącym w gardło i oczy pyłem i dymem. Przeciskając się w drzwiach wypadli wreszcie na chodnik i odbiegli jak najdalej od bloku, wpadając przy tym na ulicę. Jakiś mężczyzna jadący zdecydowanie za szybko czarnym sportowym BMW zatrąbił ostro i skręcił dosłownie kilka centymetrów przed Ewą. Inny wóz, ciemny ford, stanął na środku drogi, a jego kierowca wysiadł i z zaskoczeniem spojrzał najpierw na stojących na ulicy ludzi, a potem na ogromną wyrwę z bloku, z której buchały pomarańczowe języki ognia. Niebo powoli traciło swoją atramentową czerń, przechodząc łagodnie w szarości. W środku lata, o tej porze już powoli zaczynało świtać. Coraz większe języki ognia, zmieszane z czarnym dymem buchały ku niebu, zasłaniając gwiazdy i zachodzący za drzewami księżyc. - Ma pan telefon? Niech pan wezwie straż pożarną – zawołał młody człowiek w bokserkach, do właściciela forda. – W środku są ludzie, trzeba ich ratować. Szybko! Mężczyzna natychmiast wyrwał z kieszeni komórkę i wybrał odpowiedni numer. - Boże, co się stało? – Zachlipała staruszka, składając dłonie. - Chyba coś wybuchło – powiedziała cicho Ewa, wciąż mocno ściskając do piersi płaczącą Emilię. – Jakby… bomba. Z klatki wybiegło jeszcze kilka osób. Ewa wśród nich poznała sąsiadów z pierwszego piętra. Szybko przeliczyła kaszlące postacie, czy na pewno wszystkim udało się wydostać. Jedenaście osób… całe szczęście, zdążyli uciec. Ledwie wyszli spod klatki, jeden duży fragment dachu oderwał się od reszty i runął na ziemię. Ludzie z krzykiem osunęli się jeszcze dalej. W oknach bloków stojących po drugiej stronie ulicy kolejno zapalały się światła. Zza szyb zerkali na nich tłumie ciekawskich. Niektórzy trzymali w rękach telefony i robili zdjęcia, albo kręcili filmy, zamiast zejść na ulice i pomóc poszkodowanym. Gdzieś w oddali zawyły syreny strażackie. Dziewczynka przestała płakać i wciąż mocno obejmując szyję Ewy, z zaciekawieniem spojrzała do tyłu na płonący blok. - Boże, ale mieliśmy szczęście – szepnęła Ewa, nerwowo głaszcząc potargane włosy córki. – Ale niesamowite szczęście… Z tego co udało się zobaczyć, to do wybuchu doszło w mieszkaniu na poddaszu w sąsiedniej klatce. Siła detonacji była tak duża, że wyrwało kilkanaście metrów dachu i oderwało balkon poniżej. Szyby w położonych wokoło oknach wyleciały wraz z futrynami, a w mieszkaniu pod wyrwą, odpadła cała płyta, ukazując wnętrze czyjejś kuchni. Ktoś krzyczał, wzywał pomocy, gdzieś płakało niemowlę… Wreszcie podjechały trzy wozy strażackie, a zaraz z nimi karetki pogotowia i policja. Od razu zrobiło się ogromne zamieszanie. Policjanci zamknęli ulicę i próbowali odsunąć coraz większe rzesze gapiów, lekarze na szybko udzielali pierwszej pomocy poszkodowanym, strażacy gasili ogień. Kilku, wyposażonych w specjalne ognioodporne ubrania strażaków wbiegło do klatki w poszukiwaniu uwięzionych tam ludzi. Ktoś krzyczał żeby odłączyć gaz, bo w przeciwnym wypadku wyleci w powietrze cały blok. Jakaś kobieta z zakrwawioną głową szlochała głośno, że nie zdążyła zamknąć mieszkania na klucz. Młody lekarz, starał się ją uspokoić, przy okazji sprawdzając czy poszkodowana nie ma wstrząśnienia mózgu. Ewa wciąż stała na środku ulicy i wpatrując się w całe zamieszanie, mocno przytulała do siebie córeczkę. Nagle podbiegła do niej ubrana na biało kobieta. - Czy pani coś się stało? – Zapytała, uważnie obserwując trzymaną na ręku dziewczynkę. – Któraś z was ma jakieś obrażenia? Mogę was obejrzeć? Jestem z ambulansu… Lekko pociągnęła kobietę za sobą. Ewa bez oporu dała się zaprowadzić do zaparkowanej po drugiej stronie ulicy karetki. Pomimo dosyć ciepłego lipcowego poranka, obie drżały z zimna i strachu. - Niech pani tutaj usiądzie, muszę sprawdzić czy nic wam nie dolega. – poprosiła lekarka, podsuwając Ewie składane krzesełko. - Nic nam nie jest – Ewa powoli odzyskiwała głos. – Wyszłyśmy na klatkę, zanim był ten… ten… wybuch… Podszedł do nich wysoki i chudy jak patyk policjant. W rękach trzymał notatnik i długopis z pogryzioną końcówką. - Gdzie pani mieszka? – Starał się przekrzyczeć wycie syren i klaksonów. - W drugiej klatce… - Czyli obok… - Tak… - pod powiekami czuła piekące łzy. Dopiero teraz zaczynał do niej docierać tragizm sytuacji. Straciła swój cały wątły dobytek. Nie miały się gdzie podziać. - Jest pani w stanie powiedzieć ile osób mieszka na klatce? Musimy wiedzieć, czy strażacy nie powinni jeszcze kogoś szukać. To bardzo ważne. Musimy się spieszyć. Ewa Jodłowska ze wszystkich sił starała się zapanować nad wybuchem płaczu. Docisnęła chlipiącą cicho Emilkę z całej siły i odruchowo ucałowała ją w miękkie czółko. - Z parteru wyszli wszyscy – starała się skupić na odpowiedzi. – Z pierwszego piętra też. To ta rodzina, w karetce obok. Na drugim piętrze jedno mieszkanie jest puste, a w drugim mieszka policjant, który dzisiaj jest na nocnej zmianie. Małżeństwo mieszkające na samej górze też widziałam. Nie ma tylko ciężarnej dziewczyny, która kupiła mieszkanie nad nami. Taka blondynka. Policjant natychmiast włączył krótkofalówkę. - Trzeba sprawdzić mieszkanie na ostatnim po prawej. Druga klatka… - Mogę obejrzeć córeczkę? – Lekarka złapała dziewczynkę za rękę. – Chcę tylko sprawdzić, czy nic jej nie jest. - Nie. – Zaprotestowała Ewa. Ściskając Emilię w ramionach czuła się pewniej. Straciła wszystko. Zostały tylko one. – Nic jej nie jest. Kiedy doszło do wybuchu byłyśmy na klatce schodowej. - Na klatce schodowej? – Temat podchwycił policjant. Przypinając krótkofalówkę do paska usłyszał fragment rozmowy. – Co panie robiły na schodach po trzeciej w nocy? I to w piżamach? Ze zdziwieniem spojrzał na gołe stopki dziewczynki i tulonego do małej piersi spranego króliczka z weluru. - Tata kazał uciekać – wtrąciła Emilka. – Przyszedł do mnie do pokoju i kazał wstać. Ewa z zażenowaniem zacisnęła powieki. - A gdzie jest tatuś? – Drążył policjant, uśmiechając się przymilnie do małej. - Nie wiem. – Mila wzruszyła ramionkami. – W pracy. Funkcjonariusz spojrzał na Ewę dziwnym wzrokiem. - Czy pani mąż wydostał się z mieszkania? – Zapytał, starając się spojrzeć jej w oczy. – I zostawił was wiedząc o wybuchu? - Mój mąż nie żyje – westchnęła Ewa. – Od trzech lat. Małej musiało się to przyśnić. Zauważyła zdumione spojrzenia lekarki i funkcjonariusza. - Bardzo przepraszam. – Pod powiekami znów poczuła zbierające się łzy. Widocznie organizm potrzebował jakoś odreagować przeżyty stres. - Córka ma bujną wyobraźnię. Bardzo bujną… Lekarka ze zdziwieniem pokręciła głową. Nagle Emilia odwróciła głowę i zapatrzyła się w rosnący jakieś dwa metry dalej krzew żywotnika. - Ta pani z brzuszkiem jest w łazience – powiedziała nagle do matki. – Trzeba ją wziąć. Zaraz znów wybuchnie. - O czym ty mówisz? – Ewa była już bliska histerii. Nie miała pojęcia skąd u Emilii wziął się pomysł na to, że ojciec do niej przemawia i ostrzega ja przed niebezpieczeństwami. Toż to absurd! - Tata mówi, żeby się śpieszyć! Pani z brzuszkiem leży przy wannie. Policjant wymienił zaskoczone spojrzenie z lekarką. - No szybko! – Powtórzyła Emilka. – Trzeba ją ratować! - Czy ona jest zdrowa? – Zapytał wprost policjant. Jodłowska zacisnęła szczęki. - Cóż, ostatnio twierdzi, że widzi mojego męża – Ewa starała się wyjaśnić te kłopotliwą sytuację w możliwie spokojny sposób. - Jej tata już dzisiaj raz uratował im życie – wtrąciła lekarka. – Może warto sprawdzić łazienkę sąsiadki? Policjant znów włączył krótkofalówkę i przekazał informację swemu dowódcy. Penetrujący wnętrza uszkodzonych klatek strażacy natychmiast zaczęli poszukiwania. Buchające do nieba płomienie, już powoli udało się okiełznać, kilkoma mocnymi strumieniami wody, wypuszczanymi ze strażackich wozów zaparkowanych wzdłuż bloku. Liczba gapiów rosła z minuty na minutę, a sceny z gaszenia pożaru nagrywała na swoje komórki co najmniej połowa z nich. Po kilku minutach strażacy wynieśli z budynku ciężarną kobietę. Od razu zaniesioną ją do ambulansu i zabrano do szpitala, bo podobno zaczęła rodzić. Kiedy karetka na sygnale odjechała, do policjanta podszedł jego kolega. - Znaleźli ją w ostatnim momencie. Zamknęła się w łazience. – Poklepał go po ramieniu. – To był dobry pomysł z tą łazienką. Wtulona w matkę Emilia chrapnęła cicho. - Będzie miała pani gdzie się podziać z dzieckiem? – Zapytała cicho lekarka. - Strażacy już organizują hotel dla mieszkańców bloku. – Wtrącił policjant. – Trzeba wszystkich ewakuować i sprawdzić budynek czy konstrukcja nie jest uszkodzona. Na pewno zajmie to kilka dni… Zanim Ewa zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poprzez tłum gapiów przedarła się tęższa kobieta, machając rękami i krzycząc. - Ewunia! Ewunia!!! - To moja koleżanka – powiedziała Ewa. – Może ona będzie w stanie nam pomóc… Tymczasem kobieta podbiegła do karetki i bezceremonialnie uścisnęła Ewę tak mocno, że śpiące na jej rękach Emilka, aż jęknęła. - Jesteście, całe i zdrowe! Boże dzięki ci! Tak strasznie się o was bałam! Chodźcie, zabieram was do mnie do domu. - Skąd wiedziałaś, że był wybuch? – Zapytała Ewa. – Przecież jest jeszcze tak bardzo wcześnie… - Telewizor mnie obudził – kobieta niedbale machnęła ręką. – Nie wiem, chyba jakieś zwarcie było, bo sam się włączył… Akurat w programie na żywo puszczali informacje o eksplozji. - To tata… - wymamrotała dziewczynka przez sen. - Coś chyba stało się z dźwiękiem bo wył tak głośno, że omal nie dostaliśmy z Dawidem zawału. A nasz pies szczekał jak opętany… Złapała Ewę pod ramię. - No i już chciałam wyłączyć, a tu zobaczyłam na ekranie wasz blok. Od razu wsiadłam do auta i przyjechałam. - Kochana jesteś – Ewa była bliska łez. - Czy zawieźć panią do hotelu? – Przerwał im policjant. - Do żadnego hotelu nie będą jechać – Kobieta była wyraźnie wzburzona. – Do mnie pojadą. Będą u mnie mieszkać tak długo, jak tylko będzie trzeba. - To moja przyjaciółka Basia – wytłumaczyła mężczyźnie Ewa. – Jeżeli tylko pozwoli, to wolałabym zatrzymać się u niej. Przynajmniej na razie… Tymczasem Barbara delikatnie wysupłała z rąk koleżanki śpiącą Emilkę. Stojący przy nich Koko miauknęła cicho, przypominając o swojej obecności, więc Basia odruchowo wzięła ją na ręce. - Czy z mojego mieszkania można coś zabrać? – Zapytała Ewa, patrząc jak z sąsiedniej klatki wychodzą kolejni strażacy. Ogień został już opanowany, a zniszczona część bloku tonęła w pianie gaśniczej. - Proszę panią, nie ma szans na wejście do mieszkania – powiedział policjant smutnym głosem. Pani klatka, a zwłaszcza dwie ostatnie kondygnacje ucierpiały najbardziej. Z drugiej strony bloku wypadło kilka ścian. Ostatnie piętro może się w każdej chwili zawalić. Jedyne, co możemy zrobić to obiecać pani, że zabezpieczymy wszystko, co tylko uda się uratować. Jego twarz wyrażała tak głębokie ubolewanie, że przez chwilę Ewa była pewna, iż mężczyzna wybuchnie płaczem. - Najlepiej pani zrobi, jak pani pojedzie do przyjaciółki. – Powiedział, podając jej notatnik. – Proszę tylko zapisać tutaj adres i numer telefonu, pod który będzie można dzwonić w razie potrzeby. Ewa podyktowała swoje imię i nazwisko, oraz adres i numer Basi. Przecież nie miała ze sobą niczego, dokumentów, pieniędzy, nawet komórki. Czuła się taka bezbronna i obnażona, jak nigdy w życiu. - Dobra, idziemy – ponagliła ją Basia. – Nie ma sensu tutaj tkwić. Jesteście całe zmarznięte. Że też nie pomyślałam i nie wzięłam ze sobą koca… Przedarły się przez gruby tłum gapiów i przeszły na spory parking osiedlowy. Już z daleka Ewa spostrzegła zaparkowanego pod drzewem żółtego renaulta. - Nie mamy nic do ubrania – powiedziała Ewa, kiedy wraz z córką i kotką usiadły na tylnych siedzeniach. - Dla ciebie wybierzemy coś z mojej garderoby. Będzie pewnie za szerokie, ale na zakupy wystarczy – pocieszyła ją Barbara. – A dla Milusi, kupimy coś rano. Zresztą zostawiłaś u nas ostatnio kilka ubranek małej. Teraz pojedziemy do domu i położymy ją do łóżka, żeby odpoczęła. Wtedy zastanowimy się spokojnie co dalej. - Przecież ja teraz nie mam nawet pieniędzy. A tych z banku nie wybiorę, bo dokumenty zostały w mieszkaniu. - Och, przestańże się wreszcie martwić kobieto – fuknęła na nią Barbara. – Damy sobie radę. Mamy z Dawidem trochę pieniędzy, pomożemy wam. Przecież ty zrobiłabyś tak samo… - No pewnie – przytaknęła Ewa. Oparła się nieco wygodniej i w zamyśleniu wpatrywała się w mijane po drodze szare budynki. Barbara Szymczak wraz ze swoim mężem, kotem i psem mieszkali w niewielkiej wsi tuż za Tarnowem. Mieli tam uroczy czteropokojowy domek z niewielkim ogródkiem i własnym sadem, w którym od wielu lat hodowali jabłonie kosztele. Ewa często przyjeżdżała do nich w weekendy, żeby wypocząć od miasta. Jej córka Emilia traktowała Szymczaków jak babcię i dziadka, a oni, jako że byli bezdzietni, otoczyli dziewczynkę ciepłem i prawdziwą miłością. Emilka uwielbiała odwiedzać z wujkiem i ciocią piękny sad, karmić kurki i biegać po podwórku za ich sędziwym owczarkiem Chabrem. Kiedy kobiety dotarły na miejsce przed domem już na nie czekał Dawid. - Dopiero siódma rano a już skwar jak diabli – przywitał je z uśmiechem. Wziął w ramiona śpiącą Emilię, zaniósł do domu, ułożył w gościnnej sypialni i troskliwie okrył dziecko cienką kołdrą. - Myślę, że będzie jeszcze długo spała – mruknął, przymykając drzwi. – Bardzo się o was martwiliśmy. Ewa wreszcie mogła pozwolić, by szarpiące nią emocje mogły się rozładować. Usiadła za kuchennym stołem, zasłoniła twarz rękami i wybuchła płaczem. Dawid i Basia zasiedli po jej bokach i bez słowa przytulili ją do siebie. Trwali tak w ciszy przez kilka minut czekając cierpliwie, aż kobieta sama się uspokoi. Koko siedziała u stóp swojej pani i cicho mrucząc co chwila trącała jej nogę łebkiem, chcąc ją w ten sposób jakoś pocieszyć...

Sześć dni później Ewa wciąż mieszkała u Szymczaków. Emilka zadomowiła się już u nich na dobre. Dawid za nic nie chciał się zgodzić, żeby wysłać dziewczynkę do przedszkola. Tłumaczył, że po takim stresie dziecko nie powinno spędzać całego dnia wśród obcych i obojętnych wobec jej przeżyć ludzi. Zdaniem Ewy, Dawid wreszcie znalazł sobie w małej dziewczynce kogoś, kto słucha jego opowieści, chętnie pomaga w małym gospodarstwie i nie pozwala spędzać mu ani minuty na bezczynności. Tak więc na okres pobytu u Szymczaków Ewa zrezygnowała z prywatnego przedszkola. Sama zaś po tygodniowym urlopie wróciła do pracy. Do swojego mieszkania mogła wejść dopiero tydzień po wypadku. Strażacy pozwolili wziąć jej najpotrzebniejsze rzeczy, oraz wszystko co cenne. Nie było tego za wiele. Ewa z pomocą Dawida zapakowała trochę ubrań, dokumenty, portfel, album ze zdjęciami i schowane w łazience pudełko z kilkom złotymi pierścionkami. Ze sprzętu przetrwał tylko laptop, który zamknięty był w pokrowcu. Reszta – telewizor, odtwarzacz dvd, magnetofon Emilii i sprzęt w kuchni, zostały zalane podczas gaszenia pożaru. Na widok zniszczonych mebli - osmalonych sadzą obrazów, spalonego dywanu, wybitych okien i wyrwanej ściany w sypialni - Ewa znów miała ochotę płakać. Straciła swoje ukochane mieszkanko, miejsce w którym przez ostatnie lata była tak bezpieczna i szczęśliwa. Najpierw z mężem, a potem z córeczką… - Proszę się nie martwić – pocieszył ją prawnik, w obecności którego mieszkańcy mogli wejść do swojego mieszkania. – Burmistrz obiecał pomóc w odzyskaniu zniszczonych sprzętów i sam wybrał ekipę, która naprawi szkody. Poza tym technicy budowlani stwierdzili, że konstrukcja budynku nie została naruszona. Jeszcze w tym tygodniu zacznie się odbudowa. Zdaniem pracowników mieszkańcy tej klatki będą mogli wrócić do swoich mieszkań za niecałe dwa miesiące. Czy ma pani ubezpieczone mieszkanie? - Tak – skinęła głową. – Ale nie wiem, czy uda mi się odzyskać dokumentację… - A wie pan co wybuchło? – Wtrącił Dawid, biorąc do rąk wielką walizkę. – Przecież trzeba było dużej siły, że wyrwało tyle ścian i zrobiło takie szkody… - Piętro wyżej w klatce obok, dwóch młodych lokatorów zrobiło sobie w pokoju składnicę materiałów wybuchowych. Wytwarzali z nich petardy na Sylwestra i inne imprezy. Prawdopodobnie podczas mieszania składników doszło do wybuchu. - Sukinsyny! – Sapnął Dawid. – powinni dostać dożywocie! Tylu niewinnych ludzi straciło dach nad głową. - Jeden z nich zginął na miejscu. Drugi jest połamany, ale wyjdzie z tego. I proszę mi wierzyć czeka go surowa kara. - I bardzo dobrze! – Szymczak zacisnął wolną rękę w pięść. – Takie wybuchowe mieszanki przygotowuje się w specjalnych warunkach i daleko od zabudowań. Idioci… Jakbym dorwał to bym łby pourywał… Ewa z ponurą miną przeszłe wszystkie zdemolowane pomieszczenia. Jakoś trudno było jej sobie wyobrazić, że znowu tutaj będzie się dało wprowadzić dawny ład i porządek. Wszystko było takie ciemne, smutne, bez życia. Na koniec zajrzała do sypialni. Tutaj wybuch dokonał największych zniszczeń. Siła detonacji wyrwała ścianę, przy której stało łóżko, a wielkości solidnego pustaka fragmenty skruszonego betonu wbijały się w materac łóżka, dokładnie tam, gdzie Ewa zazwyczaj kładła głowę. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby jednak nie wstała w nocy. Emilia zostałaby sierotą, mając zaledwie trzy latka… Boże, jaki los bywa niesprawiedliwy…

Do domu Szymczaków wracali w kompletnej ciszy. Dawid od czasu do czasu zerkał z głębokim niepokojem na swoją pasażerkę, która z ponurą miną wbijała niewidzący wzrok w mijane drzewa. Czuł, że powinien zająć ją jakąś rozmową, ale każdy temat, jaki tylko przychodził mu do głowy zdawał się tak trywialny i nie na miejscu, iż lepiej było milczeć. Ze smutkiem odwracał więc głowę od jej wynędzniałej twarzy i skupiał wzrok na drodze. Tę kobietę spotkało tak wiele zła. Samotne dzieciństwo, życie w biedzie, wypadek samochodowy męża i jego śmierć tuż przed narodzinami Emilki. I wreszcie genetyczne choroba tego cudownego dziecka… To zbyt wiele, jak na samotną kobietę o tak delikatnym i dobrodusznym charakterze. Zdecydowanie zbyt wiele… Kiedy dotarli wreszcie na miejsce, Ewa z Basią rozpakowały ubrania z walizek. Wszystkie śmierdziały spalenizną i wilgocią. Trzeba było jak najszybciej zrobić pranie, bo ubrania mogły zapleśnieć. Segregując ubranka Emilii, Basia przybrała markotną minę, której Ewa nie mogła nie zauważyć. - Coś się stało – bardziej stwierdziła niż zapytała. – Jesteś jakaś taka… nieswoja. Barbara westchnęła głęboko. - Martwię się o Milusię – powiedziała cicho, zerkając za siebie, czy aby przypadkiem dziewczynka nie stoi zbyt blisko by posłyszeć tę rozmowę. - Dlaczego? – Jaworska wepchnęła do pralki kilka par podkoszulków. - Zrobiła się jakaś taka… - ze zmarszczonymi brwiami kobieta starała się znaleźć odpowiednie słowo. – Nieobecna. - W jakim sensie? – Ewka wybierała teraz skarpetki i drobną bieliznę córki, które wrzucała do specjalnego worka, żeby w trakcie prania gdzieś się nie zawieruszyły wśród większej garderoby. – Przy mnie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych