Wróć do katalogu

Ogród, rozdział drugi, cz.2

Spotkanie w ogrodzie osób uwikłanych w intrygę.

superslawek, opublikowano , 1 godz. 1 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Czy ktoś tam umarł? - zawołał i popędził w ciemność, z której przebijały jedynie złote nogi i mieniąca się srebrno sukienka. - Czy ktoś tu umarł? - zapytał ponownie, klękając przed Kasią. - Żyjesz? - spytał, wypił drinka, którego był przyniósł z sobą i po małej chwili ściszonym głosem jeszcze raz zapytał: - Czy umarłaś? - Czy to widać? - Wydawało mi się... - A mnie się wydaje, że jednak żyję – rzekła. - I mnie również wydaje się, że oboje jednak żyjemy – potwierdził Maniek. - Wyglądasz na potwornie zmęczoną. Kasia zaczęła głaskać swoje smukłe nogi, co od razu zwróciło uwagę Mańka. - Nie chciałabyś wrócić do światła? - zapytał. - Tutaj prawie nic nie widać. - Dlaczego? - Wydaje mi się, że rozmawiam z kimś, kogo tutaj nie ma. A jeśli ciebie naprawdę nie ma. Wyjdę na wariata. Tego się zresztą obawiam. - To ja jestem wariatką – wyznała Kasia. Maniek podrapał się po głowie. - To też się zgadza. Moja żona mówiła w bardzo podobny sposób. - A gdzie ona teraz jest? - spytała Kasia. - Czy ona nie żyje? - Owszem, w pewnym sensie umarła – przyznał i wysiorbał resztę wódki spomiędzy kruszonego lodu. - Umarła, ale ciągle jest przy mnie i zajmuje mnie swoimi kosmicznymi sprawami. Teraz jest w Paryżu na terapii. Kasia wdrapała się na swoje siedzenie i bacznie obserwowała swojego rozmówcę. - Chcesz wiedzieć więcej? - zapytał. - Ja też bym chciał wiedzieć. - Jak to? - Ci cholerni idioci wystrzelili moją żonę na inną planetę, gdzie jedynym odpowiednim dla niej miastem musiał być Paryż. To teraz jej kolonia karno-wypoczynkowa – wyjawił, pokazując trajektorię wznoszącej się i opadającej rakiety. - Podróż za jeden uśmiech, skarbie. Jak się żegnaliśmy, uśmiechała się do mnie, a ja uświadomiłem sobie jasno, że ona po prostu wymyśliła całą tragikomedię, żeby ode mnie uciec. Więc znalazła tam fantastyczne fantazyjne miejsce, w którym leczy swój spotęgowany chorobą umysłową brudny egoizm. Jest zakupoholiczką, która ma własną francuskojęzyczną opiekunko-terapeutko-piastunko-przyjaciółkę, która z kolei dla mnie robi tylko tę uprzejmość, że zwraca to, co moja szalona żona kupuje; i oto cała terapia: popełnianie błędów, naprawianie ich i zrozumienie. Czy uważasz, że to jest dobre miejsce? - zapytał. - Czy dla chorych ludzi istnieją jakieś gorsze i lepsze miejsca? - odparła Kasia. - A czy w ogóle istnieją jakiś inne miejsca, oprócz tych, gdzie pod jednym dachem męczą się normalni z chorymi? - Myślisz, że umiesz bronić swojej poczytalności? To wątpliwe. - Nie uważasz, że najlepszym schronieniem dla normalnego człowieka jest dom wariatów lub własny grób? - zapytał. - Tak, chcę przejrzystych zasad! – dodał od razu. - Czy nie jest tak, że najlepiej jest odejść z tej planety raz na jakiś czas? - spytała Kasia. - Wszystkie powyższe prowadzą do szaleństwa. Maniek zatroskał się. - Niestety to nie jest wykonalne – rzekł. - Jest duch, który pozostaje w pamięci ludzi i ja myślę, że ten duch ożywa w ludziach, kiedy już sam odchodzi drogą wszystkich ludzi. Każdy posiada jakieś własne imiona i duchy, które potem wędrują za innymi ludźmi, jak ciężar – powiedział uśmiechając się gorzko do swoich myśli. - Kiedy moja żona odeszła, szukałem śladu, który mógłby być przynajmniej częściowym obrazem jej twarzy lub imienia, albo jej ducha... jakkolwiek by tego nie nazwać. Doszedłem do przekonania, że to nie jest to samo, co gwiazdy i księżyce, które przecież zawsze można zobaczyć odbite chociażby w wodzie albo w lustrze w taką noc jak ta. Z człowiekiem jest inaczej, ponieważ jego duch rozprasza się i wnika w innych ludzi. Duch mojej żony rozproszył się całkowicie już za jej życia. - Moja mama prała w nocy w wannie, która stała za domem sąsiadów. Wówczas widywałam odbicia gwiazd i Księżyca w brudnych mydlinach i jej wąskich oczach. Wszystko się tam mieściło. Ubrana była skromnie w cienką sukienkę, miała czarne gęste włosy i duży nos. Widywałam ją wpatrzoną w swoje odbicia i we mnie, jak w jakąś odległą perspektywę, w której coś się przesuwa i dzieje; w ten sposób wypoczywała po ciężkim dniu. Tak myślę. Maniek przez chwilę wahał się, jakby nie potrafił odważyć się zrozumieć swoich myśli i wypowiedzieć ich. Pomyślał przeto, że właściwie czeka na coś. Podniósł wzrok na Kasię. - Czy opisałaś najodleglejsze miejsce, jakie znasz? - zapytał po czasie. - Znam miejsce, w którym leży opuszczony wrak. - To człowiek, statek, czy samochód? - To moja matka umiera – wyznała, jakby się dusiła. Maniek odszedł kilka kroków i zapalił papierosa. - Ile jej zostało? - zapytał z odrazą. - Niewiele. Nie ma z nią kłopotu. Umrze niebawem. - O czym rozmawiacie? - zapytał Orzech, wyskakując z ciemności. - Nie wiem – szczerze odparł Maniek i odwrócił się twarzą do swojego kolegi. - Do jasnej cholery, widzę tylko... tylko to, co widać! - zawołał wyjąwszy papierosa z ust. - Niebo jest wybitnie ogłupiające, jeśli to ma jakieś znaczenie teraz. Ale chciałbym... - podjął, lecz nie dokończył, odszedł kilka kroków dopalając peta. - Czy z nimi nigdy nic nie wiadomo? - zwrócił się do Orzecha. - Czy każdy potrzebuje mojej pomocy? Tej cholernej planecie potrzebna jest misja ratunkowa! - To będzie diabelnie ciężka misja! - żachnął się Orzech. Maniek wyrzucił papierosa, wypuścił dym i potwierdził coś skinieniem głowy. - Jestem gotów podjąć się tej misji – oświadczył i stanął twarzą w twarz z Kasią, jakby chciał z nią pomówić w bardzo ważnej sprawie. Orzech podszedł do niego od tyłu i poklepał go po ramionach, jak przyjaciela, którego zamierza pożegnać być może na zawsze. - Jeśli jesteś gotowy, powinieneś włożyć na siebie kombinezon kosmonauty. - Pomóż mi go ubrać – poprosił Maniek, a jego przyjaciel po małej chwili przyniósł coś ciężkiego i zupełnie niewidocznego w ciemności; rzucił to na trawę i wskazał ręką. - Oto twój cholerny kombinezon. Rozmiar się zgadza. Maniek pochylił się na tym czymś i zaczął to na siebie ubierać: najpierw nogawki, potem ciężkie twarde buty i górę od skafandra. Zapiął suwak z przodu i tak ubrany wykonał kilka podskoków. - Gotowy? - zapytał Orzech, a kosmonauta potwierdził ruchem głowy. - Więc jeszcze hełm... - powiedział jego asystent i włożył coś na głowę Mańkowi, a następnie zaczął tym obracać jak nakrętką słoika, wydając przy tym zgrzytliwy dźwięk. Popukał w to, jak w sferę kuli, kosmonauta pokazał uniesiony kciuk, potwierdzając, iż jest gotowy do rozpoczęcia misji. - Orzeł wylądował – oznajmił Orzech. - To jest mały krok dla człowieka, ale wielki krok dla ludzkości – odpowiedział Maniek i postąpił na przód w czarną przestrzeń, w której zniknął jakby wszedł w ścianę. - Jesteś tam? - skrzeczącym głosem zapytał członek obsługi naziemnej. - Odbiór... - Jestem. Obserwuję. Czuję się świetnie. Odbiór... - Jak aparatura? Odbiór... - Skafander kosmiczny w porządku – oznajmił Maniek. - Obecnie bez zakłóceń. Odbiór... - Daj opis podłoża. Odbiór. - Miękki piasek. Dookoła ogromne wydmy i ocienione kratery po uderzeniach asteroid. Nie ma śladów życia i wody. Oddycham sztucznym powietrzem. Widzę planetę Ziemię z ogromnej odległości. Słońce jest naprzeciwko i to wygląda jak eksperyment. Odbiór... - Jaki eksperyment? - zapytała Kasia. - Jaki eksperyment? - powtórzył Orzech, stając obok niej. - Jaki to eksperyment? Odbiór... - Planeta Ziemia to oczywiście eksperyment. Tak jak od dawna myślałem. To chwilowe działanie kosmitów. Chcą dać nam szansę na przetrwanie. Nie ma z nimi kontaktu – oświadczył Maniek, wędrując gdzieś poza zasięgiem Kasi i Orzecha. - Niebawem poznamy, że nie warto było brać w tym udział. Kosmos zanieczyszczony jest ludzkim kałem, groźnymi bakteriami i zamrożonymi ciałami istot pozaziemskich. Niepotrzebnie wysyłamy te cholerne sygnały w przestrzeń. Są one od razu odrzucane przez wysoko rozwinięte cywilizacje, jako prymitywne i niegodne uwagi zakłócenia. Przez to nikt nie chce nas odwiedzić. Odbiór... - Jak wyobrażasz sobie istnienie wysoko rozwiniętej pozaziemskiej cywilizacji w tym układzie słonecznym? - zapytał Orzech, puszczając oko do Kasi. - Słyszysz mnie? Odbiór... Kasia pochyliła się nad swoimi złotymi udami natężając uszu, aby zlokalizować kroki Mańka. - Nie próbujcie mnie namierzać. Ja wszystko czuję lepiej. Idę swobodnie w swoją stronę. Instrumenty trochę mnie zawodzą. Nie widzę sensu poszukiwania wysoko rozwiniętej cywilizacji. Nasza jest wystarczająco... wystr... co. - Wystarczająco co? - zapytała Kasia. - Odbiór... - Wystarczy mi to, co widziałem na Ziemi. Za dużo kwaśnego deszczu. Za mało słońca. Za mało pożywienia i zdecydowanie za dużo upokorzeń. Piekło to Ziemia. Odbiór... - Co dokładnie widzisz? - spytał członek obsługi naziemnej. - Opisz jak tam wygląda. Odbiór... Maniek przez chwilę borykał się z brakiem łączności. Wypowiadał jedynie pojedyncze słowa urywane przez szumy, który miały być znakiem zanikającego sygnału. Orzech z pewną obawą spojrzał w ciemność Kosmosu, z której przestały dochodzić jakiekolwiek dźwięki. - Maniek! - zawołał. - Maniek, odbiór... - Doskonała przejrzystość. Widzę połowę Kuli Ziemskiej powyżej linii horyzontu Księżyca i szaro-srebrną pagórkowatą pustynię poniżej. Powierzchnia pokryta jest licznymi śladami dawnych katastrof; nic by tu nie przetrwało. Wasza planeta wygląda jak okrągla kropla czystej wody zawieszona w czarnej przestrzeni. Nad sferą kuli widać wirujące chmury i masy powietrza w poświacie atmosfery, a poniżej brązowe i żółte połacia lądu, czyli kontynenty i niebieskie oceany. Stąpam po delikatnym piasku, który wydaje się być jednocześnie ciężki, jakby był mokry, a w dotyku do złudzenia przypomina ziemską trawę. Poruszam się swobodnie: kombinezon jest bardzo wygodny. Jedynie aparatura pomiarowa i łączność zawodzą mnie w tym świecie. Powoli zbliżam się do strefy ciemności, czyli tak zwanej ciemnej strony Księżyca. Odczuwam chłód i muszę przyznać, że zaczynam mieć pewne obawy odnośnie tej ekspedycji. Wiem, że w tej ciemności coś jest i czeka na mnie bardzo niespokojnie, jak zwierzę zamknięte w klatce. Kasia uniosła spojrzenie, jakby pytając o to co może się stać; co jest prawdą, a co jedynie wizją. Orzech również poczuł się dziwnie; w jego wycofujących się oczach pojawiło się coś na kształt zniecierpliwienia i szczególnej obawy. Kasia natężyła wzrok, próbując uchwycić cokolwiek w głębokiej ciemności. - Zaczynam odbierać ziemskie sygnały radiowe o zmiennej częstotliwości – oświadczył Maniek. - Nie mogę ustawić żadnego kanału i stopniowo tracę z wami łączność. Odbiór... - Słyszymy ciebie – potwierdził Orzech. - Odbiór... - Zamierzam zobaczyć co jest po ciemnej stronie Księżyca. - Nie rób tego – powiedziała Kasia podrywając się z siedzenia. - Nie wchodź tam. Czuję, że to niebezpieczne. ...spostrzegła, że Orzech gdzieś zniknął. Podeszła bliżej ciemności, lecz zaraz wróciła i bezradnie stała obok fotela. - Gdzie jesteś? - zapytała. - Gdzie jesteś? Maniek wychynął z ciemności i jego spocona twarz ciężko opadła na pierś. - Jego tutaj nie ma – powiedział Pajonk podpalając papierosa. Kasia widziała ciemną twarz oświetloną na moment ogniem zapałki. Kiedy zapałka zgasła, Kasia podeszła do niego bardzo blisko, w ciemności odnajdując parę wąskich oczu, na dnie których coś bardzo niespokojnie drgało. - Tfu, nie cierpię Marlboro – skrzywił się. - Ale jak nie mam swoich, to palę, co mi dają – wyznał. - A jego tutaj nie ma – powtórzył głową wskazując pobladłego kolegę. - Przestań udawać – zawołała Kasia, potrząsając lodowatą ręką Mańka - Myślę, że on udaje... Przestań udawać! – powiedziała. - To nie jest fajne. - Przestań. To nie jest fajne. Odbiór... – poprawił ją Pajonk, nie odejmując papierosa od ust. - Teraz możesz mówić wyłącznie ze mną, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Jest nas dwoje, a właściwie troje; ale tylko dwoje naraz. Chciałbym, żebyś wiedziała, że zamierzam zabrać głos w jego imieniu. - O czym mógłbyś mi opowiedzieć wobec tego? - spytała, chociaż jeszcze nie czuła na czym ta gra miała polegać. - Nie mamy nic wspólnego. Właściwie nie ma o czym mówić – odpowiedział Pajonk, doszukując się czegoś znaczącego w jej reakcji. - Powiedz mi jak jest po drugiej stronie Księżyca. - Jest ciemno i zimno – odezwał się Maniek. - Jest zimno i ciemno – rzekł Pajonk, odrywając papierosa od ust. - Widziałeś tam innych ludzi? - spytała głośno. - Nie ma znaku życia – odpowiedział Pajonk i wypuścił dym. - Nikogo tam nie było – z drugiej strony oznajmił głos Mańka. - Co czujesz? - zapytała Kasia wpatrując się w natężone oczy Pajonka. Odpowiedziało jej złośliwe milcznie. - Co on czuje? - ponownie postawiła pytanie. Pajonk zaśmiał się obelżywie i na jego wargach ponownie zawisł papieros. Usiadła, czując na sobie cierpliwe spojrzenie czarnych oczu. - Co on czuje? - podjął Pajonk po chwili. - Zastanów się i sama powiedz – dodał i uśmiechnął się wstrętnie: – Twoja matka umiera... - … ale teraz rąbie drewno na dworze, wchodzi do domu i wpuszcza lodowate powietrze do środka – powiedziała, szybko wstała, zabrała Pajonkowi papierosa i zmienionym głosem dokończyła: - Wrzuca drewno do pieca i ogrzewa się przy nim. Na zewnątrz jest noc i słyszę jak ktoś tam chodzi, ponieważ śnieg głośno skrzypi pod jego butami, a oczy matki świdrują mnie, jakby chciała zobaczyć co mam w środku. Kasia dopaliła peta do końca i wyrzuciła niedopałek. - Matka rozbiera mnie z zamarzniętych ubrań – zaczęła cedzić przez zęby, idąc ku wycofującemu się Pajonkowi.- I jak lalkę stawia przed otoczonym ciemnościami piecem, w którym skaczą długie płomienie, a potem mówi do mnie: „gdyby ojciec mógł ciebie widzieć...” Stali twarzą w twarz przez krótką chwilę, po czym Pajonk zaśmiał się z politowaniem nad nędzą tego wyznania. - Dlaczego chciałeś o tym mówić? - zapytała ignorując jego zachowanie. - Ta odrobina, która w międzyczasie odpadła od prawdy mogła być niewyrażalna. Nie rozumiem ciebie. - Nie chciałem o tym mówić – wyznał spokojnie. Kasia przez chwilę badała go wzrokiem i zauważyła, że coś się w nim zmieniło; jakby opadła jakaś złość i jej część przestała ciążyć w dzikim spojrzeniu i drapieżnym wyrazie twarzy. - Moja żona była alkoholiczką – powiedział wyraźnie. - Czyżby? - zapytała Kasia. - Najpierw miewała w zwyczaju upijać się przy każdej okazji, a potem piła codziennie zwłaszcza w samotności. Po terapii i sześciu miesiącach w zakładzie z moją pomocą odkryła, że została zakupoholiczką, więc wspaniałomyślnie spakowałem ją i wysłałem do Paryża, przezornie wynajmując terapeutkę z poleceniem zwracania wszystkich zakupów i robienia dla mnie dokładnej buchalterii. Ku mojemu zdziwieniu ostatnio zaczęła wykazywać znaczące postępy w leczeniu, wydatki zmalały i teraz myślę, że któregoś dnia będzie w stanie do mnie wrócić. Szalenie ciesze się na to spotkanie. Pajonk uśmiechnął się obleśnie, jakby raczej chciało mu się rzygać, i odszedł w pośpiechu. Z ciemności wytoczył się Paweł Trzeciak, ciągnąc po trawie marynarkę. - Dobry wieczór. Kłaniam się bardzo nisko – zaczął. - Czy ten człowiek się dobrze czuje? - To nic – odpowiedziała Kasia machnąwszy ręką. - Proszę sobie tym nie zaprzątać głowy. - Wygląda marnie. Chociaż ma otwarte oczy, jest nieobecny, jak trup – zauważył, żwawo podchodząc do Mańka. - Co się jemu stało? Za dużo alkoholu czy narkotyków? - Powiedziałam panu, żeby nie zaprzątał sobie głowy. Ten człowiek jest normalny. - Wobec tego chciałbym jeszcze tylko zapytać o jedną sprawę – powiedział Paweł. - Czy zna pani tego człowieka? - zapytał, pokazując ledwo widoczny w ciemności szkic. - Nie znam – odpowiedziała Kasia. - Nie znam tego człowieka, ale, jeśli pan go szuka, to poszedł tam – dodała i pokazała ruchem ręki dokąd. Paweł podszedł jeszcze raz do Mańka lustrując jego białą, jak kreda twarz i, żegnając się i przepraszając za przerwanie rozmowy, oddalił się we wskazanym kierunku. Kasia postanowiła też odejść, lecz wnet usłyszała, że Maniek coś niewyraźnie mówi. Zatrzymała się i zaczęła podsłuchiwać. - Zatrzymaj się – powiedział poniewczasie. - Dokąd idziesz? Chyba nie zamierzasz robić mi problemu? - Nie zatrzymuj mnie – poprosiła. - Jeszcze tylko jeden raz tam ze mną pojedziesz... - Dokąd? - Jesteś głupia. Pojedziemy motocyklem i zostaniesz tam na trzy noce, rozumiesz. Nie będziesz miala źle. Kasię oblał zimny pot. - Dwa i pół tysiąca – rzekł Maniek bezszelestnie odwracając się za jej plecami. - A potem pojedziesz dokąd zechcesz. - Ale ty już nie możesz tego zrobić – wyznała łamiącym się głosem i odruchowo skurczyła się oczekując czegoś złego. - Ostatnim razem zostałaś sama... - Musiałam opłacić hotel i nie zobaczyłam ani grosza... - Wszystko oddam. Stanął tuż za nią i w ciemności ich obie blade twarze zajaśniały, jak oblicza ludzi, którzy pozbawieni światła, żyją jak wampiry. - Matka prowadzi mnie na targowisko, gdzie zawsze pachnie kiszoną kapustą i jest tak kolorowo i pięknie, że nie mogę tym wszystkim nacieszyć swoich oczu – podjął Maniek. - Ludzie handlują tu swoimi wyrobami: warzywami, owocami, miodem, mięsem...panuje tu niespotykany gwar: każdy mówi o czymś dla mnie nie zrozumiałym. Widzę, że wąsaty sklepikarz przyzywa mnie na tył swojego nędznego i brudnego sklepu, który wygląda jak pospolita szopa pomalowana zieloną farbą olejną; a ja idę do niego, jak zwykle zresztą. Pokazuje mi swoje bogactwa i uśmiecha się do mnie przyjaźnie, ponieważ zgodziłam się mieć pewien sekret, o którym teraz oboje wiemy, że nigdy nie powiem mamie ani nikomu. Później otwierają się drzwi, przez które wybiegam, lub raczej wychodzę bardzo poważna i dostojna, a pan daje mi czerwone najpiękniejsze na świecie i zarazem zasłużone jabłuszko. Dziękuję mu za to i natychmiast wracam do mamy; lecz ona jest na mnie piekielnie zła, zabiera to jabłko i potajemnie wyrzuca do śmietnika, ale w zamian daje mi inne i prędko wracamy do domu. Potem na piecu rozpala wielki ogień i gotuje wodę w największym garnku, napełnia nią miednicę, rozbiera mnie do naga, dokładnie ogląda moje ręce i nogi i zaczyna szorować mnie mydłem, jak nigdy przedtem. Po wszystkim kładzie mnie do snu, a, gdy się budzę nazajutrz, w tym jabłku od mamy znajduję dorodnego robaka i postanawiam, że nigdy nikomu o tym nie powiem. Zapadło milczenie, podczas którego oczy Mańka wpatrywały się w odwrócony ku nim godny profil Kasi. - Przypominasz mi – wymamrotały jej sine usta. Mogła odwrócić swoją twarz do niego, lub nawet wyrwać się i odejść, lecz zdecydowała tylko nie patrzeć na niego i mimo wszystko zostać. - Czy miałem rację? - spytał. - Wróć na Księżyc... - Tam jest źle i zimno. Lecz pojedź tam ze mną. - Nie pojadę! - drgnęła. - Kim jesteś? - zapytała po krótkiej chwili. - Ja wiem, że nie jestem tobą. Może na początku byłam... i na końcu, czyli przed chwilą... ale potem i w międzyczasie już nie. Nie powinieneś był tam pójść. - Przed chwilą kazałaś mi tam pójść, a teraz mówisz, że nie powinienem był. - Jakiś facet szukał tego gościa – przypomniała. - Kazałam mu odejść. Byłeś przy tym, do diabła! - To nie była prawda – rzekł Maniek. - O czym mówisz? - Po ciemnej stronie Księżyca jest mnóstwo ludzi – powiedział. - Najpierw skłamałem, ponieważ nie chciałem, żeby Orzech to usłyszał i powiedział o tym Pajonkowi, bo temu drugiemu akurat bardzo nie ufam. Podejrzewam, że on też kogoś szuka... - ...jak tamten facet ze szkicem – skojarzyła Kasia. - Po co on szuka? - Pajonka szuka wiele osób. On zaś myśli, że znajdzie swoją zgubę pośród żywych, chcociaż wydaje mi się, że tych umarłych też by bardzo chętnie obejrzał – wyjaśnił Maniek, odgrzebując coś w pamięci. - Dlatego jedną nogą jest tu, a drugą chciałby być gdzie indziej i wciąż szuka punktu oparcia dla niej. - Co się stanie, kiedy wreszcie znajdzie tych ludzi? Zabije ich? Maniek zaczął uśmiechać się do swoich skojarzeń. - Przypuszczam, że tych ludzi już nic nie zabije – oznajmił. - Ale to są tylko moje przypuszczenia. To tylko moje myśli, więc nie gniewaj się na mnie, proszę. I natychmiast zapomnij wszystko, o czym nie chcesz pamiętać. To mój świat, nie twój. - Nie będziesz mnie dłużej zatrzymywać. To dobrze – rzekła Kasia. - Chodź ze mną do światła. - Ja zostanę – zadecydował i wyjął papierosy. - Ale ty idź i napij się. I odpocznij. - Więc dziękuję za rozmowę – powiedziała Kasia i odeszła. W ciemności minęła szybko nadchodzącego szczupłego mężczyznę. - Były problemy – powiedział do Mańka, nie podając mu ręki. - Palisz? - Daj jednego – warknął. - Były same problemy. Po drodze i na miejscu. Chcesz gadać? - Usiądź – rzekł Maniek, wskazując fotel. - Teraz powiedz mi wszystko o naszych problemach, a potem się napijemy. Widzę, że dopiero co wróciłeś. Jak długo jedzie się ze Szczecina, co? - Starałem się być na czas – odparł gwoli usprawiedliwienia i usiadł. - Cena była niższa. - O ile? - O sto tysięcy - odpowiedział, poprawiając kolczyk w brwi. - W skrytce jest o sto tysięcy mniej. Jak dzwonili, nie pytałem ile płacą. Zuza zabrała paczkę i zostawiła ją tam, gdzie zawsze i nie sprawdzałem jej, bo nie miałem czasu. Ostatnio nie pytałem ich o pieniądze. Dopiero tamci mi powiedzieli ile było zapłacone. Ale powiedzieli jak już od nich wychodziłem, więc cena została jaka jest. Nic im nie mówiłem. Potem sprawdziłem skrytkę i rzeczywiście kasa była mniejsza. To miały być pieniądze dla nas – oznajmił. Maniek uporczywie milczał. - Coś nieprawdopodobnego... - westchnął po chwili. - Mówisz poważnie? - Nie chciałem wdawać się z nimi w żadne ceregiele – tłumaczył Seba. - Pomyślałem, że mogę być następny martwy. Zamknąłem jadaczkę i zmyłem się stamtąd. Maniek zapragnął strzelić go w pysk. - Powinniśmy byli zrobić tak, jak ci tłumaczyłem ostatnio – warknął i spojrzał, jak na brudnego kundla: raczej z wstrętem, niż litością. - Nigdy nie powinieneś był włączać w to Zuzy. Nie powinienem był zostawić ciebie samego z tymi interesami. Przegraliśmy sprawę. - Od jutra Zuza siedzi w domu – odpowiedział Seba, wypuszczając dym. - Przepraszam, nie powinienem był odjechać bez tych pieniędzy – dodał i pochylił głowę, jakby rzeczywiście był złamany ciężarem tej złej decyzji. - Bałem się, jak cholera... - Żadnych kursów w tym tygodniu na starej trasie – zadecydował Maniek i wyrzucił papierosa. - Następnym razem weźmiesz lot do Berlina. Tam pożyczysz dobry wóz, przekroczysz granicę i po drugiej stronie weźmiesz paczkę od naszego człowieka. Tymczasowo mogę pozyskać nowego kuriera na twoją trasę, ale ty musisz wziąć się w garść, bo będziesz do nich chodzić; nikt inny. Podjedziesz do nich od strony Niemiec. Postaram się namówić ich na jakiś inny hotel. Będą myśleć, że jedziesz od Nikoli z Berlina. Niech tak myślą. Niech myślą, że coś się zmieniło i teraz masz kanał z tamtej strony. Pokombinujemy z hotelem, a jak nie zechcą, to w inny sposób damy im do zrozumienia, że jedziesz z zachodu, uważasz? Nikola ich przyciśnie ze swojej strony i myślę, że jakoś odzyskamy te sto tysięcy. Tylko bez pośpiechu. - Coś jest na rzeczy, skoro nie chcą opuścić Szczecina. Nie łykną innego hotelu – powiedział Seba. - Odmówili już Łodzi i Darłowa. Nie chcę tam teraz jeździć. Potrzebuję dwa tygodnie wolnego, żeby przemyśleć to i owo. Pojadę do Francji. Odwiedzę zgubę w Paryżu. - To akurat kiepski pomysł – skrzywił się Maniek. - Ona nie chce nikogo widzieć. Sebastian wypogodził się i zdjął klapki. Powoli pociągnął papierosa. - Co zrobimy z trefną sztuką? - zapytał. - Ja sprawdziłem miejsce, ty miałeś załatwić kurierów. Masz już kogoś? - Myślałem o tobie. Nie weźmiesz tego za podwójną cenę? - zaśmiał się Maniek. - Daj mi na to dwie godziny. - Na pewno? - Co na pewno? - Na pewno jesteś pewny? - zapytał Seba. - Ja bym na pewno kogoś znalazł. Myślałem już o tym. Wieczorem mogę ponownie sprawdzić miejsce, jak chcesz. Pamiętasz chyba, że to musi być zabrane jutro w nocy. To jest koniec tego interesu. Przez najbliższe trzy miesiące nie wracam do tego tematu – oświadczył, strzepując coś z rękawa koszuli. - Nawet za podwójną cenę. - Za podwójną cenę weźmiesz byka za jaja – stwierdził Maniek. - Kto zarobi na twój jacht? Jak często nim pływasz? Kto opłaci mieszkanie w Amsterdamie, w którym mieszka twoja eks? Kto zapłaci za te wszystkie koszule i zegarki, które sprowadzasz z Mediolanu? Nie wspominając już o kobietach... Kto na nie zarobi? Kto zarobi na ciebie? Sebastian spłoszył się nieco. - Tym razem wyszło gówno za małą cenę – parsknął. - Szczerze powiedziawszy myślę, że już niedługo pojadę na jakąś wymianę i mnie tam zajebią. Taki będzie mój cholerny koniec. Jak Boga kocham już widziałem, że coś kombinują i od razu zrozumiałem, że to oni załatwili tych dwóch w porcie, a mnie załatwią jako trzeciego. Przysięgam, że byłem o tym przekonany. Po prostu poczułem, że mi coś podchodzi do gardła i idzie dalej prosto do mózgu. Najpierw ja, a potem przyjdą po nas wszystkich... tak pomyślałem. Straciliśmy sto tysięcy, ale za swoją głowę dałbym milion, gdybym miał. - Nie przejmuj się – rzekł Maniek. - Swoje zarobisz. - Rok temu były z tego krocie, a teraz trzeba się z wszystkimi dzielić. Chciałbym ulotnić się jesienią, jeśli będzie mnie na to stać. Pojadę na zmywak do Anglii i tam jakoś poduczę się języków – żartował, podwijając nogawki dżinsów. - A potem zorganizuję swoje interesy i kanały – dodał. - Nie będę się irytował na ten cały piekielny syf. Pętla zaciska się coraz mocniej, aż w końcu pęknie mi szyja. - Prędzej pęknie ci trzydziestka, nim zdecydujesz się na przerwę... Seba zrobił przeczący gest głową. - Więc zdecydowałem, że jutro idą dwie osoby – powiedział Maniek, pokazując coś poza zasięgiem wzroku Sebastiana. - Widzisz? Uważaj, bo pokazuję, jak wchodzą i biorą nasz brudny szmal. - Nic nie widzę – odparł Seba. - Wystarczy mi, że powiesz. - Ja wolę pokazać ci jak to będzie. - No to pokazuj. - To jest tajemnica kto to jest. Ale uważaj, bo to możesz być nawet ty za podwójną cenę i ja w peruce, żeby nikt nie poznał się o co chodzi. Kapujesz? - Jesteś głupi – westchnął Seba. - Ale pokazuj dalej. - Wszystko obmyślone: wpadają, piją piwo przy barze... - … do rzeczy. - No to podchodzą, a oni im mówią, że nie teraz. - Komu mówią? - Uważaj, bo ci goście mówią po angielsku, więc nie zrozumiesz tak łatwo. W ogóle nikt nic nie zrozumie. Piją piwo i wódkę, odmawiają kobietom i patrzą sobie w oczy, ponieważ, uważaj, ci goście nie mają skrupułów. To młoda dzicz. - Pedały? - jęknął Seba. - Odkąd my ufamy pedałom, he? - To będzie kamuflaż. - I co dalej? - Najpierw jeden idzie tańczyć, potem drugi. Potem znowu picie i znów tańczą. Wreszcie jeden musi się odlać, a potem drugi, albo nawet mogą pójść razem, uważasz? Obojętnie. Jeszcze po jednej kolejce, a później ochrona bierze ich z łby i lądują na ulicy; jeden zbiera drugiego i idą na kwaterę. - Doskonale! - pochwalił Seba, kończąc papierosa. - Kto to będzie? - To tajemnica – szepnął Maniek. - Obejdzie się bez broni. Seba drgnął na swoim fotelu. - Zaczynam widzieć coraz więcej martwych ludzi. Jeśli będą nowe trupy, po prostu jadę na długie wakacje i tyle mnie zobaczysz – powiedział rozkładając ręce. - Widziałem zdjęcia w gazetach. - Szczecin dobrał ci się do wyobraźni – uznał Maniek. - Kiedyś byłeś odważny, a teraz jesteś złamany. Możesz zginąć: jeśli nie dzisiaj, to może innym razem. Zawsze mnie zaskakujesz. Te trupy i dzisiejsze pieniądze to za ciężki bałagan na twoją głowę. Następnym razem będziesz jechał od Nikoli. - A oni będą srać ze strachu! - To jeszcze się okaże. Towar poleci ekspresem. To niczyje pieniądze. Dwóch kurierów nie żyje. Nikt nie wie o co chodzi. Musimy działać. - Boże, dwóch kurierów nie żyje... - zmartwił się Sebastian, spoglądając na Mańka, jakby w nim spodziewał się znaleźć coś pomocnego. - Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Ciała pływały w porcie do południa. Nikt nie chciał wyciągnąć ich z wody. Brudna sprawa. - Dowiem się kto to zrobił. - Myślę, że nasze źródło w porcie też nie żyje - zaczął Seba, kręcąc się niespokojnie na fotelu. - Albo znalazł innych odbiorców i wystawił swoich kurierów. Co o tym myślisz? Teraz może zacierać ślady. Maniek zaprzeczył ruchem głowy. - Może ktoś chce nas przestraszyć. To mógł być nawet przypadek: zaszła pomyłka, załatwili kurierów, ale nic przy nich nie znaleźli. Przechowamy się jakoś i wrócimy do tych pieniędzy w swoim czasie. Znajdzie się nowe źródło. Oczy Sebastiana pojaśniały. - Powinniśmy wypić za nowe źródło – zawołał. - I za nas. - Więc chodźmy – zarządził Maniek. - Weź swoje klapki, mistrzu. - Jak szedłem do ciebie, mijałem piękną szatynkę. Przyśniła mi się kiedyś. - Nikogo nie mijałeś. - Mówię, że mi się przyśniła. - Zamierzasz korzystać z jachtu? - Klucze mam u Filipa. Znikam na tydzień lub dziesięć dni. Nie masz nic przeciwko temu? - spytał, badając Mańka uważnym wzrokiem. - A ty dobrze się czujesz, człowieku? Strasznie zbladłeś. - Nie zadawaj głupich pytań. Podeszli do stołu i wychylili po szklance. - Jeszcze na drugą nogę – syknął Seba i natychmiast łyknął nową setkę; Maniek odmówił. - Ja zamierzam dzisiaj pić lub nie pić. Wszystko zależy od tego, co się jeszcze stanie. Jak trzeba będzie, upiję się samotnie. - Nie ma mowy – powiedziała Patrycja, podnosząc kieliszek szampana i stając u jego boku. - Dobrze, że się tu pojawiłeś. Czekałam na ciebie. - Znów się widzimy, samotna kobieto – rzekł Maniek i wszyscy troje trącili się szkłem. -Pięknie wyglądasz na pomarańczowo. - Bez pomarańczowego też mi ładnie. Seba odebrał jej kieliszek i w zamian podał szklankę wódki. - Ta znajoma twarz wielu przypomina piękne chwile – wyznał Maniek, ruchem głowy wskazując czujną Patrycję. - Nie róbmy dziś wspomnień i powrotów, kochanie. One i tak zawsze zostają w pamięci. Sebastian i Patrycja porozumieli się wzrokiem, jak dwa psy tej samej rasy. - Wszystko coś znaczy – stwierdził Seba, i, zwracając się tylko do Patrycji, dodał: - Obecnie najgorzej jest mi z tym, że nie mam własnego śmigłowca. - To bagatela – odparła, machnąwszy ręką, jak na muchę. - Lepiej napijmy się wódki i ustalmy kto prowadzi ten szalony pojazd, którym obecnie jedziemy. Nie szkoda będzie go rozbić – uznała i nalała do trzech szklanek. - Oczywiście towarzystwo jest wyborne. Przed chwilą pewna więdnąca tysiącem zmarszczek pani w szczegółach zwierzała się z nocy, którą spędziła z bardzo młodym mężczyzną. Pominę detale, żeby nie rozwodzić się nad jej nędzą. Po wszystkim, rzecz jasna, musiała słono zapłacić za tę nienaturalną przygodę; stwierdziła, że ostatecznie poczuła się rozczarowana poziomem i nagannym sposobem bycia tego pana, który, wedle jej słów, dużo pił i finalnie potraktował ją jak woźnica konia – cokolwiek to miało znaczyć. Następnie bezceremonialnie ośmieliła się dodać, iż według jej oceny obecnie mężczyźni są absolutnie do niczego. Ja na to odpowiedziałam, że oczywiście poniekąd ma rację. I w rewanżu wymyśliłam historię o tym, że kiedyś miałam całkiem przyjemną noc z kobietą, lecz też nie osiągnęłam z nią

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych