Wróć do katalogu

Ogród, rozdział drugi, cz.3

Spotkanie w ogrodzie osób uczestniczących w intrydze.

superslawek, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Kim jesteś? - spytał głos Filipa. - Widziałeś moje karty? - To tylko ja – odpowiedziałem. Mój przyjaciel wyszedł zza drzewa. - Gdzie masz koszulę? - zapytałem. - Ktoś mi zabrał. Szukam moich cholernych kart. - Długo tu jesteś? - A co ci do tego? Filip ukląkł i zaczął przeczesywać trawę, klnąc pod nosem. - Co robisz? - zapytałem. - Nie twój interes. - Szukasz... - Tak – potwierdził, zbliżając się do mnie, okrążając drzewo i idąc dalej, nieustannie szukając w trawie. - Muszę je znaleźć... - Filip - powiedziała Paulina, stając między nami. - Filip, wstań. - Nie przerywaj mi! Zostaw! - powiedział ostro i po chwili, już odrobinę łagodniej, dodał: - Poznaj Orzecha. O ile w ogóle tu jest, musi siedzieć pod tym drzewem. A ty się do mnie nie zbliżaj. Miewam halucynacje. Paulina zignorowała te słowa; nie spojrzała na mnie. - Napij się wódki i chodź ze mną – rzekła, podsuwając mu szklankę. - Pamiętasz przecież, że mieliśmy porozmawiać. - Nie chcę pić ani rozmawiać – zaprotestował i odtrącił jej dłoń. - Teraz jestem zajęty. Porozmawiaj z moim przyjacielem; jest nader uczciwym i racjonalnie myślącym człowiekiem. - Wypij to! - Daj mi spokój! Wynocha! - warknął. Paulina powaliła go na ziemię, a on zaraz wstał, więc jeszcze raz go popchnęła i kopnęła w plecy. - Zostaw mnie! - zawołał, leżąc na boku. - Gdzie są moje karty, ty mendo? Paulina chwyciła go za twarz, mocno ścisnęła policzki i nalała wódkę do rozwartych ust. Filip otrząsnął się, jak po złym śnie. - Czego chcesz ode mnie? - zapytał, unosząc blady wzrok, a potem podczołgał się pod drzewo, przy którym siedziałem. - Do czego mnie potrzebujesz? Ja już nic więcej dla ciebie nie mam w środku! - Porozmawiajmy... mieliśmy porozmawiać. - Zostaw mnie! - Chodź ze mną – poprosiła bardzo łagodnie. - Idź do diabła! Gdzie masz moje karty, kreaturo? Paulina chwyciła go za łeb i zaczęła dokądś ciągnąć, lecz on ani drgnął - był ciężki i duży. Wobec tego wzięła go za rękę, lecz Filip zdecydowanie ją odepchnął i splunął na nią. - Co ty wyprawiasz? - warknęła, ścierając ślinę z ubrania. - A co ty wyprawiasz? Gdzie jest moja marynarka? - krzyknął i szybko poczołgał się do niej. - Zostaw mnie, patałachu! - syknęła, opędzając się od niego kopniakami. Filip z powrotem usiadł obok mnie i zaczął zlizywać krew z rozciętej wargi. - Ty zasrana kanalio – wycedził. - Co mi zrobiłaś! Wynocha! Nie chcę ciebie więcej widzieć! - dodał i zaczął się obelżywie śmiać. - Wynocha, psie! - powtórzył i zamilkł. Paulina wpatrywała się w niego przez chwilę, a potem umknęła w bok. Wówczas mój kolega wstał i podciągnął spodnie, śmiejąc się przy tym jak wcześniej, a krew małymi kroplami spływała z jego ust i kapała na piersi. Spojrzał na mnie spod byka swoimi jasnymi oczami. - Co ty tu jeszcze robisz? - zawołał, gmerając przy pasku. - Widziałeś moją marynarkę? Widziałeś ją, psie? Milczałem, więc skoczył do mnie nagle, a ja go odepchnąłem i znów znalazł się na ziemi. - Ty psie! - syknął do mnie przez zęby, lecz już bez złości. Uspokoił się i zaczął głaskać trawę. - Widziałeś? - spytał blado. - Nie widziałem. O co ci chodzi? - Kto tu był przed chwilą? - zapytał zainteresowany czymś innym. - Ktoś tu był. Mógłbym przysiąc – westchnął. - Ktoś zabrał moją marynarkę. Zapłacę ci, jeśli ją odzyskasz. - Szukał ciebie pewien wielki facet. - Niech mnie pocałuje w dupę – oświadczył Filip, przez krótką chwilę myślał nad tym i w końcu wycedził: - Z kimś mnie pomyliłeś... jesteś gówno wart... Tak! Ja też jestem gównem! Niech wszyscy pocałują mnie gdzieś! Rozumiesz? Tak myślę, sukinsyny. Jutro rano zobaczymy kto jest co komu winien – zawahał się i, unosząc głowę, powiedział: - Jesteśmy do siebie podobni, jak dwie krople wody. Lub niezupełnie podobni do siebie, ponieważ nasze ciała wypełnia coś innego. Ja mam w sobie coś potwornie zapalnego, jakby otwartą ranę, w którą sączą się bardzo złe trucizny. Wypełniają mnie, paraliżują różne ośrodki mojego mózgu i mojej woli, rujnują charakter – wypełnia mnie niemoc, przemoc, coś skrajnie poniżającego – tłumaczył; potem rozluźnił się i uśmiechnął. - Podobne rzeczy nie przyciągają siebie nawzajem: natura raczej dąży do konfrontacji, rekombinacji i syntezy. Oto cholerna ewolucja; miejsce, w którym spotykają się zwalczające się ośrodki. Wyobraź sobie, że stoję w gównie po kolana, a moi przyjaciele patrzą na to i mówią mi, że to nic takiego, że mam śmiało srać aż do pasa. A skoro gówno już mi i tam sięgnęło, zaczynają kręcić nosami i szeptać na uszy, patrzeć po sobie i niektórzy powoli się wycofują i idą dokądś. Wołam do nich, żeby poczekali, dokąd idą? Pytam dlaczego odchodzą. Odpowiadają na to, że bardzo chętnie zobaczyliby mnie w gównie po szyję... Uśmiecham się zadowolony, bo myślę, że wobec tego zostaną, ale oni jednak decydują się odejść. Więc pytam ich jeszcze raz dlaczego odchodzą. A oni odpowiadają, że owszem bardzo chętnie zobaczyliby mnie w gównie po szyję, ale skoro już nasrałem aż do pasa i nie mogą widzieć mojej dupy, nie będą w stanie stwierdzić czy nadal wydalam kał, a nie ufają mi na tyle, żeby uwierzyć na sowo. Rozumiesz? - zapytał. - Ja ich rozumiem – wyznał po chwili. - Czekali na coś, co miało nastąpić, ale wycofali się zanim to zobaczyli. Słowo daję, że tak było. - To było w Hiszpanii? - zapytałem. - Tak – odpowiedział, świdrując mnie swoimi słabymi oczami. - Jednego dnia przepadłem ostatecznie w tym i to było oczywiście smutne; skończyłem się, chociaż próbowałem się wycofać. Stanął pod sąsiednim drzewem i zapalił papierosa. - Owszem, jest tam kilka dobrych miejsc do gry w karty – podjął innym głosem, naturalnie i spokojnie, jak osoba, która po długim czasie wraca do zdrowia i nie chce myśleć o niedawnej chorobie. - Można grać i wszystko przegrać i to jest ta lepsza strona medalu – dodał godnie. - Siadasz do stolika, zamawiasz Jacka Danielsa, nie tequilę, i przyglądasz się ponurym kątom speluny, poodwracanym na stolikach krzesłom... Nagrzane powietrze przez drzwi bucha do środka, jak z pieca, nawet w nocy. Patrzyli na mnie, brali karty i wkrótce cieszyli się, że mnie ograli i jak szmatę wynieśli na ulicę w samych spodniach; przegrałem pieniądze, buty, koszulę i pudełko nic nie wartych kubańskich cygar. Nie chciałem się skończyć tak łatwo, ale leżałem tam na cholernym gorącym asfalcie bezbronny, jak żuk pozbawiony pancerza, i płakałem. Niewiele pamiętam z tamtej nocy. Widziałem wielkie czarne oczy odprowadzające mnie aż do końca ulicy. Potem weszliśmy w jakieś ciemne podwórko. Pomyślałem wówczas, że nie każdy człowiek będzie potrafił tak żyć, kiedy ja już się skończę, rozumiesz? Nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia ja również mogę nie potrafić już żyć. Zobaczyłem numer sześćdziesiąt sześć na murze: nos vemos en este numero, ktoś napisał poniżej. Obudziły mnie czyjeś kroki: hiszpańska kobieta podała mi ręcznik i pomogła wstać. Umyłem twarz w podwórku przy jakimś zardzewiałym kranie. Było bardzo wcześnie. Pokazała mi gdzie spałem i skąd przyszedłem i po chwili wahania zaprowadziła do siebie. Nad ranem obudziłem się ponownie, tym razem w skromnie urządzonej izbie, w której było gorąco jak w piekle. Powiedziała, że widziała mnie w nocy przy kartach i stąd pamiętała moje blade oczy. Pokazała mi gdzie była łazienka. Przyszedłem odświeżony, zdarłem z niej sukienkę i wziąłem ją na wąskim łóżku. Mówiła, że mam bardzo spokojne szlachetne oczy. Dostałem od niej nową koszulę i wróciłem do hotelu koło południa. Przez cały dzień, jak dwa cienie, błąkaliśmy się z Okiem po rozpalonych ulicach; jedyne, o czym myślałem to gdzie i za jakie pieniądze mogę się odegrać. Wobec tak ciężkich zmartwień i upału każde miasto wygląda podobnie i każda droga przez wszystkie cholerne miasta na świecie jest taka sama. Kiedy musisz zarobić grając w karty i nie wiesz jak to zrobić, krok waży sto razy więcej niż sam jesteś w stanie unieść. Mimo to idziesz szybko przed siebie – powiedział, wyrzucając peta. - Dokąd doszliście? - zapytałem. - Oko powiedział mi, że ma dla mnie jednego szulera. Przez cały dzień chodziłem boso, a wieczorem znów grałem – oświadczył. - Ludzie śmiali się, palili papierosy i pili wino w małych spelunach i restauracjach. Pierwszą rzeczą, jaką postawiłem była koszula, którą dostałem od tamtej senority. Przyniosła mi cholerne szczęście, jakbym był tego potrzebował. Rzuciłem karty na stolik, płacąc rachunek za wino i wyszedłem. Krętymi ulicami trafiłem do człowieka, o którym wspominał Oko i tam zacząłem wygrywać na dobre, chociaż wchodząc do środka jeszcze nie miałem nawet butów. Karciarze mięli czarne jak heban twarze: patrzyli na mnie z ogromnym zdziwieniem, kiedy uśmiechałem się do nich szeroko, zamawiałem kolejną whisky, piłem ich zdrowie i zabierałem ostatnie pieniądze. Skończyłem z nimi. Wówczas podszedł do mnie opalony chudy mężczyzna i zaproponował mi nową grę, z której rzekomo miałem być bardziej usatysfakcjonowany, niż z pokera. Oświadczyłem, że natenczas miałem dosyć i wypiliśmy po szklaneczce. Wróciłem na ulicę, a on szedł za mną, jak cień. Na początku myślałem, że on po prostu idzie w tą samą stronę. Zacząłem kluczyć bocznymi drogami, aby go zgubić, ale wciąż podążał moim śladem. Wszedłem do pierwszej lepszej knajpy, zająłem miejsce przy stoliku i zacząłem udawać, że czytam gazetę. Natychmiast usiadł przy mnie i zamówił najmocniejsze porto, jakie mieli. Był szczupły, mocno opalony i nie sprawiał na mnie wrażenie Hiszpana. Wypiliśmy kilka kolejek. Zacząłem zastanawiać się dlaczego wybrał właśnie mnie, a nie kogoś innego, za kim mógłby chodzić do woli po całym mieście. Śmiał się ze mnie, kiedy go o to zapytałem i powiedział, że wobec tego zaszła nieoczekiwana pomyłka. Zatrzymał przechodzącego kelnera i zapytał go o nazwę lokalu. - Sześćdziesiąt sześć - powiedział tamten. - Widzisz, to nie jest przypadek. - Nadal nie rozumiem. Jak masz na imię, przyjacielu? Przemilczał to pytanie: patrzył na mnie uporczywie, jakby czekając aż w końcu coś sobie przypomnę. - Gdzie wczoraj spałeś? - zapytał. Wyszczerzył się do mnie, jak pies. - Teraz już widzisz, że to ty mnie szukałeś, a nie ja ciebie. Napisałeś na murze, że spotkasz mnie pod tym numerem: przyszedłeś i oto i ja jestem – powiedział. - Teraz powiedz mi czego ode mnie chcesz. - To pomyłka – stwierdziłem, podpalając papierosa. - Nie rozumiem jak to się stało. - Więc dlaczego pamiętasz wszystko, o czym mówię i pojawiasz się tam, gdzie chciałeś, żebym ja był? Wezwałem kelnera. - Czy możesz przypomnieć jak nazywa się ten lokal? - spytałem. - Sześćdziesiąt sześć, już mówiłem. - Możesz odejść. Cóż... - zawahałem się, zastanawiając się czy już w tej chwili powinienem gładko zakończyć tę rozmowę. - Tak czy inaczej to jest jakaś pomyłka – rzekłem. - Umówmy się, że nie jesteśmy sobie niczego winni. Jako honorowy człowiek, powinieneś to uznać jako stosowne. Nie przypominam sobie, abym miał cokolwiek pisać na murze, to idiotyczne, a noc spędziłem z kobietą. - Kłamiesz – syknął. - Powieś się! - warknąłem, łapiąc go za krawat. Wyrwał się i natychmiast wstał od stołu. Zmierzył mnie, jak kogoś naprawdę nędznego i wybiegł, a ja za nim. Pognaliśmy do końca ulicy i straciłem go z oczu. Pomyślałem, że właściwie było mi to na rękę i poszedłem w swoim kierunku. Tej nocy zacząłem dużo pić w towarzystwie kobiet; potem chodziłem sam i zaglądałem do różnych lokali, szukając tanich alkoholi i czegoś niskiego, gorszego... jak ta kobieta wcześniej, właściwie piękna w pewnym sensie, lub zardzewiały kran w podwórku. Chciałem to zobaczyć, jakbym chciał trafić na ten ślad i wejść ponownie w krąg zdarzeń, z którymi straciłem kontakt. Później, siedząc na ulicy nad pustą szklanką, myślałem o moim dziadku tak przecież odległym, jednak obecnym. To był tragicznie żyjący człowiek, któremu nie obce były klęski umacniające w nim jego zły charakter... Dobrze, że chociaż on umarł w odpowiednim czasie. Zatrzymałem się na chwilę i usiadł pod czarnym niebem. Tamtej nocy chciałem przegrywać wyłącznie na swoich zasadach. Zaś nad ranem nie potrzebowałem już więcej kobiet i whisky, bo stały mi się one wstrętne i brudne; nie byłem też w stanie wyjść z knajpy i dojść do hotelu o własnych siłach. Obudziło mnie słońce, które zaczęło wdzierać się do sali przez szpary pomiędzy żaluzjami. Ucieszyłem się na gorzką myśl, że jednak jakoś przetrwałem tę cholerną noc. Wyjrzałem na ulicę i znów zobaczyłem tego człowieka. Kiedy do niego podszedłem, zaproponował mi cygaro. - Cholernie mnie intrygujesz – powiedział po polsku. - Chodzisz za mną i nie chcesz mi powiedzieć czego chcesz. To bardzo nieuprzejmie z twojej strony. Pełno tu takich nędznych sukinsynów, jak ty. - Chcę twojej propozycji, jeśli potem natychmiast znikniesz. Patrzył na mnie drwiąco; szalenie nie podobało mi się to spojrzenie. - Moja propozycja jest chwilowo nieaktualna. Inni też mnie potrzebują i najpierw muszę zająć się nimi – rzekł i miękko jak kot położył się na krawężniku. - Możesz już odejść, ptaszku. Rzeczywiście powinienem był pójść stamtąd od razu. - Co zamierzasz teraz robić? - zapytałem nieśmiało. - Będę chodził tu i tam, jeśli to masz na myśli. W takim mieście jak to, latem jest sporo pracy. - Ile mam ci zapłacić za to, żeby już ciebie nie zobaczyć? - Wczoraj zażyczyłeś sobie, żebym był się powiesił. Nie zapomniałem o tym w przeciwieństwie do ciebie i teraz trzeba to będzie jakoś wyrównać. Powiem wprost: zagrajmy. - O co? - zapytałem. - Nie mam już ani grosza. - Zagrasz z tymi gnojami, u których przegrałeś to kiepskie cygaro, które teraz palisz – oświadczył. - Zrobisz to dla mnie, albo znajdę cię i ubiję, jak kundla, rozumiesz? A teraz wróć do hotelu, a jak się obudzisz: będziesz wiedział po co tu jesteś – dodał. - I jeszcze jedno: pobiegniesz z bykami. Znajdę dla ciebie bestię odpowiedniego kalibru. Obudziłem się w pokoju hotelowym. Nad ranem śniłem koszmar, w którym ponownie spotkałem tego człowieka. To było nasze trzecie, lecz jeszcze nie ostatnie spotkanie. W śnie znalazłem się w jednej z knajp, które odwiedziłem minionej nocy, a on zaproponował mi grę w pokera. Usiedliśmy do stołu: ja, on i jakichś dwóch Cyganów mówiących dobrze po hiszpańsku. Była tam i ta kobieta, z którą kochałem się i od której dostałem koszulę. Podawała cienką whisky i unikała mnie, spłoszona moją obecnością. Ostatni raz zamknęły się za nią drzwi i ktoś rozdał karty. W tym śnie na dnie szklanki zobaczyłem żywego żuka, który próbował wspinać się po ściance; spojrzałem na czarne mordy tych ludzi i nie podniosłem swoich kart. Chrzczoną whisky przelałem do szklanki, w której był robak. Wówczas ten człowiek chwycił mnie za koszulę i wyrzucił na ulicę. Przez chwilę myślałem, że jest wolny, ale to jeszcze nie był koniec tego widzenia. Uciekałem przez ciemne ulice, a on gonił mnie jak szalony, jak wściekły byk; oglądałem się za siebie i widziałem tratującego wszystko byka; biegłem wiele minut i już brakowało mi siły. On wciąż podążał za mną i zaczął mnie doganiać; wreszcie popchnął mnie, a ja upadłem na kamienną posadzkę, rozbijając sobie przy tym kolana i głowę. Lecz to nie był byk, tylko ten przeklęty człowiek. Napadł na mnie, jak zwierzę: z całej siły walił moją głową o chodnik, dopóki nie straciłem tak dużo krwi, że padłem nieprzytomny. Ocknąłem się, gdy zanurzył moją głowę w brudnej wodzie w starej fontannie, chcąc mnie utopić. Na przemian widziałem zimne dno i spienioną powierzchnię czarnej wody, niskie niebo i jego chore nieludzkie oczy. Nic już nie myślałem i nie czułem, wiedząc, że wkrótce zostanę zabity, jak pies. Otworzyłem oczy, jakbym był się obudził, i znalazłem się gdzie indziej; poznałem ciemną bramę numer sześćdziesiąt sześć z tym samym napisem, co wcześniej. Nikt już mnie nie gonił i nie chciał zamordować: głowa mi pękała i byłem całkowicie mokry i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych