Wróć do katalogu

Ogród, rozdział pierwszy, cz.1

Spotkanie w ogrodzie ludzi uwikłanych w skomplikowaną intrygę.

superslawek, opublikowano , 1 godz. 9 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na barbecue do Mańka obaj poszliśmy całkiem głodni; z głodu i braku sił aż pociągaliśmy stopami po asfalcie i czasami tylko podnosiliśmy stropione spojrzenia na siebie lub na przechodniów. I rzeczywiście tego dnia czułem się jak jakiś amerykański wykolejeniec; jak jeden z tych ludzi, o których nieraz sobie myślałem i jako młodszy chłopiec nieraz chciałem nim zostać: to taki typ, który odniósł wielki sukces, zrobił karierę i zarobił niezłe miliony nie napracowując się przy tym, a potem wszystko stracił w ciągu godziny po jakimś krachu na giełdzie albo przepił wszystko w trzy noce i przegrał w kasynie, resztę zabrała kochanka lub żona, która później zwiała ze swoim kochankiem i ślad po nich zaginął... I ten właśnie przegrany typ, tak jak ja, szedłby głodny, z uczuciem raczej wielkiego kaca, bo tak wygląda taki głębszy głód po upalnym dniu, kiedy sporo się chodziło i straciło się sporo sił i nic to nie dało. I otóż ten właśnie przegrany typ szedłby przez potwornie rozgrzane miasto cały czas, jak ja, lecz w przeciwieństwie do mnie szedłby sam, w potwornym upale i w drogich lakierkach, jak ja, albo nawet jeszcze droższych, w eleganckim i dobrze skrojonym garniturze, w którym wyglądałby jak ktoś, kto każdego dnia nosi inny garnitur i zawsze wygląda w nim tak elegancko i przystojnie i młodo, jak ja, i tak samo jak ja myślał tylko o tym, żeby wreszcie odpocząć, usiąść, wypić coś mocniejszego i zjeść prawdziwy obiad. Przysiedliśmy na ławce na przystanku autobusowym. Pajonk przerzucił czarną marynarkę przez kolano i pochylił się oparłszy łokcie na kolanach. Zamknął oczy i nabrał powietrza. Długo nic do mnie nie mówił. - Dawaj, już niedużo zostało; za tą górą – powiedziałem. Uniósł głowę. - Dobra. Wyjął ostatniego papierosa i spokojnie zapalił, następnie splunął na dwa metry. Poczułem głód aż w przełyku i zacząłem zastanawiać się jak on może palić z żołądkiem przyklejonym do kręgosłupa i czy to w ogóle dobrze o nas świadczy, że jesteśmy tacy młodzi i już musimy sobie radzić z takimi rzeczami i że właściwie to nic wielkiego, bo bywało i gorzej, a teraz nie jest aż tak beznadziejnie, jak na przykład było kiedyś zimą. Pajonk wstał i ruszył trzy kroki i zaśmiał się i puścił dym na lewo. - Nareszcie coś dzisiaj przekąsimy, kurwa! - Z tym pieprzonym śniadaniem u Weroniki nie wyszło... - To ty nawaliłeś; trzeba było cisnąć ją, jak się wczoraj wykręcała. Ja bym to tak wykombinował, że zostałbym chociaż na dole w przedpokoju całą noc aż do śniadania i rano po ciebie zadzwonił lub zwędził chociaż coś z lodówki i w nogi. - Nie chciała w ogóle nic. - odparłem. - U Mańka zjemy coś na ciepło i łykniemy. Pajonk nic nie odpowiedział. Przeciągnął dłonią po swoich wczoraj obciętych włosach, które były tak krótkie, że wyglądały jak igły. - Przydałyby się jakieś dziewczyny na jutro, bo nie mam kompletnie koncepcji na resztę całego pieprzonego weekendu. - powiedział jakby zdenerwowany. Zdawałem sobie sprawę z tego, że ja teraz mogłem pójść do rodziców, chociaż u nich ostatnio też było bardzo ciężko, bo trzy dni temu nie mieli nawet chleba, ale dzisiaj stary chyba wziął zaliczkę od szefa i coś by się tam do żarcia w końcu w domu znalazło. A Pajonk nie miał nikogo i nie miał dokąd pójść w razie czego. Miał tylko mnie odkąd jego matka po ostatniej awanturze oświadczyła, że wyjeżdża do Niemiec, aby się puszczać za marki niemieckie i dolary albo euro, wzięła ostatnią dobrą walizkę i trzasnęła za sobą drzwiami, a on został sam w dwupokojowym mieszkaniu w oczynszowanej kamienicy oczywiście bez pracy, bez pieniędzy i prawie bez niczego, co mógłby sprzedać. Pajonk nie miał nikogo i był też nikim dosłownie; ledwo skończył trzy klasy liceum i rzucił to. Nie dlatego, że szło mu źle i miał słabe stopnie – wręcz przeciwnie. Ja myślę, że on myślał już o czymś innym i o jakimś przyszłym życiu, może o tym, co będzie za kilka lat i zaczął kombinować co tu zrobić, żeby chwycić jakąś wielką szansę na kasę już teraz. Mając kilkanaście lat, jak ja. Patrzyłem w skupioną twarz Pajonka, która wyglądała jak coś bardzo twardego i zdeterminowanego. Nieraz podczas dnia, siedząc w cieniu, patrzył na wszystko bardzo groźnie i wówczas cholernie źle świeciły mu się oczy, które były czarne jak węgiel i od góry zamknięte, jakby przytłoczone ciężkimi i grubymi brwiami. Nad średniej wysokości czołem również czarno odcinała się linia krótkich włosów. Oba profile miał niesłychanie równe. Usta miał koloru sinego i czasami szarego i bardzo mięsiste, a dolna warga była jakby podpompowana i większa. Jakiś cień zaciętości, czy to poprzez samo pochylenie głowy, ułożenie brwi lub ruch mięśni twarzy i zawsze ciężkie spojrzenie złych oczu, nigdy nie opuszczał tej fizjonomii. Pajonk nieraz wydawał mi się bardzo zagadkowym i skomplikowanym człowiekiem. W zasadzie nigdy nie liczyłem na to, że coś się o nim dowiem. Miał w sobie to, co było jakby niedoścignione i nie do zrozumienia dla człowieka. Był też moim świetnym kolegą, z którym zbieg bardzo skomplikowanych życiowych porażek połączył mnie chyba w dobrym momencie; nasza komitywa w każdym razie mogła pozytywnie rokować na moją przyszłość. Maniek za to był najlepszym kumplem dla nas wszystkich, zawsze miał coś w zanadrzu: jakąś dobrą flaszkę, dwie sety koksu, mocny dowcip, dobre słowo dla kumpli i nieraz nam pomagał; miał też zawsze kilka ciekawych propozycji dla swoich zaufanych kolegów, do których szacownego grona miałem ogromny zaszczyt się zaliczać. Przywitał nas szeroko otwartymi ramionami w progu swojej „rezydencji”, jak nieraz o niej mawiał z dumą. Refleks słońca przebiegł po jego wielkich sunglassach. - Świetnie wyglądacie, chłopcy! - Chyba żartujesz – odpowiedziałem i uścisnąłem mu rękę. - Czujemy się fatalnie. - Długo was nie widziałem. Zaraz będzie rozpalony grill i proponuję najpierw piwko, panowie. Od razu przestąpiliśmy próg podwórza i podążaliśmy za Mańkiem powoli między rzędami małych drzewek rosnących po obu stronach drewnianej kładki, którą szliśmy: ja pierwszy, obserwując szerokie plecy Mańka, Pajonk za mną. Okrążyliśmy jasny front domu i stanęliśmy w całkiem rozległym ogrodzie, gdzie znajdował się wielki murowany grill, na którym powoli skwierczały kiełbaski. Obok stał kucharz w białym fartuchu i czapce, który lśniącymi szczypcami obracał mięsiwo i zaraz też dołożył wielkie kolorowe szaszłyki, na widok których obaj z Pajonkiem niemal równocześnie i głośno przełknęliśmy ślinę. Rzucone na grill mięso syknęło i uwolniło strużkę białego dymu, który zniknął na wietrze. - Będzie uczta, jak lubię! - powiedział Maniek zadowolony, poklepał kucharza i natychmiast siegnął do lodówki po piwo. Kazał nam usiąść. - Jeszcze nie ma nikogo, ale zaraz przyjdą ludzie i będzie pijaństwo i impreza, jak zwykle. Dobrze wyglądacie w tych garniturach. Ja sam nie chodzę w garniakach, ale lubię je u innych. Mówcie co was. Nadal mieszkacie razem? - Tak. - powiedziałem. - Kiepsko z kasą. Nie chcesz kupić dwóch garniturów? To jedyne co nam pozostało jeszcze do sprzedania, a tak jesteśmy puści. - Ale chyba macie jeszcze jakieś inne ciuchy oprócz garniturów? Czy już wszystko sprzedaliście? - Wszystko poszło. - powiedział krótko Pajonk. - Lodówka ostatnio poszła za 150. Mieliśmy też komplet składanych krzeseł. 80 złotych. - Ja znalazłem klaser znaczków. Niby bez wartości. - ciągnąłem. - Poszło za 30 złotych w antykwariacie. - U Mariana, tego złodzieja? - spytał Maniek. - Dokładnie. - odparł Pajonk i wyciągnął się na krześle. - Teraz szukamy dziewczyn.- powiedziałem. - Też na handel? - zainteresował się Maniek, na co Pajonk odparł: - Nie, na romans. Bierzesz jedną wieczorem i stawiasz piwo, nawijasz makaron na uszy, jak chce słuchać, potem bierzesz numer telefonu, jeżeli zechce dać od razu, a następnego dnia dzwonisz i pytasz czy możesz do niej wpaść... - ...I idziesz w porze obiadowej. - dokończyłem. - Masz obiad i nieraz kolację. Najfajniej jest od razu mieć też śniadanie. - Często i to się zdarza. To z kolei zależy od tego jak bardzo ona jest głodna - zażartował Pajonk. - Ale generalnie ważne jest, żeby mieć jak najwięcej numerów telefonów. Wówczas możesz jeść w kilku domach naraz i poznajesz te wszystkie dziewczyny, one cię karmią i opowiadają o swoich sprawach, a ty słuchasz i nakładasz sobie zajebiste porcje i masz jakieś zajęcie. - Ja najbardziej bym chodził do tych, które by mnie same pytały na co mam ochotę danego dnia. - zauważył Maniek. - I one same by musiały do mnie dzwonić i umawiać się na kolejne posiłki. A co jak chcą jeść w restauracji albo jak kiepsko gotują? - Najczęściej jest tak, że jak jakaś kiepsko gotuje to chce jeść w restauracji. Bo tam lepiej karmią - odpowiedział Pajonk. - O tym nie ma mowy. Zresztą nie to jest ważne, żeby świetnie gotowała. Od biedy dla mnie wystarczy, żeby miała zawsze pełną lodówkę. Osobiście lubię jak mają też piwo. Ja mam taką zasadę, że kolacja w restauracji jest dopiero jak zjem u niej minimum dziesięć posiłków. - A ja mam taką zasadę, że jak oczywiście u niej zaczynamy już jadać wspólne śniadania – podjąłem. - to najpierw ona pierwsza gotuje i wstaje rano, a jak się okazuje, że mi nie smakują te śniadania, to ja wstaję pierwszy i ja gotuję na śniadanie jajecznicę i parówki i czarną kawę i dobre bułeczki i jak tam ona sobie życzy, a jak już robię się zmęczony tym porannym wstawaniem, to po prostu znajduję inną dziewczynę i śniadania jem u innej, wysypiam się lepiej, a do tej wcześniejszej przychodzę tylko na obiady. - Dobre! - pochwalił Maniek. Kucharz wniósł kiełbaski. Usiedliśmy przy drewnianej ławie i rzuciliśmy się jak wygłodniałe wilki na mięso. Maniek spokojnie pociągnął piwko i oparł się łokciami na blacie aż cały stół zatrzeszczał. Rzekł: - Mam tylko nadzieję, że do mnie nie wpadliście po to, żeby się najeść, jak do którejś ze swoich dziewczynek. Bo jecie jak byście trzy dni nie mieli nic w ustach. - zrobił pauzę i podjął spokojnie: - A u mnie po staremu. Brat w Niemczech, żona we Francji na zakupach, aż wstyd mi o tym mówić... ciągnie ode mnie każdego tysiąca. Muszę się jej pozbyć. Dom wreszcie skończony, jeszcze tylko została łazienka na górze. W przyszłym tygodniu będzie fachowiec i będzie zapieprzać tam dniami i nocami. Na wszystko idą pieniądze i aż rzygać mi się chce, bo ostatnio kupuję tylko i pieniądze idą jak woda i wkrótce ich zabraknie. - Nie masz kasy? - zapytałem znad talerza. - Mam, ale już mało. Ale będę mieć więcej, znasz mnie przecież. - Dawno się nie widzieliśmy. Chyba w sumie pół roku. - spojrzałem na Mańka. - U mnie spoko – odparł i sięgnął po butelkę. - Wiecie, że dobrze, że do mnie przyszliście? Przyszliście właśnie teraz, kiedy najlepsze czasy się kończą i zaczyna się bessa? Tak jest moim zdaniem... - Ja nie znam się na tym. - odparłem. - A szkoda. My możemy się teraz między sobą bratać, jeść z grilla to wspaniałe mięso od kucharza, który za dzisiejszy wieczór bierze to, na co wy musicie kraść przez tydzień. I będziemy dzisiaj wspólnie żartować, jak zawsze, ale daję wam słowo, że za dziesięć lat od tego momentu... - zrobił przerwę i spojrzał na swój ciężki zegarek.- ...jedni z nas będą w zupełnie innych miejscach i z innymi ludźmi; niektórzy pozostaną razem na długo, ale też zmienią miejsca i priorytety i zasady i zmienią domy i samochody i przyjaciół, języki i otoczenie... Niektórzy na pewno odniosą sukces, albo poniosą porażkę. Dlatego dobrze, że spotkaliśmy się tacy jak teraz. Nawet gdybyśmy nie spędzili tak wiele czasu tu razem, może kiedyś byśmy spotkali się i tak. Ja bym chyba chciał w to wierzyć. - ...jako inni ludzie. - podjął Pajonk przeżuwając kiełbasę. - Spotkali byśmy się już jako inni ludzie. Byłoby ciekawiej! Twarze pozostałyby te same i personalia może też, ale spotkanie byłoby jak dwóch innych osób. Tylko i wyłącznie jako inni ludzie spotkamy się w przyszłości. - stwierdził górnolotnie. - Ja bym was nie chciał może nawet znać za kilka lat, gdybym was już kiedyś nie poznał. - dodał wygodnie rozpierając się łokciami na stole. - Po wszystkim, koledzy, pochowajcie mnie gdziekolwiek pod tym niebem. Przecież nie wiem, co w nas siedzi teraz, a wyjdzie za kilka lat lub godzin. Nie znamy siebie nawzajem doskonale, jak w matematyce. Teraz jestem sobą i wy jesteście sobą, bo kim mielibyśmy w końcu być; ale daję wam słowo, że się zmienimy. - zawyrokował celując widelcem w Mańka. - Zawsze byłem wizjonerem dla takich zmian, tylko dotychczas nie zawsze był czas i miejsce, żeby za cokolwiek wziąć się na poważnie. Zawsze jest jakaś piekielna bieda w moim życiu i już z niej nieraz wychodzę i widzę u siebie poprawę, ale potem znów wracam do picia i złych wspomnień i wszystko tracę. Chociaż może i to niewiele. Ja kiedyś będę miał wielki jacht i będę nim pływał po Morzu Śródziemnym, jak Seba na wakacjach w Chorwacji; i na bogato będę podpływał w upalne dni do portów i drogich przystani jachtowych na Morzu Śródziemnym i tam będę spędzał kilka godzin lub kilka tygodni w mieście i na plaży; koniecznie tam, gdzie są słońce i spokojne błekitnookie kobiety, z którymi będę rozmawiał po włosku lub angielsku. A one będą chodziły prawie nagie z brązową opalenizną, którą będą smarować olejkami pachnącymi cytrynowo; będę z takimi chodził na spotkania i będę płacił za ich kolacje i hotele i myślę, że będę przy tym perfidny i skąpy w miarę możliwości; a one z ogromną przyjemnością, aby spędzić w moim towarzystwie kilka spokojnych godzin na kosztującym trzydzieści tysięcy euro jachcie, bedą pozbywały się swoich osobowości i strojów kąpielowych i w ogóle zrobią dla mnie wszystkie te rzeczy, o których teraz jeszcze nie wiem, bo to są takie rzeczy, wiecie... jak by to powiedzieć: nieludzkie – dodał zadowolony. - Tak, nieludzkie, bo ja już wówczas nie będę człowiekiem. Będę już następnym człowiekiem bogatszym o jedno życie. Moje obecne niekompletne życie zostanie wchłonięte, jak jakaś masa wspomnień i natręctw, przez tego nowego i ulepszonego mnie. I ten obecny biedny i szpetny ja będę pierwszą i fundamentalną jakością i też dużą nauczką dla tego drugiego mnie – podkreślił i zabrał się za obgryzanie kurzej nóżki. - Na pewno nie będę już tym samym stworzeniem, którym jestem teraz, tylko jakimś większym i pewniejszym siebie spokojnym człowiekiem. Czyli zmienię się. A potem zobaczę, że kobiety, jachty i słońce i alkohole i pieniądze to jedna wielka próżnia a nie sukces i uznam, że w tym życiu na jachcie jest za dużo zgrozy i przywiązania i zmienię je na jakieś inne, na które będę bardziej zdecydowany i którego będę jeszcze mniej godny. - Ja muszę najpierw skończyć z tym całym gównem. - gorzko stwierdził Maniek, odwrócił się na moment, splunął i wrócił do rozmowy: - Nie jest mi dobrze na żołądku. Bardzo dobrze jest mieć wizję. I trzeba też mieć jedną zasadę, przy której można być nawet w biedzie i samemu. Trzeba mieć taką zasadę, żeby wiedzieć, że najgorszy typ tak zwanego człowieka to ten, który nie potrafi się pogodzić z moją zasadą. I pogodzić się z innymi. Wiem, że są tacy ludzie, nawet wśród naszych dalszych znajomych – pociągnął piwa.- którzy są całkowicie poddani tej całej, jakby to ująć, kombinacji, i chcą budować się na moich słabościach, o których wiem, że ich nie mam. Dopiero po kilku latach dowiedziałem się jakie były moje mocne i słabe strony i czy nie nadszedł już czas, aby zmienić zasady. Przecież po jakimś czasie trzeba zweryfikować to i owo. Pchając przed sobą wózek obładowany jedzeniem i alkoholem, od strony domu nadchodził kuchmistrz przyodziany w wieczorowy kostium w kolorze czekoladowym. Przy ciężko zachodzącym ostatnim słońcu ucichły nasze głosy: słychać było kroki na drewnianym trapie i pobrzękiwanie przestawianych butelek wódki. - Pierwsi goście z listy tych gorzej ubranych zaraz powinni się pojawić – stwierdził Maniek - Tyle lat wszyscy się znamy, że nie sposób nie przewidzieć kto się spóźni, prawda? Miało być wesoło, zaczęliśmy od kobiet i wspomnień i doszliśmy do biedy i klęski. Pajonk spojrzał podejrzliwie na Mańka. - Goście będą za pół godziny, słyszysz?! - zawołał gospodarz do kuchmistrza. - Słyszysz?! Tamten skinął głową, że tak. - Nie nastawiaj dużego ognia! Wszyscy goście mają się porządnie naczekać na jadło i upić w międzyczasie! - dodał gwoli pouczenia, a do nas powiedział: - Drań dzisiaj dostanie odprawę, jak nie będzie porządnie pracował. Dwa tygodnie temu też go wziąłem i się nie spisał. Widziałem go jak popijał. Milczeliśmy. - A gdzie było to duże ognisko? - spytałem. - Pamiętacie? Paliliśmy śmieci i drewno przez całą noc. A potem Maniek miał wypadek... Gdzie to było, Maniek? - Zgadnij. - Tam, gdzie teraz jest grill - odpowiedział Pajonk. - Od razu to zauważyłem. Dlaczego tam? Czyżby jakaś symbolika? - Myślę, że tak. Zresztą to, że będzie grill, było pewne – powiedział Maniek. - Zawsze chciałem mieć palenisko na podwórku i uważam, że nie mogłem go zrobić w innym miejscu. To by nie wypadało. Zresztą lubię takie symbole i myślę, że to coś znaczy, że od początku tam jest miejsce na ogień w tym ogrodzie. W ten sposób oddałem cześć naszej przyjaźni i teraz ten ogień tam pali się, aby upamiętnić to zdarzenie. I bardzo dobrze, że tak pozostało. Zgodnie zderzyliśmy się butelkami wznosząc toast. - Podobno najważniejszą rzeczą w życiu człowieka jest mieć miejsce, do którego można zawsze pójść, tak było napisane – powiedziałem. - Nieraz czułem, że Pajonk ma ochotę wyjść z domu i poszwędać się i oddychać powietrzem, bo w mieszkaniu było mu za nudno. Wychodziliśmy i spacerowliśmy bez celu nic do siebie nie mówiąc i nikogo nie spotykając po drodze. To były szare dni i czegoś ważnego mi brakowało koło mnie. - My tak żyjemy – dodał Pajonk. - Jak bezdomni. Nie robimy niczego konkretnego, śpimy do południa i w nocy nieraz dokądś idziemy, wypijamy parę kolejek, a jak już nie mam ani grosza, to Orzech zawsze znajduje parę groszy na wódkę i piję dalej. Wracamy do domu autobusem na gapę, a jak jest ładna pogoda - to wracamy na piechotę – zwierzał się Pajonk. - Nieraz ja prowadzę Orzecha, czasami Orzech prowadzi mnie. Ostatnio nie mamy co do garnka włożyć i tak nie jest nam źle, jest wesoło. Umawiamy się z jakimiś dziewczynami, z którymi najprawdopodobniej żaden z nas nigdy nie chciałby się związać. To upokarzające z jednej strony, ale jest to też jakaś forma zabawy. Gorzej jak zabraknie nam pomysłów i dachu nad głową... - … i idiotek, które będą nas sponsorować i dokarmiać – dokończyłem. - Pajonk jest strasznym pedantem. Nieraz budzi mnie nad ranem i mówi: „spójrz, co twoja dziewczyna narobiła w łazience”, ja wstaję i idę i patrzę, a na lustrze jest napisane: „Kocham Cię, Pajonk, ale już tutaj nie wrócę”. I Pajonk każe mi to umyć, a ja mówię, że to była moja dziewczyna, ale to jego kochała i to on spał z nią ostatniej nocy, więc niech on to umyje. I zawsze jest awantura. O ręczniki, o niepozmywane naczynia, o wypite piwo. Wówczas myślę, że mógłbym przecież być z jakąś kobietą i na pewno nie byłoby mi aż tak źle. - A nie myśleliście o kobietach na serio? - spytał Maniek, pociągnął piwa i poskubał się po brodzie z namysłem. - Sypiacie wciąż z innymi i to w dodatku obaj. To nie jest higieniczne i nie będzie z tego nic dobrego dla was, jako przyjaciół. Kobiety zawsze potrafią spieprzyć relacje między mężczyznami i najczęściej do tego właśnie dążą. - Trzeba mieć kasę – powiedziałem i zrobiłem kwaśną minę. - A ja nie mam pieniędzy, bracie, i nieprędko będę je mieć. Znam realia i wiem też, że do domu nie opłaca mi się wracać. Zresztą nie mogę zostawić Pajonka. Nie poradziłby sobie beze mnie. - Nie opłaca ci się mnie zostawić, bo niedługo będę mieć ciężką gotówkę – powiedział półżartem i błysnął do mnie oczami. - Wówczas razem popłyniemy do ciepłych krajów i będziemy żyć, jak żyjemy teraz - jak bezdomni; bo bezdomnego wyciągniesz z ulicy i będzie mieszkał w domu, ale ulicy z bezdomnego nie wyciągniesz. A tam, jak już będzie kasa, to kobiety przyjdą same i bedą nam pokazywać swoje śliczne buzie, piersi i pośladki, a ty, leżąc na plaży w rozpiętej hawajskiej koszuli, będziesz zaglądał im w paszcze, świecił tam latarką i wkładał palce i, jak któraś nie będzie miała wszystkich zębów zdrowych, to będziesz jej mówić, że ma najpierw pójść do stomatologa, bo ty sobie szukasz materiału na matkę dla swoich dzieci, a nie dziwkę. Maniek zamyślił się i jakby spochmurniał. Poszedł po flaszkę wódki, nalał wszystkim do szklanek i dorzucił lodu. Stanął w pomarańczowym poblasku słońca, który spomiędzy kotłujących się chmur opromieniał niebo na linii horyzontu. Jego silna sylwetka, pracujący kark i krótkie wielkie ręcę zakryte poruszającymi się tatułażami stanowiły jakąś potworną całość. Jedynie oczy Mańka zawsze pozostawały tak samo niebieskie, czyste i świeże jak u nastolatka. Opalona i starannie wypielęgnowana skóra twarzy, spalona na złoto niedługa broda i granatowy polo pasowały do siebie i wyglądały jak coś pochodzącego z lepszego stylu życia. W tej postaci było bardzo dużo energii i witalności: chodził spokojnie, nie mówił za dużo, zawsze patrzył czujnie i nie okazywał lekceważenia wobec żadnej osoby lub zdarzenia w swoim otoczeniu. Przysiadł na krześle i z grymasem na twarzy przełknął wódkę, nalał wszystkim jeszcze raz i znów wypił. - To było za moją żonę – wyznał i odstawił szklankę. - Teraz ona jest tam, a ja jestem tu. Tracę powoli kontakt i mam coraz mniej chęci, aby ten kontakt nawiązywać ponownie i ponownie i ponownie. Zawsze jest tak samo – opowiadał. - Bo ona ma problemy. Od czasu naszej ostatniej podróży na Hel jest innym człowiekim. - stwierdził i spojrzał na nas. Pomyślałem, że nie do końca to rozumiem. Wiatr zakołysał drzewa w ogrodzie i zajrzał w moją twarz. Przypomniałem sobię tę historię, ponieważ znałem ją z kilku źródeł. - Półwysep jest przeklęty - powiedziałem. Z tamtego roku doskonale pamiętałem tylko tyle, że po bezsennej zimie przyszła lodowata wiosna: stalowe niebo każdego dnia przesuwało się nad mokrymi plażami i bardzo często padał drobny deszcz. Drzewa, krzaki i morskie śmieci oblepione wodorostami, powalone i roztrzaskane zalegały w ciężkim piachu. Po wcześniejszych ustaleniach Seba, jego partnerka Patrycja, Maniek i Ania spędzali wieczór w czworo popijając wódkę i dorzucając do pieca w opuszczonej rybackiej szopie na Półwyspie Helskim. Bawili się dobrze: mieli materac do spania, śpiwory i koce i dość wódki, aby przesiedzieć tam całą noc. Podobno nie spali do późna, pili wyborową z plastykowych kubków i palili haszysz aż wszyscy zasnęli. Następnie wstali, zrobili ogień w prymitywnym żelaznym kominku i poszli spać, jak tylko poczuli przyjazne ciepło. Nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno nad wodą i nie było widać odległych fal, ogień w piecu zaczął niespokojnie się poruszać i niebawem przyszedł potwornie silny wiatr; zaczął się kataklizm; szopa trzeszczała, a wszyscy zbudzeni wsłuchiwali się w porywy wiatru myśląc, że niebawem deski poodpadają i cała konstrukcja runie im na głowy. Wiatr wył w szparach i sypał piaskiem do wnętrza izby. Ogień w kominku zgasł, a popiół i żar posypały się na posłania. Cztery pary oczu świeciły w ciemnościach szopy rozglądając się bezradnie i oczekując końca burzy. Trwało to kilkanaście ciężkich minut, nim żywioł osłabł, ściany szopy przestały się ruszać i, gdy wszystko ucichło, Maniek pierwszy wychylił całą głowę poza śpiwór. Przeszywający chłód minął i cień zawisłej nad plażą chmury przewędrował pomiędzy deskami ścian w kierunku morza. Wówczas wichura ustała. Maniek wyszedł obejrzeć co się stało i na zewnątrz zobaczył tylko szeroko otwarte i puste morze i gładką plażę, a na linii horyzontu tuż nad wodą słabo świeciło szare słońce otoczone czarnymi chmurami. Seba stanął obok Mańka chowając się głęboko pod kołnierzem kurtki. Cały czas zrywał się porywisty wiatr, a zimne powietrze przewalało się plażą niosąc mokry piasek. Sebastian poszedł obejrzeć szopę od zewnątrz i tuż za nią znalazł kogoś leżącego i zawiniętego w grube korzuchy i czapy. - Jak weszliśmy do tej szopy zaraz na początku – zaczął mówić Maniek. - znaleźliśmy w rogu jakieś stare koce i inne śmieci, a w środku nad drzwiami zrobiony był znak krzyża, czego nie zauważyliśmy przedtem. Pod proporcami leżały zawinięte w szmaty trzy książki i stara grzałka do podgrzewania wody i pęknięty słoik. - Jak nazywał się człowiek, który tam mieszkał? - spytał Pajonk. - Nazywał się Maciek – odparł Maniek. - Zresztą nie wiem czy to było jego prawdziwe imię. Na wszystkich trzech książkach, które znalazłem była dedykacja „dla Maćka Sztetera za pilną naukę”. Szukałem po ludziach i w książce telefonicznej, ale nie natrafiłem na nic konkretnego – powiedział i nalał jeszcze wódki do szklanek. - Więc niech ten facet pozostanie anonimem! – stwierdził gorzko, jakby miał uraz do tego człowieka, iż nawet nie pozostawił po sobie żadnego konkretnego imienia. Maniek wziął szklankę, odlał odrobinę wódki na trawę i łapczywie dwoma pełnymi łykami wychylił resztę. - A co na to wszystko Seba? - spytałem spokojnie. Maniek zachmurzył się na twarzy i splótł ręce na piersiach. - Seba kupił jacht i zniknął na sześć miesięcy po tym jak ponownie odwiedziliśmy tę chatę. Myślałem, że coś tam znajdziemy; przekopałem ściany dookoła, przewróciłem szopę do góry nogami, powyrywałem deski z podłogi i obmacałem strop. Nic nie znalazłem. Byłem wściekły, a potem Sebastian zabrał mnie do samochodu i odjechaliśmy stamtąd. - Byłeś tam jeszcze poźniej? - zagaił Pajonk. - Tak – odparł Maniek. - Oglądałem to miejsce wiele razy i nic nie pomogło. Robiłem też zdjęcia. Pierwszy raz pojechałem tam zaraz po tym jak Ania przemówiła. Obudził mnie telefon i matka Ani powiedziała, że da mi teraz kogoś do telefonu i usłyszałem pierwsze słowa. Milczała przez dziewięćdzisiąt dziewięć dni! Chociaż było to bez sensu, od razu wsiadłem do samochodu i pognałem na Hel. Nic tam nie znalazłem. - Co byś chciał znaleźć? - rzucił Pajonk odpalając papierosa. - Myślę, że już nie wiem co mógłbym chcieć tam znaleźć. Teraz już nic tam nie ma. Spaliłem to miejsce jakiś czas temu. Szopa poszła z dymem, a piec ktoś ukradł już wcześniej - wyznał Maniek. - Zostały tam tylko cholerne łodzie – zrobił pauzę i dodał: - Łodzie też spalę, jak będzie trzeba W jednej chwili Maniek zrobił się groźny. Nalał wódki i ciężko rozparł się na krześle. Jego bose stopy były twarde i brązowe, a porośnięte krótkimi włosami nogi miał prawie czarne. Popił wódkę i zacisnął usta, a źrenice jego oczu okrutnie się zwęziły. Na pewno myślał o czymś ponurym i brudnym, a jego twarde ciało odpoczywało, jak po wielkim wysiłku. Czasami miałem wrażenie, że ciało wstanie i pójdzie, ale obecność zostanie, aby na nas patrzeć. - Co było potem? – zapytał Pajonk. - Potem było leczenie Ani – odpowiedział Maniek, gryząc lód. - Długo to trwało i pozostawiło w niej bardzo głęboki ślad. Nie wiem nawet jak określić to, co się z nią działo. Była po prostu nieobecna – wyjaśniał Maniek. - Bardzo mało rozmawialiśmy. Z czasem zaczęła ostrożnie pytać o to, co się właściwie stało i dopiero po kilku miesiącach dotarło do mnie, że ona tego wcale nie pamięta. A ja nie miałem odwagi przypomnieć jej o tym. Więc i ja milczałem. Zresztą lekarz mi poradził, żeby poczekać z takimi wyjaśnieniami, ponieważ nagłe przypomnienie zdarzenia może spowodować nawrót „zapaści”. Teraz czekam i wciąż o niczym jej nie mówię, ponieważ nie chcę jej stracić na dziewięćdzisiąt dziewięć dni, jak kiedyś. Teraz sam staram się pomagać jej duszy, ale nie umiem tego porządnie zrobić. Zdarzało się, że myślałem, że to moja zasrana wina i szukałem wyjścia z tego, ale zobaczyłem, że z winą trzeba żyć, jeśli jest nieodwracalna. Paradoksalnie teraz jest mi łatwiej spotkać się z Anią, bo, kiedy ją widzę i znowu jej nie potrafię rozpoznać i zrozumieć, wiem, że to wyłącznie moje cierpienie i moja odpowiedzialność. Pogrążyliśmy się w milczeniu, chociaż ja nie czułem nic wobec tego, co opowiedział Maniek. Pajonk zgasił peta w popielniczce i wypuścił dym. Podniósł na mnie pytający wzrok. Maniek nalał wódkę, szybko dołożył kruszonego lodu do kryształowych szklanek, a kuchmistrz przyniósł pokrojone cytryny. Było już całkiem ciemno i zapłonęły pomarańczowe lampiony powieszone nad trapem. W domu rozbrzmiała muzyka skrzypiec i pierwszy zapach palonego węgla zaczął unosić się w powietrzu. Maniek wprowadził do ogrodu wielkie kosze z rozpalonym wonnym drewnem i postawił je w najciemniejszych miejscach. Buchało od nich zapachem nafty i czarnym dymem, a po kilku minutach zaczął rozchodzić się przyjemny zapach kadzidła. Srebrzyste niebo bardzo nisko pochyliło się nad ciemnymi zakamarkami ogrodu i koniki polne rozpoczęły dziki koncert. Pajonk stanął pochylony przy czerwonym ogniu, a ja dokończyłem wódkę i przegryzłem cytrynę. Pojawili się nowi goście. Z domu wyszła Zuza Trzebiatowska w towarzystwie smukłej koleżanki. Zuza pozdrowiła mnie z daleka, szybko podbiegła i nalała wódki do mojej szklanki, w pośpiechu wychyliła, ugryzła cytrynę i znowu nalała. - Co słychać, kochasiu? - spytała. - Bardzo słodko dziś wyglądasz, Zuza – odparłem. - A jak nazywa się twoja powabna koleżanka? Zuza odpowiedziała mi świdrującym spojrzeniem. Zerknęła w kierunku nadchodzącej dziewczyny ubranej w obcisłą sukienkę pokrytą srebrnymi cekinami. - Nie dla psa kiełbasa – rzekła do mnie. - Podoba się? - spytała i puściła mi oko, kiedy tamta podeszła do nas. - Oto Kasia, Kasia, oto Orzech, najlepiej ubrany gość tego balu. Prawda, że szalenie przystojny? - Bardzo mi miło – odpowiedziałem ujmując chudą dłoń Kasi i spoglądając na jej piękną sukienkę. - Bardzo szykowna kreacja. - pochwaliłem. Kasia uśmiechnęła się pełnymi ustami i od razu chwyciła butelkę. - Zuza, gdzie mogę dostać kieliszki? - słodko zapytała już nie patrząc na mnie. - Możemy pić z jednej szklanki – zaproponowała Zuza. - Zaraz coś przyniosę – zaoferowałem się i w pośpiechu skoczyłem po szkło i lód. Wracając do stolika rozpiąłem górny guzik koszuli. Przywitały mnie pieszczotliwymi uśmiechami. Obie były niesłychanie kuszące. - Orzech jest jednym z tych osiedlowych wykolejeńców – podjęła Zuza. - Nigdy mu nie wierz, kochana, i nie przyjmuj jego propozycji, bo na pewno się rozczarujesz. - O, bardzo dziękuję za wspaniałą reklamę – odparłem, podając dziewczynom alkohol. - Więc wypijmy wasze zdrowie, bo mojego szkoda. Stuknęliśmy się szklankami i wychyliliśmy do dna. Zuza wyjęła lód ze szklanki i przyłożyła go do swojego opalonego dekoltu. - Gorąco – westchnęła, nalała następną kolejkę i wzniosła szklankę. - Jednak wypijmy zdrowie tego drania, bo dzisiaj będę pić zdrowie wszystkich drani w tym cholernym mieście – powiedziała i szybko połknęła alkohol, otarła usta wierzchem dłoni i wyrzuciła szklankę. W jednej chwili skoczyła mi na szyję i zawisła na niej, a jej usta prawie dotykały moich. - Teraz będziesz musiał kochać mnie aż do rana – powiedziała zmienionym głosem i jej wargi przylgnęły do moich. Potem opuściła się na trawnik ocierając się o mnie całym swoim pachnącym ciałem, wstała, nalała sobie wódki i bez słowa zniknęła w ogrodzie. Kasia była pod wrażeniem. - Czy ona tak zawsze? - spytała. - Tylko jak jest trzeźwa. Wkrótce jej przejdzie – wyjaśniłem. - Długo się znacie? - Zuzę poznałam dopiero dzisiaj, ale byłam z jej siostrą w Paryżu i Nicei. Razem pracujemy w modelingu – wyznała. Spojrzałem na nią śmiało. - Jesteś bardzo piękna – oznajmiłem. - Jak długo się tym zajmujesz, jeśli wolno mi wiedzieć? - Pięć lat – odparła i włożyła cytrynę do ust. - Napijemy się jeszcze? - zapytała od razu. - Jasne – odpowiedziałem i pomyślałem, że to najpiękniejsza kobieta, jaka kiedykolwiek proponowała mi kolejkę. - A jak wygląda twoja praca? - zagaiłem i podsunąłem jej krzesło. - Dużo podróżujesz? - W sumie nie tak dużo. Dopiero co wróciłam z Nicei, gdzie był organizowany pokaz. Niestety nie dogadałam się z moim promotorem i menadżerem i nie mogłam wziąć w nim udziału – powiedziała nieco rozgoryczona. - Na szczęście otrzymałam już kolejną ofertę i jutro jadę do Londynu. Nie cierpię Londynu i Anglików, ale muszę pojechać, bo nie mam obecnie nic ciekawszego na oku. Myślę, że spędzę tam następne dwa miesiące, jeśli nic się nie wydarzy. To nie jest tak, że ja tam mam być od razu kimś; dopiero przygotowuję grunt pod następne posunięcia i planuję też zmienić menadżera na kogoś bardziej zachodniego, bo mój obecny menadżer jest do niczego – wyjaśniała, gładząc swoje opalone nogi, pochylona nad nimi, ale wzrokiem zwrócona w moją stronę. - Zarobiłam trochę pieniędzy we Francji – zdradziła. - Ale tam moim zdaniem nie ma dla mnie miejsca, ponieważ mój francuski jest bardzo kiepski, a ci cholerni Francuzi nie chcieli nawet otworzyć drzwi przede mną, gdy chciałam wejść do hotelu, jak wracałam z tego ostatniego pokazu w Nicei. To o czymś świadczy. To był ten pokaz, na którym nie wyszłam na wybieg. Szlag trafił całą tą Francję i sądzę, że powinnam o niej zapomnieć – stwierdziła, założyła nogę na nogę i wyprostowała swój długi tułów. Była naprawdę smukła i w każdym calu pięknie opalona. - W Londynie nie powinno być większych przeszkód, chociaż jest tam wiele nieciekawych miejsc, w które można wdepnąć i narobić sobie złego wizerunku. Dlatego siostra Zuzy, Monika, jedzie ze mną na pierwsze dwa tygodnie i tam przedstawi mnie kilku osobom. Będę jej za to bardzo wdzięczna i myślę, że nie skończę się jak we Francji. Londyn to jednak wiele możliwości, codzienne castingi, mnóstwo agencji i promocja. Słowem to cholernie ciężka praca. Słuchałem uważnie i obserwowałem ruch jej ciała. Nalałem więcej wódki do szklanki i przekąsiłem cytrynę. - A gdzie jeszcze byłaś? - zapytałem i wychyliłem od razu. - Moim wymarzonym miejscem jest New York, ale nie jestem przekonana, że kiedykolwiek tam trafię – przyznała smutno. - Muszę dobrze poszukać w Londynie i znaleźć kogoś w kontaktami w Stanach. To jest to robienie gruntu, o którym wspominałam. Tam za pokaz dostałabym pięć razy więcej pieniedzy, niż w Paryżu. New York bardzo mnie interesuje, ale obecnie muszę skupić się na Londynie – zaznaczyła. - Monika bardzo mi w tym pomoże. Ostatnio sporo wykombinowałyśmy w Nicei i naprawdę ona tam bardzo wysoko zaszła i myślę, że pójdzie jeszcze dalej. Jest prawdziwą profesjonalistką i ma wielką urodę i niesamowite ciało. Włożyła w to mnóstwo pracy i jest zdeterminowana. Ma też genialnego promotora i łeb na karku. Był tam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych