Wróć do katalogu

Ogrodnik

Jedno z opowiadań cyklu "Katowice - Frankfurt", chyba ze śladami erotyki.

gufy, opublikowano , 30 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

OGRODNIK

Wyjrzał przez okno. Dzień zapowiadał się upalny. Już od samego świtu słońce prażyło bez opamiętania. Niebo nieprzysłonięte najmniejszą nawet chmurką było prawie srebrne, porysowane jedynie smugami kondensacyjnymi samolotów, których tutaj w okolicach Frankfurtu nad Menem było w powietrzu więcej niż ptaków. Przeszedł do łazienki. Po drodze włączył ekspres, zanim się ogoli kawa będzie gotowa. Golił się, a jego myśli krążyły wokół najzwyklejszych spraw rozpoczynającego się dnia. Właściwie to mógł się dzisiaj nie golić, prawie nigdy nie golił się w piątek, no, ale skoro już zaczął niejako z rozpędu, to wypadało skończyć. Cholera, przecież nie wyskoczę na wpół ogolony jak jakiś świr - pomyślał. Dzisiaj mieli rozpoczynać nową budowę. Właściwie piątek to najgorszy dzień na takie przedsięwzięcie. W piątki przeważnie kończyło się rozpoczęte prace, a nie zaczynało. Początek każdej nowej budowy wiązał się z narobieniem komuś strasznego bałaganu. Zwoziło się najczęściej wszystkie graty, sprzęt, materiały, no a jeśli starczyło czasu to zaczynało się rozwalać stare wyposażenie ogrodu i demolować, to, co istniało. Właściwie, przez większość czasu ich pracy ogród wyglądał jak teren jakiejś strasznej bitwy. Efekt osiągało się w ostatnim momencie, w kilku ostatnich dniach lub nawet godzinach. Rozpoczęcie nowej budowy wiązało się, więc z rozgrzebaniem wszystkiego i nie warto było robić tego w piątek, bo taki bałagan pozostawał komuś na sobotę i niedzielę, a cały teren wymagał dodatkowego dokładnego zabezpieczenia. W piątki przeważnie wykańczało się ostatnimi pociągnięciami oddawany do użytku przebudowany ogród, lub robiło się pielęgnacje niewielkich prywatnych ogrodów. Najwidoczniej Ralf nie miał nic takiego na ten piątek pod ręką, bo zapowiedział rozpoczęcie nowej budowy. Paweł zdecydowanie nie miał dzisiaj ochoty na takie rozwiązanie. Wiedział, że Ralf jak zwykle, zawiezie ich na plac budowy, pokaże, gdzie, co ma być i zostawi wszystko na jego głowie. Oczywiście, nie będzie żadnych szczegółowych planów, tylko jakieś odręczne szkice Ralfa. Całe szczęście, że rozumieli się z Ralfem i Paweł potrafił jego fantazje wcielić w rzeczywistość, która często przekraczała oczekiwania klientów. Stanowili, z Ralfem dziwną parę. Ralf, będący szefem firmy wyszukiwał klientów i przekonywał ich do swoich fantazyjnych projektów, które istniały wyłącznie w jego głowie, a Paweł tworzył na podstawie kilku niejasnych opisów wizji szefa to, co zostało obiecane klientowi. Obaj byli swego rodzaju artystami. Właściwie Pawłowi odpowiadało, że szefa nie było cały czas z nim. Lubił pracować samodzielnie. Karl, młody Niemiec, którego ostatnio miał do pomocy, siedzący od dłuższego czasu na bezrobotnym był leniwy i niedokładny. Każdy ruch ręki trzeba było kazać mu wykonać, niczego nie zrobił sam od siebie. Paweł czasami żartował z niego twierdząc, że nawet gdyby ugryzła go pchła to jak mu nie karzą to się nie podrapie. Kiedyś mówiło się o takim robotniku, że żadnej roboty się nie boi, nawet przy najgorszej może się położyć. Karl najpilniejsze prace potrafił przerwać w dowolnym momencie na papierosa lub piwo. Paweł nie lubił pracować z Karlem, bo wszystko, co wymagało najmniejszego myślenia musiał wykonywać sam, albo bardzo uważać i każdą najdrobniejszą nawet czynność wymóc na swoim pomocniku, a to kosztowało go niejednokrotnie więcej wysiłku niż wykonanie czegoś samemu. Karl był bezgranicznie rozleniwiony i dokładnie zdemoralizowany długim przebywaniem na zasiłku. Paweł golił się i myślał, od czego powinien zacząć robotę i jak dać sobie radę z opornym Karlem tak, aby i z jego pracy był jakikolwiek pożytek. Kawa była gotowa. Jeszcze tylko mleko i cukier. Teraz kilka łyków gorącego płynu, reszta do termosu. Do obiadu i tak będzie zimna. Autobus jak zwykle przyjechał trzy minuty za wcześnie. Dziwna prawidłowość- pomyślał. Przez pół roku od listopada do kwietnia jeżdżą pięć minut spóźnieni, ale za to nadrabiają to od maja do października i przyjeżdżają nawet pięć minut za wcześnie, a tyle słyszał kiedyś o niemieckiej pracowitości, punktualności i dokładności. Komiczne, jak życie weryfikuje wyobrażenia i mity. Rozejrzał się po autobusie. Karla nie było. Dojeżdżali tą samą linią autobusową. Może to nawet lepiej, że go dzisiaj nie ma - pomyślał. Przynajmniej nie będę się musiał denerwować na koniec tygodnia. Ralf jak zwykle już czekał. - Karla dzisiaj nie będzie. Dzwonił, że musi iść do Arbeitsamtu. - Powiedział do Pawła. - Ale to nawet dobrze, bo nie zaczynamy tego ogrodu u Frau Rewel. Dzwoniła amerykanka. - Która amerykanka, ta z basenem, czy ta od psów? Amerykanki, u których regularnie pielęgnowali ogrody były dwie. Pierwsza z basenem to ta, która miała olbrzymią willę z pięknym ogrodem otoczonym żywopłotem. W ogrodzie znajdował się dwudziestometrowy basen przykrywany plastikową żaluzją. Wypełniała go przezroczysta woda, przez którą widać było błękitne kafelki dna. W każdej z dłuższych ścian mniej więcej w połowie głębokości zamontowano po cztery halogenowe reflektory. W krótszych ścianach tuż pod żaluzjami umieszczono przelewy, którymi nadmiar wody odprowadzany był na filtry i do systemu podgrzewającego, aby ponownie trafić do basenu przez cztery potężne, osłonięte siatkami z blachy nierdzewnej rury, podające wodę pod dużym ciśnieniem, co tworzyło swoisty rodzaj niskich fontann. Na obu szczytach basenu wznosiły się przezroczyste, ponad trzymetrowej wysokości pleksiglasowe muszle, z których wysuwały się półkoliste płyty, przykrywające basen podczas niepogody, przezroczystą kopułą. Muszlę położoną bliżej willi, łączył z nią pleksiglasowy tunel, którym można było przejść bezpośrednio do jednego z salonów położonych na parterze. Gdy pierwszy raz pracowali w tym ogrodzie nie mógł napatrzeć się na tą zabawkę. Nigdy wcześniej nie widział takiej rzeczy w rzeczywistości. Widywał takie rozwiązanie na zdjęciach i w reklamowych prospektach firm budujących baseny, ale nie wierzył, że ktoś każe to budować w swoim ogrodzie. Wszystkie wykończenia, podesty i drabinki wykonane z nierdzewnej stali zawsze lśniły w słońcu jak świeżo polerowane. Ten basen kojarzył mu się z jakimś wielkim sportowym obiektem, a nie z prywatnym ogrodem. Wokół basenu wyłożono marmurowe płyty półtora metrowej szerokości, środkiem, których biegły szyny do zasuwania kopuły. Dalej rozciągał się idealnie gładki, wypielęgnowany trawnik, który ktoś z ich firmy musiał kosić w każdy wtorek. Jak wyjaśnił mu kiedyś Ralf „- Amerykanka nie życzyła sobie żeby na sobotę, kiedy to urządza cotygodniowe party trawnik wyglądał na świeżo skoszony. Trawnik przechodził na południowej stronie w płaską rabatę obsadzoną roślinnością bagienną, wśród której urządzono dwa oczka wodne. Większe obłożono częściowo otoczakami, wśród których rosły różne gatunki paproci, a w jego toni pływało kilkanaście sztuk różnokolorowych japońskich karasi. Po środku mniejszego usytuowano niewielką fontannę, z której woda wylewała się parasolem na fantazyjne kształty ozdobnych wapieni rzecznych, usianych licznymi, naturalnymi mini grotami. Północną stronę trawnika zamykał mały ogród japoński z dwoma klonami palmowymi i kamienną latarnią na kilkudziesięciu centymetrowej kamiennej kolumnie. Nieco z boku umieszczono otoczaki o różnej wielkości, poprzerastane niezliczonymi roślinami skalnymi. Cały teren otaczał blisko dwumetrowy żywopłot z ognika, zawsze starannie przycięty i pielęgnowany. Jedynie od ulicy, do której zwrócony był front willi żywopłot wykonany był z wielkolistnej odmiany bukszpanu balearskiego. W obu kierunkach od centralnie usytuowanej bramy biegł szpaler zieleni, z którego, co trzy metry strzelały smukłe, regularne, stożki. Właśnie z powodu tego ogrodu z basenem, tą klientkę nazywali między sobą „ amerykanką z basenu”. Faktycznie była jedną z dwóch amerykanek. Druga amerykanka zajmowała duże, trzypokojowe mieszkanie położone na parterze jednopiętrowego, czterorodzinnego budynku. Mieszkała wraz z pięcioma psami, właściwie hodowlanymi sukami różnych ras. Należał do niej ogród przedzielony niską siatką na dwie części. Pierwsza z nich zarośnięta źle przycinaną i zaniedbaną trawą należała właściwie do jej psów i jedynym bardziej ludzkim akcentem, jaki się tam znajdował był maleńki sztuczny staw zarośnięty zdziczałą lilią wodną, w którym wiecznie rechotały żaby, a który przylegał do zaniedbanego i zniszczonego tarasu stanowiącego niezaprzeczalne królestwo psów. Pozostała część ogrodu z anemicznymi warzywami i rachitycznymi ziołami, którym z trudem udawało się neutralizować wszechobecny psi zapach, miała w założeniach stanowić część ludzką obejścia. Tą klientkę nazywali „amerykanką od psów”. Jej ogród mieli do porządkowania sporadycznie, kiedy to pojawiała się po powrocie ze swych światowych wojaży. Podróżowała dużo i często, a w tym czasie jej suki spędzały czas w najlepszym psim hotelu pod Frankfurtem. Ze swoich podróży przywoziła przeróżne dziwne rzeczy. Po obu częściach ogrodu poustawiane były afrykańskie, południowo amerykańskie i australijskie drewniane rzeźby. Na tarasie wisiały egzotyczne tarcze maski, totemy i najprzedziwniejsze sprzęty, których przeznaczenia nawet nie było sensu się domyślać, a wszystko to intensywnie cuchnęło psami. Były to rzeczy kupione zapewne pod wrażeniem chwili, a następnie zapomniane i zaniedbane. Zawsze ilekroć tam pracowali, zastanawiał się czy nie szkoda tej kobiecie pieniędzy na przedmioty bez zastosowania. Nie stanowiły one chyba nawet dla niej wartościowych pamiątek. Świadczył o tym stopień ich zaniedbania i zapomnienia, w jakim się znajdowały. Brudne i z zaciekami po psich odchodach stanowiły żałosny widok. Potwierdzało to wyłącznie jego prywatną teorię o inności, dziwności i pewnego rodzaju głupocie amerykanów. - Ta „z basenem” koniecznie chce, żebyś dzisiaj przyciął te bukszpany od frontu. Właściwie, dopiero za tydzień planowałem tą robotę, bo będzie dokładnie dwa miesiące od ostatniego cięcia, ale ona się uparła na dzisiaj, a płaci bardzo dobrze i terminowo, więc trzeba jej to zrobić. Jak zwykle przy buksach uważaj żebyś nie przyciął zbyt mocno, no bo po siedmiu tygodniach to niewiele jeszcze jest do cięcia. Najlepiej zrób to ręcznym sekatorem, bo przycinarką nie będziesz miał takiej precyzji jak potrzeba, a czasu masz dosyć, nie musisz się spieszyć. No może jedynie na dużych płaskich powierzchniach mógłbyś przelecieć delikatnie elektryczną maszynką. Wszystkie stożki bezwarunkowo musisz zrobić ręcznie. To wybredna klientka. - Cholera - pomyślał - ponad trzydzieści metrów żywopłotu ręcznie, przecież to można przy tym ocipieć. Całe osiem godzin sekatorem. Dobrze, chociaż, że potrafię ciąć prawą i lewą ręką. - Powiedziała, że możesz skończyć nawet jutro. U niej to całkowicie nienormalne. Nigdy nie pozwalała u siebie pracować w soboty. - No chyba nie będzie tak źle, myślę, że uda mi się dzisiaj skończyć. Najpierw przelecę ten narożnik koło garażu bardzo delikatnie elektrycznie i ocenię jak to wygląda, jeśli będzie źle to zrobię ręcznie, a jak obleci to ile się da pociągnę elektrycznie. W sumie to cholernie duża powierzchnia. - Wiem, że potrafisz się przyłożyć, ważne żeby nie narzekała. - Nie ma obaw, dam sobie radę. Tak i tak mam sobotę wolną, to w razie, czego skończę - pomyślał, lecz nie powiedział tego już na głos. Przenieśli całą stertę narzędzi z mikrobusu do garażu, który otwarła im automatycznie, nie wychodząc nawet z domu. Takie zachowanie było u niej całkowicie naturalne. Czasem widywał ją tylko na zakończenie pracy, kiedy to wychodziła z mieszkania, aby wręczyć każdemu po dwadzieścia marek napiwku, co też stanowiło jej stały punkt programu. Podłączył kable, sprawdził sprzęt. Wszystko działało bez zarzutów. Ralf mógł spokojnie odjechać. Nie czekał nawet jak wypadnie próbne cięcie, wiedział, że Paweł da sobie radę. Przez okres, jaki ze sobą współpracowali nabrali do siebie zaufania, na tyle, że Ralf zostawiał Pawła samego na robocie pewny, że praca będzie wykonana dokładnie, szybko i czysto. Paweł natomiast wiedział, że jeśli nawet coś będzie wykonywał dłużej, żeby osiągnąć pożądany efekt i wykona to starannie, szef nie będzie miał mu tego za złe. Liczyła się jakość efektu końcowego. Właściwie to Paweł decydował o tempie pracy i czasie potrzebnym na jej wykonanie. Starał się nie nadużywać nigdy tego zaufania. Pierwsza próba cięcia wypadła pomyślnie. Obcinarka prowadzona delikatnie i sprawnie po płaszczyźnie żywopłotu odsłaniała spod cienkiej warstwy świeżej zieleni nieco ciemniejsze tło starszego listowia, poprzetykane, gdzieniegdzie, jasno zielonymi odrostami. Starał się utrzymywać powierzchnię żywopłotu w stałym położeniu, tak, aby z czasem nie poszerzył się on do absurdalnych rozmiarów. Świetnie wiedział, że nie jest rzeczą łatwą utrzymywanie przez wiele lat tej samej szerokości żywopłotu. Przeważnie zbyt rzadko przycinane żywopłoty już po kilku latach nadmiernie się rozszerzają, jedynie ich częste i systematyczne cięcie zapewnia utrzymanie właściwej szerokości. Zbyt częste cięcie z kolei powoduje to, że krzewy nie mają czasu na odbudowanie swojej struktury, dlatego praca, którą wykonywał wymagała staranności i uwagi. Należało ciąć tak, aby pomimo częstego cięcia na krzewie pozostawała pewna ilość młodych pędów, a pomimo to krzew nie przerastał zaplanowanych dla niego rozmiarów. Prowadzenie przycinarki musiało być precyzyjne i przemyślane. Śmieszyły i denerwowały go zasłyszane czasem uwagi, że to przecież tylko cięcie roślin i może to zrobić każdy. Owszem, może to zrobić każdy, ale nie każdy uzyska ten sam efekt, a już na pewno różnice będą widoczne po dwóch, trzech latach. Zdarzało mu się już poprawiać żywopłoty, które przez kilka lat mógł ciąć każdy i wówczas ta praca, najczęściej, kosztowała właściciela dużo drożej niż gdyby za każdym razem zlecił ją fachowcowi, a przynajmniej komuś z praktyką i pojęciem o tym, co robi. Pracował spokojnie nie zwracając specjalnej uwagi na to, co dzieje się w domu, do którego należał ogród. Wiedział z doświadczenia, że gospodarzy tych bogatych budynków najczęściej w czasie jego pracy nie ma, lub, jeżeli nawet są, to pojawiają się nie wcześniej jak koło południa. Zauważył wprawdzie, że żaluzje są odsłonięte, co było już samo w sobie prawie sensacją o tej porze dnia. Pomyślał wówczas, że nawet, jeśli ktoś go obserwuje to nie powinien mieć zastrzeżeń do jego pracy. Starał się nie patrzeć w okna, aby nie wyglądało, że pracuje pod gospodarza. Pomimo, że myślał właściwie cały czas o tym, co robi, to chwilami przychodziła mu na myśl właścicielka tego budynku. Widział ją kilkakrotnie podczas rozmowy z szefem i gdy na zakończenie pracy przynosiła im napiwek. Była to kobieto około trzydziestki o prawie idealnej figurze i pięknym biuście, który zawsze był

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych