OKAZJA CZYNI ZŁODZIEJA
Gdybyś mógł ukraść miliony i zacząć życie od nowa, zrobił byś to?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był 5 listopada, rok 2004, zimny, deszczowy dzień. Jak to w pieprzonej Irlandii, deszcz za deszczem i wiatrem pogania. Ubrany w dziadowskiej marki garnitur, który kupiłem dzień wcześniej za 30 euro w sklepie o nazwie Pennys, okryty sfilcowanym płaszczem z ciucholandu, z dziurawymi butami na podeszwach, wszedłem ciężkimi, obrotowymi drzwiami do trzypiętrowego budynku z czerwonej cegły, na którym wisiał ogromny niebiesko-srebrny napis: CIT.
Kilka dni wcześniej, rzuciłem pracę, w której było mi nadzwyczaj źle. Czułem się wykorzystywany z racji bycia obcokrajowcem, a moje cotygodniowe wynagrodzenie było niższe od uposażenia sprzątaczki. Byłem cholernym ochroniarzem, zarywającym niemal wszystkie cholerne noce. Mijałem się z moją dziewczyną w drzwiach mieszkania, wymieniając z nią jedynie kilka słów. "Cześć... Kocham cię... Jestem zmęczony... Cześć". Kiedy ja wracałem nad ranem z nocnej zmiany, ona wychodziła z domu do swojej pracy. Tak właśnie wyglądał nasz związek. Miłość w drzwiach. Myślę, że więzienne widzenia stoją na znacznie wyższym poziomie, niż nasze spotkania w progu wynajmowanego przez nas apartamentu.
Z czasem moja psychika zaczęła szwankować, nie mogłem się odnaleźć w świecie, który odwrócił mi się do góry nogami. Organizm źle znosił nocne życie na pełnych obrotach z krótkim snem w ciągu dnia. Sfrustrowany pracą, załamany brakiem perspektywicznego życia, sięgnąłem po amfetaminę, dzięki której mogłem racjonalnie myśleć. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Moja wrażliwość na ból, głód oraz zmęczenie znacznie zmalała. Ogromne ilości tej psychedryny popijałem hektolitrami RedBulla, co silnie pobudzało moją psychomotoryczność. Dostawałem bardzo silnego kopa do pracy, ale o śnie mogłem już zapomnieć. Coraz dłuższe bezsenne maratony naginały moją czasoprzestrzeń w niewiarygodny sposób. Zacząłem tracić poczucie czasu i miejsca, zacząłem mieć omamy słuchowe i wzrokowe, blokowało mi oddech... Niestety, po roku nie byłem już sobą, brakowało mi samokontroli, a kłótnie w domu stały się normą. Każdy wolny dzień, który spędzałem z dziewczyną zaczynał i kończył się kłótnią, a nasze mijanki w drzwiach stały się nieme. Irytowało mnie wszystko i wszyscy. Wciąż było za głośno lub za cicho, nikt, kto znajdował się w moim otoczeniu, nie miał racji, a ludzie, z którymi rozmawiałem wydawali mi się debilami, którzy nie chcieli lub nie potrafili mnie zrozumieć. Schudłem dwadzieścia kilo, co było jedynym pozytywem uzależnienia od narkotyku, lecz wszystko inne, włącznie ze wzwodem, zaczynało pomału szwankować. Serce kołatało jak szalone, skóra na ciele przybrała blady kolor, a w głowie miałem szaleńczą gonitwę myśli. W końcu, aby zachować choć odrobinę godności i Aimy u swego boku, postanowiłem zerwać z nałogiem i odejść z BDS, który i tak, ku mojemu zaskoczeniu, lub nawet radości, zbankrutował miesiąc później.
***
Nazywam się Julien Lapierre. Jestem biednym sukinsynem, który nienawidzi swojego cholernego życia.
***
- Dzień dobry – Zagadnąłem pulchną sekretarkę – Nazywam się Lapierre, jestem umówiony na spotkanie w sprawie pracy z panem… - Spojrzałem na kartkę trzymaną w ręku, by odczytać nazwisko osoby, z którą byłem umówiony - …Alegarri - Wydukałem.
- Panią… Alegarri – Poprawiła mnie rubensowska sekretarka, słodko się uśmiechając.
- Ach tak, przepraszam – Odparłem speszony.
- Proszę sobie usiąść – Wskazała ręką na czarną skórzaną sofę, stojącą w rogu poczekalni.
Kiedy sekretarka kontaktowała się z panią Alegarri, ja pociłem się jak szczur, siedząc ślicznie ubrany na super drogiej i super niewygodnej kanapie czując, jak pot spływa mi po kręgosłupie, by wedrzeć się między pośladki. Zastanawiałem się, czy był to efekt nerwów przed rozmową, czy może nadmiernej ilości amfetaminy, którą wciągnąłem przed wyjściem z domu oraz tuż przed samym wejściem do biurowca. Nie ćpałem już tak, jak kiedyś, ale dałem sobie słowo, że jeśli zostanę przyjęty do tej pracy, to zerwę z narkotykami raz na zawsze.
Moje filozoficzne myśli zostały brutalnie przerwane skrzypnięciem otwieranych drzwi, w których stanęła bardzo ładna dziewczyna, o kruczoczarnych włosach sięgających ramion, w okularach od Prady i apaszką wokół szyi, która kolorystycznie komponowała się z jej zieloną obcisłą bluzką. Szykownie skrojona czarna spódnica sięgająca kolan opinała jej krągły tyłek, odsłaniając jednocześnie smukłe nogi. Zacząłem pocić się jeszcze bardziej. Dziewczyna zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem od stóp po czubek głowy, jakby chciała mi uświadomić, że wcale nie cieszy się na mój widok, a wręcz przeciwnie. Przedstawiła się jako Emmanuelle, co od razu skojarzyłem z francuskim filmem erotycznym z Sylvią Kristel w roli głównej, którego za młodu byłem wielkim fanem.
- Jest pani Francuzką? – Zapytałem w swoim ojczystym języku w drodze do małego pokoiku, w którym miała odbyć się rozmowa.
- Włoszką – Odparła Emmanuelle po angielsku, i wtedy uświadomiłem sobie jak wielką strzeliłem gafę. To jakby każdego Ukraińca pytać czy jest Rosjaninem.
Jej odpowiedź wydała mi się zimna i szorstka, poczułem się głupi, mały i bezsilny. Znów chciałem zrzucić to na prochy, lecz zanim skończyłem to jakoś sobie w głowie racjonalnie tłumaczyć, ona znów się odezwała. Sucho, szorstko, beznamiętnie.
- Usiądź. Poczekamy na jeszcze jedną osobę, od której zależeć będzie, czy zaprosimy cię na drugą rozmowę, czy też podziękujemy ci już dzisiaj.
- Drugą? To są dwie? – Zapytałem zdziwiony. Cholera, nikt mi nie mówił o dwóch, dla mnie jedna taka rozmowa, to już nie lada wyzwanie, a tu mają być dwie? - Świetnie - pomyślałem.
Oczywiście moje pytanie pozostało bez odpowiedzi. Usiadłem więc tak, jak nakazała Emmanuelle. Czekaliśmy nie dłużej niż dwie minuty, ona zajęta udawaniem, że coś czyta, ja gapieniem się w jej dekolt, który eksponował wciąż jeszcze młode i jędrne piersi. Zacząłem zastanawiać się ile ta Włoszka może mieć lat, wyglądała tak świeżo, młodo i kusząco. Wyobrażałem sobie w głowie jak ta dziewczyna wygląda nago. Łososiowa koszula, którą miałem na sobie pod marynarką, nadawała się do solidnego wyżymania, w ustach kompletnie mi zaschło, co na pewno było efektem wciągnięcia białego proszku, lecz najgorsze, że kruczało mi w brzuchu jak cholera. A w ciszy takiej jak ta, kruczenie brzucha sprawia wrażenie puszczania wiatrów. Do dzisiaj ciekawi mnie, czy ta piękna i pełna pogardy dziewczyna, siedząca wtedy przede mną, odbierała to w ten sposób: …Pierdzi, świnia!... A może burczy mu w brzuchu?... Nie, pierdzi… A może nie?... Na pewno pierdzi… Przecież to Kanadyjczyk, a Kanadyjczycy to świnie. Pierdzące świnie”. W każdym bądź razie, wstyd nie mało zwalił mnie z krzesła. Chciałem wyjść, lecz nie mogłem. W tej samej firmie pracowała moja dziewczyna, Aime Bigot, dzięki której doszło do tej rozmowy. Postanowiłem, że nie zrobię jej tego, zostanę i wytrwam do końca, tym bardziej, że przecież musiałem gdzieś pracować, a siedzenie za biurkiem w ciepłym pomieszczeniu było sporą pokusą. W chwili, kiedy moje męskie ego przegrało z pragmatycznym myśleniem, weszła osoba przez nas oczekiwana.
- Dolores – Podała mi rękę, przedstawiając się.
Przez chwilę pomyślałem, że jestem w ukrytej kamerze. Dolores!? Znów skojarzyłem to z filmem, tym razem ze sceną, gdzie prostytutka przedstawia się klientowi tym samym imieniem. Kolega z Polski puścił mi kiedyś taki film, przy okazji grupowego jarania trawy. Rozglądnąłem się za zakonspirowanymi kamerami, lecz żadnej nie znalazłem. Z trudem powstrzymałem się od śmiechu, tym bardziej, że „moja” Dolores w niczym nie przypominała tej z filmu. Mała, pulchna, ruda, z głosem zawodowej alkoholiczki. Lecz to właśnie ona w czasie rozmowy okazała się być tą, przy której poczułem się swobodnie. W przeciwieństwie do seksownej Emmanuelle, była bardzo miła, życzliwa i uśmiechnięta, aczkolwiek brzydka jak sto nieszczęść. Kilka głupich pytań, kilka nikomu niepotrzebnych odpowiedzi, wymiana sztucznych uśmiechów i było po sprawie. Pierwsza rozmowa dobiegła końca. Na odchodne Dolores poinformowała mnie, abym czekał na drugie „interview”, które tym razem miał przeprowadzić mój ewentualny przyszły szef. O terminie tego spotkania miałem zostać poinformowany telefonicznie w ciągu trzech kolejnych dni.
Drugi akt przyjęcia do pracy przebiegł niemal tym samym schematem, lecz bez kruczenia w brzuchu i gapienia się na cycki. Poza tym, okazało się, że i ja i Nigel Dumprey, czyli mój ewentualny przyszły szef, ukończyliśmy ten sam kierunek studiów i mamy wiele wspólnych zainteresowań. Rozmawiało się nam nadzwyczaj dobrze i swobodnie. I choć zabrzmi to buńczucznie, to już wtedy wiedziałem, że zostałem przyjęty. Nigel oprowadził mnie po całym biurowcu, zapoznając z wieloma osobami, których w przyszłości miałem wykorzystać do własnych celów. Oczywiście ani ja, ani oni wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy.
Pracę zacząłem od poniedziałku następnego tygodnia. Ubrany w swój jedyny wtedy garnitur, wpadłem do biura jak burza, rządny wiedzy, poznania nowych ludzi i z przeświadczeniem, że jest to najlepsza praca, jaką mogłem dostać. Początki oczywiście były wspaniałe, co prawda nauki miałem co nie miara, ale szło mi świetnie i już po dwóch tygodniach dostałem swoje biurko z komputerem. Miałem swój własny login, własny e-mail i byłem gotowy by podbić CIT. Droga do kariery bankowca stała przede mną otworem. Od samego początku starałem się być najlepszy, ba… Byłem najlepszy. Wszystko co robiłem, było tip-top. Żadnych opóźnień, żadnych zaniedbań, żadnych pomyłek. Kiedy wszyscy wychodzili do domu o godzinie szesnastej, ja siedziałem za biurkiem, robiąc nadplanową robotę, dzięki której miałem nadzieję awansować i stać się ważną personą w finansowym świecie. Byłby to zaiste precedens, aby ktoś, kto nie ukończył szkoły finansowej, zaszedł tak wysoko, jak ja to miałem w planach. Skrzydeł dodało mi wyróżnienie, jakie otrzymałem już drugiego miesiąca pracy. „Pracownik Miesiąca grudzień - Julien Lapierre”. Brzmiało to dumnie i dodało mi sił, aby pracować lepiej, dłużej i mozolniej. Niestety, na Pracowniku Miesiąca się skończyło. Okazało się, że taka procedura jest standardem w tej korporacji. Zatrudnia się człowieka, wyróżnia Pracownikiem Miesiąca i wtedy kadry nie mają wyjścia, poborowy musi otrzymać umowę stałą. W końcu jest przecież dobry, należy mu się, a manager zespołu ma święty spokój i nie musi umawiać kolejnych rozmów kwalifikacyjnych. Kariera nie szła tym torem, którym chciałbym aby szła. Przyuczono mnie, pokazano co i jak, z czym, kiedy i dlaczego, a potem pozostawiono samemu sobie. Mijały miesiące, a ja wciąż byłem niezauważalny. Robiłem swoje, robiłem za innych i wszystko robiłem perfekcyjnie, mimo wszystko wciąż byłem anonimowym facetem w machinie wielkiej korporacji. Stawałem się powoli jednym z setek mrówek robotnic, jakie CIT zatrudniała w tamtym czasie. Szara chmara współczesnych niewolników wciągnęła mnie w swoje szpony i uczyniła mnie jednym z nich. Zaczęły się konflikty ze współpracownikami, cichy bunt przeciw braku akceptacji, tylko dlatego, że nie wychodziłem z pracy o szesnastej razem z innymi, dlatego, że robiąc wszystko najlepiej i pracując po godzinach, podnosiłem współpracownikom poprzeczkę, której oni wcale podnieść nie chcieli. Wystarczyło im minimum, które pozwalało zachować robotę, a wszystko co było pracą nadprogramową, znajdowało się po ciemnej stronie Księżyca. Byłem sfrustrowany takim podejściem do pracy, współpracą, zarządzaniem i ...chyba wszystkim dookoła. Nie tak wyobrażałem sobie drogę kariery na szczyt. Zacząłem się zastanawiać, czy to przypadkiem nie ja jestem tym innym, bo skoro wszyscy robią jak robią i jest to ogólnie akceptowalne, to po jaką cholerę próbuję to zmienić? Mimo wszystko postanowiłem być sobą, nawet jeśli miałoby się to wiązać z bojkotem mojej osoby. Nie uczęszczałem na firmowe rauty, nie spędzałem połowy dnia w stołówce czy przy kawie, nie chciałem być jak inni. Chciałem, aby uważano mnie za kogoś wyjątkowego, kogoś lepszego. Takim się czułem i takim chciałem być w oczach innych. W końcu, niestety, mym umysłem w pełni zawładnęła bezradność. Nic już nie było takie same, jak na początku. Praca nie sprawiała mi przyjemności, o nadgodzinach już dawno zapomniałem, a współpracownicy doprowadzali mnie do szewskiej pasji niemal każdego dnia. Jedyną rzeczą, jaka mnie wtedy jeszcze w CIT cieszyła, była gra w piłkę nożną. Im gorzej czułem się w pracy, tym lepiej grałem w naszej finansowej lidze. Już w drugim sezonie zostałem królem strzelców, a przeciwnicy, którymi nie rzadko okazywali się managerowie CIT, drżeli o własne zdrowie, widząc mnie w przeciwnej drużynie. Skoro nikt nie zauważał mojego zaangażowania w pracy, to przynajmniej wielu z nich poczuło moją sportową złość i zaangażowanie na własnej skórze. Wkrótce stałem się liderem drużyny, lecz im większy sukces odnosiłem grając w piłkę nożną, tym gorzej było mi w pracy. Tym samym błędne koło się zamykało, a wszystko za sprawą grupy managerskiej. Cóż, ego nie jedno ma imię. Ciężko było tym obibokom zaakceptować kogoś, kto miał w sobie zapał i niespożyte zapasy energii, a innowacyjne pomysły szeregowca w ogóle nie wchodziły w grę. W przeciwieństwie do nich nie piłem, nie paliłem i pracowałem tak, by nie zostawiać niczego na następny dzień, wykonując jednocześnie swą pracę sumiennie i bez błędów. Z uzależnieniem narkotykowym zerwałem bezpowrotnie zaraz po tym, jak dowiedziałem się, że zostałem przyjęty do pracy. Ludziom, którzy w hierarchii firmy byli nade mną, taka nieskazitelność musiała wadzić niemiłosiernie. Nie rozumieliśmy się, bo to co dla mnie było podłogą, dla nich było sufitem. A kiedy zacząłem wytykać im błędy, to poszło niemal na noże. Całe szczęście, że znów zaczęło się układać między mną a Aime.
W końcu przestałem wypruwać sobie flaki, uświadomiłem sobie, że nie chcę być Don Kichotem i wcale nie miałem zamiaru walczyć z wiatrakami, bo skoro nie można z nimi walczyć, to może można je przecież obejść, prawda? Po dwóch latach ciężkiej harówy zrozumiałem, że nie warto wychodzić przed szereg, bo wszystko co do tej pory robiłem, szło na marne. Postanowiłem zniżyć się do ich poziomu. Minimum stało się moją codziennością. Nikt nie wymagał ode mnie poświęceń, miałem tylko stwarzać pozory, że pracy jest w cholerę i mówić zwierzchnikom to, co chcieli usłyszeć, czyli, że wszystko jest ok. Prawda jednak była daleka od tego ich „ok” i mimo iż wszyscy o tym wiedzieli, nikt sobie z tego nic nie robił. Kiedy trzeba było coś szybko załatwić, dla większości słowo „szybko” miało znaczenie abstrakcyjne, a pracownikami roku wybierano ludzi, którzy mieli w głowie gówno zamiast mózgu, ale za to byli przednimi kompanami na co piątkowych bankietach. Miałem dość i postanowiłem, że skoro nie mogę wsadzić im noża w bebechy, to wsadzę im go w plecy.
Zamiast uważnie pracować, zacząłem wnikliwie obserwować ludzi, tym bardziej, że jasnym się dla mnie stało, iż w tej ferajnie do sukcesów nie dochodzi się uczciwą, ciężką pracą. W końcu zacząłem zauważać rzeczy, których wcześniej zauważyć nie byłem w stanie. Moim oczom ukazała się ogromna machina, niezniszczalna i nierozerwalna. Machina, do której wsiadali tylko nieliczni. Z początku byłem pewien, że chodzi tu o zwykły podział między kadrę menadżerską, a szarymi wyrobnikami, ale szybko doszło do mnie, że jednak wcale tak nie jest, bo przecież w kadrze menadżerskiej można było znaleźć managerów odrzucanych przez resztę, ale byli w niej też i tacy, którzy pracę zaczęli stosunkowo niedawno i stali na najniższym szczeblu swej kariery, a jednak mieli w niej coś do powiedzenia. Żeby odgadnąć, co się za tym kryje, postanowiłem zrobić kolejny krok w ich kierunku. Skoro już pracowałem z taką zaciętością jak oni, to przyszedł czas, aby pokazać się na śledziku.
Avoca. Miejsce, gdzie całe CIT przesiadywało po pracy, aby się zalać i popsioczyć. Tematem niezmiennym była oczywiście praca. Szaraki narzekały na wszystko popijając tanie piwo, a elita popijając drogie whisky przechwalała się wątpliwymi sukcesami, nowymi samochodami, domami, drogą biżuterią lub złotymi kartami kredytowymi. Nie daj Boże, żeby ktoś z pierwszych chciał się dosiąść do tych drugich, jeśli uprzednio nie zdobył ich akceptacji. To jednak nie przeszkadzało usłyszeć, o czym rozmawiali. Do pełni rozwiązania zagadki potrzebowałem kilku informacji. Bez problemu wyciągałem je od ludzi, którzy włazili beau monde w dupę bez mydła, uważali się za jednych z nich, a i tak siadali przy blacie dla społecznej miernoty, gdyż miejsca dla nich przy VIP-owskim stoliku wiecznie brakowało. Byli substytutami kogoś, kim chcieli być i wydawało im się, że nimi są, ale w moich oczach byli tylko surogatami własnych, niedoścignionych marzeń. Mieli jednak spore rozeznanie wśród kadry kierowniczej i byli mi bardzo przydatni. Kompletowałem wiedzę o wszystkich ważnych tej korporacji, każdy z nich miał swoją teczkę, która regularnie była uzupełniana. Kto z kim, kto kogo, gdzie, co i jak. Wiedziałem o nich niemal wszystko. Ich przyzwyczajenia, ich mocne strony i słabości, kto z kim się spotyka, kto z kim śpi i kto ma problemy z alkoholem. Interesowała mnie każda plotka, każda informacja, dosłownie wszystko. Trwało to niemal pół roku, a informacje spływały do mnie jak do brukowca.
Któregoś dnia zacząłem w domu przeglądać wszystkie te akta i wtedy zdałem sobie sprawę, że mimo tak wielkiej wiedzy o ludziach stojących nade mną, nie byłem w stanie niczego wskórać. Przyjmowali do siebie ludzi tylko i wyłącznie wpływowych, inni, choćby najmądrzejsi mogli się tylko oblizać. Chyba, że mieli pieniądze, dużo pieniędzy, bo wiedza do nich nie przemawiała absolutnie, ale pieniądze -owszem. Szantaż nie wchodził w grę, rozsiewanie na ich temat plugastw również. Wyleciałbym z hukiem, a teczki mógłbym sobie wsadzić głęboko w dupę. W końcu zadałem sobie pytanie – „Co ja, kurwa, robię!? Po jaki gwint mi te teczki, te wiadomości i te sprzeczki ze współpracownikami!?". Spaliłem to wszystko w cholerę. Następnego dnia, jak zwykle, poszedłem do pracy. Jak zwykle nią znudzony i jak zwykle bez perspektyw na przyszłość. Ta sama, monotonna praca, którą wykonywałem automatem. Wydruk deklaracji, stron trzydzieści, na każdej stronie od ośmiu do dwunastu potwierdzonych wpłat i wypłat. Wpłaty od dużych firm, Scania, Microsoft, Dell, czy takich jak Konica i Mercedes-Benz dawały mi sporo roboty. Setki faktur do opłacenia i wszystko manualnie, faktura za fakturą, milion za milionem, konto za kontem, aż do obrzydzenia. Numer faktury, nazwa wpłacającego, suma. I tak do znudzenia. A to wszystko przez pierwsze pół dnia pracy. Drugie pół dnia wcale nie było lepsze, zwroty pieniędzy, setki zwrotów. Od jednego dolara po kilka milionów funtów. Cholerna papierkowa robota, dziesiątki podpisów, cztery dni na zwrot pieniędzy, a ludzie upoważnieni do autoryzowania zwrotów mieli to daleko w poważaniu. W końcu i tak oberwie się mnie, nie im. Największym problemem zwrotów była ich wielkość. Im większa suma, tym trudniej było ją zwrócić. Fiskus, łamanie procedur, niekompetencja, kombinatorstwo – To wszystko, czego obawiali się pracownicy biurowi korporacji, z którymi musiałem rozmawiać i którym chciałem zwrócić pieniądze. Tak, to byli ludzie, którzy byli odpowiedzialni za błędnie przysyłaną nam mamonę. Nic dziwnego, że później, kiedy chciałem im zwracać te miliony, uciekali od odpowiedzialności. Prosili o przetrzymanie pieniędzy aż do następnej faktury lub rozdzielenie ich na steki innych kont, co było pracą niezwykle upierdliwą i kończyło się tym, że miesiąc później trzeba było te pieniądze z powrotem wycofać na konto banku, jako pieniądze widmo. Ale od odpowiedzialności uciekali nie tylko księgowi Scanii czy Microsoftu, ale też ludzie decyzyjni w CIT. Każdy chciał się pozbyć tych pieniędzy i każdy z tych samych powodów. Pieniądze niewiadomego pochodzenia z niewiadomym celem przeznaczenia, na koncie banku, to ogromny problem. Jeśli wpadłaby kontrola finansowa z FED-u, ktoś straciłby pracę.
I właśnie tego dnia wpadł mi do głowy genialny pomysł. Pracowałem nad zwrotem stu dziesięciu tysięcy euro firmie Hernst Project Ltd. Co przykuło moja uwagę, to fakt zarejestrowania konta na wyspach Bahama. Zapytałem Aime, czy mamy jakiekolwiek procedury przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy, przedstawiłem jej sprawę ze zwrotem rzekomej nadpłaty, wcześniej sprawdzając, czy firma o takiej nazwie jest gdziekolwiek zarejestrowana. Okazało się, że na Bahamach oczywiście, ale innych informacji o tej firmie znaleźć nie mogłem. Aime nie potrafiła mi odpowiedzieć na moje pytania, więc poszła po radę do swoich managerów. Sprawy zwrotu pieniędzy lewej firmie nikt nie chciał wziąć na swoje barki, w końcu przyszedł do mnie Nigel Dumpray i kazał pieniądze zwrócić na konto, z którego wpłynęły, wymazać z systemu wszystkie ślady istnienia takiej wpłaty i zablokować wpłacającego, jako podejrzanego o pranie brudnych pieniędzy. Czy to było legalne i według bankowych procedur? Nie wiem, ale w mózgu zaświeciła mi się lampka. W głowie mi się nie mieściło, jak łatwo było okraść tak wielkiego potentata finansowego, a wszystko przez niekompetencje pracujących tam ludzi. Hernst Project Ltd za pośrednictwem CIT nabył drogą leasingu ogromny jacht. Cena tego luksusu to, bagatela, milion czterysta tysięcy euro. Pierwsza rata spłaty opiewała na sto dziesięć tysięcy, którą firma Hernst zapłaciła na czas. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że dwa dni po zaksięgowaniu pieniędzy poprosiła o ich zwrot, twierdząc, że te pieniądze zostały wysłane przez pomyłkę, bo są to pieniądze, które miały trafić do innego banku, za coś zupełnie innego. Zaległa wpłata za ratę jachtu miała być wpłacona do nas w kolejnym miesiącu. Nie mam pojęcia, po której stronie stało w tej sytuacji prawo, lecz fakt faktem, pieniądze zostały zwrócone. I teraz, zespół windykacji dowiadywał się o zwrocie jako ostatni, więc mijało dwa do trzech tygodni zanim zostało to oficjalnie zarejestrowane w systemie. Po tym czasie ktoś z windykacji kontaktował się z firmą Hernst z zapytaniem o co chodzi ze zwrotem. W odpowiedzi dostawali pismo, że muszą to sprawdzić poprzez wewnętrzne dochodzenie, bo coś im nie gra. Trwało to miesiąc. Po drugim telefonie z windykacji CIT, odpowiadali, że oni nie prosili o zwrot i że pomyłka leży po naszej stronie. Wtedy to CIT musiało zrobić wewnętrzne dochodzenie, co również trwało miesiąc. W końcu wysyłano oficjalne pismo z prośbą o ponowną wpłatę. Firma robiła wpłatę, ale pieniądze nie wpływały, bo konto było zamknięte. I takie przepychanki trwały i trwały bez końca. Rok, dwa lata a czasami nawet trzy. W końcu ktoś uporządkował sprawy, odblokowywał konta i pieniądze ponownie zaczynały spływać, ale w tym całym galimatiasie okazywało się, że jest ich za mało a firma, która powinna spłacać raty za łódź ogłosiła bankructwo. Jeśli w tym czasie zostały wpłacone raty w takiej wysokości, na jaką opiewały faktury, wszystko było w porządku, ale kiedy wpłaty były mniejsze lub większe, to system tych wpłat nie przyjmował i wtedy musiały być one zwrócone. Wydaje się głupie? Jasne, bo było to głupie, ale tak właśnie działało CIT. Inna firma, europejski potentat logistyczny, przez wiele lat spłacała leasing samochodów ciężarowych. Nagle zaczęły się zwroty. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, musiałem zwracać pieniądze, które pokrywały faktury sprzed pięciu lat!
- Nigel – Zagadnąłem managera zespołu, w którym pracowałem – Powiedz mi proszę, czy to jest dla ciebie normalne, że firma X płaci raty leasingu przez pięć lat, a dwa miesiące przed zakończeniem umowy prosi o zwrot wszystkich pieniędzy?
- Mają do tego absolutne prawo – Odpowiedział Nigel ze stoickim spokojem.
- To przecież jawny szwindel!
- Szwindel, czy nie szwindel, nie możemy im tego zabronić. My tylko lokujemy pieniądze, sprawą zaległości zajmuje się inny departament. To nie nasza sprawa.
Zanim inny departament wziął się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil IvoVuco
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…