Oko duszy
Na pozór zwykła historyjka z życia przeciętnej, młodej kobiety, w którą wplatają się jakieś tajemnicze postacie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czy istnieje coś takiego jak zbieg okoliczności? Szereg zdarzeń, z których jedno pociąga za sobą następne, kolejne wynika z poprzedniego i ciągnie za sobą dalsze konsekwencje. Czy to rzeczywiście przypadek, czy też świadome działanie natury, losu albo może jakiejś wyższej siły, która wpływa na nasze życie? Tak często ma się wrażenie, że nic nie dzieje się przypadkowo. Jesteśmy poddawani próbom, ciągłym egzaminom, sprawiającym, że nasze życie to pasmo wzlotów i upadków, zwycięstw i klęsk, trafionych decyzji i pomyłek. Czy istnieje coś takiego jak pech? Drobne zdarzenie, chwila, kiedy zdaje się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nam, rzeczy wymykają się spod kontroli i nie możemy zapanować nad tym, co się wokół nas dzieje.
Dzień 7 lipca 1997 roku był wyjątkowo pechowy, już od samego początku. Tuż nad ranem, gdy miasto spowite było jeszcze senną mgiełką, rozległ się ogłuszający huk. Szyby zadrżały w oknach a przestraszone ptaki poderwały się z drzew. Justyna zerwała się na równe nogi, a że wciąż częściowo przebywała w krainie snów, nie bardzo mogła zorientować się, co wokół niej się dzieje. Z początku miała wrażenie, że sąsiedni blok wyleciał w powietrze. Po chwili, gdy trochę oprzytomniała, stwierdziła, że to, co wzięła za tumany pyłu unoszącego się nad świeżym gruzowiskiem, to tylko para podnosząca się z rozgrzanej ziemi, na którą lały się potoki deszczu. Acha burza - mruknęła osuwając się na poduszkę. Miała takie wrażenie, jakby ciężka, metalowa obręcz zaciskała się na jej głowie i tylko zamknięcie oczu może powstrzymać narastający ból. Zapadła w ciężki, przypominający utratę przytomności, sen. Za oknem wciąż grzmiało a chodniki i ulice powoli zamieniały się w potoki.
Za drugim razem sen Justyny przerwał dziwnie znajomy, natarczywie powtarzający się wysoki ton. Dobrze wiedziała, co oznaczał a jednak minęła długa chwila zanim uniosła powieki, a potem jeszcze dłuższa, nim wyciągnęła rękę i machnęła nią w kierunku nocnej szafki. Nareszcie zapadła cisza. Dziewczyna ociężale zwlekła się z łóżka. Rany, czy to nie mogłaby być niedziela? Odbicie w lustrze nie napawało optymizmem, trzeba będzie się nieźle napracować nad makijażem. Kiedy jest się niewyspanym, nawet proste czynności zaczynają sprawiać trudność. Nie można znaleźć najpotrzebniejszych rzeczy, a reszta wylatuje z rąk. Tak było i teraz. Justyna o mało nie zbiła dzbanka do kawy, a potem przy smarowaniu bułki kawałek masła upadł jej na podłogę. Kiedy wycierała plamkę zrozumiała, że ten dzień nie będzie należał do najlepszych, co zresztą pogorszyło jej i tak już kiepski humor.
O dziwo nie spóźniła się do pracy. W autobusie zdążyła przeczytać o niespotykanych od wielu lat powodziach i sprawdzić, co grają w kinach. W biurze, jak się tego mogła spodziewać, panowało niezłe zamieszanie z powodu zagranicznych gości. Szef był mocno podenerwowany. Większość pracowników wolała na paluszkach przemykać pod ścianami, żeby się czymś przypadkiem nie narazić. Wyjątek stanowiła biegająca z lekkim obłędem w oczach sekretarka, nosząca w te i z powrotem filiżanki z kawą, przygotowująca na prędce bardzo ważne umowy, wysyłająca niecierpiące zwłoki faksy, zamawiająca i odwołująca zamówione taksówki. Zawsze uczynna Justyna, starała się pomóc koleżance i nawet nie zauważyła jak zleciał jej czas w tym istnym młynie. Około szesnastej, gdy układała rzeczy na biurku stwierdziła, że w pracy nie było tak najgorzej, przynajmniej szybko zleciał czas. Goście właśnie rozjeżdżali się swoimi, po raz kolejny zamówionymi taksówkami. Właśnie miała wychodzić, gdy w progu o mało nie zderzyła się z szefem. - Justynko - zaczął ciepłym głosem, co wydało się dziewczynie mocno podejrzane - Justynko, mam do ciebie ogromną prośbę. Posuwistym krokiem przeszedł przez pokój i stanął przy oknie, po czym odwrócił się w stronę dziewczyny siląc się na słaby uśmiech. Wydawał się zakłopotany. Justynę ogarnęło bardzo złe przeczucie. - Wyobraź sobie - zaczął - Ralf zażądał ode mnie szczegółowych kalkulacji tego nowego projektu. Nie przypuszczaliśmy, że się będzie czepiał... No cóż, nie mogłem mu powiedzieć, że tego akurat jeszcze nie przygotowaliśmy, znasz Ralfa, dostał by szału, cholerny perfekcjonista...tak...więc widzisz, on chce te kalkulacje jeszcze przed wyjazdem, a jak zapewne wiesz odlatuje do Berlina jutro rano. - To znaczy, że mam teraz pół nocy spędzić nad arkuszem kalkulacyjnym - przerwała - No, nie przesadzaj, to zajmie ci najwyżej godzinkę, przecież wiem jak ty śmigasz po Excelu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że to były tylko pochlebstwa, które miały wymóc na niej zgodę. Z drugiej strony, czy mogła odmówić? Przecież pracowała w tej firmie dopiero pół roku, była to jej pierwsza praca po studiach, a tam uczono ją, że powinna być lojalna i oddana zakładowi pracy, identyfikować się z jego celami, poświęcać się dla osiągnięcia sukcesu. Oczywiście to były slogany, ale w związku z modą na pracoholików, tylko tacy mogli liczyć na awans i zrobienie kariery. - Dobrze - westchnęła - wezmę do domu laptopa i na jutro rano będziesz mieć to gotowe. - Hmm... problem w tym, że laptopy są u Jarka i Adama. Adam ma jutro prezentację u klienta w Poznaniu, pewnie już wyjechał, a Jarek jest chory. Jeśli ci bardzo zależy, możesz pojechać do niego do Magdalenki, ale ja proponowałbym ci popracować w biurze, w końcu wszystko masz tu pod ręką. Chcąc nie chcąc musiała się zgodzić, chociaż perspektywa spędzenia wieczoru przed komputerem nie wydawała się zachęcająca. Nawet wspomnienie o wynagrodzeniu nie stanowiło w tej chwili dla dziewczyny skutecznej motywacji. Zrezygnowana zaparzyła sobie mocnej kawy i zagłębiła się w papierach. Radio cicho pobrzękiwało, z korytarza dobiegały głosy sprzątaczek, ostatni nadgorliwi opuszczali biuro. Na biurku Justyny kłębiły się faksy, zestawienia obrotów, odręczne notatki, gdzieniegdzie podoklejane kolorowe post-ity z dodatkowymi uwagami. Liczby tańczyły na monitorze przeskakując między komórkami tabeli, zmieniając położenie na arkuszach, wchodząc w skomplikowane kombinacje obliczeniowe. Wreszcie praca została ukończona. Jeszcze tylko wydrukować i sprawdzić jak to wygląda na papierze i można iść do domu. Na szczęście wszystko dawało wrażenie przejrzystości, klarowności i pełnego profesjonalizmu. Była z siebie dumna. Nie miała już siły na sprzątanie biurka, wyłączyła, więc tylko sprzęt i wyszła prosto w ciepły, pachnący jeszcze deszczem lipcowy wieczór.
Gdy szła powoli ulicą, jej myśli jeszcze błądziły wśród liczb i różnych wariantów, ale napięcie powoli ustępowało. Zrobiła głęboki wdech, zerknęła na zegarek. - Rany, już po ósmej! - wykrzyknęła. Nie sądziła, że jest tak późno. W tym momencie uświadomiła sobie, że nie zrobiła zakupów. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie może być najbliższy nocny sklep, ale nie mogąc skupić na tym myśli, instynktownie skierowała się w stronę czerwonego neonu Pizza Hut. Gdy weszła do środka, mieszające się zapachy przypomniały jej, jaka była głodna. Kelnerka, która wyszła na jej powitanie, była bardzo miła i rozpływała się w uśmiechach, ale nie miała dobrych wieści. - Bardzo mi przykro, wszystkie stoliki są akurat zajęte, proszę chwileczkę poczekać. - Wie pani, jestem taka głodna, że nie mam siły czekać - wyznała z rozbrajającą szczerością - Nie mogłabym dosiąść się do tego pana? - wskazała na stolik pod oknem. - Zaraz się zapytamy - kelnerkę nieco zaskoczyła bezpośredniość Justyny. Zbliżyły się do siedzącego samotnie mężczyzny. - Przepraszam - zagadnęła kelnerka - czy ta pani mogłaby się dosiąść, bardzo zależy jej na miejscu a wszystkie stoliki są zajęte? Mężczyzna podniósł głowę i przyjrzał się obu dziewczynom, zatrzymując jednak wzrok na Justynie. Poczuła jak uginają się pod nią nogi. Nieznajomy wyglądał jak model z reklamy najdroższej wody po goleniu. Możliwe, że nawet nim był. Nie miał na sobie, co prawda, garnituru od Armaniego, lecz koszulkę polo i płócienne spodnie, ale jego śniada cera, błyszczące, gęste włosy i oczy w kolorze ciepłego brązu z pewnością wywoływały mocniejsze bicie serca u wielu kobiet. - Proszę bardzo - wskazał na siedzenie na przeciw siebie - Podobno nie powinno się jadać samotnie. Justyna tylko się uśmiechnęła, nie mogąc jeszcze wydobyć z siebie głosu. Tępo wpatrywała się w kolorową kartę, próbując jak najszybciej zebrać myśli. Tak to już jest, gdy komuś ogromnie zależy, żeby zrobić dobre wrażenie, zazwyczaj mu nie wychodzi. - Co dla pani? - spytała, stojąca ciągle nad nimi kelnerka. - Małą hawajską i sok...nie, herbatę. - Jakieś sałatki, coś na deser? - namawiała dziewczyna - Nie, to wszystko. - Późny obiad? - zagadnął nieznajomy, gdy kelnerka się oddaliła. Justyna przytaknęła głową. - Pewnie wraca pani prosto z biura. - bardziej stwierdził niż zapytał. - Tak, skąd pan wie? - Stajemy się coraz bardziej do siebie podobni - odpowiedział tajemniczo.- Chyba powinienem się przedstawić, skoro jemy razem tę obiado-kolację. Mam na imię Witold. -Justyna - uścisnęli sobie dłonie nad stołem. Przyniesiono pizzę i rozmowa na chwilę się urwała. Dziewczyna próbowała kontem oka obserwować towarzysza. Nosił obrączkę, ale na lewej ręce i do tego jakąś dziwną, z ciemnego metalu, pokrytego tajemniczo wyglądającymi symbolami. Z kolei na szyi, na srebrnym łańcuszku zwisał medalion. Justyna nigdy czegoś takiego nie widziała i przez długi czas nie mogła oderwać oczu od niezwykłej ozdoby. Był okrągły i płaski, wykonany prawdopodobnie z jakiejś odmiany kryształu górskiego, wydawał się przezroczysty, ale wcale nie był. Padające na niego światło odbijało się tysiącem fantastycznych, kolorowych refleksów, zupełnie jakby we wnętrzu wisiora żarzył się płomień. - Podoba ci się? - Witold patrzył wprost na nią. - Bardzo - pokryła zmieszanie uśmiechem. Nie powinna była gapić się jak sroka w gnat. - Z czego jest zrobiony? - To rzadki kamień, pochodzi z bardzo, bardzo daleka. - wyjaśnił obracając medalion w dłoni.- Dotknij go, jest naprawdę ciekawy. - Pochylił się nad stołem, żeby wygodniej było obejrzeć ozdobę. - Nigdy go nie zdejmuję - dodał. Z bliska okrągły przedmiot zdawał się jeszcze bardziej zaskakujący. Gdy tylko dziewczyna wzięła go w rękę poczuła nieprzyjemne mrowienie, wydało jej się jakby medalion drżał, poruszał się w jej dłoni. Dostrzegła też w jego wnętrzu szereg linii układających się w symbol pięcioramiennej gwiazdy wpisanej w koło. Skądś znała ten znak, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie go wcześniej widziała. W samym środku talizmanu coś się poruszało, jak gdyby krążyły w jego wnętrzu maleńkie, srebrzyste iskierki. Chciała zbliżyć wisior do oka, żeby zajrzeć do wnętrza, ale niespodziewanie Witold wyrwał go jej z rąk. - Przepraszam, tak nie można robić - powiedział poważnie - To starożytny talizman, zwie się Okiem Duszy, jeśli zajrzysz do jego środka, ujrzysz najciemniejsze strony swojej osobowości, najbardziej skrywane pragnienia, instynkty, które kryjesz nawet przed samą sobą. Nie łatwo jest znieść taki widok. - Jesteś archeologiem? - nieco urażona pochyliła się nad swoja pizzą. - Nie, czy to ma jakieś znaczenie? Trochę interesuję się dawnymi wierzeniami, magią, okultyzmem, ale bardziej pasjonują mnie ludzie, ich zachowania. - Czy naprawdę wierzysz, że ten medalion jest magiczny? - To nie magia, to prawda. Justyna uśmiechnęła się wyrozumiale. Szkoda, że jest dziwakiem, taki przystojny facet... - A ty, czym się zajmujesz? - Witold przerwał chwilę kłopotliwego milczenia - Pracuję w dziale handlowym w zachodniej firmie - wyjaśniła. - Jesteś zadowolona z tego, co robisz? - zapytał z dziwną powagą w głosie - Czy to jest to, co pragnęłaś w życiu osiągnąć? - dodał patrząc dziewczynie prosto w oczy. Pod wpływem tego spojrzenia poczuła nagłą chęć otwarcia się i opowiedzenia o sobie, o swoich marzeniach oraz życiowych zawodach. Na szczęście w porę opanowała ten impuls. W końcu siedziała na przeciw zupełnie nieznanego mężczyzny, którego zapewne nie obchodziły jej młodzieńcze marzenia o aktorstwie a pytanie zadał po prostu z grzeczności. Uśmiechnęła się nieznacznie, myśląc, że uśmiech starczy za całą odpowiedź. Witold nie dał jednak za wygraną. - Widzę, że nie wszystko jest tak jak to sobie wymarzyłaś - powiedział - To można poznać po twoich oczach. Dostrzegam w nich niespokojne iskry, a to znaczy, że pragniesz czegoś wielkiego, być może niebezpiecznego, szokującego, prowokującego. Jesteś jak dzikie zwierzę, czekasz na jakiś znak, aby obudzić się z uśpienia i zacząć działać. - Nie masz racji. - roześmiała się by pokryć zmieszanie – Jestem zwyczajną, szarą myszką. W każdym razie miło było cię poznać - podniosła się do wyjścia. - Odprowadzę cię - zaofiarował - Dziękuję, myślę, że trafię do domu Witold jednak już się podniósł - Przepraszam - mówił - Chyba zacząłem wygadywać jakieś bzdury. Pewnie pomyślałaś, że jestem nawiedzonym świrem. Nic z tych rzeczy, naprawdę. Prawdopodobnie za bardzo przejmuję się rolą ulicznego znachora dusz. Chciałbym poznać najgłębsze ludzkie sekrety, ich prawdziwą naturę, którą skrywają nawet przed sobą. - To do tego potrzebujesz talizmanu? - W pewnym sensie... Justynę rozbawiła pełna skruchy postawa Witolda, więc zgodziła się żeby ją odprowadził. Pod wieczór wypogodziło się i tylko rześkie, nasycone zapachami powietrze przypominało o porannej burzy. Witold snuł refleksje o dzisiejszym, zmieniającym się szybko świecie, o pogoni za czasem i pieniądzem, o tym jak dobra materialne przesłaniają człowiekowi prawdziwy sens życia. Jednak był w pewnym sensie nawiedzonym kaznodzieją. Z resztą całkiem możliwe, że należał do jakiegoś nowoczesnego kościoła. Justyna nie przepadała za takimi fanatykami. Szkoda, z tego spotkania mogłaby wyniknąć całkiem interesująca znajomość. Na niebie gasły ostatnie smugi pozostawione przez zachodzące słońce. Drzewa, trawy i kwiaty na trawnikach mocno pachniały, a w powietrzu wirowały duże, ociężałe chrząszcze. Witold wciąż mówił, o tym, że nikt nie szanuje dawnych tradycji, a odwieczne symbole dobra i zła…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil neftyda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…