On-line
może i romans.... ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dziś rano, patrząc w lustro zauważyłam zmarszczkę. Jeszcze jedną. Dotychczas widziałam tylko te w kącikach oczu, maleńką siateczkę, która pojawiała się przy uśmiechu...byłam z nich nawet dumna. A tu, proszę, jest jeszcze jedna...Co prawda jak na panią niespełna czterdziestoletnią, bo w końcu brakujące osiem miesięcy to prawie rok, i tak nie mam ich dużo, siwych włosów tez jest wciąż tylko kilka, ale to znak, że zaczyna się kolejny etap mojego życia. Przynajmniej według kosmetycznej terminologii. Etap walki i maskowania się. Już nie zatrzymuję stanu jędrności twarzy, jak to się określa w kosmetycznych ulotkach, teraz już trzeba walczyć z widocznymi oznakami starzenia, walczyć – bo one atakują... Nie, nie wpadłam od razu w panikę, nic z tych rzeczy. Nie jest tak, że czas spędzony przed lustrem poświęcam na poszukiwanie śladów działania czasu... .Ale staram się wyglądać na mniej lat niż mam. Najbardziej się jednak wystraszę, gdy zauważę, że kąciki ust kierują się ku dołowi. Mam raczej zazwyczaj poważna minę, chociaż staram się uśmiechać oczami, ale nie chciałaby aby usta wyrażały moje nie zawsze radosne nastawienie do życia. Poranna toaleta nie jest dla mnie raczej powodem do chandry, przyzwyczaiłam się do swojego odbicia w lustrze, ale dziś tak właśnie się stało. Zaczynać dzień od odkrycia nowej zmarszczki...pewnie to brzmi niepoważnie, ale mnie to zmartwiło... Trzeba będzie poszukać silniejszego kremu do twarzy – postanowiłam sobie w duchu. No i może jednak jakiś lekki makijaż? Od lat konsekwentnie ograniczam kolorowe kosmetyki do minimum, ale może teraz trzeba zacząć maskować co nieco ? Jeszcze nie dziś, może najpierw potrenuje nakładanie korektora ....A potem dopiero odważę się wyjść z tapetą na światło dzienne. Zazwyczaj jeszcze przed wyjściem do pracy mam chwilkę na poranną kawę, mocną , idealną na pobudkę. Następną , już lat te będę piła za kilkadziesiąt minut już w pracy. Sekretarka poda mi ją na biurko – to zresztą jest jej jedyna czynność , jaką dla mnie wykona. W końcu jestem cenionym samodzielnym pracownikiem.
......................
Czasem nie wiadomo jak dzień się skończy. Ja przeważnie jednak wiem. Wiem jak i o której. Wiem też jak się zacznie następny. Zawsze jest tak samo, radio z pogodną muzyką na dzień dobry, poranna kawa, poranny prysznic, makijaż. Szybki spacer w drodze do biura. Po drodze jakieś babskie czytadło z kiosku, butelka soku z marchewki. W pracy też wszystko według ustalonego od lat porządku. Dzień dobry, cześć, ahoj...poranny wersal , mieszanka zapachów dezodorantów, lakierów do włosów, jeszcze intensywna o tej porze. Mamy tu swój poranny ceremoniał – lista obecności, szybki wpis, włączenie komputera, i zaczynamy odliczanie. 8 godzin, czas, start. Księgowość, administracja, sekretariat, marketing – świat kobiet pochylonych nad komputerami, zamkniętych na te 8 godzin w malutkich pokoikach. Te ważniejsze z nas mają pokoiki tylko dla siebie, jedynki, ja taki właśnie mam...Nam sekretarka szefa podaje kawę w kubeczkach, każda z nas ma własny, indywidualny. Po ośmiu godzinach sprzątaczka zbiera je z naszych pokoi, myje i odstawia na jedną, wspólną tacę. A rano z tej właśnie tacy pani Agatka, osobista sekretarka szefa zabiera je i roznosi nam, pełne parującej kawy. Dla mnie z duża ilością mleka, ona to już wie... I to jest moje ośmiogodzinne królestwo – wielki świat księgowości. Nie wiem czy dokładnie tego w życiu chciałam – ale to właśnie mam od kilkunastu lat. Niewielkie są te pokoje – mam tu swój zakres obowiązków, ustabilizowany tryb pracy. Jest tu jeszcze komputer dobrej klasy, kalendarz z pejzażem na ścianie, lustro na drzwiach, szafa w ścianie. Jeden kwiatek na oknie, na biurku kubeczek z napisem „Kubek super dziewczyny” – to prezent od Konrada. Brakuje mi tu tylko muzyki. Cisza wystukiwana klawiszami jest jakoś czasami ... nieprzyjazna. Ale przekonałam się już że muzyka, radiowe informacje , reklamy – to mnie rozprasza w pracy – dlatego świadomie na te osiem godzin rezygnuję z dźwięków innych niż te wydawane przez klawiaturę. Rozmowy zbyt częste i zbyt głośne są tu też niewskazane – księgowość lubi ciszę. Spotykamy się koło południa na biurowym korytarzu, na popołudniowej kawie. Mamy kilkanaście minut na rozmowy, ale nikt nas nie musi przywoływać z powrotem. Pracy jest tak wiele, że każda szybko wraca do siebie. Nie potrafię się oprzeć liczbom. Zawsze je lubiłam. Może gdyby nie wrodzony praktycyzm moich rodziców studiowałabym matematykę zamiast księgowości i ekonomii. Liczby są dla mnie ja magnes, przyciągają mnie. Wciągają mnie jak tajemnice, potrafię czasami przy nich zapomnieć o upływie czasu, zresztą najbardziej lubię moment zakończenia pracy , świadomość , ze znowu je pokonałam. Nawet lubię te szeregi kont, kalendarz wyznaczany datami wysyłania przelewów, deklaracji, rozliczeń, miesiąc kończący się podsumowaniem, bilanse co sześć miesięcy, raporty co dziesięć dni. Potrafię za to oprzeć się ludziom. A przynajmniej tak mi się wydaje. Trudno do mnie dotrzeć, zresztą specjalnie tego nie ułatwiam. Może dlatego mój krąg znajomych, przyjaciół, jest od wielu lat niezmienny. Trudno mnie określić – na pozór jestem poukładana i schematyczna. Ale to tylko na pozór. W rzeczywistości jest we mnie wiele sprzecznych myśli, pragnień...Nie chwalę się nimi. Mało kto się ich we mnie spodziewa. Prawda, z wiekiem tego ubywa, coraz bardziej spokojniej, coraz częściej godzę się na kompromisy, narzucone układy. Jednak może nadal nie bardzo wiem czego chcę od życia ale na pewno wiem czego nie chcę – i to akurat właśnie tutaj, w pracy potrafię egzekwować. Tylko tutaj – ale za to zawsze. Czego więc nie chcę ? czego się boję? Niepewności. Braku stabilizacji. I to w każdej sferze życia. Dzięki Ci Panie, żeś stworzył bilanse....tu przynajmniej wszystko musi się zgadzać....
..........................
Nigdy nie ominę kiosków z gazetami – zwłaszcza na początku miesiąca. To właśnie mnie cieszy – świeżość gazet. Nowe wydania miesięczników są czymś na co czekam. Poluje na nie , pytam w kiosku czy już są nowe. Kupuję. Czytam. Coraz szybciej tracą smak, potem lądują na półce. I już wtedy myślę o nowych. To też rytuał. Comiesięczny. Gdyby ktoś chciał mnie ukarać – powinien mi odebrać możliwość czytania gazet. Nie wiadomości – ale właśnie tych magazynów dzięki którym szare kobiety w marzeniach przynajmniej nabierają kolorów. W moim mieście, w którym mieszka zgodnie z tym co podają jakieś niecałe sto tysięcy ludzi , kolorowe magazyny są oknem na świat. Dosłownie. Kupuję je, bo dzięki nim przez kilka chwil przypominam sobie ze na tym świecie są miasta takie jak moje i .... powiedzmy Cannes, a może dalej, Kalifornia, Los Angeles. Nowy York. To wszystko jest na tej samej kuli ziemskiej, może nie w zasięgu ręki, ale dzięki gazetom – w zasięgu wzroku. Z wielką radością zauważam, że kobiety z pierwszych stron gazet, używają kosmetyków , odchudzają się, farbują włosy. Na moje wielkie szczęście jesteśmy już w tej dobrej sytuacji, ze półki pełne są towarów, o których kiedyś tylko czytałam. Teraz z satysfakcją czytam ze pani xyz używa perfum takiej o takiej marki i do tego szamponu z firmy jakiejś tam....Mam świadomość, ze ten kosmetyk stoi na półce w salonie firmowym i kosztuje , jak dla mnie , stanowczo za dużo. Ale mam też świadomość, że gdybym miała nagły zastrzyk finansowy to bym bez chwili wahania kupiła dobry perfum czy super balsam do ciała. Nie tylko dla jego niewątpliwych zalet kosmetycznych, ale także dla tej świadomości że on leży na polce w łazience u Meryl Streep czy Susan Sarandon. Cos jeszcze nas łączy , oprócz tego, ze mieszkamy sobie na Ziemi. Naiwne, no, ale moje.
Tak jak ja myśli wiele kobiet z mojego miasta, widzę , jak szybko kolorowe tytuły znikają z witryny kiosku. Te, które mają w miarę stale dochody pozwalają sobie na namiastkę luksusu, jaką są właśnie te czasopisma. Zresztą , widzę w jakim stanie są czasopisma wyłożone w poczekalni u dentysty czy u fryzjera... zaczytane na śmierć... Teraz też w drodze do domu kupuję nowiutki pachnący magazyn i już wiem jaki będzie dzisiejszy wieczór. Kąpiel w pachnącej pianie – taka najlepiej sprzyja czytaniu o modzie i urodzie. Leniwie smakuję te chwilę , jako jedna z rzeszy wojowniczek armii kobiet pod rozkazami generał Elle, Twojego Stylu, Marie Claire... Albo inaczej – czas na lekturę to także sobota rano, pachnąca kawa jeszcze do łóżka, muzyka tym razem nie do porannej krzątaniny, i zwierzenia kolejnej gwiazdy czy gwiazdki. Albo porady jak depilować nogi. Mamy polowę czerwca co oznacza ze gazety są już lipcowe, tak się teraz je wydaje... U nas wakacje są w sferze planowania , u nich już się radzi jak uniknąć plam poslonecznych. Albo zgagi po wakacyjnym romansie. Dziś sobie poczytam o samoopalaczach. Nici chyba z urlopu w tym roku , ale nie musze być blada... Po ośmiu godzinach podliczania kont zachłannie wręcz przeglądam kolorowe strony , i zanim dojdę do domu zdążę już przekartkować pachnące jeszcze świeżością gazety. Już się cieszę na wieczorną lekturę...
........................
Moje wieczory należą także do rozmów. Noce właściwie czasem też. Zaczynają się przed 21.00...Zazwyczaj są poważne, mądre. Czasem beztroskie, żartobliwe. Nie wiadomo kiedy telefoniczne rozmowy z Konradem stały się obowiązkowe. Codzienne. Długie. Relacje z dwunastu godzin streszczone do dwóch. Skracane bo w końcu trzeba rano wstać. Nie wiadomo kiedy spotkania przy herbacie , kolacje ze śniadaniem zmieniły się w sesje telefoniczne. Co ciekawe, tak jest chyba lepiej. Dla mnie przynajmniej lepiej. Mamy taki kontakt wyselekcjonowany, bez patrzenia w oczy, bez szukania dłoni, może czasem to zbyt kliniczne, ale przyznaję ze rozmawiamy szczerze, a nawet szczerze do bólu. Czas wtedy chyba zwalnia...aby można było sobie powiedzieć wszystko, niemal wszystko. W ciągu dnia ten sam czas przyspiesza nieprzyzwoicie. wystarcza go na smsa, na email, na króciutką rozmowę telefoniczną. „Wiesz, jest 15.40 i pomyślałem ze Cię lubię, co nie oznacza , ze o 15.27 nie lubiłem Cię... ale dopiero teraz mogę Ci to powiedzieć..”. Lubić. Lubić można lody, psy i koty , a człowieka.....szanować, nienawidzić, kochać. Lubić...jaki to punkt i ile ich ma ta skala? Czy tu liczby są wstanie pomóc? Kiedy nie można rozmawiać wysyła się smsa – „ jestem w drodze do Warszawy”, No i fajnie, a ja jestem w kinie. Sama. No to cześć – do juterka. I już mamy sprawę kontaktu odfajkowaną. Fascynacja Konradem była rekordowo długa , aż obiecująco długa. Na drugiej randce powiedział, że chce ze mną przeżyć resztę życia. Ze długo szukał, że w końcu go szczęście spotkało, że może mi obiecać „długie, szczęśliwe pożycie”. To mnie chyba ujęło, po latach dziwnych związków , denerwujących facetów, którzy nie wiedzą czego chcą, nagle usłyszałam proste słowa, konkretne i czytelne. Byłam długo pod wrażeniem tych słów, codziennych spotkań, wyjazdów na weekendy, planów na wspaniałą wspólną przyszłość. Potem kolacje ze śniadaniem, krąg wspólnych znajomych, nawet pomieszkiwalismy u siebie nawzajem po kilka dni. Wszystko było na dobrej drodze do osiągnięcia malutkiej stabilizacji, a w dodatku oboje nie byliśmy już nastolatkami. Nie bawiliśmy się sobą i naszym byciem razem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Byłam pod wrażeniem jego nieco staroświeckiej elegancji, fantazyjnego długiego szala, wytwornej siwizny, jasnoniebieskich oczu, patrzących prosto, szczerze, uczciwie. Doskonałych manier i jednocześnie młodzieńczego apetytu na życie. Dopóki nie zrozumiałam, że Konrad składa się głównie ze słów i obietnic ale bez pokrycia. Zrozumiałam to dobitnie, któregoś wieczora , gdy czekałam z kolacją a zamiast niej był SMS: „ dziś mi się nie uda wyrwać z pracy”. Przez kilka następnych wieczorów tez mu się to nie udawało a potem była długa poważna rozmowa, o jego problemach finansowych, o zobowiązaniach wobec dzieci z przedniego związku i wobec swojej byłej partnerki, która okazywała się coraz bardziej przedsiębiorcza i pomysłowa. Łączyły ich dzieci i ...interesy. Tylko interesy, ale one właśnie pochłaniały mu coraz większą ilość czasu....Niby nie miałam powodów do zazdrości, moja poprzedniczka była już w następnym związku , ale....No właśnie, ale dzięki jej posunięciom Konradowi ubywało godzin w ciągu doby. Na mnie mu już ich nie starczało. I potem zaczął się okres obietnic i słowotoku przez telefon. „Już wpisuję sobie do kalendarza aby ci to przywieźć.” I co? I nigdy tego nie dostarczył, zresztą nie pamiętam już czego, tyle tego było.... Jeszcze w styczniu ekscytował się tym co mi kupi na urodziny w kwietniu. Ale obiecanego prezentu nie dostałam nigdy. Oczywiście ważne sprawy zawodowe sprawiły ze nie mógł przybyć na urodzinową imprezę. Ale był – myślami rzecz jasna. Do tematu prezentu już nie wróciliśmy. „Cieszmy się tym, ze możemy ze sobą rozmawiać, przez telefon chociażby. Może przecież być i tak, że nawet na to nie starczy nam czasu..” No właśnie. Nam – ale przecież ja miałam zawsze czas, moja praca gwarantuje mi wolne popołudnia i wieczory, wolne weekendy. To Konrad nie miał czasu, a raczej z czasem – miał go już dla mnie coraz mniej. Coraz częściej te wolne wieczory spędzałam sama czekając na ten telefon, na te rozmowę. A ja przecież nie tego chciałam, nie tak miało być. Aby dojść do takiego samego wniosku, żeby cieszyć się z tego co mam, potrzebowałam wielu tygodni buntu, prośby, groźby, negocjacji. A z w końcu stwierdziłam ze czas wreszcie to wszystko co jest miedzy nami skończyć. Wtedy zaczęła się ostra jazda po emocjach. Próby szybkiego, definitywnego przecięcia tego supła kończyły się wyznaniami „tylko Ty” , „Nie warto kończyć czegoś co się jeszcze nie zaczęło”, „Jesteś wyjątkowa, nawet gdy powiesz że mam spadać, po kilku dniach zadzwonię i tak..’ No i tak właśnie było. Bo po kolejnej rozmowie – wydawałoby się ze ostatecznej , po czterech czy pięciu dniach chyba, on znowu zadzwonił....: - dasz się zaprosić na kawę? Haneczko.... Siedziałam potem przy szklance soku z pomarańczy, i czekałam kiedy skończy opowiadać. O sobie, swojej firmie, kłopotach z ex partnerką, która jakoś tak ciągle pałętała się po jego życiu. Uznałam więc , że będzie lepiej zostawić to czasowi, więc niech on sobie nadal tylko dzwoni, w opcji telefonicznej nie trzeba udawać zainteresowania na twarzy, kiwać głową... można się ograniczyć do mruknięcia dyplomatycznego kiedy trzeba w odpowiednim momencie... Ale mimo upływu czasu to nadal trwa. Dziwne, czasem nawet zauważam u niego iskiereczki zazdrosci... ”Niepokoi mnie że tak długo masz zajęty telefon gdy dzwonię ..to jest podejrzane..” Ale te iskiereczki są już coraz rzadsze. Już zresztą czuje się coraz częściej jak najlepszy kumpel od zwierzeń i biadolenia a nie jak... kobieta, przyjaciółka. No ale tak mówiąc szczerze jeszcze podoba mi się, że pisze smsy gdy rozmowy telefonicznej nie będzie, że udaje (lub nie?) troskę o moje zdrowie... Zobaczymy jak to się między nami skończy, tak to się toczy od rozmowy do rozmowy , z wolna zamiera, może opatentuje to jako sposób na bezbolesne rozstanie? Ten wieczór, jak i poprzednie , znowu spędzimy razem.... my i nasze słuchawki telefoniczne...
.......................
Mijam ją rano. Wraca z nocnej zmiany. Rzucamy sobie spojrzenia które wyraźnie mówią o tym co czujemy. Mnie nie chciało się opuszczać ciepłego łóżka a ona właśnie o nim marzy... - Jest jak jest, siostro... wszystko ok.? Idziesz teraz spać? U mnie jeszcze łóżko cieplutkie... przyjemnej pracy... wyśpij się... Ta pogawędka , to tez należy do porannego rytuału. Mariolka była moją najbliższą przyjaciółką w dawnych szkolnych czasach. Sama nie wiem dlaczego już nie jest. Mariolka, od zawsze i chyba na zawsze smukła , blondynka, rozgadana, szalona. Ja poszłam na studia, ona do pracy i nasze spotkania nie były już tak częste, poznawałyśmy innych ludzi, inne problemy. I tak z czasem wielka szkolna przyjaźń wygasła. Kilka lat temu Mariolka wprowadziła się do mojego bloku, ale w żaden sposób nie wpłynęło to na ożywienie naszych kontaktów. Pracuje teraz w szpitalu i mam wrażenie że cały czas bierze nocne dyżury....Ciekawe jak znosi to ten jej Piotrek... Miałyśmy kiedyś tyle wspólnych tematów – a teraz – wymieniamy uwagi na temat pogody i uprawy roślin doniczkowych . Czasami mi brakuje jej obecności, zwłaszcza że dzieli nas teraz tylko kilka pięter. Żadna z moich obecnych przyjaciółek nie jest tak.... szalona jak Mariola. Kiedyś realizowałyśmy wspólnie najbardziej zwariowane pomysły, wycieczki w nieznane, wędrówki bez szlaku , mamy za sobą tyle przegadanych wieczorów, planów, zwierzeń. Ale chyba już jesteśmy inne, nasze nowsze wersje mają już zupełnie inne podejście do życia... Nie jesteśmy już sobie potrzebne. Ona zachowała jeszcze swoją żywiołowość – nadal jest energiczna, najpierw powie, potem pomyśli – co nie dodaje jej przyjaciół. Zupełną przeciwnością jest ten jej facet – mruk, cichy, zagubiony w świecie komputerów. Piotrek jest kimś na kogo nie zwraca się uwagi – do czasu pierwszej rozmowy. Wtedy widać wyraźnie , że chyba nie tylko komputery mu w głowie. Jest kojący, a zarazem rzeczowy, poukładany, jakby zawsze skupiony na jakimś ważnym problemie. Może to jednak prawda ze przeciwieństwa się przyciągają?
.......................
Kiedyś tylko czytałam o kobietach , których życiem są podróże. Kiedy nie podróżują – planują gdzie tym razem się pojawić...Gobi..? nie...może Kanada? Coś na dalekim wschodzie? Ale teraz znam jedną taką....niby znam od tak dawna, ale przecież jej fascynacja górami jest wciąż dla mnie nowością... Dorota kocha góry. Beskidy, Tatry, Alpy, Himalaje... Początki były w Tatrach...potem szła już coraz wyżej...Co roku wyżej... a jeżeli już nie można inaczej... to dostawałam smsa : „Pozdrowienia ze Śnieżki, klimaty są tu alpejskie!” Nie czuje się od niej powiewu wielkiego świata – chociaż jej inny sms: „Właśnie zdobyłam Bretcha de Rolando” , był dla mnie jak sygnał, ze weszła na K2 co najmniej... Ale podobieństw między podróżniczkami z damskich miesięczników a Dorotą więcej nie ma. Bo w końcu kiedyś z tego szczytu trzeba zejść... Kiedyś na jakimś szczycie w Alpach chyba spotkała nareszcie Paula czyli Pawła po prostu. Z obcym paszportem, ale w końcu Polacy są wszędzie. U nas byłby Pawełkiem , ale w końcu... Paul brzmi zdecydowanie lepiej. Pawełek to Beskidy. Paul to Alpy, ... a może i jeszcze wyżej....Na razie wędrują razem od kilku miesięcy.– telefonicznie, listownie. To pierwszy taki poważny związek Doroty. Piszą do siebie listy. Trochę mnie wzruszała kiedyś staroświeckość tej korespondencji... listy, pisane odręcznie... tak właśnie zaczynali . Odkąd w jej domu pojawił się komputer z dostępem do sieci internetowej co kilka godzin w jej skrzynce emailowej pojawiał się liścik od Paula, czasami tylko kilka słów – „ Jestem zalatany i tęsknię”, ale znacznie częściej był długi, konkretny. Dorotka mimo silnego osadzenia w realiach naszego miasteczka jest zafascynowana tym co dalekie, egzotyczne i nie dla wszystkich dostępne. Właśnie dla korespondencji z innym egzotycznym wędrowcem – z odległych wysp Oceanii założyła sobie internet. To czasy jeszcze sprzed etapu : „Paul”. Ale tej upragnionej korespondencji jakoś się nie doczekała, a po dwóch , trzech tygodniach zdaje się , że ktoś się jej włamał do skrzynki.. To jest dla mnie nowość absolutna...wirusy, owszem, cos tam słyszałam,...włamania też ale na bankowe, czy rządowe strony...Ale do prywatnej skrzynki mojej prywatnej koleżanki? Lubię gdy ze sobą rozmawiamy. Dużo sobie tłumaczyć nie musimy, czasem wystarczy tylko pól słowa...Gdy zostawia wiadomość na mojej sekretarce to jest to nagranie kilkuminutowe....które następnie skłania do kilkudziesięciominutowej rozmowy. A teraz właśnie odsłuchuję jej informację, że na kilka dni wyjeżdża. W góry rzecz jasna. No tak, zaczynają się wakacyjne wyjazdy.
........................
Mój kolejny dzień się zaczął tak jak powinien. Otwarcie standardowe. Ale było jednak coś innego, nowego. Kilka minut po załogowaniu się do sieci na ekranie mojego komputera pojawiła się granatowa ikonka oznaczająca zaproszenie do rozmowy. Komunikator sygnalizował kogoś on-line .Malutka krateczka u dołu ekranu cały czas, uparcie błyskała na granatowo. Odkąd poznałam komunikatory i emaile życie stało się prostsze. Nabrało tempa. Szybki przesył informacji...szybka odpowiedź. Często się pojawiają takie krateczki. „Część, masz ochotę poklikac?” czasem tylko „masz ochotę?”. Potem wystarczy jedno pytanie – „Ile masz lat?”... no i już wiadomo ze małolat nawiał z lekcji i buszuje w internecie. Czasem jakiś znudzony urzędnik bawi się w flirt towarzyski, to dość powszechna gra, ale z czasem już nudzi. Mam „opanowanych” kilka komunikatorów, oczywiście gadugadu, onet, iCQ... kiedyś mnie bardzo interesowały, potem stały się wygodnym środkiem komunikacji z koleżankami, szybkim, bezpiecznym. Tak właśnie sobie przekazujemy ploteczki, umawiamy się na piwo, ubijamy babskie interesy: „kupiłam sobie szminkę której już chyba nie użyje, nie ten kolor, chcesz ją? Za pół ceny...”. I to wszystko nie ruszając się od biurka... Oto znak czasu – tak teraz wygląda biurowa poczta pantoflowa. Do dobrego tonu w naszym biurze należało kiedyś , kilka miesięcy temu jeszcze, prowadzenie systematycznej korespondencji z facetami. Tajemniczymi wielbicielami jakich w sieci jest pełno był element ożywiający i orzeźwiający pracę, poranne flirciki, przesyłane żarty...zaproszenia na kawę – naturalnie tylko wirtualną. Teraz tylko te najwytrwalsze się w to bawią nadal, w końcu nawet najlepsza zabawka kiedyś się znudzi.. . A poza tym, zazwyczaj kończyło się to na zaległościach w pracy, a tego nikt tu nie lubi, a zwłaszcza nasz szef. Ale cudowne gadu-gadu pozwala też na szybkie komunikaty typu „ masz jeszcze te druki u siebie?” – „ zaraz ci je przyniosę..”. No i proszę, jaka oszczędność czasu... Błyskało mi w dole ekranu cały czas, ...nawet dość długo zanim w końcu zareagowałam. „Dzień dobry... można..? – no cóż, kto pyta nie błądzi – „ile masz lat?” – to zawsze jest moje pierwsze testowe pytanie. - Mam 40 lat.... O, jaka ulga, to nie małolat.... - kim jesteś? – no i mam brak odpowiedzi. Nie to nie. Znikaj. Znowu wracam do pracy, zagłębiam się w tabele kont. Ale nie. Znowu błyska. - Czy możesz ze mną porozmawiać? Mogę. Czemu nie. Ale nie teraz – czas na przerwę zaplanowałam sobie na 12.00 - Dobrze, będę. Był. Nawet miał imię : Marcin. Był z Australii. Po raz pierwszy poczułam że internet coś w sobie ma. Przede mną stygnie kawa, mam dwa sprawozdania do wprowadzenia, a po drugiej stronie ekranu facet z krainy kangurów. - Naprawdę jesteś z Australii? - tak, naprawdę. Ale kiedyś mieszkałem w tym samym mieście co ty , Aniu. No tak... już sobie zobaczył moje dane w komunikatorze. Mamy więc jasność , Marcin, Anna, bardzo mi miło... - Jaka u Ciebie pogoda?. No coś takiego....niesamowite...rozmowa jak z dowcipów o Anglikach...no cóż...jest ciepło mamy lato... a u Ciebie? - a u mnie wiosennie – ale niezbyt przyjemnie. Mokro, wilgotno... Niesamowite.. a mnie się Australia kojarzyła z gorącym suchym powietrzem.... - Nie zawsze tak jest....bywa i chłodno, i mokro... Jak się okazuje w praktyce rozmowa o pogodzie może być interesująca, i stwierdzam ten fakt po niepokojąco długim czasie.. Gdzie się podziało te 25 minut? ... trzeba będzie nadganiać. Dzięki za rozmowę... Australijczyku. - Czy mogę jeszcze kiedyś liczyć na parę chwil? No, jasne, czemu nie....
..................................
Czy dziś wieczorem miała być kolacja z Konradem? No tak, znowu zapomniałam i zjadłam konkretny obiad, no więc nici z kolacji. Ależ właśnie że nie ! Poprzeglądałam notatki, kartki i karteluszki i teraz jestem pewna. Nie zapomniałam o niej, my.. .po prostu nie byliśmy umówieni. Ale tak właśnie działa Konrad, dla niego przecież zawsze trzeba mieć czas. Teraz też jakby nigdy nic pyta czy coś zjemy wieczorem....Nie, nie zjemy. Ale możemy się czegoś razem napić. Kończy się na piwie w pubie . Po raz pierwszy od tak dawna jest to rozmowa w cztery oczy a nie na dwie słuchawki. O dziwo....nie czuję już przyjemności, jaką kiedyś dawały spotkania, rozmowy z Konradem. Meczy mnie uprzejme potakiwanie, nie umiem skupić wzroku na jego twarzy, boję się że w moich oczach dostrzec można znudzenie. Rozmowa jest więc sztuczna, naciągana, a ja z nadzieją patrzę w stronę drzwi pubu, może ktoś znajomy wejdzie...Chyba zbyt dobrze mnie wychowano, bo nie potrafię zakończyć tego męczącego posiedzenia jakoś dyplomatycznie... Nie potrafię? Jak to, przecież czytałam gdzieś tam o asertywności. Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam gdzie chcą... a ja chcę być wszędzie tylko nie teraz tu, nie z nim...Nerwowo zaciskam palce na pasku torebki, jak to tam było z tą asertywności? Sprawdźmy, czy gazety dają dobre rady, najpierw trzeba wyartykułować pragnienie.... - Konrad, odwieź mnie już.. - Nie chcesz już ze mną rozmawiać? – jest wyraźnie zdziwiony, ale na szczęście nie urażony. Chyba też bolą go mięśnie policzków od sztucznego uśmiechania się. To chyba dobrze, nie chce mu sprawić przykrości swoimi próbkami asertywności... - Nie, Konrad , nie chcę rozmawiać . Patrząc w jego posmutniałe oczy dorzucam litościwie: - Może , zadzwoń później....Teraz chcę do domu. Jestem zmęczona. Zmęczona – on to rozumie. On sam najczęściej jest zmęczony. Zbyt zmęczony. Ten argument zawsze jest nie do odbicia.
........................
Mija kilkanaście minut.... przede mną ledwo zaparzona herbata i telefon. - Skąd ten dystans..? Co się stało Haneczko? - Konrad wciąż nie przyjmuje do wiadomości , że to ja już dawno podjęłam decyzje co do nas obojga.. tylko na razie lepiej mu o niej nie mówić wprost. Nie ma sensu. Samo wygaśnie... To w końcu nie da się niczego zbudować na telefonicznych rozmowach. Czas działa na moja korzyść, on przecież ma go coraz mniej. Taka sobie znajomość... Już bez dotyku, bez smaku, na odległość – to akurat na pewno nie ma szans na ciąg dalszy. Nie tak miało być, ale tak właśnie niestety jest....Ale nadal bardzo lubi telefoniczne pogawędki ze mną. - Nic się nie stało, Konrad, po prostu czułam się tam dziwnie. Coś mnie blokowało. - Porozmawiamy o tym..? Właściwie, czemu nie... porozmawiamy jak co wieczór.. Czasem po takiej rozmowie , jeszcze kilka miesięcy temu przecież, dobrze się zasypiało, czasem pozostawały słowa, które nie pozwalały zasnąć. Ale najczęściej sobie przypominałam, ze Konrad to przecież tylko słowa, ze najcudowniejsze wyznania, jak z filmowego romansu, są puste. I te gorzkie słowa, też na szczęście nie mają w sobie prawdziwej goryczy. - Czasem mówisz cos takiego , ze staję na baczność – wyznaje Konrad. Ciekawe, zazwyczaj dotyczy to właśnie mojego znudzenia tematem rozmowy czy całą tą znajomością...Nie... niestety albo raczej na szczęście moje zniechęcenie brzmi wtedy w słuchawce zupełnie inaczej, dyplomatycznie i łagodnie , jednak zdecydowanie za dobrze mnie wychowano, wpojono mi szacunek dla starszych a Konrad ma przecież 10 lat więcej niż ja...więc wzdycham sobie właśnie tak dyplomatycznie ...i on bierze to znowu za ...zmęczenie., - wiesz, to co jest między nami nie podoba mi się...- zaczynam jednak delikatnie .A wtedy on znowu z ta postawą zasadniczą, nadal uparcie walczy słowami o ten kontakt, jakby był dla niego treścią życia, czasami nawet miałam wrażenie, ze płacze... dziwne wrażenie. Kiedyś Dorota po usłyszeniu relacji z kolejnego rozstania przez telefon poradziła jasno : - nie rób sobie nadziei na niego, krzyżyk i kropka . I nie zaczynaj mu wierzyć , bo znowu Cię zaboli jak nic z tego nie wyjdzie. Trzymaj się na dystans. Więc się trzymam. I tak to trwa.... - Dobrze, Konrad, porozmawiajmy......może rzeczywiście miałam dziś nieodpowiedni dzień na kolacje...a jak Tobie ten dzień minął? - skarbeńku...wiesz co się stało...
..............................
Radio na dzień dobry, „Baśka miała fajny biust..”, łyk wody, makijaż, wychodzę. Szybkie tempo spaceru różowi policzki, a w korytarzu biura pachnie już kawą...Tu nie czuje się już zapachu czerwcowego poranka, zresztą kawa i dezodoranty pracują... Komputer włączyć – włączony. Załogować się do sieci – tak jest! Ready, steady, go! Porcja pracy na dziś nie jest zbyt duża. Można liczyć na dłuższą przerwę i dużą kawę, a nawet na pogawędkę z Ewą z marketingu. ........odliczanie rozpoczęte....do końca pracy zostało tylko 7 godzin 46 minut. Granatowa krateczka już błyska. - Dzień dobry... można? No tak, Australijczyk tez już jest w sieci.. . ok., można. Zapraszam. - Jaka u was pogoda..? – a ten znowu swoje o pogodzie... No, ładnie jest. W końcu to czerwiec. Pachnie wakacjami.. - Gdzie się wybierasz na wakacje? - Tego....nie wiem jeszcze, kiedyś z Konradem planowaliśmy Juratę...ale nie wiem czy to dojdzie do skutku.. - Dlaczego? – trudno mi na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć więc milczę... - Rozumiem, zbyto osobiste pytanie, przepraszam więc. Zmienimy temat. Czym się zajmujesz..? Hm...jak by to mu powiedzieć, najnudniejszy zawód świata zdaniem niektórych...... - No cóż... jestem księgową... A ty? - Nikim istotnym , naprawdę. Przeciętnym zapracowanym facetem. - Przeciętny Australijczyk kojarzy mi się z seksownym surferem, najlepiej długie blond włosy w lekkich lokach, tors umięśniony i opalony jak u Hasselchofa, nogi tenisisty......a Ty jak wyglądasz? - Raczej przeciętnie, nic specjalnego.. Chyba nie spełniam wymogów australijskiej męskiej urody... - Surfujesz??? No , w przypadku Australijczyków to moim zdaniem pytanie zasadnicze. - Nie...ale jeżdżę na nartach. Bardzo to lubię. - Narty ...w Australii? No...śniegu sobie tam nigdy nie wyobrażałam... - Ależ jest śnieg, nawet więcej niż w europie. . Można pojeździć. Kilka dni temu byłem nawet na nartach. Aby zobaczyć śnieg , ośnieżone stoki musze pokonać ponad 1000 km, w Polsce, tam gdzie mieszkałem widziałem go z okien. Ależ życie płata figle! - Co jeszcze można robić w Australii? „ - Dużo rzeczy, naprawdę duzo... można tęsknic..” No i, mamy polskiego patriotę tęskniącego za krajem... - Za czym tak tęsknisz Marcinie? Za rodziną? Kogo zostawiłeś w Polsce? - Nie...nie tęsknie za tym co gdzieś tam pozostawiłem, raczej za tym czego mi cały czas brakuje, brakowało w kraju i nadal nie mam tego nawet tutaj...Ty nie masz w sobie nawet okrucha tęsknoty? - Mam. - No widzisz, ja też mam, całą wielką bryłę tęsknoty... Gdzieś mi się podziało 45 minut...niby banalne pytania...ale od pogody na dworze do pogody ducha niedaleko ja muszę odpowiadać...o proszę, kolejne niby banalne pytanie, czym ja się interesuje , a tak trudno mi przyszło na to odpowiedzieć.. no bo czym? muzyką? Bo jej słucham? Rozróżniam paru artystów, parę gatunków ale czy się znam na tym? No to piszmy, że modą, jak każda kobieta...Sztuką? no tak, cos tam wiem, ale albumów namiętnie nie oglądam...nie mówiąc już o kolekcjonowaniu...w galerii wieki nie byłam.. Interesuję się literaturą skandynawską, tak kiedyś inteligentnie powiedziałam na rozmowie kwalifikacyjnej zdając na studia... - A jakich Pani zna autorów? - szanowna komisja na to. Zaskoczyli mnie. ..no... Tove Janson... - Co, Marcinku, nie znasz? A to klasyka przecież... - Klasyka? - Ależ tak, to nieśmiertelna, klasyczna Saga o muminkach... Ale jednak mi zabił klina...Czym ja się do cholery interesuje???? Sobą chyba jedynie...no nic...piszmy, że prawie wszystkim. ., ze co? Polityka? nie, na pewno nie polityką. Nic z tych rzeczy. O, tak , znam nowości filmowe... coś tam czytałam...Co mogę polecić? Wiśniewskiego ostatnio przeczytałam, „Samotność w sieci”, polecam, co? Nie znasz? Naprawdę warto do niej zajrzeć, to nie jest aluzja ani złośliwość z mojej strony, skądże... No wreszcie muszę ogłosić koniec pogaduszek...czas wracać do pracy...do zobaczenia ponownie, Marcinie.. - Poczekaj...tak wiele chciałem jeszcze powiedzieć... - Tak? - Czy możesz mi podać swój adres w sieci? Czy mogę do Ciebie napisać? Proszę, pozwól mi... - czemu nie, [e-mail]... Pisz pan...
..........................
Od : [e-mail] Do: [e-mail] Temat : Dzień dobry
Witaj Aniu
Dziękuje za chwilkę rozmowy na necie. Hm......zrobiłaś na mnie wrażenie swoimi zainteresowaniami, ogromne wrażenie. Naprawdę...Ale....nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się tego po Tobie. Teraz rozumiem dlaczego piszesz w wizytowce w komunikatorze , ze interesujesz się prawie wszystkim. Więc... może następnym razem porozmawiamy o tym co nie interesuje cię wogóle... (czy taka opcja wogóle wchodzi w grę?J)) Gdyby tak było łatwiejJ Żartuję!!! Przesyłam ci mały programik z czasami świata. Jest bezpieczny i pozwoli ci dokładnie wiedzieć gdzie jest jaka godzina wraz z obserwacja nocy i dnia. Pozdrawiam Marcin z Australii PS: masz cudowne imię, wiesz? Tak ładnie się kojarzy... czy mogę do Ciebie mówić : Anusia? Pozwól mi...
.............................
Gdyby tak zaczynał się każdy dzień to kofeina rano nie byłaby potrzebna. Króciutki ten liścik. Ale to pierwszy taki nie służbowy list jaki otrzymałam, z długiego końca świata w dodatku. Nawet nie umiem go nazwać emailem...tylko listem. Liścikiem. Cos takiego...szkoda ze na służbowym komputerze nie mogę tego programu podglądu czasów zainstalować... - Witaj Anusiu ! - Część.....jak miło... nikt do mnie nie mówi Anusia...ale ładnie to wygląda napisane na ekranie komputera. To ... nawet miłe. - Miłe? naprawdę? - Tak, oczywiście, dziękuje za list....to znaczy za email...to naprawdę mile ze napisałeś... - to przyjemność pisać do Ciebie. Czy wiesz...znam Cię od dwóch dni a czuje ze chciałbym ci pisać emaile codziennie... - No, to chyba przesada, ale jaka ładna przesada! O czym chciałbyś pisać? - O sobie, o Tobie, o tym co widzę, co czuje.., co Ty teraz czujesz... - Co ja czuje?, powiedzmy, ze lekki niepokój bo ranek zazwyczaj bywał inny...ale nic to, to przyjemny niepokój,.. . czuję , że dzień dobrze się zaczyna Marcinie... - dla mnie już prawie kończy, ale ładnie się kończy, z Tobą... No tak, jest przecież ta różnica czasu... - Czym się teraz zajmujesz Anusiu...? Myślę więc intensywnie, jakby mu to ładnie wytłumaczyć... - Przez osiem godzin zarządzam kontami, pieniędzmi firmy... - Masz więc władzę ? Taki minister finansów? - Nic z tego, mylisz się i to bardzo. - Więc wyjaśnij mi co właściwie robisz.... - Postaram się. Ale wiesz... nie po raz pierwszy gdy myślę o swoim zajęciu mam w sobie to samo uczucie...że, przy tej pracy czasami staje się bezdusznym robotem, rzędy cyfr, konta i paragrafy działają czasami jak znieczulenie na pewne obszary uczuć. Może to i dobrze, jestem chyba dobrą księgową. Co robię? Liczę. Wypełniam polecenia, dokształcam się wiecznie, nadzoruję stan finansowy firmy... To jest może ta najbardziej stresująca cześć pracy. Cos wiesz ale nie możesz tego nikomu zdradzić, coś widzisz, ale nic nie możesz zdziałać aby zapobiec czasami złym skutkom jakiegoś polecenia. Wiesz jak teraz jest w Polsce, a ja pracuję w firmie mimo wszystko prywatnej. Może dlatego to co dla mnie ważne , inaczej ważne niż praca zawodowa, ale chyba ważne, zaczyna się po tych 8 godzinach, rozumiesz? Blefuję nieco. Ale co tam... - Rozumiem. W jakiś sposób jestem do Ciebie podobny. Ale nieco inaczej...To co dla mnie ważne zaczyna się po włączeniu komputera... - U mnie komputer to zwykle narzędzie pracy, to maszyna do pisania, kalkulator i jeszcze wiele innych urządzeń razem wziętych. - Anusiu , co zaczyna się po 8 godzinach pracy? Masz rodzinę, dzieci? - No, z wizytówki komunikatora już wiesz, że jestem sama. Mam Konrada o ile można mieć kogoś kto tylko dzwoni prawie codziennie. Nie mam dzieci, czego bardzo żałuję. Ale mam wspaniałą rodzinę, która z roku na rok, ze świąt na kolejne święta staje się coraz ważniejsza. Mam przyjaciół, bliskich i wiernych. A Ty? Kogo masz? - Jesteś więc księgową? - o , proszę, jaka nagła zmiana tematu - Liczysz pieniądze... wiesz ile komu... za co... czyli – dużo wiesz , prawda? - czy dużo? To względne....wiem ile komu... jasne... wiem ile kto zarabia...w końcu wysyłam przelewy pensji co miesiąc... wiem kto ma premie a kto po premii... znam nawet numery kont... a raz w roku podliczam ich wszystkich... .rozliczenie podatkowe, wiesz...i już wiem kto miał remont, a kto się dokształca... albo leczy prywatnie...ale czy wiem coś dzięki temu o tych ludziach?? To tylko liczby....nie ma za nimi ludzi...Pewnie, paru znam...nawet więcej niż paru co mi mówi o Ewie z marketingu jej miesięczny dochód? Nic, kompletnie nic. To tylko system – baza informacji...ale nie takich...do końca użytecznych. - a podobno o człowieku świadczy zawartość konta...wydruk pensji co miesiąc...zresztą... nie czarujmy się Anusiu... to właśnie te cyfry mają dziś wartość. Patrząc na człowieka wyrabiasz sobie o nim zdanie dzięki bankowi, marce samochodu...tak właśnie jest...A Ty nawet nie musisz zadawać pytań by wiedzieć na co kogo stać..., prawda? - Prawda... ale ja takich pytań nie zadaję. W końcu....nie jestem z tego pokolenia od skóry, fury i komory;-) - czy jesteś z tego miejsca w którym pracujesz, żyjesz, mieszkasz zadowolona?” - Czy jestem zadowolona... zmuszasz mnie do myślenia, Australijczyku! Nie mam wyjścia, muszę być. Ale z drugiej strony...mam pracę, mam stale dochody, to chyba nie jest zła sytuacja w dzisiejszych czasach. Tak, jestem zadowolona, a Ty? Czy jest ci tam dobrze? - w pewnym sensie tak – mam prace, dom, pieniądze, a to czego mi brakuje....nie jest do kupienia za pieniądze ani w Australii ani nigdzie indziej. I tu .znowu ...poczułam lekki niepokój.....nie zamierzam z nim przecież rozmawiać o problemach i brakach życiowych. Jego ani swoich. W końcu to obcy człowiek. No dobrze, teraz ja zacznę nasz temat dyżurny . – Jaką masz teraz u siebie pogodę? - Nie jest przyjemnie... jest raczej parno, duża wilgotność powietrza – tu Australijczyk wyraźnie się ożywił , widocznie nadal nie ma ochoty rozmawiać o swoich sprawach personalnych - Wiesz, brakuje mi tutaj polskiego deszczu, naprawdę...żaden deszcze nie pachnie tak jak w Polsce... czy czujesz czasem ten zapach? - kiedyś czułam, w dzieciństwie....teraz rzadziej...ale czasami – masz rację – deszcz pachnie. Ozonem, zdaje się? - Czystością, ozonem, niech będzie. Jak wyglądasz Anusiu? No masz ci los...wzrost mogę podąć, nad kilogramami się zastanowie... oczy mogą być... -Włosy ciemno blond.....dość długie. Bardzo długie nawet, nosze kok. Ale to się może zmienić. Mam niebieskie oczy. I jestem wysoka. - jesteś ładna. – no....jeżeli po takim skrótowym opisie to stwierdzasz... - Nie stwierdzam, ja tak czuje. Czuje , ze jesteś niezwykłą kobietą. - Dlaczego???? - Bo zza zdań, które piszesz wyglądają myśli. Bo zastanawiasz się nad sobą, nad światem, bo nie tylko patrzysz ale i czujesz. Bo zanim napiszesz zdanie zastanawiasz się , wiem to przecież. Nic w tym co piszesz nie jest bezwartościowe, przekazujesz nie tylko słowa, także uczucia...Nie każdy to potrafi. Jakie uczucia?? Znudzenie, które mam w sobie od tak dawna, ze już je nawet polubilam??? czy on to wyczuwa? - Teraz są u was już truskawki... lubisz truskawki, Anusiu? Jak je lubisz? Z cukrem? Ze śmietanką? – znowu zmiana tematu, jak ten człowiek umie zaskakiwać! - Nie Marcinie, lubię je ale solo , bez dodatków. Dla mnie sezon truskawkowy trwa zawsze zbyt krotko, lubię ich aromat, wiesz nawet mam krem do ciała o zapachu truskawki! - To znaczy ze twoje ciało pachnie truskawkami? - czasami pachnie.... - a brzoskwinie? Czy lubisz brzoskwinie? – raczej nektarynki – odpowiadam - drażni mnie nieco skórka zamszowa w dotyku... ale zapach brzoskwiń lubię nawet bardziej niz truskawek, tu mam większe możliwości Marcinku, szampon, płyn do kąpieli, mydło, nawet woda toaletowa.. - Gdybyśmy się spotkali nie odgoniłabyś mnie od siebie – jestem prawie uzależniony od brzoskwiń... od smaku, zapachu, aromatu... - Zabawne , nagle poczułam, ze mam ochotę na truskawki ...wracając z pracy trzeba będzie kupić gdzieś kilo.... - I gdy będziesz je jadła, pomyśl o mnie....dobrze? wtedy będę spał, ale może Twoja myśl znajdzie mój sen... - pomyślę... ale teraz musze kończyć Marcinie. - rozumiem, mogę znowu do Ciebie napisać? - Ależ ...oczywiście ze możesz....
.........................................
Siedząc nad truskawkami myślę o facecie z innego kontynentu. Natomiast facet z innego miasta pisze sms, ze gdzieś tam z kimś tam pije za moje zdrowia. To tez już stało się nudne....czasami rozmawiając ze mną uderza leciutko w słuchawkę szklaneczką czegoś tam, „Twoje zdrowie Aneczko”, czym je opijasz, Konrad? I tu zazwyczaj nazwa trunku , która nic mi nie mówi... Zawsze mnie zastanawia dlaczego on woli stukać się ze słuchawką niż ze mną???? Pamiętam też dobrze inne zdanie : „od Twojego domu do mojego jest tylko 25 kilometrów, mogę być u Ciebie w ciągu 15 minut”. I był. Prawie co do minuty. Zostawał do rana, budził mnie jak w reklamie zapachem parzonej kawy. Potem w moim kubeczku w łazience pojawiła się jego szczoteczka do zębów, na półce woda po goleniu, szampon, męskie drobiazgi oswajające teren. Po kilku miesiacach przestały być używane, schowałam je tak, by nie raziły swoją obecnością, by nie sprawiały fałszywego wrażenia. Sms oznacza że dziś nie będzie wieczornej rozmowy z Konradem, natomiast pewnie około północy będzie kolejny sms : „spij słodko”. Jutro piątek, weekend, czas pomyśleć jak go nie zmarnować.... Zabawne, teraz zaczynam delektować się truskawkami, każdym kęsem z osobna. Powolutku smakuję każdy owoc....No tak, te w Australii z pewnością tak nie smakują....
.............................
Od: [e-mail] Do: [e-mail] Temat: O Tobie
Anusiu
To naprawdę ogromny przypadek że spotkaliśmy się w necie. Wiesz... ja nie przesiaduje na czatach, komunikator załadowałem sobie jedynie dlatego, ze ilekroć wchodziłem na portal aby poczytać polską prasę tylekroć kóleczko z tym programem migało do mnie w zachęcający sposób. A później , cóż...zamontowałem go sobie stało się ...spotkałem Ciebie. Wiesz, dla mnie jest wielka przyjemnością pisać do ciebie, rozmawiać z Tobą, i cokolwiek sądzisz o sobie wiedz, ze czasem wystarczy 5 minut rozmowy ..te przysłowiowe 5 minut, i można bardzo wiele o człowieku powiedzieć. Dlatego będę się upierał przy tym ze jesteś bardzo wyjątkową niewiastą, atrakcyjną fizycznie ale i...bogatą duchowo. Imponuje mi twoja wiedza, oczytanie – tak, zaskoczyłaś mnie tymi muminkami ;-) , ale chyba największe wrażenie robi na mnie twoja postawa – wydajesz mi się bardzo otwartym człowiekiem. A do tego posiadasz pełna uroku osobowość. Bardzo się cieszę ze mogłem spotkać kogoś takiego jak ty. Wiesz, trudno jest pisać o sobie samym. Ale wiem, ze chciałabyś mnie jakoś określić...Cóż mogę powiedzieć? Urodziłem się tam gdzie Ty, może nawet chodzilem do tej samej szkoły. Do liceum, do którego powstania przyczynił się jakoś tam chyba dawno temu mój dziadek. Zresztą on chyba przyczyniał się do wszystkiego do czego mógł. Był wielkim działaczem znanym w całym regionie, nie było organizacji , związku czy stowarzyszenie do której by nie należał. Był wszędzie, tak zapamiętałem. Ile w tym prawdy? Zapewne wiele, ale może jednak nie tyle ile on potem opowiadałJ Mimo wszystko dzis zaryzykuję twierdzenie, że wszystko co dla mnie ważne zaczęło się od mojego dziadka. Z dzieciństwa pamiętam jego...strzelby, śrutówki, sztucery, dubeltówki, bo to był nie tylko myśliwy ale i sędzia klasy jakiejś tam...w strzelaniu z keksu chyba... I właśnie On sprawił ze w dzieciństwie zaczęła się moja przygoda z muzyka . Z fortepianem. Zaczęło się jednak od skromniejszego instrumentu. Któregoś bowiem dnia przyniosłem do jego domu dziecięce cymbałki, które kupiła mi mama na wyraźne życzenie naszej pani z muzyki. Jej ambicja było stworzenie klasy cymbalistów, a jak wiesz, to nie jest to trudne, wyłączając nawet posiadanie instrumentów.J Dziadek cierpliwie słuchał jak gram wyuczoną z trudem ogromnym kolędę , po chwili zniknął w pokoju i pojawił się tym razem z malutkim, dziecięcym pianinem – zabawką....A potem mama musiała słuchać cierpliwie moich popisów, chociaż nie miałem pojęcia jak się na tym cudzie gra. Ależ bywała wtedy wsciekla na dziadka! Ale długo nie była taka cierpliwa.... Skoro dziadek okazał się na tyle mądrym by dąć mi taką zabawkę, niech teraz wykaże się dodatkową mądrością załatwiając mi nauczyciela...i duże, prawdziwe pianino ! Dziadek oczywiście znalazł odpowiedniego człowieka. Człowiek ten zadął jedno pytanie: czy chce grac? W obliczu mojego dziadka i mojej mamy nie umiałem inaczej odpowiedzieć niż : tak. Zgodziłem się, ku swej zgubie. No i zaczęło się. A wiesz, były to czasy łaskawe dla polskiego futbolu, czasy Lato, Szarmacha, świetności Deyny. Moi koledzy pracowicie trenowali na podwórku pod oknami naszego mieszkania. Wiec możesz sobie tylko wyobrazić te męki, kiedy musiałem grac patrząc przez okno na zupełnie inna grę. Ale dzisiaj nie żałuję tych godzin z dzieciństwa spędzonych przy pianinie. Pamiętam dobrze także , co czułem, gdy po raz pierwszy usiadłem do fortepianu... Potem pojawiła się fascynacja nowoczesnymi instrumentami klawiszowymi, tym co robił Niemen, multinstrumentaliści , klawiszowcy jak Klaus Schultze. Nadal gram, i lubię to. Tego co robię nie robię profesjonalnie, chociaż mam dobry, profesjonalny sprzęt. Patrzą z przyjemnością jak gra na nim moja córka. Nie namawiałem jej, po prostu któregoś dnia usiadła przed keyboardem i dwoma paluszkami wystukała... kolędę. Sama chciała się uczyć....Dziś jest poważną, trzeźwo myślącą młodą damą, ma już prawie 15 lat. I słuch absolutny. Lubię, gdy gra sobie cichutko w domu, tak dla siebie , myśląc , że nikt jej wtedy nie słyszy....To takie improwizacje, na przemian żywe , rytmiczne i nastrojowe, łagodne. W cichości ducha marzę , że kiedyś stanie się wielka pianistką, może kompozytorem. Ma zadatki i lubi to. Ale, nadal jej do niczego nie namawiam. Ułatwiam niektóre sprawy i ...to wszystko. Niech sama idzie swoją drogą. Uwielbiam muzykę klasyczną, ale nie tylko. Słucham praktycznie wszystkiego, choć musze przyznać ze jestem już trochę zmęczony muzyka anglosaska, której jest tutaj pełno,. Często włączam kanały etniczne by posłuchać Niemców, Włochów, czy nawet greków. Jest to jak otwarcie okna na cos nowego przewietrzenie umysłu..... Zanudziłem Cię już? Będę wiec kończył, mam nadzieje, ze uda nam się dziś porozmawiac w sieci... bo u Ciebie to już dziś...jakie masz plany na weekend? Pozdrawiam Marcin
...............................
Nie zanudziłeś mnie Marcinie. List przeczytałam błyskawicznie. Taki list to rzadkość chyba w dzisiejszych czasach...chyba nie uczono mnie jak takie listy pisać. Szkoda ze nie wiem jaki masz głos.... - Witaj Anusiu .....jesteś wreszcie...jak minęła noc? Wyspałaś się? - Tak, śpię sama wiec zazwyczaj budzę się wyspana. - Sama? Taka kobieta jak Ty? A ten mężczyzna z którym planowałaś wyjazd do Juraty? .Akurat... już się rozpędziłam żeby o tym pisać... - Mężczyzna? jest , żyje , chyba ma się dobrze, ale Juraty chyba nie ma już w jego planach. - a co jest w jego planach? Jesteś wolna, tak?’”. - Tak – przecież to właśnie napisałam w wizytówce komunikatora. Wolna i swobodna...a Ty? - ja? Wiesz pewnie z wizytówki że, też jestem wolny i samotny mimo ludzi których mam wokoło siebie. - Ludzi ? czyli masz rodzinę? Pisałeś o córce, jest więc i żona.... - Mam rodzinę. Mamę , siostrę, brata, szwagierkę, córkę i kobietę, którą nazywałem żoną.. - nazywałeś...a teraz już nie nazywasz? – powolutku ciągnę go za język... - teraz nie wiem jak ją nazwać – nie ma jej przy mnie teraz , nie ma przy mnie nikogo kto byłby mi naprawdę bliski.. - to zabrzmiało ... wyjątkowo smutnie.... - przepraszam, Anusiu, nie chcę Cię zasmucać....spotkania w sieci z Tobą są dla mnie radością, chcę aby i dla Ciebie były...wiesz, czekam na te chwile, gdy się logujesz do sieci, gdy mogę poczuć , że oddziela nas tylko ekran... - Zaraz, zaraz...kiedy to się zrobiło takie bliskie????? - nie wiem kiedy, ale wiem, ze gdy napiszesz mi ze wracasz do pracy cały net stanie się dla mnie pusty... - Przecież my rozmawiamy drugi? Trzeci raz? - nie licz tego....nie obliczaj tego czasu...ja tylko wiem, ze nagle znalazłem bliską mi osobę. Ja już to wiem... Czuję , po prostu czuje, że tego wątku nie mogę pociągnąć...więc może by tak bezpieczna zmiana tematu...pogoda już nie ... to może...wiem, muzyka! - napisałeś o muzyce...wiesz....bez muzyki bym nie mogła żyć. Bez dźwięków. - grasz na jakimś instrumencie Anusiu? - nie, nie gram....mogę tylko słuchać, i wiesz, są takie dźwięki, sekwencje, które sprawiają ze na ciele mam gęsią skórkę, wiesz, nawet dla jednej melodii jestem w stanie polować na płytę... czasem słucham tylko tej jednej piosenki, bez znudzenia, za każdym razem znajdując w niej coś innego... - rozumiem to. Mam płytotekę , która tak właśnie powstawała, zaczynając się od jednej piosenki... - No proszę, moja tez...niby przypadkowa kolekcja, ale na każdej płycie jest utwór który ma inne niż wszystkie pozostałe znaczenie... - Czego najczęściej słuchasz? - jazzu, głownie jazzu.... Urbaniaka, Jagodzińskiego, Miśkiewicza, ale czasem potrzebuje dawki mocnego rocka, albo techno, to mnie nakręca... - nakręca? chyba rozumiem co chcesz przez to powiedzieć - No tak...to slang młodego pokolenia.. albo jakiejś grupy, do której zresztą nie należę... - A do jakiej grupy należysz?’ No właśnie, do jakiej??? Znowu proste w konstrukcji pytanie skłaniające do wcale nie prostych rozmyślań. - Otaczają mnie ludzie podobni do mnie, wolni i niezależni. Samotni ale ceniący swoją wolność bardziej nic cokolwiek innego. Jedni marzą i realizują marzenia, zdobywaj szczyty.... inni........pomiędzy obiadem a kolacją siadają do sztalug bo ukończone ASP zobowiązuje... mimo ze nie ma pracy...single z wyboru, albo pary z konieczności. Jak jest u Ciebie? - proszę, nie pytaj o to. Nie warto. Nie należę do żadnej grupy, czuje się nikim. Czuje ze nigdzie nie pasuje zbyt dobrze. Jak spędzisz ten weekend? Zmiana tematu? No dobrze... - Mam plan, wspólnie z Ewą , to moja przyjaciółka, chcemy zaszaleć przez cała noc. Gdzieś się zabawić. - Same ?Bez męskiego towarzystwa? - nie zawsze może być męskie towarzystwo, i nie zawsze musi. A Ty co planujesz? - jeszcze nie wiem, ale wiem już, ze tylko trzy dni dzielą mnie od poniedziałku. A w poniedziałek będziesz już Ty.
......................................
Pomysł na balowanie z piątku na sobotę narodził się podczas „korytarzowej kawy”, Ewa opowiadała o tym jak koniec tygodnia świętuje jej nastoletni syn. „Wiecie” - stwierdziła – „ ja nawet mu zazdroszczę. Wyszaleje się, odsypia to w sobotę rano, jest, jak to mówią wyluzowany na maxa”. „A kto Ci broni też tak odreagować tydzień pracy” – tak zaskoczyła Ewkę panienka z administracji i od słowa do słowa....poszło. Ja też dołożyłam swoje trzy grosze.....I tak narodził się pomysł na wielkie balowanie. Z wielkiego planowania tylko my dwie z Ewą wytrwałyśmy do końca i w rezultacie tylko my zdecydowałyśmy się na nocne szaleństwo. Poszukałam sobie w domu odpowiedniej muzyki, coś z lat osiemdziesiątych, z czasów gdy bawiło się nasze pokolenie. Aya RL, tak się zdaje się nazywali, a może Oddział Zamknięty? Już nie pamiętam, ale pamiętam dobrze o czym śpiewali... „Zróbmy wiec prywatkę jakiej nie przeżył nikt. Niech sąsiedzi wala, walą, walą, walą do drzwi, sztuczne ognie niech się palą, palą , palą a ty... tańcz i wino pij, niech cały wiruje świat!”. Nucąc szlagier z osiemdziesiątych lat nastawiam się na wielkie nocne szaleństwo. Tak właśnie ma być dzisiaj ! Bo gdzie jest powiedziane ze prawie czterdziestoletnie kobiety nie mogą zaszaleć w piątkową noc? Czemu mam tylko o tym czytać w kobiecych magazynach? Po lekturze reportażu o clubbingu postanowiłyśmy z Ewką sprawdzić tę metodę na wyluzowanie na własnej skórze. Czyli nie siedzenie w jednym lokalu ale wędrowanie przez wszystkie pasujące do naszego nastroju. Zainspirowane tekstem opracowałyśmy plan zaliczania kolejnych klubów i pubów w naszym mieście właśnie nocą z piątku na sobotę. Moja Ewa to kobieta – tajemnica. Na pozór poukładana do bólu, absolutnie idealna matka i gospodyni. W jej domu wszystko zawsze jest na swoim miejscu, nic nie ma prawa zakłócić doskonałego porządku. Ewa jest punktualna, rzetelna, odpowiedzialna i pracowita. Godzi obowiązki matki, żony, asystentki szefa marketingi i nie wiadomo kogo jeszcze. A w dodatku robi to wszystko w sposób naturalny, bez zbytniego zalatania i zadyszki. Tak jakby się urodziła z organizerem w ręku. I z tym arsenałem cech wrodzonych byłaby pewnie śmiertelnie nudna, gdyby nie tajemnica. Tajemnica Ewy pojawiła się kiedyś przypadkiem. - Czy w razie czego możesz powiedzieć ze u Ciebie nocowałam w sobotę? – takie pytanie z ust nieskazitelnej Ewy potężnie mną wstrząsnęło. - - Mogę, jasne. A co...? – pytanie samo wyskoczyło mi z ust... - A , nic. Dobrze? – zapomniałam dodać, że Ewa jest jeszcze dyskretna. Nie było okazji aby publicznie dać Ewie alibi, ale – od tego momentu nasza znajomość zmieniła charakter. Poczułam do niej zaufanie i ....smak tajemnicy. Nie mam nawet zamiaru aby ten jej sekret zgłębiać...ale wiem, że jest. I wiem, że tylko ja o nim wiem. Raz jeszcze służyłam jej pomocą, pojechałam do sąsiedniego miasta zarezerwować stolik dla dwojga w ekskluzywnej restauracji...I wiem że, obok Ewy tego wieczoru nie siedział Zbyszek, prawowity małżonek. Ewa będzie u mnie dopiero o 20.00 , do tego czasu musze coś z sobą zrobić! Nogi wydepilowac, a właściwie co tam...bez bólu też można to zrobić... więc . ..ogolić, a potem może pomalować paznokcie u nóg...Mam nawet taki lakier z kolorowym brokatem.... A potem problem znany każdej pani - co mam na siebie założyć???? Niby bawimy się bez facetów – ale czemu nie z fantazją. Wiec spodnie – to akurat nie podlega dyskusji. Jestem w tej konkurencji lepsza niż niejeden facet, ilość spodni w mojej szafie dla tzw prawdziwej kobiety byłaby przytłaczająca i wystarczyłaby na trzy wcielenia.....a na dzisiejszą noc dżinsy chyba będą najlepsze....Cos na górę? Ok....z kolorami tez nie ma problemu – istnieje tylko jeden . Czarny. Dobra, mamy ją....... czarna bluzka z modnym golfem ... Czarne sandałki z błyszczącymi paseczkami – i strój można uznać za skompletowany. Więc .teraz czas do wanny. Olejek z mandarynki podobno zmiękcza skórę i dodaje energii. Ma dodać! Ma jeszcze drobinki roswietlające – i bardzo dobrze. Ma być błyszcząco. No, teraz music play, Shakira do odtwarzacza, maseczka na buzie...trzeba się naładować pozytywna energią... Uwielbiam polegiwać sobie w wannie....o ile oczywiście nie dzwoni telefon....a właśnie dzwoni. Jeden , drugi, trzeci, czwarty sygnał...włącza się sekretarka....i potem... tak, to głos Doroty pyta o plany na weekend. Ok., oddzwonię jak tylko wyjdę z tej wanny. W zgodzie z magazynami dla prawdziwych kobiet leżę w pachnącej pianie, na oczach kompres z herbaty, na reszcie twarzy maseczka...” Czas relaxu, relaxu to czas....” , aż się nie chce wychodzić...ale czas jednak płynie , z turbanem z ręcznika, w szlafroku na mokre ciało sadowię się w fotelu... - Część, Doris...mamy w planie zabawić się do białego rana, Ewa i ja...wybierzesz się z nami? Zaczynamy o 20.00... To było pytanie czysto retoryczne – balowanie nocą dla Doroty może oznaczać tylko wspinaczkę po zmroku – chociaż zdaje się że na to jest zbyt rozsądna. Zresztą Dorota ma swój autorski przepis na samotne weekendy. Kursy, szkolenia i kolejne podyplomowe studia. Kończy jedne, już zaczyna następne. W ten sposób w weekendy nigdy nie ma jej w domu , nie ma czasu na balowanie, imprezy i inne temu podobne rozrywki. I na nudę. Aż dziw bierze, ze od czasu do czasu udaje nam się jednak spotkać face to face... Punktualnie o 20.00 Ewa zrobiona na bóstwo podjeżdża pod mój dom, na parkingu zostawia samochód, dalej mądrze i przewidująco zamawiamy taksówkę. Jeszcze przed wejściem do baru patrzymy na siebie uważnie. Obie mamy spodnie, kuse bluzeczki , u mnie golf u niej amerykański dekolt odsłaniający kusząco ramiona, mamy tez brokatowy błyszczyk na ustach i nie da się ukryć, że nadrabiamy minami. Pomysł na clubbing w wydaniu prowincjonalnych był efektem wielu rozmów na temat tego co robić w weekendowe wieczory zamiast oglądania telewizji. Ewa uparcie zazdrościła synowi wieczornych wyjść a ja zainspirowana reportażem z gazety podsunęłam jej artykuł pod nos.. Parę godzin przedyskutowałyśmy temat co komu w jakim wieku wypada, zanim uznałyśmy, że nam jeszcze wypada. Przynajmniej odreagujemy tydzień pracy. Godzina 20.15 – pub numer jeden, liczna gości 5 , w tym my, barman, szatniarka i kelnerka. Zamawiamy piwo. Wystrojone dwie baby same o tej porze....mogłoby kusić, ale nie ma kogo...Po czterdziestu minutach sączenia piwa stwierdzamy , że czas zmienić lokal. Ilość osób obecnych po naszym wyjściu – minus dwie. Godzina 21.00—pub numer dwa.....liczba gości – zadowalająca...średnia wieku – 16 lat.... - O, rany boskie, oni są chyba młodsi od mojego syna - wzdycha Ewa... Zamawiamy teraz dla odmiany sok pomarańczowy, można go wypić duszkiem...i tak właśnie robimy, bo w końcu na tle tych małolatów wyglądamy nieprzyzwoicie zdecydowanym głosem zarządza ewakuację... Godzina 21.30 – pub numer trzy....liczba gości wzrasta – coraz lepiej, prawie 10, średnia wieku – tez wzrasta...jeszcze dwie doby i znajdziemy w końcu nasz rocznik...muzyka zagłusza nawet złożenie zamówienia, techno, strobo i klimaty...zanim głowa na dobre zacznie pulsować podejmuję – tym razem ja – decyzje o zmianie lokalu. Albercie, wychodzimy...Już na zewnątrz dzwonimy po kolejną taksówkę... Godzina 21.45 – tym razem jest to nobliwa restauracja, tzw przyzwoity lokal, a w nim ....pustki na sali, ale na szczęście cicho gra nastrojowa muzyka, nad kartą dań i drinków podsumowujemy z Ewą doświadczenia – tym razem decydujemy się na wymyślne drinki.. To był chyba dobry pomysł, ponieważ poza nami jest tylko jedna zakochana para siedząca nad sokiem, znudzony z lekka barman specjalnie dla nas miesza, dolewa, żongluje shakerem – tworzy przedziwne drinki - improwizacje. Przy cocktailu o nazwie „Casablanca” stwierdzamy, że nasz clubbing prowincjonalny dobiegł już końca. Porażka totalna – obiecujemy sobie nikomu o niej nie opowiadać. A zwłaszcza młodszym koleżankom z pracy. Nagle, do lokalu wpadł z impetem pan w okolicach pięćdziesiątki, no, bądźmy szczerzy, dość dawno temu mógł mieć te pięćdziesiątkę. Taki sobie nieduży, szczuplutki i bardzo ruchliwy brunecik w ciemnym garniturze. - Panie szefie? Da pan rade załatwić nam dwa stoliki – krzyknął gromko w stronę barmana. Barman przez dobrą chwile milczał zaskoczony totalnie . – zapraszam – powiedział w końcu trochę niepewnym głosem, rozglądając się po pustym wnętrzu lokalu. I tak do lokalu wkroczyły cztery pary, odświętnie ubrane, rozbawione i rozchichotane. Od razu zaczęło się zmienianie dekoracji, dostawianie stolików, tak że z dwóch malutkich zrobiła się biesiadna loża. Nie koniec na tym, energiczny brunecik rzucił się do barmana i to nie tylko po drinki. Po krótkiej cichej dyskusji barman tylko rzucił, że przecież klient nasz pan, brunecik wręczył mu jakieś płyty kompaktowe i zanim na stole pojawiły się napoje z głośników popłynęły znajome rytmy disco. - Zaraz – Ewa wsłuchała się w muzykę – ja nie wierzę! Przecież to....Bee Gees. I to z „Gorączki sobotniej nocy”! Żebyśmy już nie miały żadnych wątpliwości brunecik zrzucił marynarkę , porwał do tańca wysoką blondynę w obcisłej czarnej sukni do kostek i zaczął udowadniać, że kiedyś tańczył jak Travolta i coś jeszcze z tego mu zostało. Pozostałe pary szybko dołączyły do nich i na niewielkim parkiecie nagle zrobiło się tłoczno. - Niesamowite! Oni sobie zrobili balangę w stylu lat siedemdziesiątych! - A co, nie wolno im? – Ewa jest pod wrażeniem – no to przecież wspaniały pomysł, tylko im zazdrościć! Popatrz jak szaleją! Na połączonych stolikach stało już kilkanaście butelek piwa, jakieś wina, jakieś wódki, filiżanki kawy i szklanki z piwem. Pusty dotąd lokal ożył a w nas zapikała nieśmiało nadzieja na dobrą zabawę. Po odtańczeniu trzech kawałków okazało się jednak, że kondycja już nie ta co kiedyś, i towarzystwo wróciło do stolików. - Może jednak dziś poszalejemy – Ewa podniosła do góry szklankę z drinkiem i uśmiechnęła się w stronę Travolty. Ten odwzajemnił jej uśmiech, szklankę z piwem podnosząc do góry w geście toastu. - Zapraszamy panie do nas! – zawołał – po co siedzieć tak samotnie ! Prosimy, zabawimy się razem! Już, już mamy zamiar dołączyć do rozbawionej ekipy gdy dostrzegamy pełne niechęci spojrzenie damulki w białym obcisłym podkoszulku z wielkim dekoltem. I jeszcze widzimy jak dwie pozostałe stukają się porozumiewawczo łokciami. - Będzie ciasno...Rzuciła niepewnie jedna z nich.. - Dostawimy stolik! – brunecik jest nadal pełen werwy – to co? Dosiądą się panie? - Nie, dziękujemy bardzo – uśmiecham się do Travolty – ale z przyjemnością popatrzymy na państwa zabawę. - No, to może później – Travolta nie rezygnuje – nasz stolik czeka na piękne panie zawsze! Po paru minutach do baru poszła tym razem wysoka blondyna w czerni, po dyskusji z barmanem z głośników popłynęły upojne dźwięki z gardla Franka Sinatry. Idealne do tańczenia we dwoje. Pary znowu ruszyły na parkiet. Zakochane małolaty z kąta nagle z determinacją do nich dołączyły. - No tak – Ewa westchnęła rozpaczliwie – aluzję zrozumiałyśmy, nie? - Chyba tak....dzwonię po taksówkę. Noc taka młoda...a my już bez pomysłów, mało tego, już bez chęci do szampańskiej zabawy...gdzie te clubbingi omawiane w każdej gazecie? No jasne, w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców...Możemy sobie nad drinkiem o wieloznacznej nazwie aspiryna podyskutować o klubowych klimatach, i o tym, ze kobietom w średnim wieku coś tam się tez jeszcze należy... Świetnie się czyta reportaże o szalonych, niezależnych kobietach, które stresy całego tygodnia potrafią odreagować w klubie czy pubie...ale powiedzmy sobie szczerze , ze na ten luksus mogą liczyć mieszkanki miast wojewódzkich....u nas noc należy jednak do nastolatków.... No i ta recesja, ludzi nie stać na włóczenie się po knajpach, piwo taniej wychodzi kupione w markecie i wypite przed telewizorem. Oczywiście jest też ten procent społeczeństwa, który podnosi nam poprzeczkę i uprawia ten...clubbing. Ale dla mieszkańców domów z betonu i to w średnim wieku jest już zupełnie inna pula rozrywek. Nie tak markowych ale może tańszych, kto wie... - Zbyszek nie tańczy? – pytam Ewę. - Zbyszek pracuje. A Konrad? - Też. Krótko po 22.00 wracam do domu... - Część Dorota, nie spisz jeszcze? Tak, tak, ja już pobalowałam... nastepnym razem wybiorę się do Gdańska na nocne szaleństwo, albo do Krakowa, albo Pragi, tam może nie zauważą mojego wieku. I ludzi będzie pewnie więcej... I tolerancyjni będą... Zachciało nam się balowania, paniom w średnim wieku...niedorobionym klaberkom z prowincji... Grubo przed północą , trzeźwa jak anioł zmywam makijaż...brokatowy lakier z palców u stop, przecież tak do pracy nie pójdę...A miałam zamiar w sobotę spać do oporu, odsypiać gorączkę piątkowej nocy...Wygląda na to, że będę jednak musiała tę sobotę spędzić zwyczajnie, prać, prasować, sprzątać. Niestety...
........................................
Kiedyś weekendy należały do Konrada. Zawsze miał na nie pomysł i ochotę...i czas. Potem to się skończyło. Nawet nie wiem z jakiego powodu, kto pierwszy zaczął szukać wymówek.. . Wiadomo, praca – zwłaszcza jego praca, ona była ważna i wyczerpująca. Teraz coraz częściej w wolny czas sobotnio – niedzielny muszę radzić sobie sama. Na szczęście, niektóre single z niewielkich miasteczek lubią sobie pomagać w sytuacjach wzbudzających stres – a takie są dla nas – singli sobotnie wieczory i niedzielne poranki. Coś pięknego, ze wymyślono ten telefon.... i na szczęście jest do kogo zadzwonić. A po za tym uwielbiam te telefony zaczynające się od słów : „ no ty już chyba o mnie zapomniałaś!”. O kim mogłam teraz zapomnieć? Powiedzmy, że o Ewie...ciekawe jak się dziś czuje....
................
Na sobotę oprócz sprzątania zaplanowałam sobie zgodnie z radami Elle dzień dla swojej urody. Wskazówki są proste, jest nawet lista koniecznych zakupów kosmetycznych. Po jej przeczytaniu dokonuję korekty, konsultując ją ze stanem konta ... Można sobie chyba jednak podarować twarz, lepiej już nie będzie...ale prawdziwym problemem są włosy,... więc skupmy się na nich. Moje włosy są długie, suche, wymagające pielęgnacji i czasu.... no i kolor by się nowy przydał, może nawet nowa fryzura... to upinanie rano, kilkoma spinkami jest co prawda praktyczne, ale już chyba trochę nudne... Na razie jednak zafunduję im balsam , owijam je ciepłym ręcznikiem...z magazynem w rękach zasiadam na kanapie...przetrwam jakoś tę sobotę, przetrwam....
.................................
Przetrwałam jakoś i niedziele, z niewielką pomocą moich przyjaciół. Przy piwie w niedzielne popołudnie omówiłyśmy z Ewką strategię następnego weekendu – już nie clubbing ale aktywny wypoczynek w plenerze. Może jogging? Też ładnie brzmi... Mamy już plan – i o ile dopisze pogoda może następny weekend będzie spożytkowany już mądrzej... - I tak właśnie, mój Australijczyku wyglądał mój weekend...a Twój, jaki był? - Mój ? Ja czekałem już na Ciebie, czekałem już od soboty, liczyłem dni, godziny, cieszyłem się nawet , że niedziela się wreszcie kończy. Oho...znowu coś wyczuwam coś niepokojącego w jego słowach, zalecana szybka zmiana tematu, zaraz , zaraz jak to jest z tą różnicą czasu? - U mnie dzień się już kończy, a ja już jakoś lubię go kończyć w Twoim towarzystwie. Ale wiesz, mam pytanie. Jakie są te twoje włosy? - Nieposłuszne, suche,... ale tak długo noszę ten kok, że brakowałoby mi jego ciężaru na głowie. - A jak jesteś ubrana dzisiaj? - No cóż, chyba tradycyjnie... czarne spodnie, biała bluzka... - Czy nosisz biżuterię? - Noszę, czasami...ale wiesz, to nawet zabawne...Muszę Ci się przyznać, ze mam jej sporo, chociaż tak naprawdę rzadko zakładam, a jednak nie potrafię się oprzeć i prawie co miesiąc kupuję coś nowego.... - No, no, jesteś prawdziwą kobietą! Pełną kontrastów. Zawsze nosisz spodnie? - Zawsze. Ostatnio spódnicę miałam na sobie na maturze i na obronie magisterki. No i może na rozmowie kwalifikacyjnej. - Czy masz jakąś fotografię, którą mogłabyś mi przesłać? - No , to mamy problem....fotografia...no tak... są oficjalne z zakładowych uroczystości, są nieco stare, sprzed 5 lat... i trzeba by je pewnie przedtem zeskanować, tak? - Tak, potrafisz to robić? - Jeszcze nie... ale skoro zajmuje się tym już kolejna blondynka – praktykantka w naszym biurze to nie jest to chyba wielka sztuka... - Proszę, prześlij mi swoją fotografie.... tak chciałbym wiedzieć jak wyglądasz... - No mój drogi, nie wiem czy jest to dobry pomysł... - Ale dlaczego? czy będzie to dla Ciebie duży problem? - Tak...aczkolwiek nie technicznej natury... - No cóż, dobrze. Poczekam aż go rozwiążesz. Tymczasem, powiedz mi, na co zwracasz uwagę patrząc na ludzi , Anusiu? - Chyba najpierw na dłonie... muszą wzbudzić moje zaufanie, muszą być ciepłe, suche, opiekuńcze...no i na oczy...zdradzają chyba zawsze nieczyste intencje... - U mężczyzn też masz taki wzorzec? - Tak... chociaż tu liczy także się głos... Lubię usłyszeć w głosie siłę, pewność, stanowczość. - A jaki jest Twój męski ideał ? - A to ciekawe pytanie... Jeszcze niedawno przysięgłabym , że taki jak Konrad... ale jednak chyba już nie......A tak w skali globalnej, to kiedyś był nim Harrison Ford, teraz chyba Jean Reno...dlaczego pytasz Marcinie? - Zastanawiam się czy zechcesz przyjąć moją fotkę... fotkę i coś jeszcze.. - Ależ oczywiście, prześlij....będzie mi milo... - Mogę Cię jeszcze o coś zapytać? - Jasne, na tym ta gra tu polega... - Czy czujesz się szczęśliwa? - Szczęśliwa... sama nie wiem, niech pomyślę, bywam szczęśliwa czasami albo zadowolona, spokojna ...ale najczęściej czuję się ..chyba znudzona życiem, już nie jestem go ciekawa... budzę się z myślą abym już ten dzień mogła mieć z głowy....zaliczam dni, tygodnie, miesiące... - Czego ci brakuje w tym pędzie? Za czym tęsknisz? - Czego brakuje?...pasji chyba, sposobu na życie... moi dziadkowie przeżyli wojnę, mieli czas na zbudowanie sobie życia, a babcia śpiewała w kościelnym chórze, dziadek kolekcjonował stare mapy... Moi rodzice dyskutowali o kinie moralnego niepokoju, w oparach papierosów , w czarnych golfach ulepszali świat...do dziś wspominają tamte prywatki...Mojemu pokoleniu brakuje już tej pasji...przeżywamy dni jak kolejne hamburgery z MacDonalda, szybko, bo w końcu są bez smaku i takie do siebie podobne..... - Dziewczyno....jesteś taka młoda...i takie słowa... -... Dziewczyno?!...już nie wypada tak do mnie mówić...już to brzmi nieszczerze i ironicznie. Jestem panią w średnim wieku. - Nieprawda...nie jesteś. Czuję, że jeszcze nią nie jesteś. - Może i nie chcę być... ale przecież nie ucieknę od daty urodzenia w dowodzie, ani od odbicia w lustrze! - Uciekasz przecież ! W końcu wybrałaś się na szaloną noc!. - Tak, racja. Ale z jakim skutkiem...To wyraźny dowód na to, że powinnyśmy były raczej wybrać się na poranek symfoniczny. - Ale nadal chętnie nosisz dżinsy!!! - Mam dżinsy, to prawda , i to kilka par...ale one są tylko przebraniem, chwilką zapomnienia . Zresztą są niemal klasyczne w kroju i kolorze. A najczęściej i tak wracają do łask białe bluzki, szare blezery... Nagle spojrzałam w dół i zerknęłam na moje stopy...w sandałkach wyraźnie widać było paznokieć malutkiego , piątego palca....pomalowany różnobarwnym brokatowym lakierem... No tak , zapomniałam zmyć...może jeszcze nie tak ze mną źle? - Wiesz co ? Zapomniałam zmyć ten brokatowy lakier z malutkiego palca u stopy! - I bardzo dobrze Anusiu! Niech ci przypomina... - O nieudanej nocy? - Nie, o tym , że możesz spróbować jeszcze raz zaszaleć a potem jeszcze raz... Postanowiłam jednak zmienić temat, mimo wszystko nie czułam się na siłach opisywać mojego głęboko skrywanego szaleństwa obcemu facetowi. - A jak Tobie dzień minął Australijczyku? - A, nie warto o tym mówić... - Dlaczego nie warto? Może trzeba? - Najmilsza , najważniejsza chwila dnia to ta spędzona z Tobą... Zaraz, zaraz, o czym on pisze?....Znowu mu się zbiera na wyznania? - Czasem to czuję mocniej...bardziej dotkliwie, czuję wręcz fizycznie , że jestem samotny. Nie sam. Ale samotny. Gdy znika Twoja ikonka w komunikatorze odczuwam to jeszcze bardziej. Dziękuję , że o to zapytałaś...ale nie proś mnie o wyjaśnienia. Po prostu przyjmij, zaakceptuj to co piszę. . - Rozmawiamy po raz...? - Ech, te księgowe...nie licz tego już tak tego , dziewczyno, nie licz. Rozmawiamy i to jest ważne. No tak, on też jest mistrzem zmiany tematu...ale coś w końcu musi powiedzieć... - Czy mieszkasz sam , Marcinku? - Mam dom , w którym czuję się sam. Znowu unik. - A praca ? gdzie pracujesz? - Pozwól, że na to pytanie nie odpowiem...mogę być przecież kimkolwiek, śmieciarzem nawet... czy ma to dla Ciebie jakieś znaczenie? ‘ Ma racje facet...właśnie w sieci może być kimkolwiek zechce...i nie ma to znaczenia...Pożałowałam w tej chwili, że nie wymyśliłam sobie jakiego szałowego zawodu...może mogłabym bym być maklerem giełdowym? W końcu tam też się liczy konta i pieniądze. Gdy zaczepi mnie następny gość z sieci, spróbuję pobawić się w Capital City... a tymczasem .... - Tak, tak, wiem...czuję , że chcesz się już pożegnać... Codziennie nasze rozmowy wydłużamy...o 5, 10 minut....i on ma rację....już muszę się pożegnać... Zawsze wyczuwa bezbłędnie ten moment. - To jest chwila , której się obawiam...a jednocześnie ... lubię ją , wiesz czemu? - Lubisz? Nie wiem dlaczego.. - Bo gdy wyłączysz komunikator, ja napisze kolejny list... List, w który będzie to czego nie zdążyłem dziś powiedzieć, i to czego jeszcze nie mam odwagi napisać w komunikatorze...Tyle chciałbym Ci powiedzieć...ale myślę, że mamy czas... i że kiedyś będę mógł... - Napisz...Twoje listy są wspaniałym początkiem dnia pracy, z którego zostało już teraz tylko nieco ponad 5 godzin...Do zobaczenia w sieci! Gdyby mi ktoś powiedział miesiąc temu , że można prawie 2 godziny stukać w klawiaturę niesłużbowo – to zapytałabym o czym w takim razie jest tekst zajmujący te dwie godziny??
......................................
Data: 9 czerwca 2003 Od: [e-mail] Do: [e-mail] Temat: O Tobie
Anusiu, Chciałem serdecznie podziękować za naszą ostatnią rozmowę. Uważam, ze jesteś niesamowitą kobietą. Twoja wartość leży nie tylko w Twojej urodzie, elegancji, prezencji, które same w sobie są po prostu darem, na jaki nie mamy żadnego wpływu, lub jest on niewielki. Ważne jest to jakim jesteś człowiekiem. A wyczuwam, ze w Twoim wnętrzu bije bardzo wyjątkowe serce, czułe i wrażliwe na drugiego człowieka. Myślę, że jest to wartość ponad wszelkie inne wartości. Dzisiaj bardziej ceni się tego, kto osiąga sukces na miarę konta w banku, przyznaje puchary i nagrody za wielkie dokonania w różnych potrzebnych i wartościowych dziedzinach naszego życia. W tym wszystkim jednak nie ma nagrody za uśmiech, za dobre słowo, za gest wyciągniętej ręki. Już od tak dawna nikt nie pytał mnie jak mi minął dzień. Te kilka zdań dzisiaj sprawiło, ze wieczór zmienił się, stał się inny niż zwykle. Wiesz, myślę że za Twoje pytanie o mój stan ducha nagrody być nie może, bo sama nagroda byłaby zaprzeczeniem intencji i motywów tego jednego pytania... Sądzę , ze zwykłe spojrzenie wypełnione wdzięcznością ... jest największa nagrodą...Być może nie dostrzegasz tego na odzień, ale wiedz... że są tacy , którzy patrzą i widzą co skrywa biała bluzka. To co masz w sobie jest największym darem jaki możesz ofiarować każdemu kto spotyka się z Tobą. Jestem wdzięczny losowi, że gdzieś w tej gmatwaninie wirtualnych połączeń mogłem spotkać Ciebie. Marcin
...............................
Skąd ta wilgoć na moich rzęsach???? Przecież ja tego faceta nawet nie widziałam na oczy! Więc co mnie dławi gdzieś w gardle? Przeczytałam to ostatnie zdanie kilka razy....”jestem wdzięczny losowi..” , Boże święty, człowiek którego znam kilka godzin zaledwie, sumując to wszystkie rozmowy i emaile, o ile można to nazwać „znaniem się”, jest wdzięczny losowi, że mnie spotkał... Przez klika minut gapiłam się w ekran zanim dotarła do mnie obecność migającej krateczki u dołu....... - Witaj Anusiu...czekałem już na Ciebie... - Cześć, Australijczyku, właśnie przeczytałam Twój list....jestem wstrząśnięta... - Dlaczego? Czy napisałem coś nie tak? - Nie, nie...ale to co napisałeś jest takie pięknie i zarazem takie ....nierealne, nierzeczywiste.... - Nierealne? dlaczego? Wydaje mi się , ze dobrze się rozumiemy....myślę, nie, nawet ..jestem pewien , że dobrze Cię odbieram... ten kanał komunikacyjny z pewnością ma pewne luki i bywa czasem fałszywą drogą... ale nie sądzę abym się mylił co do Ciebie. Zresztą, ja wiem co sam czuję, gdy zbliża się pora gdy pojawiasz się w sieci... Pojawiam się w sieci...to brzmi tak jakbym nagle znikała z tej klitki dwa na trzy metry i pojawiała się w innej przestrzeni... o której nic zresztą nie wiem, poza tym, że jest w niej pewien facet... - Marcinie, jak Ty wyglądasz? - A prawda... obiecałem Ci fotkę, dziś jeszcze Ci ją prześlę..., jutro mnie zobaczysz...Chyba troszkę boję się tego jutra. Wolę się nie opisywać, sama obejrzysz. Ale powiedz mi, jak jesteś dziś ubrana? - No cóż.. tradycyjnie...biała bluzka.. - I czarne spodnie? - A nie! Dziś są ciemnoszare... - Jak zawsze jesteś w spodniach? - Tak, jak zawsze. Prawie zawsze . Nie lubię spódnic, nie będę się zmuszać do ich noszenia. I nie lubię spojrzeń skierowanych na moje nogi. - Dlaczego? Na pewno są ładne. - Na pewno to są jeszcze blade... ale tak serio w spodniach czuje się dynamiczna, pewna siebie, szybka... A w spódnicy instynktownie zwalniam obroty....mam zresztą niewiele spódnic... - Jakie więc masz te spódnice? Możesz mi je opisać? - Więc jest dyżurna czarna z kostiumu, jeszcze jedna z czasów szalonej mody lat osiemdziesiątych. Taka falbaniasta ...no i prosta dżinsowa... - Czasem słyszę, że w spodniach kobieta traci coś ze swojej kobiecości...nie do końca się z tym zgadzam...czasem widzę tę zmysłowość w ruchach bioder opiętych dżinsami.. - Tak , to pewnie u nastolatek. - Chociaż czasem jest to jeszcze nieuświadomione, a innym razem zbyt przerysowane, karykaturalne...albo wręcz....brudne. Wersja wieku średniego, pozwolisz że tak to nazwę, jest bardziej dystyngowana... I bardziej elegancka...szlachetna, nawet jeżeli to są dżinsy. No proszę..... jednak w końcu wyszło mu to : wieku średniego...no ale w końcu pisze facet prawdę... - Opowiem Ci coś dobrze? Oprzyj się wygodnie, nie pisz przez chwilkę, tylko czytaj. Wiesz, kiedyś musiałem uczestniczyć w służbowym spotkaniu. Właściwie musiałem mu przewodniczyć. Temat spotkania dotyczył jakiegoś kobiecego problemu.... to nieważne zresztą. Na sali było prawie 50 kobiet. W większości były to urzędniczki, pracownice banków. I możesz to sobie wyobrazić: wszystkie miały białe bluzki, proste spódnice , klasyczne marynarki. Równo, sztywno, porządnie i .............nudno” . Miałam wrażenie że widziałam już to kiedyś. No tak..., tak właśnie wyglądają nasze branżowe zjazdy... ” Nagle zwróciłem uwagę na jedną z nich. Też marynarka, też bluzeczka. Ale inna spódnica. Nie żadne mini...nic z tych rzeczy. To w końcu była jakaś tam pani manager i chyba niezbyt młoda.......ale do tej klasycznej góry stroju miała założoną długą spódnice... nie wiem z czego... ale chyba więcej niż jedna warstwa...cieniuteńka, na dole leciutko falowała....na to druga, troszkę tylko krótsza, też cieniutka, zwiewna... wszystko w takich ..ciepłych kolorach – jakby akwarelowych , rozmytych czerwieniach, delikatnych różach.... I wiesz, patrząc na nią myślałem bezwiednie o lecie, i truskawkach, i o kwiatach, o spacerze... Miała założoną nogę na nogę, spod tej spódnicy widać było właściwie tylko kostkę i stopę w beżowym buciku...ale ta spódnica była tak delikatna, że każde poruszenie powietrza wywoływało jej ruch, jakby delikatne falowanie.... Nie mogłem od tej nogi oderwać wzroku, patrzyłem jak materiał drga wokoło kostki...i czekałem.....już nie wiem na co....Nie wiem też jak skończyłem moje wystąpienie...ale .wierz mi, że nie pamiętam twarzy tej kobiety...ale pamiętam doskonale tę spódnicę, tę kostkę, beżowy bucik... i to wrażenie, to uczucie czegoś. niesamowicie....kobiecego...zmysłowego...” No...teraz to mnie także poruszyło....kiedy ktoś patrzył na moją nogę? Ciekawe czy Konrad pamięta w ogóle jaką ja mam nogę... - To było ...szalenie inspirujące, wiesz? Aż mi przykro, że właśnie teraz muszę się już pożegnać Marcinie.........Czas mnie lekko goni. - Wiem. Wiem... czy mogę mieć prośbę? - No jasne... - Czy mogę liczyć na Twoją fotografię? Może być nawet jakaś niezbyt nowa, proszę o jakąkolwiek. I obiecuję Ci, że dziś jeszcze...tzn u mnie dziś...wyślę Ci swoją...dobrze? - Fotka...cóż. Nie obiecuję...ale poszukam czegoś. Dziękuje za rozmowę Marcinie... była... bardzo , naprawdę bardzo inspirująca... - A dla mnie...była ..... - Tak? Dokończ , proszę... - Nieważne. Przez te 128 minut nie czułem swojej samotności. Miłego dnia Anusiu, ja kończę dzień...ale w następnym wiem, że będziesz... i dlatego już na niego czekam. Całe 128 minut stukania w klawiaturę................................Naprawdę, nie mam pojęcia jak on to zrobił...
.........................
Mimo obiegowej opinii o księgowych ja nie jestem wzorem gospodarności. Nie lubię oszczędzać. Wpadam chętnie w wir zakupów, lubię wydawać pieniądze na siebie, dla siebie, kocham kupować i wybierać prezenty....nie ma to żadnego związku z odreagowaniem stresu... nic podobnego – ja po prostu lubię kupować. Ja kocham kupować. Proszki do prania, długopisy, świeczki, serwetki, szaliki.... Co prawda czasami, aczkolwiek ...z rzadka zdarza mi się pożałować zakupu, albo bardzo praktycznie stwierdzić : nie jest mi to przecież potrzebne. Ale rzadko mam w sobie takie chwalebne odruchy... częściej jednak ulegam pokusom... Nie...nie na perfumy od Chanel...ale za mniejsze pieniądze też można kupić sobie odrobinkę przyjemności. Jeżeli nie ma się pilnych potrzeb życiowych , obciążeń w rodzaju męża , dzieci, kota czy psa. Dziś też uległam mojej słabości. A raczej pokusie. Weszłam do sklepu, w którym zawsze muszę coś kupić, choćby jakiś drobiazg. Ponieważ wiem, że on właśnie taki jest i taki jest jego wpływ na mnie – staram się go omijać. Dziś mi się to nie udało.... Spódniczki wisiały sobie na wieszakach a nad nimi napis „Promocja”. Czemu nie....można popatrzeć. Dwuwarstwowe....dołem falujące....dziwacznie nieco cięte, z jednej strony dłuższe...z drugiej krótsze.. .Ale te kolory...beże, odcienie piasku, pudru, kakao, jedna warstwa beżowa, druga malowana w jakieś fantazyjne kwiaty. Albo te obok, turkusowe, ostre, energiczne....A może delikatne fiołki? Lilaróż taki subtelny, romantyczny....jakieś zarysy zaledwie bukietów bzu.... Przymierzyłam wszystkie kombinacje kolorystyczne. Niezbyt pasowały do moich solidnych sandałków. Sięgały kolan, miejscami troszkę niżej....przyjemnie wirowały przy każdym ruchu, szyte w końcu ze skosu. W drodze do kasy jeszcze nie wiedziałam, na którą się zdecydować... - Poproszę tę – wskazałam beżową. Nagle przypomniały mi się turkusowe kolczyki, pamiątka z jakiegoś urlopu... i to był już odruch kompletnie niekontrolowany – i tę drugą też poproszę.... Dwie spódnice w ciągu kilku minut – wyrobiłam normę na kilka lat! Idąc pasażem supermarketu myślałam , że żadne moje buciki nie pasują do takich spódniczek....powinny być delikatne....z samych tylko paseczków...a najlepiej z jednym tylko paskiem... Nogi same mnie zaniosły do sklepu z butami.....Rozejrzałam się po półkach, powinny być jasno beżowe, neutralne, klasyczne... będą pasować do obu spódniczek... Były . Turkusowe. Na niewielkim obcasie, dwa paseczki z przodu, wiązane przy kostce...niemal ten sam odcień co spódniczka. Nasuwały skojarzenia z Flowers power, woodstock i Hair... I w końcu były niezbyt drogie. Wychodząc z marketu z paczkami obejrzałam się na swoje odbicie w oknach wystawowych, i poczułam się jak kobieta z luksusowego miesięcznika. Zadowolona z życia, ciekawa świata i otwarta na swoje pragnienia. Czerwcowe popołudnie zdawało się pasować do tego nastroju – niebieskie niebo, ostre światło słońca, które podkreślało błyski w szybach sklepów, nawet tynki na budynkach wyglądały jakoś czyściej...lepiej. Taki dzień nie może skończyć się normalnie, zwyczajnie. Nadal w nastroju przebojowej kobiety z reklamy skręciłam w stronę pubu. Kilka stolików na zewnątrz było jeszcze pustych , zapełnia się wieczorem dopiero. Zamówiłam zimne piwo, i wyciągnęłam z reklamówki turkusowe sandałki....jeszcze raz je przymierzyłam... Ależ ja mam blade stopy....ależ ja mam i blade nogi! W turkusowych paseczkach wyglądały nieciekawie i smutno....No tak, to początek lata, a w spodniach się opalenizny nie nabiera... Sącząc powolutku piwo dojrzewałam do decyzji. Naczytałam się wiele o ujemnych skutkach solarium, ale w końcu ... albo rybki, albo akwarium. Najbliższe solarium znajdowało się zaledwie kilkanaście metrów przede mną.... Panienka za ladą opalona jak po urlopie na Karaibach czytała jaką babską gazetę. Popatrzyłam na cennik – kabina turbo, kabina speed, kabina stojąca, kabina soft.. - Czy może mi pani wskazać najlepszą? - Najlepszą? To chyba turbo...a pani pierwszy raz? No tak, to widać gołym okiem...pierwszy.... - To ja radzę soft może na pierwszy raz...z filtrami na twarz....a potem może dobierzemy mocniejsze łóżko... No dobrze, mam więc łóżko soft, na 13 minut, w tym jedna minuta gratis. Mam też chyba 2 minuty na rozebranie się, bo na tyle panienka mi pozwoliła...Na szczęście nie mam wiele na sobie...ściągnąć majtki czy nie? A niech tam, będzie ślad to się zorientuję czy to wogóle opala.... Pokrywa solarium powolutku się zamyka, włączył się wentylatorek, jakaś cicha muzyka... Nie wiem kiedy te 13 minut upłynęło.....ubierając się pospiesznie pooglądałam się dokładnie....oczywiście, nie ma śladu po majtkach...no ale w końcu po jednym razie... Decyduję się na kolejną wizytę jutro . Panienka czując chyba moje rozczarowanie doradza mi samoopalacz....no dobrze , a zresztą , wyjdzie mi taniej niż codzienne wizyty w solarium. A w dodatku on jeszcze nawilża , ujędrnia i coś tam jeszcze. Same korzyści... Zapowiada mi się pracowity wieczór. W domu przymierzyłam i spódniczkę i sandałki , pasują idealnie! Siedząc już w wannie popatrzyłam krytycznie na swoje nogi....depilacja, peeling, potem samoopalacz....i coś dobrego z tego wyniknie. Czekając aż się wchłonie samoopalacz zaczęłam szperać w moich fotografiach. Niezbyt tego dużo....nie jestem fotogeniczna i unikam obiektywu...ale coś by można było wybrać z tych z Chorwacji....byłam tu opalona, chudsza! No i włosy są porządnie ułożone...Ale to wszystko nieostre....dalekie...chociaż....przynajmniej moich bioder nie widać... O tu jest dobre zdjęcie...chyba z jakiejś restauracji....siedzę przy stole z szklanką soku w ręce....co prawda bez uśmiechu, ale za to nie mam też głupiej miny... To by się nadawało...I nogi tu dobrze wyglądają...Tu wyglądam na najwyżej 35 lat. Trzeba będzie jutro opanować ten skaner...
..............................
Od : [e-mail] Do : [e-mail] Temat : troszkę o mnie....
Aniu... Nie wiem czy tym listem nie zepsuję Ci humoru...J Mam nadzieję, że widok mojej twarzy nie będzie przykrym rozczarowaniem – gdybym mógł wiele bym w sobie zmienił. Wielu rzeczy w sobie nie akceptuję – tych które widzę w lustrze, tych, których lustro nie pokazuje. Może dlatego cenię ludzi, którzy – tak jak Ty – potrafią otworzyć się na innych, popatrzeć im w serce. Może sieć jest takim idealnym miejscem dla ludzi jak ja, pełnych kompleksów i lęków. Chociaż myślę, że tutaj można poznać wartość człowieka – ci niedojrzali będą się bawić, wymyślać inne historie, inne życiorysy. Nie mogę niestety zmienić przeszłości w moim życiu....teraźniejszość od niej zależy...i może to jest powodem szukania innego życia...właśnie w sieci. Rozmowa z Tobą sprawia, ze czuję się nareszcie na miejscu. A może dokładniej – w miejscu w którym chcę się znaleźć. Chcę – a nie muszę. Gdybym mógł – zmieniłbym to i owo...wiesz jak trudno jest zaakceptować samego siebie? Zwłaszcza, że czuję, że mam po drugiej stronie tej sieciowej linii taką kobietę jak Ty. Czuję że jesteś nie tylko elegancka ale i ładna. Nie śmiej się proszę!!! Wiesz, zawsze gdy widziałem ładną kobietę... taką, która mi się podobała... zawsze chowałem się w kąt. Pasowałem na samym starcie...chyba tylko dlatego, że przerażało mnie to, że nie widziałem w sobie niczego czym mógłbym takiej kobiecie zaimponować...albo też wydawało mi się, ze musiałbym ciągle walczyć o jej względy, i starać się...wiesz o co chodzi, prawda? A przecież to...to nierozsądne... Prawdziwe uczucie rodzi się nie z tego, że komuś się imponuje, ...ale dlatego, że dostrzegamy w nim wartość, która jest...istnieje...i chcielibyśmy ją mieć na zawsze. .I tylko dla siebie. Może któregoś dnia obudzisz się...i zobaczysz, że wielu jest takich jak ja...patrzących na Ciebie ukradkiem. A ja ..coż... ja już dzisiaj jestem szczęśliwy, ze Cię znalazłem. Że Cię wreszcie znalazłem. Marcin
...............................
Cóż on takiego we mnie dostrzega? To zdaje się, będzie dla mnie wieczną zagadką...o, jest załącznik... ale to nie jest chyba fotografia...no, otwórz się, otwórz... No, coś takiego...dlaczego to się nie daje otworzyć??? No powiedz mi Australijczyku!! - Bo to nie jest fotografia, to króciuteńki film, musisz mieć do niego specjalny program, masz taki? Do odczytywania takich plików? - Chyba nie... nie mam. Nigdy mi nic takiego nie było potrzebne... - A czy masz kartę dźwiękową? Głośniki? - No nie... też nie mam. Ale znam faceta , który zdaje się ma... - Faceta? Kim jest ten facet? - O, czyżby iskierka zazdrości? Niepotrzebnie. To facet mojej przyjaciółki. Ale to także informatyk. Chyba dzisiaj ich odwiedzę...chyba na pewno! - Powiedz mi, jak spędziłaś wczoraj dzień? - No, cóż... zaszalałam i wydałam troszkę pieniędzy...na siebie. - A co kupiłaś? - Spódniczki. Dwie spódniczki. I sandałki. - Dwie spódniczki? Ty? Jakie? Opisz mi je , proszę... - Dobrze...na ten temat mogę godzinami...wciąż sama sobie się dziwię... - Zaczekaj... Czy może teraz jedną z nich masz na sobie? - Nie... bo okazało się, że po pierwsze nie mam do niej żadnej pasującej bluzki, te koszulowe są zbyt...sztywne do tak romantycznego kroju... a po drugie jestem jeszcze zbyt blada...musze zaliczyć parę wizyt w solarium, zresztą wczoraj już byłam pierwszy raz... - Solarium? Przecież to jest szkodliwe...proszę Cię... nie korzystaj z solarium...lepiej poczekaj aż nogi same się opalą , naturalnie , na słońcu.. - Ależ Marcinku, może już nie pamiętasz... ale nie ma nic bardziej niepewnego niż polska pogoda...dziś jest słońce, jutro może być już coś wręcz przeciwnego... - Pamiętam, Anusiu...ale wiesz...solaria naprawdę nie są zdrowe, wiadomo przecież, że wywołują raka skóry...mam nadzieję, że używasz kremów z wysokim filtrem przeciwsłonecznym? - No, tak...podobno w Australii cierpią na obsesyjny strach przed słońcem i rakiem skóry.. - No, może nie obsesyjny... ale mówi się o tym coraz głośniej, ... że przebywanie na słońcu nie jest obojętne dla skóry, nie wspominając już nawet o solarium...i nie jest to tylko kwestia szybszego starzenia się... więc obiecaj mi proszę... że będziesz używać kremów z filtrem! - Obiecuję. I z filtrem i samoopalaczem. I będę pić sok z marchewki! - O właśnie.....to bardzo dobry pomysł! Pij dziennie – a efekty będą lepsze niż po solarium... a w dodatku – sok jest zdrowy! Ale, wracając do spódniczek... kiedy którąś z nich założysz? - No, cóż...to wymaga kolejnej wędrówki po sklepach... ale chyba będę musiała.... dziś rano patrzyłam na nie i naprawdę żałowałam, że nie mogę jeszcze w nich wyjść... - Ależ wy kobiety macie dylematy! A ja żałuję, że nie będę mógł Cię w nich zobaczyć...chyba, ... że obiecasz mi zdjęcia... ale...ale... co ze zdjęciem dla mnie? - Już jest jedno wybrane... może nawet dziś uda mi się je zeskanować... i dziś jeszcze je wyślę...żałuję, że nadal nie wiem jak wyglądasz...co to za film z Tobą który mi przesłałeś? - To właściwe nie film... kilkusekundowa sekwencja zaledwie... Mam do komputera podłączoną kamerę , mikrofon, no i naturalnie głośniki. Taki mini zestaw. To nagranie trwa tylko kilka , no może kilkanaście sekund.., widzę, że dziś nadal będę trwać w niepewności... - Niepewności? - Czy na mój widok nie zablokujesz mojej ikonki w komunikatorze.. - Skoro Ty widzisz we mnie ładną kobietę... ja zobaczę w Tobie przystojnego mężczyznę. Tak to działa MarcinieJ - Masz rację... ale ja wiem co widzę rano przy goleniu... - A ja wiem co widzę rano w lustrze...podpuchnięte oczy....poszarpane włosy...nic zachęcającego. - Anusiu...jak śpisz? - Co to znaczy : jak? - Po prostu.....opisz mi to jak śpisz.... - No cóż, zawsze za krótko...niespokojnie.... - No ale na wznak czy może na boku? - Na boku. Skulona. To się nazywa : pozycja embrionalna. - A czy śpisz w nocnej koszuli? A może nago? - Trafiony, zatopiony. Latem nago. Gdy robi się chłodniej zakładam białą męską koszulę... - Wiesz , że kobieta najseksowniej wygląda właśnie w męskiej białej koszuli? - Tak? No czyli...przez parę miesięcy w roku nocami jestem seksownaJ) - Chyba nie tylko przez parę miesięcy w roku...No dobrze, a gdy się budzisz...to jak to wygląda? - Jak? Dziwne pytanie.... No cóż... nie lubię wstawać z łóżka...więc budzik nastawiam 10 minut wcześniej aby sobie poleżeć jeszcze troszeczkę. Właściwie to radiobudzik... więc dzień zaczynam od muzyki... Potem te 10 minut się przeciąga do 15... i wtedy trzeba narzucić sobie tempo...prysznic.. - A jaki płyn pod prysznic? - Jaki...no...taki jaki mam aktualnie pod ręką... nad tym raczej nigdy nie rozmyślam zbyt długo...chyba Nivea..? - Lubię zapach Nivei na skórze, dobrze...co dalej? - To jest jakieś przesłuchanie! Ale dobrze, no więc dalej... coś muszę wypić. Sok . Wodę mineralną, a gdy jest już zimno – to gorącą herbatę... a najlepiej kawę. Pobudzającą. Mocną. - Lubisz herbatę ? czy wolisz kawę? - Lubię herbatę. Mam spory wybór. Nie taki jak Dorota ale całkiem już duży... Ale kocham kawę. Zdecydowanie bardziej. Piję ją litrami, smakuję różne rodzaje, ostatnio latte macciato, z cynamonem. - To tak jak ja.....wolę kawę. Kim jest Dorota? - Przyjaciółką. Ale jej nie da się opisać jednym słowem. O... to jest temat na cały dzień... mam zacząć? - Nie. Dziś tematem jest Poranek Anny. O Dorocie będzie innym razem, dobrze? Więc...coś do picia... i dalej? - No więc dalej jest makijaż... - Malujesz się? Jak? - Malować się...tak to nazwać to może przesada... tylko puder, tusz do rzęs...i błyszczyk na usta. - Czyli raczej naturalnie, tak? - Tak. Zdecydowanie tak. Chociaż mam słabość do kosmetyków... ale nie mam wprawy w ich używaniu... - A może po prostu nie potrzebujesz ich zbyt wielu? Bo gdybyś potrzebowała, to nauczyłabyś się jak nakładać cień... czy coś tam innego... - Może masz rację... masz zadziwiające spostrzeżenia jak na faceta! Chyba musisz się dobrze znać na kobietach, Marcinku! - Nie... nie znam się na nich wcale. Te które są wokół mnie – są mi obojętne....więc się im nie przyglądam. - Te które są wokół Ciebie...żona? córka? Sekretarka? Kim są te kobiety wokół Ciebie ? - Widzę, że teraz Ty zadajesz pytania...ale ja byłem dzisiaj pierwszy! Proszę, mamy dla siebie tak niewiele czasu...pozwól mi go wykorzystać dziś na mój sposób... - Dobrze, Poranek Ani – ciąg dalszy. No wiec, po makijażu...wychodzę z domu.. - Wychodzisz nago? - A... nie. ..właśnie...trzeba się ubierać...No więc otwieram szafę i zaczynam myśleć co by tu dziś założyć...i wyciągam oczywiście białą bluzkę i jakieś spodnie. Szare albo czarne. I jakieś kolczyki... perełki. I łańcuszek na szyję. I sandały albo klapki teraz, latem... I potem już gdy to wszystko na siebie założę... - wychodzę z domu. - Nieco to teraz skróciłaś, miałbym jeszcze parę pytań. No ale , mam jakiś zarys twojego poranka, Aniu. Ale jeszcze mi czegoś brakuje... jak pachniesz rano? Jaką bieliznę nosisz? Jakiego dezodorantu używasz? Jakiego perfumu? Czy jesz śniadanie? Co pakujesz do torebki? - No proszę, mamy tu cały kwestionariusz, ale ok... rano pachnę....snem. Bielizna.. kupuję czarną. Oczywiście pod białą bluzkę zakładam biały biustonosz... - A jaki biustonosz? Opisz mi go, proszę...jaki masz dziś na sobie? - Dziś jest prosty, matowy, na cieniutkich ramiączkach i fiszbinach . - A czy ma usztywniane miseczki? - Proszę, jaka znajomość tematu...nie. Są miękkie i cienkie. - Czyli widać zarys sutek... brodawki... - Tak. Faktycznie, widać. - A jakie masz figi na sobie dzisiaj? - Dzisiaj... mam czarne stringi. - Lubisz stringi? - Latem – bardzo! Po lecie zmieniam je na coś cieplejszego...A wracając do kwestionariusza, dezodorant Nivea...a perfumy...od dawna używam Kobako. I jakoś mnie nie kuszą inne. Nie jem śniadań. Czasami płatki z jogurtem... ale latem nie jem aż do południa. A co pakuję do torebki... Marcinie...tam jest wszystko co powinna mieć kobieta przy sobie. Mam Ci wyliczyć? - Proszę, wyliczaj....jestem ciekawy... - Dobrze. Ale już nie dziś... Czy wiesz, ze rozmawiamy ponad dwie godziny? Która jest u Ciebie godzina ? - U mnie jest późny wieczór... - A u mnie...już są zaległości... - Przepraszam... najchętniej bym cię zatrzymał w sieci tylko dla siebie, na długie godziny... - To może wtedy gdy sprawię sobie komputer domowy i podłączę się do sieci. A teraz.... - A masz takie plany Aniu? - Nie mam. Ale mogę mieć takie marzenia, prawda? - Marzenia...o czym marzysz najbardziej? - O, to temat na kolejną długą rozmowę...a ja już muszę Cię pożegnać... - Czy marzenia to sprawa zbyt osobista Aniu? - Nie... Marcinie. Ale nie wiem czy umiałabym podzielić się z Tobą moimi marzeniami. Zresztą, nie wiem z kim w ogóle mogłabym się dzielić moimi marzeniami. Są moje i tylko moje. A do niektórych wstyd mi się przyznać.... - Rozumiem. Może jeszcze nie teraz. Ale może kiedyś. Mamy czas...Najważniejsze, że jesteś. Udanego dnia, moja droga... Coś takiego... czasem padają takie słowa...po których mam mieszane uczucia....Tak chciałabym je usłyszeć od kogoś innego... ale nawet czytając je... na ekranie służbowego komputera...czuję jak coś łaskocze mi pod powiekami... - Do zobaczenia Marcinie – teraz to sformułowanie ma inne znaczenie – może ja właśnie dziś Cię zobaczę? I usłyszę? - O, znowu zaczynam się niepokoić... - Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie......Uciekam teraz do pracy...a potem biorę się za skanowanie zdjęcia. - Nie mogę się tego doczekać. Miłego dnia Aniu. - Miłego wieczoru – i dobrej nocy, Marcinku...
...............................
Przekonane o swojej doniosłej roli blond dziewczę broniło skutecznie dostępu do skanera... - Przecież ja to pani zrobię, co trzeba zeskanować? Akurat, już się rozpędzam aby pokazywać jej moje zdjęcie z Chorwacji...a potem tłumaczyć po co mi to skanowanie ... Wracam więc do siebie...ale niestety nie daje mi spokoju myśl o złożonej obietnicy : ”Dzisiaj jeszcze Ci to zdjęcie wyślę..” Dziś to dziś , dzień się jeszcze nie skończył, ....no chyba że znajdę inny skaner... No chyba, że Piotr będzie miał i skaner... Jeden prywatny telefon ze służbowej linii na tydzień chyba mogę wykonać... i dzięki niemu już po chwili wiem , że jest i skaner, i drukarka, i karta dźwiękowa, i program do odczytywania plików avi, bo tak to się zdaje się nazywa. Na szczęście zamiłowanie Piotra do komputerów szło jakoś tam w parze z zasobnością portfela. Miałam niejasne wrażenie, że te wszystkie sprzęty muszą być bardzo drogie... Po drodze z pracy wstąpiłam więc do Delikatesów po odpowiednie załączniki... wino, piwo, czekoladki.. Mariolka i Piotrek mieszkają na siódmym piętrze... trzy piętra wyżej ode mnie ..a bywam tu tak rzadko. Ale jak dotąd nie miałam powodów do składania im sąsiedzkich wizyt. No ale z drugiej strony... to Mariolka jest moją przyjaciółką, a nasze godziny pracy wręcz wykluczają wzajemnie odwiedzanie się...Piotrka samego by mi chyba nie wypadało odwiedzać... i o czym bym miała z nim rozmawiać? O komputerach? Z winem w jednej ręce i reklamówką z resztą załączników drugiej łokciem przycisnęłam guziczek dzwonka. Wystarczyło tylko raz, drzwi otwarto momentalnie. - Witaj Piotrek? Chyba schudłeś? Wszystko ok? -Tak, jasne, wszystko gra. Zapraszam – Piotr szerokim gestem zaprosił mnie do środka. Jakoś pozmieniało się wnętrze tego mieszkania...chyba rzeczywiście dawno tu nie byłam...na parapetówce a potem zdaje się tylko jeden raz jeszcze. - Jakoś więcej przestrzeni tu widzę, zdaje się, że wywaliliście wszystkie paprotki? Jak na to namówiłeś Mariolkę? O, i nie ma już tej kolekcji fotografii...mniej do odkurzania, prawda? Ale mówiąc szczerze....jest teraz czym oddychać... w tak malutkiej przestrzeni taka ilość roślin to było szaleństwo, zawsze to mówiłam Marioli...Cieszę się, że wreszcie mnie posłuchała.. Piotrek milcząc potakuje kiwając głową, więc przechodzę od razu do rzeczy. Koniec owijania w bawełnę. - Słuchaj , Piotrek...to jest to zdjęcie do zeskanowania... - No, no, co my tu mamy...pokaż no.. Piotr przez chwilkę przygląda się fotce...Potem moja fotografia wędruje pod klapę skanera, Piotrek odprawia jakieś czary nad skanerem i na ekranie z wolna pojawia się moja twarz, ręka ze szklanką, biała bluzka, korale z bursztynu... - Do jakiego konkursu startujesz, Anka? Zrobimy z Ciebie Wenus, co? – Piotr zaczyna bawić się z moim obrazem...Niebo staje się bardziej niebieskie, bluzka jeszcze bielsza...moja opalenizna bardziej złota....a oczy....widać wyraźnie że jednak są niebieskie, nie szare...i nawet każdy bursztynek z korali jest jakby podświetlony słońcem. Niewyobrażalne, co ta technika komputerowa potrafi... - Teraz to wszystko zamienimy w plik, masz dyskietkę? Na liście zakupów jej nie miałam, nawet do głowy mi to nie przyszło...na szczęście Piotr ma spore ilości dyskietek. - Proszę , gotowe. – do mojej ręki trafia dyskietka ze zdjęciem. - Już? Tak szybko? Zaraz...a nie mógłbyś mnie tego nauczyć? - Skanowanie to nie problem, ale z obróbką zdjęcia już byś sobie chyba nie poradziła, a ja nie mam talentów pedagogicznych. Umówmy się, że możesz zawsze wpaść i liczyć na mnie i mój sprzęt, ok.? No, a po trzecim takim razie Mariolka zacznie niedyskretnie pytać co u Konrada...ale liczą się w końcu dobre chęci i umiejętności Piotra. Usługa zakończona, Piotrek nalewa piwo do szklanek, na stół wędrują jego orzeszki i moje czekoladki. - Mów co u Ciebie? Po co Ci ta fotka? Internetowy romans ? – dopytuje się Piotr znad piwa. - Romans , akurat. Nic z tych rzeczy....Rozmawiam z takim jednym przez komunikator. Mieszka w Australii...ale, ale...zupełnie zapomniałam...mogę go przecież u Ciebie obejrzeć i posłuchać, pomożesz mi? Piotr podłącza się do sieci, wskazuje klawiaturę . - No, loguj się, pokaż mi tego aborygena. Najpierw portal potem poczta, login, hasło...jest. To jest ten plik. - Ok., usiądź wygodnie, rozluźnij się. Piwo jest po lewej stronie, woda po prawej, przynieść chusteczki higieniczne? Zaczynamy seans... Piotr coś wstukuje, najeżdża myszką na plik.....i oto na ekranie pojawia się twarz. Męska twarz. Dziwnie skadrowana... Twarz otwiera usta i z malutkich głośników stojących obok komputera płyną słowa – pozdrawiam Cię Anusiu z Australii. Marcin. Tylko tyle? Jestem niemal rozczarowana. - No tak, to 12 sekund...Poczekaj, Anka...tu też można poczarować.- Piotrek coś przełącza, i nagle z dużych kolumn stojących w rogach pokoju odzywa się cudowny, głęboki i ciepły męski glos. - „ Pozdrawiam Cię Anusiu z Australii. Marcin.” Chcę jeszcze raz, Piotrek ponownie klika w komputer. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ten głos...” Pozdrawiam Cię Anusiu , z Australii”. Żaden radiowy prezenter nie może się z nim równać, no może tylko Kaczkowski... Mam ochotę słuchać tych dwunastu sekund non stop...Piotr chyba wyczuwa moje pragnienia... - Jak chcesz, mogę ci to dać w pętle, będzie się odtwarzać na okrągło... ciekawe po którym razie powiesz : dość...A nie chcesz na niego popatrzeć?- Właśnie, niemal zapomniałam, przecież jest i obraz...Zaczynam przyglądać się klatce filmu zatrzymanej na ekranie...Sympatyczna twarz, wąs, oczy...chyba szare, takie lekko smutne, ale przyjazne...bez wątpienia przyjazne. Tylko ten kadr taki dziwny...Twarz ożywia się przyjaznym uśmiechem, usta spod wąsów się rozchylają i słychać ponownie „ pozdrawiam Cię, Anusiu, z Australii...” - Bo te malutkie kamery komputerowe właśnie tak kadrują...zniekształcają nieco twarz. Ale i tak widać że Banderas to on nie jest...- stwierdza Piotr. - Banderas, też coś...To jest facet , któremu dobrze patrzy z oczu! A to już rzadkość. To facet, który jest uczciwy, porządny i przyzwoity. - I to wiesz po dwunastu sekundach? – Piotrek jest pełen podziwu, ale podejrzewam, że chyba nieźle się bawi...- no, fakt, czarować nie ma czym... To musi być chociaż przyzwoity... - Jak to nie ma czym? A ten głos? A te oczy? Są intrygujące, nie sądzisz? Od razu myślisz czemu są takie smutne, co go tak zasmuca? Czym tak się martwi? - Zaraz, zaraz...tu nie ma żadnego zmartwienia w oczach, nic takiego nie widzę......głos, wąs i opalenizna – Piotr wyraźnie nie poddaje się urokowi Australijczyka. - - Znaj moje serce, Anka, skopiuję ci to nagranie na kasetę, będziesz się wczuwać w domu...i te stopklatke ci zapiszę na dyskietkę...a może i wydrukować ci ją od razu? - Nagranie, wydruk – jasne! Piotrek jesteś cudowny! Piotr wyszukuje w pudle z kasetami jakąś jedną zbędną, po chwili znowu słyszę „Pozdrawiam Cię Anusiu...” - Ile razy ci to nagrać ? a może w pętlę? – Piotrek nadal ma niezłą zabawę, ale co tam... - Może daj ze trzy razy, co? A potem z lekkim szumem z drukarki wysuwa się twarz.... - Kadru już nie zmienię, ale kolory ci wzmocniłem...baw się dobrze – Piotrek wręcza mi wydruk i kasetę. -Zaśniesz dzisiaj? Mam już współczuć Konradowi? Przez moment mnie kusi...może by Piotr mógł coś szepnąć Konradowi o tajemniczym facecie... nie wspominając oczywiście, że mieszka na antypodach... Taka malutka pobudzająca dawka zazdrości....ale nie – nie jest mi to potrzebne. Konrad znika z mojego życia coraz wyraźniej. - Nie bój się – nic mu nie powiem. W końcu ten tu – Piotrek stuka palcem w wydruk – jest tylko wirtualny...niegroźny... - A co u Mariolki? Nadal te nocne dyżury? To musi być dla Ciebie przykre..- to taka malutka kontra za Konrada... - Nadal. Nie tylko nocne, bez niej ten szpital chyba przestaje funkcjonowac, więc spędza w nim coraz więcej czasu. Nawet paprotki wyniosła na oddział. Podobno mają pozytywną energię pomagającą szybciej wrócić do zdrowia.– Piotr mówiąc to jest wyjątkowo poważny – wiesz, ona któregoś dnia po prostu podjechała pod dom taksówką i wywiozła je wszystkie. Mariolka zawsze wydawała mi się osobą raczej trzeźwo patrzącą na świat mimo sporej dozy szaleństwa.....w szpitalu zarabiała na życie, tak zawsze twierdziła. – Ale skąd u niej taka zmiana? - Nie wiem skąd. Może ty mi powiesz? Zawsze się przyjaźniłyście... Zawsze – to może aktualnie przesada ....ale obraz Marioli rozsiewającej pozytywną energię za pomocą paprotek po szpitalnych korytarzach jakoś mi nie pasuje...Nie pasuje mi też rozmowa na jej temat pod jej nieobecność....Dopijam więc moje piwo i podnoszę się do wyjścia. - Zaraz? Czemu? Już musisz? – Piotr stara się pełnić role gościnnego gospodarza. - Tak, czas na mnie, ucałuj Mariolę, dobrze? - Chciałbym – Piotr smutnie się uśmiecha...czuję, że chciałby powiedzieć coś więcej...ale w mojej głowie już zaczyna pisać się list...przecież ja do tej mojej fotki muszę napisać list ! Nie jakiś tam służbowy email, ale list z prawdziwego zdarzenia. - Pogadamy innym razem - trzymaj się Piotrek! - Na razie, przeczuwam , że na jednej fotce się nie skończy – więc do zobaczenia, Polecam się na przyszłość!- Piotr ma nieco ironiczne spojrzenie...ale co tam. Liczą się te tam... chęci i umiejętności.
..............
Pisanie listu wymaga nastroju, włączam sobie coś delikatnego - Beverly Craven pasuje idealnie...teraz jeszcze coś do picia...o nie, nie herbatka... gdzieś tam miałam zadołowane wino na specjalną okazje z Konradem...Okazji nie było i nie zanosi się na nią – więc można teraz z niego skorzystać... Zaczynam mocować się z korkociągiem, nigdy nie było to moją mocną stroną. Pamiętam, że kiedyś Konrad uznał to za wyjątkowo głupie, że nie potrafię sama otworzyć wina czy szampana.. ” Jak dorosła kobieta może tego nie umieć? Wybacz, skarbeńku, ale to naprawdę jest idiotyczne” A jak ja mam wytłumaczyć dorosłemu facetowi, że według mnie to należy do obowiązków mężczyzny? Przez chwilkę kusi mnie żeby z ta butelką pojechać windą na siódme piętro... ale nie...nie dostarczę Piotrkowi dodatkowej zabawy... Po kilkunastu minutach resztki korka pływają w winie ale butelkę można uznać za otwartą. Trzeba jeszcze wyłączyć telefon – dziś rozmowa z Konradem jest niepotrzebna. O ile oczywiście dziś zechce zadzwonic. Teraz jeszcze kieliszek...zapalona świeczka...można zaczynać...gdzieś była tu taka romantyczna papeteria... Mam ją, napiszę ten list na różowym papierze a jutro przepiszę na komputerze...
.....................
Drogi Marcinie....
Od tak dawna nie pisałam listu...do nikogo. Nie było takiej potrzeby. Teraz przecież dzwoni się....rozmawia. Jak napisać to co przecież można tak szybko powiedzieć? Jestem zdziwiona tym co się dzieje pomiędzy nami. Mile zdziwiona. Internet nie jest dla mnie czymś obcym – ale takie rozmowy jakie my prowadzimy – są... Piszesz słowa, które bardzo bym chciała usłyszeć, od kogoś rzeczywistego, realnego, kogoś kto kiedyś tak właśnie do mnie mówił. Twoje listy, uzmysłowiły mi, że było to już bardzo dawno temu, i że bardzo mi tego brakuje... Może właśnie dlatego wywołujesz we mnie wielkie wzruszenie, mimo ze masz inną twarz, mimo ze jesteś daleko. Sama przed sobą przyznaję się do bardzo niedzisiejszych uczuć – do tęsknoty, do znudzenia, do braku chęci życia – ale dopiero gry pisałam o tym do Ciebie , gdy odpowiadałam na twoje pytania – zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo mnie to wszystko męczy, jak bardzo chcę żyć inaczej. Dziś posłuchałam twojego głosu – myślę że każde polskie radio zatrudniłoby Cię z pewnością – taki głos jest gwarancją rzeszy wiernych słuchaczek. Spodobały mi się Twoje oczy – tylko dlaczego są takie smutne? Zgodnie z obietnicą – przesyłam Ci moją fotografie...z góry uprzedzam że po pierwsze nie jestem fotogeniczna a po drugie było zrobione na wakacjach – więc nie mam tam ani makijażu, ani ułożonych włosów....a taki luz wakacyjny wychodzi na dobre tylko nastolatkom...więc...z mojej strony to duże ryzyko... Ale – jak to ktoś dziś powiedział – jesteś tylko wirtualny – czyli niegroźny... Nigdy się nie zobaczymy , nie spotkamy inaczej jak tylko w sieci – więc mogę sobie pozwolić i na takie zdjęcie i na taką szczerość, prawda? Cały czas myślę, że widzisz mnie inna niż jestem w rzeczywistości. Nie mam w sobie naprawdę nic wyjątkowego, nic co mogłoby do mnie przyciągnąć kogoś ..wyjątkowego właśnie. A ty – chociaż jesteś tajemniczy – jesteś chyba wyjątkowy...chociaż może to właśnie ta tajemnica tworzy tę wyjątkową atmosferę wokoło Ciebie...i chyba słowa. Słowa, wobec których nie umiem być obojętna. Gdybyś był gdzieś obok, blisko, bałabym się ze spotkanie z Tobą byłoby dla Ciebie rozczarowaniem – ale na szczęście, mieszkasz na drugiej półkuli – i rozczarowanie Ci nie grozi. Piszę ten list na różowym papierze, gdybym go wysłała pocztą może nawet dorzuciłabym zapach moich perfum. Mam obok siebie dyskietkę ze zdjęciem – niestety – wysłać mogę to jutro, nie dziś...ale dziś właśnie piję czerwone wino, słucham Beverly Craven, od czasu do czasu patrzę na płomień swiecy...i myślę o Tobie. O tym ze jutro rano ten list przepiszę , dołączę zdjęcie...i z niepokojem będę oczekiwała odpowiedzi.
Pozdrawiam Anna
................................
Od: [e-mail] Do : [e-mail] Temat: czekanie....
Witam Cię Anusiu
Mam nadzieję, że miałaś wczoraj udany dzień, ... noc spokojną... a dzisiaj wyśmienity poranek, który powitał Cię powiewem nadziei ..i smakiem nowych wyzwań. To cudowne, że mimo licznych obowiązków i zajęć i troski o innych – potrafisz pozwolić sobie na tę odrobinę szaleństwa, by być w dalszy ciągu niespodzianką dla samej siebie – mam na myśli owe spódniczki, które kupiłaś. Ale to co mnie ujęło najbardziej – to owa chęć uczynienia czegoś, czego nie planowałaś...co sprawia, że po prostu nadal pragniesz żyć pełnią życia... takiego życia, w którym warto się delektować smakiem każdej chwili , najdrobniejszej... nawet tej, która nie jest z gruntu założona, zaplanowana. Przyznaj, ze dzięki temu życie staje się naprawdę piękne i nabiera wartości. Wiesz, myślę , że masz taki potencjał w sobie, chęć życia naprawdę – a ten zakup spódniczek jest takim znakiem, jedynie maleńkim znakiem, że od czasu do czasu to pragnienie na szczęście dochodzi do głosu. Słuchaj tego głosu, przypatruj się sobie, doświadczaj i poznawaj siebie coraz lepiej... Warto, wierz mi Anusiu... Pisząc te słowa patrzę na zegar – dziś cały mój czas jest czekaniem. Na Ciebie – na Twoją obecność w sieci – na obiecaną fotografię – wreszcie Cię zobaczę. I na Twoje słowa – przecież Ty zobaczyłaś mnie. Patrzę w okno – wiem, że za parę chwil słońce połaskocze Cię promieniem, obudzi ze snu – do kolejnego dnia. Mam nadzieję, ze ten dzień będzie szczęśliwy. Mam nadzieję ze spotkamy się w sieci....ja już czekam.
Marcin
.........................
Wyjątkowo dziś przyspieszyłam swoje poranne rytuały – chciałam jak najwcześniej znaleźć się w biurze, ukraść chociaż dodatkowe kilkanaście minut dla siebie. Może zdążę wysłać tę fotkę zanim on się załoguje...A potem już doślę list... Skończyło się jednak na szczerych chęciach – byłam u siebie w gabinecie zaledwie 10 minut wcześniej....włączyłam komputer, zalogowałam się... i... - dzień dobry Anusiu , jesteś dziś wcześniej? – - No tak...Witaj Marcinie....jestem. Miałam taki ambitny plan by przyjść na tyle wcześniej aby wysłać emaila z fotografią zanim się pojawisz...a Ty już jesteś... - Jestem już od dawna , przeglądam polską prasę w sieci, czytam prognozy pogody dla Twojego regionu, będziesz mieć dziś kolejny ciepły dzień, wiesz? Nawet upalny... - - Nie szkodzi, ja lubię upały. Lubię gdy temperatura wzrasta, może w Australii dobrze bym się czuła? Jak sądzisz Marcinku? - Możliwe – chociaż czasami wilgotność powietrza jest wyjątkowo trudna do zniesienia. - A mnie podobają się nawet fale upałów w mieście – gdy powietrze jest tak nieruchome, ale nad asfaltem faluje...gdy jest sucho.....lubię to po prostu. Dla mnie rok mógłby się składać tylko z samych lipców i sierpni. - Wiesz, nie mogę się już doczekać ... - Czego? A...fotografii... i listu... wiesz, ja napisałam Ci list...Teraz się zastanawiam czy powinnam Ci go wysłać...zresztą i tak najpierw go muszę przepisać... - Dlaczego się zastanawiasz Anusiu? Już dawno chciałem Cię o to prosić – o list. Rozmowa to jedno, ale list... gdy jesteś sama ze swoimi myślami, pragnieniami – to przecież coś zupełnie innego. Wiem, że mnie rozumiesz Aniu...ciągle odczuwam niedosyt Ciebie... - A co będzie gdy poczujesz przesyt? Znikniesz? Poszukasz innej pani do rozmów? - Nie. Przesyt w Twoim wypadku nie jest niemożliwy. Jesteś jak cudownie oszlifowany kryształ – za każdym razem pokazujesz się inna, i za każdym razem tak samo zachwycasz. Tu nie ma mowy o przesycie. Ale chcę poznać twoje myśli , mam cichutką nadzieję, że.. - Tak? Nadzieję ? - Nadzieje, że tak jak rozmowa z Tobą jest dopełnieniem moich poglądów tak i w Twoich myślach znajdę coś z moich pragnień.... - Tym bardziej się boję wysłać ten list....wiesz co to jest rozczarowanie? - Rozczarowanie? Znam dobrze. Znam. Może nawet 75 procent mojego życia można nazwać rozczarowaniem. Ale to chyba dlatego , że nie pozwalałem sobie na spełnianie siebie, realizacje swoich zamierzeń – brałem pokornie to co mnie spotykało, przyjmowałem – i czułem rozczarowanie – że nie jest to tym, o czym mogłem sobie już tylko pomarzyć. O czym marzysz Aniu? - O czym ja marzę? Gdybym mogła cofnąć czas.... - Więc gdybyś mogła to zrobić...gdzie byś teraz była? Gdzie chciałabyś teraz być? - - Na Helu. Może w Juracie na molo. Piłabym zimne piwo i patrzyła na kogoś. I może zamiast paru głupich zdań powiedziałabym coś zupełnie innego, banalnego – że jest ładna pogoda. Ale to nie miałoby takich skutków jak tamte niepotrzebne zdania. - A może wtedy one były potrzebne? - Zapewne tak. Ale dziś wiem, że lepiej by było gdybym ich nie powiedziała. - Więc kim byłabyś dzisiaj, gdyby nie było tamtej wymiany zdań ? – - Mężatką z kilkuletnim stażem. Może matką . Tam na Helu, pozwoliłam sobie na luksus rezygnacji z kogoś wyjątkowego – w imię własnej wolności. Dziś nie byłoby może tego biura, Konrada i jemu podobnych niepotrzebnych faktów w moim życiu... - Nie byłoby także naszej rozmowy. Nie znałabyś mnie...nie znałbym Cię. Może dobrze , że nie można cofnąć czasu... ta chwila z Tobą – chociaż tylko poprzez komputer jest dla mnie tak wiele warta...Wiem, ze może dla Ciebie...nie jest. Ale to także jest wymiana zdań... i nie wiesz... nie wiemy oboje jaki będzie miała ciąg dalszy... - Jeżeli będzie miała ciąg dalszy Marcinku...Przecież wystarczy tylko przerwa w dopływie prądu – u nas to się nadal zdarza – i te zdania które piszemy... znikną. My też znikniemy. Zresztą – tak przecież się dzieje – wyłączamy komputer – i przestajemy istnieć w tej wirtualnej rzeczywistości. - Jednak dla mnie to coś zupełnie innego . Komputer stale jest w sieci, a ja nie mogę się oprzeć aby nie patrzeć na zegar, liczę godziny, które mnie od Ciebie dzielą. Dzięki sieci są to godziny – pomyśl, gdyby to była zwyczajna korespondencja – to czekałbym na Twój list kilkanaście dni co najmniej.. - Korespondencja? Ostatnia jaką prowadziłam miała miejsce chyba w podstawówce... do mojej rówieśniczki z bratniego cccr. Pisałam listy o szkole, kroju dżinsów, wysyłałam pocztówki...Regularnie przez kilka lat... Sama nie wiem , która z nas przerwała tę wymianę zdań...Nie wiem czy dziś takie pisanie byłoby możliwe, szybko się zniechęcamy, przynajmniej ja... - Mam nadzieję, że nie zniechęcisz się do mnie...nie chciałbym tego... - Marcinie , na razie jest to dla mnie fascynujące....po pierwsze... ta cała sieć... nie koniecznie służąca jak widać tylko do wysyłania bilansów i przelewów do banku, po drugie...odległość między nami. To daje mi pewność, że nigdy się nie spotkamy... a to z kolei pozwala mi na szczerość. Zupełnie jakbym rozmawiała z lustrem... zadajesz pytania, które gdzieś tam w głębi są we mnie...a ja odpowiadam – i wiem że musiałam w końcu tę odpowiedź wyartykułować. - Ja zadaję pytania...i czytam odpowiedzi , o których marzyłem...Gdzieś Ty była szesnaście lat temu, dziewczyno?? - Męczyłam się na studiach, albo nawet jeszcze w liceum... A Ty co robiłeś szesnaście lat temu? - Wolałbym nie odpowiadać... nawet nie chcę pamiętać tego dnia, i prawie wszystkich następnych... - Aż tak źle? Nic wartego wspomnień, uwagi? Zupełnie nic? - Nie jest źle... Jest po prostu... nijako. Bez smaku. Bez wartości. Bez chęci życia...Mam dom, mam rodzinę, mam jakieś unormowane życie – które jednak jest nie jakby dla mnie skrojone. Może ktoś inny byłby z tego zadowolony , ale mnie ono zanudza. Na śmierć. Bylejakością. Brakiem wyrazistego smaku. Wiem, że w Polsce, ze z polskiej perspektywy można mi zazdrościć....tylko czego? Jakość życia tylko nieznacznie zależy od warunków. Raczej od ludzi i tego co ze sobą wnoszą... a w moje życie nie wnoszą oni akurat tego co dla mnie najważniejsze...Dlatego zaczynam żyć, gdy spotykam kogoś kto mówi językiem moich pragnień. I na szczęście spotkałem Ciebie, Aniu. Wniosłaś w moje życie światełko, powiew świeżości...Rozmawiasz ze mną...nie pytając o to kim jestem, ale o to co czuję... nie pytasz co robię... ale czy jest mi z tym dobrze. Na takie pytania czekałem tutaj...ale dopiero Ty, z tak daleka je zadałaś... Dlatego tak cieszy mnie nasza znajomość... - Mój Boże...takie pytania kiedyś, dawno temu zadawał mi Konrad...to sprawiało , że tak lubiłam z nim rozmawiac... a teraz stukam w klawisze i rozmawiam z komputerem... - Nie jestem komputerem – ani Ty nim nie jesteś ! Jesteśmy żywymi ludźmi – a komputer pozwolił nam się odnaleźć. Czemu ten... Konrad już nie pyta? Może przepraszam , że ja o to pytam...ale dziwie mu się... - Nie wiem czemu... brak czasu, brak ochoty, może już nie nadajemy na tych samych falach... coś się gdzieś rozstroiło... i coś nam umknęło.. - Nadawać na tych samych falach... to wyjątkowo dobre sformułowanie. Sądzisz ,że my nadajemy na tej samej częstotliwości, Anusiu? - Jeżeli tak jest, to już pewnością wiesz, o czym myślę, i co zaraz napisze, prawda Marcinie? - No tak... że czas mija, i że musimy się pożegnać...tak? Oczywiście, że tak...Moja kochana księgowa... zawsze z ręką na pulsie...czy na zegarkuJ - Nie kpij sobie...ja potem musze nadganiać te dwie godziny.. - Stracone godziny może? - Nie, nie stracone...miło mi , że jesteś i jest mi naprawdę przykro , że to ja musze kończyć te rozmowy... że to zawsze ja muszę dać sygnał... Ja czuję, że masz dla mnie więcej czasu niż ja dla Ciebie... a propos... która u Ciebie godzina? - Różnica czasu to teraz 7,5 godziny...nie zainstalowałaś sobie tego programu? Nie bój się...on jest zupełnie bezpieczny.. - Nie... nie boje się – ale wiesz, to służbowy komputer i nie chciałabym aby ktoś zauważył , że coś do niego wprowadzam...prywatnie. - Spokojnie...to będzie tylko malutka ikonka na samym dole ekranu... w rogu. Dopiero gdy ją klikniesz rozwinie się w niewielki zegarek...Tylko Ty możesz mieć do tego dostęp gdy uaktywnisz odpowiednią opcje...to zupełnie proste... - No dobrze... Może jeszcze dziś nad tym jeszcze popracuję... a tymczasem.. - Tymczasem do zobaczenia – bo zdaje się , że Cię zobaczę, tak Aniu? - Tak, fotka jest już na dyskietce...Do zobaczenia ...
..............................................
- Ja zupełnie nie rozumiem o czym można gadać z zupełnie obcym facetem! Dorota jest wyraźnie zaszokowana...- Ty wogóle wiesz kim on jest? Co robi? - No tak...to te zwyczajne . proste pytania, które odbierają cały urok... - Nie – Dorota gwałtownie przerywa - one pozwalają na poznanie człowieka! I dziwię się że Ty tego akurat nie wiesz! - Jakie poznanie? A może jest ślusarzem ? I co mi to o nim powie??? Jakiś ślusarz z Australii interesuje się mną! Nie moim życiorysem , tylko mną! Pyta co czuję, czy lubię truskawki i jak śpię! - Jak śpisz? No, kochana, tu już powinnaś uważać. Od zboczeńców się roi w sieci... - Nie przesadzaj, Doris! Co on mi może zrobić na odległość? Nic! Kompletnie nic... a dzięki niemu szybciej mi zlatują te godziny...Nie zrozumiesz tego zresztą.... - A Konrad?- lojalna Dorota nadal ma wątpliwości.. - Czy on wie o tej ... fascynacji? - On nawet nie wie ,że sobie kupiłam dwie spódniczki... i że byłam w solarium...Utknął na dobre w swoim biznesie i nie ma już czasu nawet by zadzwonić wieczorem. Koniec, wypaliło się , nie mam co się oszukiwać. - Dwie spódniczki? – Dorotka taktownie nie przeciąga tematu Konrada, którego kiedyś tam wyraźnie lubiła - Jaka szkoda ,że nie nosimy tego samego rozmiaru... jak Cię znam jeszcze nie założyłaś nawet jednej...i nie założysz pewnie... - Nie, nie założyłam jeszcze ... ale to już kwestia czasu...szukam tylko odpowiedniej bluzki i okazji... - No toteż właśnie...zawsze czegoś Ci będzie brakowało żeby je założyć... - Ale to Marcin właśnie mi pogratulował zakupu! - On Cię nie zna, kobieto , oprzytomniej... - Nie zna, nie zna... ale dobrze zgadł , że nie lubię być umalowana...a pamiętasz jak się wybierałam do fotografa po to zdjęcie do paszportu? I jak cierpiałam w tym fluidzie, różu i Bóg wie czym jeszcze? A Konrad z tego dnia zapamiętał tylko , że wyjątkowo pięknie wyglądałam... a ja tylko marzyłam żeby to wszystko z siebie zmyć... - Trafiłaś na zawodowca... doświadczonego myśliwego. Uważaj... to może być niebezpieczne...czytałam o czymś takim...nie mów mi zresztą ,że ty nie...wiecznie siedzisz w tych babskich gazetach... wiesz jak taka znajomość może się skończyć... - Dorotko...ani on nie przyjedzie do Polski ani ja się do Australii nie wybiorę...nie miej złudzeń. A poza tym...zawsze można zablokować ten kontakt – już...on nie zna mojego adresu, telefonu, chyba nawet nazwiska...Spokojnie...ja nad tym panuję. Wyliczam mu czas –dziennie dwie godzinki rozmowy – i ani minuty więcej. Spokojnie... - To nie tak spokojnie... skoro odbija Ci tak , że kupujesz w jeden dzień dwie kiecki... - I niebieskie sandaly... - dodaję cichutko. - Co jeszcze ? I do tego niebieskie...no, to już mruga żółte ostrzegawcze...Czy Ty wiesz chociaż jak on wygląda? - Wiem. I słyszałam jego głos... przysłał mi w takim pliku... Obejrzałam go sobie i posłuchałam...U Piotra ..wiesz? A Mariolka swoje paprotki wywiozła do szpitala, wyobrażasz sobie?? - Swoje paprotki? – Dorota patrzy na mnie z niedowierzaniem... - Tak. Piotr jest zaniepokojony... - No ja się nie dziwie...Ty kupujesz dwie spódnice na dzień a Mariolka wynosi z domu paprotki...świat się przewraca do góry nogami... - A jak tam Paul? Co w tym roku zamierzacie zdobywać? - Planujemy Alpy wczesną jesienią ..ale nie wiem co z tego wyjdzie...- Dorota ucina temat zbyt szybko... - Jak to nie wiesz? Dlaczego nie wiesz? - Bo mają go wysłać na Syberię, jakieś badania geologiczne...akurat wtedy gdy miałyby być te Alpy... - Dorota, nadal masz jeden email od Paula co 8 godzin? Częstotliwość pisania emaili przez Paula budziła zupełnie zrozumiałą zazdrość... Cos te góry chyba w sobie mają magicznego... - Nadal. Ale czasem co 12 godzin. - No, boś się rozbestwiła – a chłop czasem musi pospać, pojeść, popracować , zarobić na te zdobywanie szczytów. Wiesz jak jest... - No właśnie...wiem jak jest. Wiem .- Dorota macha ręką z rezygnacją.. To czego tak bardzo jej zazdroszczę to te wspólne plany i wspólna pasja. Wiedzą co chcą zdobyć, co chcą osiągnąć i przypadkiem oboje chcą tego samego... - Ech, Doris, Doris, ty szczęściaro...
..................
Od : [e-mail] Do: [e-mail] Temat: szok, szok, szok...
Kochana Anusiu, Hmmm....nie wiem co było najpierw, ..zaskoczenie czy... szok. .. Powodów jest wiele, nie wiem czy uda mi się je wszystkie opisać, bo ciągle towarzyszy mi to wielkie wrażenie... ze jesteś ..piękną kobietą. Śliczną, zgrabną, pełną uroku.. Może jednak od początku... Kiedy zdjęcie się powoli otwierało... i zaczęłaś się na nim pojawiać... tak wyraźna i tak bliska... pomyślałem ze ja chyba śnię... Po tym wszystkim co napisałaś mi o sobie... o tym jak sama na siebie patrzysz nie mogłem zrozumieć... i to właśnie ten szok. Co ja pisze...present tense please... nie mogę zrozumieć wciąż jeszcze gdzie masz podstawę do Twoich kompleksów? Dziewczyno, czy Ty masz pojęcie jak jesteś ładna?? Wysoka, zgrabna, ze śliczną buzią... masz śliczną oprawę oczu... widzę nawet jak bardzo są przejrzyste... Długo się w nie wpatrywałem...i nadal wpatruję... Niebieskie oczy, mądre i dobre spojrzenie... śliczny nosek... cudowny kształt ust... i ten leciutki...nieco zamyślony uśmiech... Figura?? Wysoka, zgrabna, ładna... ja sam nie wiem... polskie słownictwo mi się kończy... Wow Wow Wow Wow Robisz nieprawdopodobne wrażenie!!! Jedno mogę powiedzieć na pewno – że gdyby nie ten net – i ten przypadek , że spotkaliśmy się...gwarantuję Ci ... że nigdy bym się nie ośmielił uczynić czegokolwiek byś zwróciła na mnie swoją uwagę... Miałbym jedynie poważny problem ... aby oderwać mój wzrok od Ciebie. Ale w duchu pewnie bym myślał „ ależ śliczna dziewczyna...u niej nie mam żadnych szans...” Nie żartuję.... Ślicznie wyglądasz w tej fryzurce...ślicznie się czeszesz...i kapitalnie ubierasz. Masz dobry gust – prosty i nieco artystyczny...oryginalny i szlachetny...biała koszula...bursztyny...to ma styl... Co mogę jeszcze powiedzieć???? Wiesz, jak Cię zobaczyłem ... poleciałem zaraz spojrzeć do lustra...no i wpadłem w dołującą pułapkę samooceny... Widzę , że będę musiał z nią nieźle powalczyć;-))) Nie będę więc myśleć o sobie...mam tylko malutką nadzieję...wbrew logice i rozsądkowi... że może coś we mnie sprawi, że w tych chwilach gdy jesteśmy razem, gdzie łączy nas sieć internetu , że wtedy nie zgasną te widoczne na zdjęciu iskierki. W Twoich oczach.. Marcin
......................
. - On Cię podrywa! – Ewa podniosła głowę znad wydruku ostatniego listu Australijczyka. Wpadła na kilka chwil z puszkami piwa w rękach , a ja nie mogłam się powstrzymać by jej nie pokazać listu od Marcina. Potem jakoś zamarzyła nam się kawa, Ewa jednym telefonem przesunęła jakieś spotkanie na inny dzień i zrzuciła z nóg szpilki na niebotycznym obcasie. Rozluźniona, oparła stopy o krawędź stolika demonstrując ładnie opalone nogi. - On cię normalnie podrywa! Jak to już długo trwa? - No, jakieś 5 tygodni... mamy lipiec a to się w czerwcu zaczęło... - Jak ty go złapałaś? – Ewa, stała bywalczyni czatów i mistrzyni gadugadu jest wyraźnie pod wrażeniem - skąd on jest? No, teraz będzie najlepsze – Z Sydney, z Australii.. Ewa jest jednak osóbką twardo stojącą na ziemi – To dalej już nie mógł mieszkać? Po co ci to? Ty tam też na pewno nie pojedziesz...szkoda czasu – chociaż pisze wspaniale, trzeba mu to przyznać... - I to o to w tym wszystkich chodzi – tłumaczę jej cierpliwie – Właśnie o to , ż - ze ktoś tak do mnie pisze. To nie żaden podryw, Ewka! W końcu , na co on może liczyć...nawet mnie nie pocałuje przez ten internet... - No, chyba , że mu wyślesz te zdjęcia z sylwestra, wtedy się nie oprze i przyjedzie! Służbowy Sylwester dwa lata temu wymagał przyćmienia kreacją wszystkich z wyjątkiem żony dyrektora – zafundowałam więc sobie prostą w kroju sukienkę w stylu habitu... nostalgiczna, ascetyczna w kroju szata miała jednak rozcięcia z boków prawie do bioder. A druga jej zaleta objawiła się na zdjęciach – w błysku flesza stawała się niemal przezroczysta – obrysowując sylwetkę jedynie i demonstrując bieliznę bez litości. Fotografie z tej imprezy długo krążyły po zakładzie aż w końcu myślałam , że wszyscy o nich już zapomnieli. Jak widać Ewka nie... No faktycznie taka fotka mogłaby wywołać ciekawą reakcje... - Co Ty o nim wiesz? – Ewa jest dociekliwa . - Nic. Kompletnie nic. Tylko imię. I wiek. I miasto. Zresztą mnie to nie interesuje. To tylko virtual man. - Ile ma lat? - 40. - No, przynajmniej wiek ma odpowiedni...Żonaty? - Chyba tak. Chyba niezbyt szczęśliwie. Ale nie pytam go o to. - A o co pytasz? - O nic – to on pyta. O mnie. O moje zainteresowania. O moje samopoczucie. Dziennie rozmawiamy pełne 120 minut... z zegarkiem w ręku. A następnego dnia dostaje jeszcze list... - Rozmawiacie? Dałaś mu numer telefonu? - Nie. Nie poprosił o niego...jeszcze. Rozmawiamy przez komunikator...nawet założyłam sobie taki nowy , wiesz? MSN. Linia tylko dla mnie i dla niego... - MSN? – Ewa o komunikatorach wie chyba sporo... ale MSN to nowość na liście... To międzynarodowy....chyba niewielu tam Polaków.. - Żeby sobie go założyć musisz mieć najpierw konto pocztowe na hotmailu... założyłam sobie takie...zresztą z pomocą Darka. Był wtedy on-line i podpowiadał co mam robić, gdzie co wpisać i nacisnąć...Wyobraź sobie ze tam na liście państw nie było Polski. Była nawet Yugoslavia i Russia i jakieś malutkie afrykańskie królestwa a nie było Polski! A może tylko ja jej nie potrafiłam znaleźć, zresztą, nieważne! - To jak się zarejestrowałaś? - Napisałam ze mieszkam w Rosji, na Kamczatce. I ze jestem inżynierem narodowości francuskiej...bo mi po francusku łatwiej wypełniać ich kwestionariusz... - No dobra...ale pięć tygodni gadasz z facetem i nie wiesz nawet kim jest? Nie boisz się? Jesteś z nim szczera? - Do bólu. Jakie ryzyko zresztą... ja nigdy go nie zobaczę,....Ewa – on jest jak poranna kawa...on jest nawet lepszy od kawy! Wchodzę do tej kanciapy, włączam mojego kompa – i już mam :”dzień dobry Anusiu”...i poranną porcję czułości... że jest i już czeka... zresztą, zawsze czeka gdy się rejestruje...Wiesz, mam od niego taki program... wiem , która jest godzina gdy ze mną pisze... rozmawiamy a u niego jest późny wieczór...ja zaczynam dzień a jemu mogę pisać :dobranoc... - A wiesz jak wygląda? Przysłał Ci zdjęcie? Może to drugi Brian Brown? - Wiem jak wygląda – jest ....przystojny. I wiem jaki ma głos...cudowny... - Skąd to wiesz? – Ewa wygląda na zdziwioną... - No, przecież mówiłaś ,że mu nie dałaś numeru telefonu... - Bo mi przysłał avik – błyskam znajomością slangu komputerowców...- Czy coś tam innego...Mówię ci....głos jak z dobrego radia.... - Przystojny, z dobrym głosem i tak pisze...Ty lepiej uważaj... popytaj no go czym się zajmuje...- Ewa jest nadal sceptyczna... - No w sumie masz racje...on o mnie wie wszystko... a ja nie znam nawet imienia jego żony... wiesz mnie też to dziwi...Bo taki facet a samotność zabija w sieci...za takim baby latają zwłaszcza gdy wyczują taki romantyczny charakter...Jutro będzie moja kolej na zadawanie pytań... Ewa postanowiła jednak zejść na ziemię a już na pewno sprowadzić na nią mnie... - Co u Konrada? Nadal ciężko pracuje? - Nadal, Ewka, nadal...nawet zadzwonić już nie ma czasu...a ja na telefon do niego jakoś też już nie mam ochoty...
.......................................
Od : [e-mail] Do : [e-mail] Temat : pytania...
Kochana Anusiu, Dziękuję za naszą ostatnią rozmowę....tak...wiem, ze pytania są czymś naturalnym... ja sam je przecież wciąż zadaję... Ale musiałem dziś skrócić naszą rozmowę... przepraszam... bałem się , że kiedyś zaczniesz pytać... a ja nie jestem jeszcze gotowy do odpowiedzi... Wiem , że to niezbyt sprawiedliwe... Ty przecież odpowiadasz mi na wszystkie pytania... Ale... nie chcę na razie tłumaczyć niczego... proszę...przyjmuj mnie nadal tak jak wcześniej... bez pytań.. Tak bardzo proszę...pozwól mi istnieć w Twoich myślach takim jakim sam chciałbym się stać... Chciałbym abyśmy w naszych kontaktach, w naszych relacjach mogli mówić do siebie tylko o tym co chcemy powiedzieć... aby praca , dom, układy nie przysłoniły nam obrazu siebie, tego kim jesteśmy... A znaleźliśmy się znikąd...z internetu – takiej nowoczesnej krainy baśni...Jesteśmy bez logicznej przyszłości... pozostańmy bez przeszłości... chyba ,że chcemy ją wyjawić... na tyle na ile rzeczywiście chcemy.. Wiem, że to dziwny układ... niemalże jak w filmie, filmie który oglądałem niedawno. Był to film trudny, budzący emocje i pytania...nakręconym dziwnie, brzydko a zarazem bardzo interesujący. „Intymność” – oglądałaś? Zdobył nagrody w Berlinie i gdzieś tam jeszcze... To film o którym się nie zapomina...wprowadzający nowe pojęcie aktorstwa... aktorstwa , które wymagało by zagrać pełne sceny intymne... nie cięte... nie montowane sztucznie. Tak swoja drogą to moje pierwsze wrażenie po nim było właśnie takie... że będzie mieć wpływ na to co teraz będzie się kręcić...że może wytyczy nowy kierunek w jakim pójdzie teraz kino... pokaże nowe wyzwania , przed którymi stanie aktor... Kobieta i mężczyzna spotykają się...by się kochać. Nic o sobie nie wiedzą. I to jest właśnie intrygujące w tej historii...Zawsze w środę ona przychodzi do niego...kochają się bez słów i rozstają do następnej środy. Jednak po pewnym czasie on zaczyna wbrew jej woli poznać ją ..i tak zaczyna się jego droga do rozczarowania...Zresztą ..upraszczam to... ale w sumie...było to rozczarowanie. Czy prawda o mnie może Cię rozczarować? Nie wiem... ale nie chciałbym tego. Proszę... uszanuj to... Najbardziej w świecie nie chciałbym Cię utracic...boje się tego....nie dziw się ze chronię siebie przed tym i Ciebie...przede mną...takim jakiego nie chciałbym Ci pokazywać... Dzięki Tobie odzywam... i czuje ze dzięki Tobie uczę się żyć na nowo... Mam nadzieję ze nie zgasiłem uśmiechu w Twoich oczach? Ale wiesz? Już niedługo spotkamy się necie..J czy to nie wspaniale? Pozdrawiam Cię.... Marcin
............................................
- Witaj Marcinku....tak mówiąc szczerze – to zmartwiło mnie wczorajsze zakończenie rozmowy....a z listu ..mimo wszystko powiało chłodem.... Co tam chłodem, wczoraj było lodowato, nie pytaj, o nic nie pytaj, a gdy mimo wszystko mi wychodziły te pytania, choćby tylko o jego zajęcie – to się szybko rozłączył, bye, miłego dnia – i już go nie było. A z listu też nic nie wynika... Czyżby to był jakiś tajny agent czy co? - Przykro mi , że tak to odbierasz....przepraszam...nie tego chciałem... ale.. - Ale właściwie dobrze...Skoro tego właśnie chcesz Marcinie, pełnej tajemnicy , to już nie będzie pytań z mojej strony...masz zresztą rację... W końcu w sieci nie są zbyt potrzebne. Nie ważne kim tam sobie jesteś...dla mnie jesteś Australijczykiem z sieci i już... To zdanie wystukałam jednak z pewnym trudem.... ale już tak bardzo przyzwyczaiłam się do jego obecności w sieci, że właściwie mogę mu te dziwactwo darować... - Kochanie – wiem , że mnie zrozumiałaś....dajesz mi nadzieję na .. - Na co? Na co Marcinku? - Na coś pięknego w moim życiu. Jeszcze trwa... więc jeszcze może być pięknie – przynajmniej w jakimś tam stopniu. Wiem, że tak może być właśnie dzięki Tobie... - No... to wreszcie jest mój Marcin. Teraz Cię poznaję. Takim Cię lubię.... - Jest i moja Anusia. Wiesz? Znowu u Ciebie będą upały...jakie masz plany na weekend? Nie wybierzesz się gdzieś z.....Konradem? - Konrad z pewnością będzie zajęty. Już nie mam ochoty słuchać jak odrzuca kolejne moje propozycje. Może się wybierzemy z Ewą na basen. - Kobieta taka jak Ty nie powinna wybierać się na weekend z koleżanką – nie mogę zrozumieć dlaczego nie ma obok Ciebie tego... Konrada. - - Ja też nie rozumiem tego – może po prostu dopala się nasze „bycie razem” i tyle... - To poszukaj kogoś nowego! Na pewno masz wielu wielbicieli! - Marcinie – w moim wieku nie myśli się o wielbicielach gdy wraca się do pustego domu! To raczej rozpaczliwe szukanie kogokolwiek – a tego bym nie chciała. - Tego bym też dla Ciebie nie chciał – ale nie możesz się zamykać w gronie kobiet. - Mądre kobiety to coś ważnego...i z czasem zaczynam to doceniać. Zwłaszcza gdy nie udają młodszych niż są, są świadome swojej mądrości i wartości. Tego może mnie brakuje – ale mam nadzieję że z czasem i do tego dojdę. A na razie – nie mogę powiedzieć, że cieszę się życiem – więc szybko przechodzę przez to co mam. Mogę Ci jednak powiedzieć, że od pewnego czasu Ty jesteś takim dodatkiem koloru do moich dni. - Mogę powiedzieć to samo....Ale dla mnie nie jesteś dodatkiem – raczej – najważniejszym marzeniem , które reszcie dnia, tygodnia nawet nadaje kolor. Boję się więc tego weekendu, tyle godzin bez Ciebie.? - Tylko dwa dni, Marcinku....będziesz tęsknić?
.............
Od: [e-mail] Do : [e-mail] Temat : moja tęsknota
Witaj Aniu, Czy będę tęsknić? Tęskniłem. Cieszyłem się, że mam chociaż Twoją fotografię – nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy, że spotkałem Cię w sieci. A już było tak blisko, że nie byłoby naszej znajomości. Czy wiesz, że po pierwszej naszej wymianie zdań, poczułem, że popełniłem gafę, pisząc o swoim wieku. Ze może wyczułaś moje zgorzknienie. Zresztą – czułem to kilkakrotnie – pisząc o moim życiu tutaj byłem zły na samego siebie że wymknęły mi się słowa pełne smutku i rozgoryczenia. A potem odkryłem, że rozmawiam z Tobą jakbyśmy znali się od dobrych kilku lat. To naprawdę jest niezwykłe. Im więcej Cię poznaję, tym więcej jest radości i bólu we mnie. Radością jest to, że po prostu jesteś, że istniejesz, że Cię odnalazłem. Smutkiem – że teraz wiem, że nie tak ułożyło się to co miało się ułożyć inaczej. Każdy mój dzień to ciche oczekiwanie na Ciebie, na to bym mógł z Tobą porozmawiać. Teraz już nawet mogę na Ciebie patrzećJ) To niby tak niewiele – dwie godziny z 24, a dla mnie są to najważniejsze dwie godziny. Bo spotkałem Ciebie – kobietę która mnie przyjmuje takim jakim jestem, rozumie, akceptuje. Dom, rodzina, praca – to tworzy człowiek. Ale nie one tworzą człowieka. Chociaż mają na niego wpływ. Ty przyjęłaś mnie bez tego wszystkiego. Mnie jako – mnie. To właśnie mnie urzekło. I dlatego I admire you. I dlatego chciałbym aby tak pozostało. Wiem, że na razie jestem zaledwie zestawem napisanych literek, głosem, obrazem – ale jeżeli Twoje oczy widzą w tym coś wartościowego – to jest to moja nagroda i to czyni mnie szczęśliwym. Wiele lat temu pewien mędrzec szedł drogą wraz ze swymi uczniami. Zobaczyli na środku drogi zdechłego psa. Stanęli nad nim i... po chwili ciszy uczniowie zaczęli komentować – że cuchnie, że toczy go robactwo, że tak dużo much... A na końcu przemówił mistrz : popatrzcie – jakie miał piękne kły.... Morał – w tej całej zgniliźnie można znaleźć coś pięknego. Wielka to sztuka. A ja właśnie tak się czuję, jakbym był owym psem- dostrzeżonym przez Ciebie. I za to jestem Ci wdzięczny. Myślę, że gdyby dane nam było się spotkać – chciałbym powiedzieć Ci – dziękuję. Bardzo tego pragnę. Pozdrawiam Marcin PS – jak było nad basenem? Szkoda ze nie mogłem Cię zobaczyćJ))
..................
- Ten człowiek mnie intryguje – Ewa odczytała po raz kolejny wydrukowany email. – Taka zażyłość, można wiedzieć coś Ty w nim dostrzegła? - On jest, po prostu jest. Włączam komputer i on już tam na mnie czeka. Nie pisze o swoich problemach, chorobach, pieniądzach . Wykorzystuje każdą chwilkę aby mnie lepiej poznać. - No, skoro nawet wie jak śpisz...aż szkoda , że z tych wiadomości nie skorzysta. Tyle zachodu, i mówisz, dziennie list? Dziennie rozmowa? – Ewa kręci głową z niedowierzaniem. - No, poza sobotami i niedzielami. Ale to chyba się zmieni. Mam zamiar kupić sobie komputer. I dostęp do internetu. Będę sobie z nim rozmawiać wieczorami.... Siedzimy sobie w malutkiej knajpeczce nad pizzą i nagle zdaję sobie sprawę z tego jak się zmienia mój świat. Knajpka jest nowa, testujemy ją dopiero, ale jeszcze niedawno Ewa zaprosiłaby mnie do siebie na nobliwą kawę z ciastem . Posiedziałybyśmy, pogadały oczywiście o pracy , bo nawykiem stało się omawianie służbowych kwestii poza biurem, nie dało się tego obejść , w końcu pracujemy w tym samym miejscu. A teraz dwie panie w średnim wieku siedzą nad Margheritą i omawiają kwestię pewnego Australijczyka....W dodatku ja mam na sobie turkusowe sandałki , turkusową spódniczkę i ... najnowszy zakup – białą bluzeczkę z dużym dekoltem. Ewa po pracy też już nie taka formalna , klapki na bosych nogach, obcisłe dżinsy rybaczki.... - A Konrad? - A Konrad już przepadł w swoim świecie kredytów, przetargów. To już czas przeszły. - Ale czasem przyszłym nie może być wirtualny kochanek! Cybersex ci już proponował? - Jeszcze nie. Ale powoli zmniejsza się ilość tematów, których jeszcze nie poruszamy. Dojdziemy i do tego. Zszokowana Ewa patrzy na mnie z namysłem - To trwa dość długo....jaki to ma sens? Dla Ciebie ? dla niego? Po co wam to? I nadal o nim nic nie wiesz? - Nadal nie wiem czym się zajmuje i skąd wziął się na antypodach. Ale to naprawdę nie ma znaczenia. Masz rację – poświęca mi dużo czasu – ja jemu też....Ale póki co jest to czas spędzany w sieci. Nie widzę w tym nic nagannego. Zwłaszcza, że po raz pierwszy czuję, że znalazłam kogoś kto mnie rozumie. Kto się o mnie troszczy. I tylko jedyna niedogodność to taka, że mieszka 15 tysięcy kilometrów ode mnie. Ale jak widać w naszych czasach można sobie z tym poradzić. Ewa uśmiecha się leciutko znad szklanki z colą. – No, ja widzę że on sobie z tą odległością radzi....kupujesz spódniczki, komputery, zaglądasz do solarium, kasujesz Konrada....coś pominęłam? - Owszem – jeszcze namiętnie pochłaniam brzoskwinie! - W tym akurat rzeczywiście nie ma nic nagannego! Ale wracając do tematu – mam nadzieję ze nie podałaś mu swojego adresu czy numeru telefonu? - Podałam. Numer telefonu stacjonarnego. - No a z tego już można sobie znaleźć resztę....zwiariowałaś?????? Powiedz mi o czym Ty z nim piszesz tak namiętnie?? - O sobie. Głównie o sobie. Jak jestem ubrana, jak pachnę, co lubię, czego się boje. O Konradzie. O tym że zasypiam sama. O tym że nudzę się w życiu. O wszystkim o co on zapyta. - No, teraz to naprawdę jestem zaniepokojona – Ewa marszczy wydepilowane brewki – to brzmi jak profesjonalny wywiad o człowieku. On poznaje Cię od podszewki a Ty jego nadal nie znasz.!! Nic o nim nie wiesz i podajesz mu swój numer telefonu! - Ewka, on mieszka na drugiej półkuli....i nic mi z jego strony nie grozi. A po takim czasie....przecież znam go od ponad dwu miesięcy – może chciałabym go usłyszeć bez konieczności odwiedzania Piotra i Marioli? A propos – oni są nadal razem? Bo już ją coraz rzadziej widuję.... Zmiana tematu na razie się powiodła. - Mariola ma kogoś...ale nie wiem czy do Piotra już to dotarło. Ma jakiś romans z młodym lekarzem. Czasem u niego nocuje. W jego kawalerce. - Przykre......Piotr chyba na to nie zasługuje...a może ...zasługuje? zawsze mnie dziwiło co taka szalona, nieposkromiona kobieta jak Mariola widzi w tym małomównym komputerowcu.... - No i popatrzyła w końcu w innym kierunku....zobaczymy co z tego jej wyjdzie - Ewa jest po stronie Marioli . - Niech sobie dziewczyna pożyje, pozbiera doświadczenia, porówna. W końcu ślubu jeszcze nie brali a żyć we trójkę bo z komputerem – nie każdemu pasuje. No, może teraz by pasowało Tobie? – i tu nieco złośliwy uśmieszek mojej koleżanki. – Anka, ja Cię nie krytykuje – ale wirtualny gość nie pójdzie z Tobą na imprezę, nie przytuli, nie dotknie. Nie marnuj lata na marzenia o Australijczyku, którego nigdy w życiu nie spotkasz! - Nie przeszkadzają mi te marzenia normalnie żyć i pracować. Dzięki nim naprawdę ... jest mi lepiej. Uwierz mi. - Jeżeli dzięki niemu wychodzisz wreszcie w spódniczkach, albo zetniesz wreszcie te siano na głowie – to może zmienię zdanie – Ewa uśmiecha się znad szklanki z piwem. – Ale i tak doradzam dystans....Znajomości zawarte w sieci są....niebezpieczne. Wiem coś o tym. - Ty wiesz? Ewa nie wygląda mi na kogoś zawierającego znajomości w internecie. Zresztą w jej kalendarzu z pewnością nie byłoby na to miejsca. - Wiem. Poznałam kogoś właśnie poprzez sieć. Kolejne zdziwienie. Czyżby to był Wielki Sekret Ewy? Nie mam odwagi by zadawać jej pytania, zechce, to sama powie. Ale od tak dawna milczy na ten temat, że chyba już zaczyna ją to męczyć. - Spotykam się z kimś poznanym w sieci. – Ewa mówi to poważnym, cichym głosem. Nie patrząc na mnie, przesuwa palcami po krawędzi szklanki. - Jest młodszy ode mnie. Troszkę starszy od Rafała. - Troszkę? – Rafał, jej syn niedługo będzie pełnoletni, ale i tak czuję się zaszokowana. - Ma 27 lat. Uff..... mogło być znacznie gorzej... - Ile to już trwa? – pytam cicho, uspokojona nieco w kwestii wieku. - Prawie dwa lata. A zaczęło się od czata, rozmów na czacie. Jednego spotkania, przypadkowego zresztą. Drugie było już poważnym ryzykiem. I chciałam to ryzyko podjąć. Był zresztą wcześniej taki czas, gdy najważniejsze były emaile od niego. Skrzynkę sprawdzałam w pracy co kilkanaście minut... - Ty bywasz na czacie? Tam go poznałaś? Kiedy Ty masz dla niego czas? Przy całym swoim zalataniu ... - Całe to moje zalatanie ma jeden cel , znaleźć dla niego czas. I udaje mi się to już od dawna . Mamy dla siebie godziny w kawiarni, w kinie czasami....ale to rzadziej. - Ewo... - Wiem, ja na to nie wyglądam. I dobrze. Przynajmniej nikt mnie nie podejrzewa. Sama nie wiem w co brnę.... Anka, on ma dziewczynę, w odpowiednim wieku, a do mnie, w końcu wiesz ile mam lat, mówi, że jeżeli zechcę rzuci ją w każdej chwili. Dla mnie. - Boję się o Ciebie. - Nie ma obawy, jakoś to wszystko kontroluję. Któreś z nas musi....
....................................
Dzień się zaczął tak jak zwykle. Nie wiem dlaczego rozgłośnia radiowa którą mam ustawioną w radiobudziku powraca do hitów epoki disco. „Bird, baby, fly” – to zdaje się z „Gorączki sobotniej nocy” – trzeba przyznać, że pobudza rankiem tak jak kofeina. Narzuca szybszy rytm, nawet w i tak szybkim porannym rytuale. Nagle te poranną krzątaninę przerywa dźwięk telefonu. Kto może dzwonić o takiej porze? To niewybaczalne! Zwłaszcza , że mam rano wyliczoną każdą minutę! - Witaj Anusiu... O Boże....to niemożliwe, to ten głos.. Nawet nie wiem co mówię....Witaj Marcinie... - Jak miło mi usłyszeć Twój głos! Mam nadzieje że Cię nie obudziłem? A może przeszkadzam? Anusiu? – - Marcin! Witaj! To ..nieslychane... no nie mam pojęcia co powiedzieć, to taka radość że dzwonisz! To niesamowite ! Nawet nie wiem kiedy zaczynam się głośno śmiać – to wspaniały początek dnia! - Dziewczyno! Ty się śmiejesz jakby śpiewały skowronki! To niesłychane! Jak wspaniale że mogę usłyszeć Twój śmiech! Bałem się jak zareagujesz – jaki jestem szczęśliwy w tej chwili! Nawet nie wiesz jaką mi radość sprawiłaś! Jestem na lotnisku teraz, mam kogoś odebrać i nagle postanowiłem powiedzieć Ci : dzień dobry! - Jestem w szoku, Marcin! Naprawdę nie wiem co mam mówić – miałeś świetny pomysł! Taka niespodzianka z rana – nie potrafię nawet zebrać myśli! - Ja też nie wiem nawet co powiedzieć, taka radość w Twoim glosie! Kochanie!
........................................
- No to o czym rozmawialiście? – rozsądna, trzeźwo myśląca Ewa zadaje jak zwykle konkretne pytania... Oczywiście nie mogłam się powstrzymać żeby Ewie nie opowiedzieć o telefonie , zadzwoniłam do niej jak tylko Marcin się rozłączył. - Nawet nie wiem – wiesz, teraz trudno mi sobie nawet poukładać tę rozmowę, przypomnieć. Po prostu wprawiła mnie w doskonały nastrój! - W ekstazę nawet! Ale to miłe że zadzwonił, taki gest , który daje mu sporo punktów nawet u mnie. Chociaż nadal uważam , że dając mu swój numer telefonu popełniłaś błąd. Ale – milo słyszeć twój śmiech, moja droga. Dawno nie byłaś tak radosna. Odkładając słuchawkę telefonu pomyślałam, że Ewa ma rację. Od dawna nie miałam powodu to takiej beztroskiej radości, od dawna nic mnie tak nie ucieszyło. Mamy już sierpień, to wszystko zaczęło się w czerwcu, to już ponad dwa miesiące. Szkoda że facet jest tak daleko. A przecież na początku żałowałam że takich słów jak Marcin nie mówi już do mnie Konrad...Wszystko się zmienia...Zresztą, kiedy ja ostatnio rozmawiałam z Konradem o czymś innym niż o jego pracy? I dłużej niż 10 minut? Proszę, jakie zmiany. Z wolna idące ale zauważalne... I w ten sposób dwóm rozmowom telefonicznym udało mi się dziś spóźnić do pracy. Podpisując listę obecności poczułam na sobie wzrok szefa. Kiedy się odwróciłam usłyszałam spokojne „dzień dobry pani Aniu, jak się spało?”. Zanim zdążyłam odpowiedzieć z ust szefa padło „ widzę że dobrze się spało. No, a teraz kawa i do pracy”. Tylko tyle? Zadowolona ze przeszło mi to ulgowo wpadłam do swojej kanciapki. W przelocie spojrzałam do lusterka na drzwiach – no tak, włosy w totalnym nieładzie, rumieńce od szybkiego marszu, i – tak – dziś w biegu założyłam jedną z tych dwóch spódniczek, które dotąd oskarżycielsko wisiały na pierwszym wieszaku w mojej szafie. Dziś jest kolej na tę beżową. To był ten szok – sandały może i nie pasują, ale wyciągnięta z zakamarków szafy, dawno zapomniana bluzeczka w kolorze ciepłego brązu nawet, nawet, i wszystko to razem wywołało szok w oczach szefa. Moje spóźnienie to raptem 20 minut – ale to zdaje się mój widok sprawił, że się nawet tłumaczyć nie musiałam. Ale za to zaraz się będę tłumaczyć Marcinkowi, który już pewnie od tych 20 minut czeka. Nie czekał. Nie ma krateczki na ekranie. No, może jest jeszcze na tym lotnisku. Może jest jakiś email malutki...
...........................
Od : [e-mail] Do : [e-mail] Temat : śniłaś mi się...
Moja Aniu
Mam dziś melancholijny nastrój ...i chyba kiepski dzień. Śniłaś mi się dzisiaj. Przepraszam za to wyznanie. Nie... to nie z powodu snu ten nastrój....to raczej dlatego że nastał kolejny mój dzień... i sen uleciał. Jak kwiatuszki dmuchawca. Cóż..za 9 godzin ponownie będzie noc i może znowu sen, ale te najszczęśliwsze zdaje się dwa razy się nie powtarzają. Patrzę na to słonce i wiem, że już niedługo będzie Cię ono łaskotać promieniem budząc ze snu, zapraszając do kolejnego dnia. Mam nadzieję ze będzie to dzień szczęśliwy. Dziś nie zobaczymy się w necie – mam parę obowiązków, które popsują mi nieco rytm dnia, wieczoru i nocy. Ale teraz mam chwilkę, którą chcę spędzić tylko z Tobą – chociaż nie będzie to rozmowa. Wiesz, to dziwne uczucie gdy przychodzi pisać o swoich marzeniach. To tak jakby człowiek odkrywał samego siebie. Do końca,. Może dlatego Ty się tak bronisz przed rozmową o marzeniach, Anusiu? Myślę, że do tego potrzeba odwagi. Nie chce powiedzieć, że jestem odważny... raczej chyba ..nieśmiały. Objawię więc siebie... tylko troszeczkę... Kiedy Ci będzie źle, kiedy będziesz mieć wszystkiego dosyć, zamknij oczy, włącz muzykę, masz szansę dostać się na polanę marzeń.... Ja właśnie tak robię. Kiedy jest nie tak, kiedy czuję, ze wszystko układa się nie tak jak powinno , wtedy uciekam na moją polanę. Jest piękna, otoczona lasem, pełna zieleni, pachnąca nagrzanymi w słońcu trawami. Jest jedynym ukojeniem jakie w życiu mam. Droga do tego miejsca wiedzie wąską ścieżką, wzdłuż potoku, poprzez niewielki wąwóz. Potem trzeba jeszcze troszkę się pospinać aby z wysoka odkryc unikalne piękno tej polany. Jest łąka, szeroka, rozległa, pełna kwiatów, pachnąca ziołami, jest drewniana chata, jest cisza, spokój... miejsce dla tych, którym na świecie jest zbyt głośno, zbyt hałaśliwie. Czuję jak pachnie drewniana ściana chaty, niemal pod palcami czuję szorstkość tej ściany, nie muszę nawet wchodzić do środka – jestem u siebie. Jest lekki wiatr, świeci słonce, pachnie rozgrzana łąka....wszystko może się wydarzyć - chociaż nie dzieje się nic, jeżeli sam tego nie zapragnę. Przez te chwile gdy jestem tutaj czuję spokój, oddycham, jestem sobą.
I jak...widziałaś? Byłaś tam? Wiem... bylas przez moment, prawda? Dziękuję za uśmiech, jaki pojawia się teraz na Twoich ustach. To znak, że będziesz miała dziś dobry dzień.
Marcin
...................
- Nie do wiary, taki list... Dorota czyta opis polany marzeń kolejny raz, dolewając sobie do kieliszka czerwonego wina. Razem z Ewą wpadły na babskie wino. Dziś temat inny niż zwykle , chociaż Ewa już nim żyje od kilku dni– Australijczyk porwał ich wyobraźnie. Wydruk jego twarzy podretuszowanej przez Piotra krąży z rąk do rąk... - - A poczekajcie, mam jeszcze mam nagranie jego głosu!! – wrzucam do kieszeni magnetofonu kasetę z nagraniem – „Pozdrawiam Cię Anusiu z Australii”. - No, głos jak z nocnej audycji radiowej, pisać potrafi jak poeta ..i powiadasz ze samotny? Myślisz, że z Australijkami cos nie tak? – Ewa doszukuje się tajemnic....- Żonaty z pewnością, nieszczęśliwie, tak? - Tak. I tyle wiem. No ale pomyśl, rozmawiamy sobie dwie godziny dziennie, pisze mi takie listy – mam je co dzień w skrzynce – to zajmuje jakiś kawał czasu w ciągu dnia...która żona by to wytrzymała? Dorota gorączkowo oblicza coś na palcach – mnie wychodzi, że on do Ciebie pisze w środku nocy. Wiesz, po spełnieniu małżeńskich obowiązków buzi żonie na dobranoc i hajda do sieci!. Rano jest niewyspany , marudzi, zrzędzi, boli go głowa , pieką oczy od ekranu komputera, żonie się to nie podoba, może jeszcze w nocy buszuje po lodowce, rano ona nie ma mleka do kawy, więc już masz powód do sprzeczki, i tak jego małżeństwo staje się coraz bardziej nieprzyjemne, i tak to trwa... - Nie, czekaj, może jako polski emigrant ożenił się ze starą bogatą Australijką? – Ewa buduje inny scenariusz – wiecie, wiekowa, spalona słońcem, wygląda jak stary Apacz, stad ta jego obsesja słoneczna...odrzuca go od opalenizny... - Kogo on odbierał z tego lotniska? – Dorota machając kieliszkiem wpatruje się w twarz Australijczyka – no, dobrze mu z oczu parzy, może faktycznie coś mu tam w małżeństwie nie wyszło , ale żeby zaraz odreagowywać samotność on-line? Na miejscu nikogo by nie znalazł? No chyba że po nią właśnie wyjechał na lotnisko... - Po kogo??? – dopytuje się gorączkowo – nic nie mówił po kogo jechał...po kogo?? - No po tę swoją – Dorota plącze się w zeznaniach – bo jeśli z żoną mu nie wyszło, wygląda jak wygląda i mówi jak Kaczkowski to musi być jakaś pocieszanka, nie ma siły! - Ale , ale – wiecie że Piotrka też jakaś już pociesza? – Ewa ma jak zwykle najświeższe dane . - I podobno znalazł ją w sieci, siedział w tym kompie, szukał, szukał aż znalazł! - Mariolka wie? - Już wie. Donieśli jej. Po okresie emaili i smsow zaczęli się spotykać. Wiecie jak Piotr się ubierał – no to nagle zaczął nosić podwyższone obuwie, bo ona była ciutke wyższa. I dżinsy – bo ona jest prawie 12 lat młodsza! – Ewa przerywa na łyk wina – Mariolka na razie przeczekuje , ale swojemu lekarzowi już podziękowała za wspólnie spędzone wieczory. Mówi, że da Piotrkowi czas do namysłu. A potem wybierze za niego. Pokiwałyśmy głowami – jasne że potulny , milczący Piotrek nie będzie miał nawet okazji na wyartykułowanie swojego zdania – energiczna Mariolka posprząta mu w komputerze i wymiecie śmieci czyli smsy z komórki. - Za zdrowie Piotrka i małolaty – wzniosła toast Dorota – niech sobie użyją póki jeszcze mogą! - Polana marzeń...gdyby mnie ktoś pytał o zdanie – to takie emaile mogę mieć u siebie na skrzynce codziennie - Dorota nadal jest pod wrażeniem ostatniego emaila Marcina. - Mogę Ci przesyłać – zgadzam się wspaniałomyślnie. - To tam nie ma nic osobistego? Tylko takie przypowieści ? – - Są – komplementy. Poczytasz sobie i docenisz z kim pijesz wino. - No dobra, wyślij też , to też mi się przyda. Ewa przygląda się Dorci wnikliwie – no, kolej na Ciebie...Co u Paula? Pisze z jaką częstotliwością? - Co tydzień. - OOOOOOOOOO, kochana, sprawa jest poważna, dolej sobie....- Ewa podsuwa Dorocie orzeszki – co tydzień? A co , sprzedał laptop? Bo zdaje się z najdalszej podróży nawet pisał codziennie, tak? - Tak. A teraz co tydzień. - Mów, Doris, siostro... jak na spowiedzi... Kolejna butelka wina, kolejna paczka orzeszków – i Dorota coraz bardziej zrezygnowanym tonem opowiada o Swiecie, Swietłanie z Azerbejdżanu, którą Paul poznał na syberyjskim szlaku. Też się wspina. Na razie Paul pomaga jej załatwić pracę w cywilizowanej części Europy, w Austrii. Swieta jest geologiem, czy archeologiem, zna perfekt angielski i świetnie pasowałaby do firmy Paula. Po za tym jest dyspozycyjna – może się przenosić w najdalsze rejony świata bez obciążeń typu rodzina czy praca... - To znaczy ty masz te obciążenia bo pracujesz i masz rodzinę , którą kochasz, tak? – precyzuje Ewa - No niby nie jest tak wymierzone we mnie , chodzi o to, że ja nie jestem geologiem – smętnie wyjaśnia Dorota – on nadal planuje wyjazd w Alpy latem tego roku, ale teraz mamy już lato, to może już latem przyszłego roku, a zima może wybierzemy się na Słowację, tylko którą zimę.... – to już zostało powiedziane bardzo niepewnym głosikiem - Taaaak. Siostra wolontariuszka z Azerbejdżanu....chce go złapać na profesjonalność i kompetencje – Ewa nie ma złudzeń – I co zamierzasz w związku ze Swietą? - Nie wiem , ja jestem tu a on – nawet nie wiem gdzie może być teraz. Ale wiem ze teraz jest blisko Swieta. Słuchałam tego w coraz większym zdumieniu – Austria, Swieta, Azerbejdżan, dopiero co było referendum unijne, a tu już świat tak otwarty ze rano odbieram telefony z Sydney.. a wieczorem plotkuje o nieznanej mi osobiście Azerce... Ewa ma chyba podobne myśli, zamyśla się nad kieliszkiem wina....Internacjonalny nastrój przerywa jej pytanie rzucone w przestrzeń - Nie wiecie gdzie by tu załatwić kredyt na już? Muszę opłacić czesne syna...Zbyszek jest spłukany... No tak – gorzki powrót do Polski jest nieunikniony...
.......................................
Od [e-mail] Do : [e-mail] Temat : jeden wieczór z Tobą...
Witaj Anusiu, Jestem już w domu i ciągle nie mogę się otrząsnąć z wrażenia jakie wywołała rozmowa z Tobą... Nie spodziewałem się takiego wybuchu radości... dziękuję! Jesteś tak pełna życia, radości energii... tak ślicznie się śmiałaś, taki radosny miałaś głos... jesteś...............achhhhhh Wiesz....ja nie wiem co powiedzieć. To jest jak jakaś bajka... naprawdę...It`s a dream...really... Dziękuje za te chwilkę Twojego czasu. Poczułem się jakoś inaczej...tak jakbym na moment się przebudził...i zaczął żyć. Jeszcze raz – dziękuję. Tak bardzo zaskoczyłaś mnie swoja radością , że nie zdążyłem Ci powiedzieć o najważniejszym... będąc na lotnisku pomyślałem, że mogę przecież przylecieć do Polski. To w końcu ta sama planeta. I dlatego zadzwoniłem.. Wstępnie myślę o listopadzie.... Czy znajdziesz dla mnie ten jeden wolny wieczór w listopadzie? Będę zaszczycony.... Będę szczęśliwy
Marcin
..............................
Przyjeżdża. Do. Polski. Chce. Mnie . Zobaczyć. Moje oszołomienie jest gruntowne, nie mogę pozbierać myśli. Cała teoria, że mogę być szczera bo go przecież nigdy nie spotkam – legła w gruzach. Przecież spotkam go właśnie. W listopadzie. To tylko niecałe trzy miesiące! Muszę schudnąć do tego czasu! Powinnam mu też wysłać aktualne zdjęcie...przecież się jakoś tam zmieniłam od tej Chorwacji... Może i jest okazja aby wreszcie zmienić tę fryzurę...mam trzy miesiące aby wyglądać inaczej. Inaczej niż księgowa. - I bardzo dobrze – Ewa aprobuje w pełni moja decyzję. Naturalnie musiałam do nie zadzwonić. W końcu tak temu kibicuje... - I bardzo dobrze i wreszcie! Ten kok to był dobry w latach siedemdziesiątych a my nie mamy mody na takie retro! Musisz mieć coś krótszego, lekkiego, co Cię odmłodzi i nada ci bardziej współczesny wygląd. Na razie nie wyglądasz jak buszująca w sieci ale co najwyżej jak buszująca w zakładowej bibliotece! I tak po krótkiej wymianie zdań umawiamy się że w sobotę odwiedzimy jeden z tych lepszych salonów fryzjerskich. A po fryzjerze – zaraz do fotografa, a potem do Piotra. Niech skanuje, retuszuje – i wysyłam fotkę od razu. Raz się żyje – okazja się trafia, facet leci z drugiej półkuli po co ma się rozczarować. I schudnąć trzeba, i może kupić jakieś buty do spódnicy, w listopadzie w sandałkach nie wyjdę przecież.
...................................
Od : [e-mail] Do : [e-mail] Temat: wreszcie Cię zobaczę!
Witaj Anusiu! Właśnie skończyliśmy rozmawiać, Ty pewnie już jesteś w środku jakiegoś bilansu, a ja z wielką przyjemnością zaczynam pisać list do Ciebie. To ważna chwila w ciągu mojego dnia – wiesz, wydrukowałem sobie Twoje zdjęcie – i mam je przed sobą. Patrzę Ci w oczy i czuję się jakbym do Ciebie mówił. Z przerażeniem, pozytywnym przerażeniem odkrywam , że jest wiele rzeczy, na pozór nieistotnych, które nas łączą. Ot chociażby głupia herbata... czy raczej kawa. Oboje jesteśmy „kawoszami”... Może więc przywiozę Ci z mojego kraju wybór najlepszych kaw? Bo od niedawna mam problem – chcę Ci przywieźć coś, co zawsze będzie Ci przypominało mnie, czas jaki wspólnie spędzimy, zdania , które padną podczas naszej rozmowy. Prawdziwej rozmowy – z patrzeniem na siebie, z dotykiem... Wiesz, byłem głęboko poruszony Twoim zwierzeniem, tym o rozmowie na Helu. O decyzji jaka tam zapadła. Mimo, że nie znam szczegółów sądzę, że podjęłaś dobra decyzje. Może dlatego tak uważam, że jest w Tobie spokój – a jeżeli podjęta decyzja owocuje spokojem wewnętrznym – to znaczy że to była mądra, dobra decyzja. Ja też podjąłem więc decyzje – o przyjeździe do kraju. O spotkaniu z Tobą. Musisz jednak wiedzieć, że jestem zwykłym, zakompleksionym mężczyzną, który nigdy nie zrealizował swoim marzeń, do tego jest pusty i ... zepsuty. Chcę Ci jednak powiedzieć, że jakakolwiek spędzona do tej pory chwila z Tobą na necie powodowała, że ogarniało mnie uczucie pokoju i bezpieczeństwa... nie wiem dlaczego...ale taką atmosferę udało Ci się wprowadzić na tę chwilę spotkań w moją duszę. I za to jestem Ci wdzięczny.
Marcin P.s. Nadal jestem po wrażeniem naszej jakże króciutkiej rozmowy telefonicznej... czy mógłbym zadzwonić raz jeszcze? Czy masz może sekretarkę automatyczną przy swoim aparacie telefonicznym?
...........
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil babi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…