Wróć do katalogu

Ona

Krótko mówiąc o miłości- o miłości opartej na faktach; tamta miłość jednak najprawdopodobniej umarła, ta ma szansę dzięki krokowi naprzód, który wykonała tytułowa Ona. Przed przeczytaniem zalecane zapoznanie się z wierszami: "Wiersz ostatni&quot

Loony, opublikowano , 20 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mój brat Paweł powiedział mi kiedyś, że gdy człowiek jest zakochany, to tak jakby znalazł się w tej jedynej w swoim rodzaju chwili, pomiędzy snem a całkowitym przebudzeniem, gdy pozostaje się na granicy z rzeczywistością, wciąż pamiętając, co się śniło, mając jednak świadomość istniejącego świata i wstającego dnia. Mówił, że trwa się w czymś takim bez przerwy. Nie uwierzyłem mu oczywiście, bo trzy dni później zerwał ze swoją dziewczyną Karoliną. Zgodnie z jego słowami miałem przekonać się, że to prawda, gdy sam się zakocham. I oczywiście, jak w przypadku większości spraw, podobnie i w tej Paweł miał rację. Nigdy wcześniej tak naprawdę się nie zakochałem. W sumie nie wiedziałem, co to konkretnie znaczy. No i nigdy nie spotkałem tej wyjątkowej, w której mógłbym. Była Aga z czwartej podstawówki, która siedziała ze mną w ławce i zawsze pożyczała mi linijkę i cyrkiel, bo już od najmłodszych lat matematyka królowała u mnie jedynie na liście najnudniejszych przedmiotów. Była Gośka z szóstej, która chodziła ze mną na dodatkowy angielski i pewnego dnia przesłała mi przez trzy ławki karteczkę z napisem: "Would you be my lover?". Jak się później okazało, gdy już po trzech tygodniach mnie rzuciła, któregoś dnia podchodząc na przerwie i mówiąc: "Sorry, nie jesteś w moim typie", nie tylko ja otrzymałem taką karteczkę, ale czterech innych także. Iza z gimnazjum była pierwszą większą miłością, należy jednak dodać, że w gimnazjum trzeba było z kimś być, bo inaczej byłbyś stracony. No i można też dodać, że gimnazjum było moim "trudnym okresem", jak zawsze to delikatnie zauważają rodzice. Ja i Iza tygodniami to chodziliśmy ze sobą, to zrywaliśmy do czasu, gdy pojawiła się Ania. Była to dziwna relacja, opierająca się bardziej na milczeniu niż mówieniu, jednak była najpoważniejsza ze wszystkich. Bo była początkiem zmian- na pewne rzeczy zaczynało się patrzeć inaczej. Nasza znajomość zupełnie zakończyła się po dostaniu się do różnych liceów. Liceum. Tam wszystko zaczęło płynąć zupełnie inaczej. Bardziej poważnie. W gimnazjum mieszali się ludzie chcący się uczyć i tacy, którzy przychodzili tam po to, by po prostu mieć obecność na lekcji, choć i to nie zawsze było regułą- zwykły szkolny tryb życia. Przychodząc do liceum tak jakby wkroczyłem na jakiś wyższy szczebel, w jakiś nowy okres, bardziej dorosły od poprzedniego. Jak to zawsze w szkołach bywa, utworzyły się grupy, a ja należałem chyba do najdziwniejszej z nich. Czwórka humanistów: ja- miłośnik historii, prymus z polskiego, Magda- klasowa Poetka, Filip i Ewa- językowcy z natury, autorzy najpopularniejszych artykułów naszej szkolnej gazetki. Jeden szaleniec- mózg matematyczny Tomek. Norbert- pewnie jakiś krewny Hawkinsa. Komputerowiec Grześ i przyszła pani weterynarz z biol-chema - Ola. Byli to ludzie, których znałem wręcz na wylot, z którymi można było robić wszystko, bo każdy był inny. Oni rozumieli moje dziwactwa, a ja rozumiałem ich. I wszystko było w porządku. Już na samym początku liceum postanowiłem, że na studiach wybiorę prawo i jak postanowiłem, tak miałem zrobić. Zaskakujące było to nawet dla mnie samego, te dokładne plany. A dziewczyny? Były, owszem. Było ich nawet wiele. Ale nie było Jej. Nie poszukiwałem jej otwarcie, szukała jedynie jakaś część mnie, której druga prawie nie zauważała. W końcu doszedłem do wniosku, że wcale nie jest mi potrzebna, wręcz przeciwnie, gdyby się pojawiła, byłaby kłopotem. Zniszczyłaby wszystko. A mi było dobrze, jak było. Zero jakiegokolwiek angażowania się, zero zaprzątania sobie tym myśli. Była szkoła, byli przyjaciele, wszystko było przewidziane i właściwe. Wręcz monotonne. I właśnie wtedy do mojego poukładanego życia, w którym tymczasowo nie było miejsca na miłość, wkroczyła bez zaproszenia, bez pukania i bez żadnej zapowiedzi Ona. Marta. Wydarzenia tamtego, jednego z ostatnich dni wakacji, były dla mnie niczym dostanie cegłówką w głowę, czy kubeł zimnej wody. Lub grom z jasnego nieba, który wywraca ci wszystko do góry nogami. Zaczęło się jak w jakimś amerykańskim filmie- mianowicie od zepsucia się windy. Wracałem wtedy z biblioteki z kolejnymi książkami, które miałem przerabiać w drugiej klasie, przeglądając akurat i tak dobrze mi znanego Leśmiana. Nie zwróciłem na dole na nią uwagi, bo w korytarzu było kilka osób, listonosz między innymi, pani Teresa, która jak zwykle się z nim kłóciła, Konrad z kuzynem. Pod nogami plątała się jeszcze Ala ze swoim wózkiem dla lalek. No i Behemot- jej kocur (rodzice Alicji są nauczycielami, gwoli wyjaśnienia). Do windy wsiedliśmy jedynie my dwoje- ja i ona. I dopiero, gdy wcisnęła moją siódemkę, spojrzałem na nią. Grzebała w plecaku, nie zwracając na mnie uwagi. Nie zobaczyłem wtedy jej twarzy dokładnie, jednak było coś... nie wiem, może w ruchu, jakim odgarniała włosy z czoła, co nie pozwalało oderwać od niej wzroku. W końcu powróciłem do książki. Winda wlokła się niemiłosiernie, a ja kątem oka widziałem, że ona mnie obserwuje. Za każdym razem jednak, gdy podnosiłem wzrok, ona odwracała głowę, udając, że ogląda naklejki z gum do żucia, poprzyklejane na ścianach. Przed szóstym windą szarpnęło i się zatrzymała. Światło na chwilę zgasło, potem zapaliło się znowu. Powoli, z niechęcią podniosłem wzrok, spojrzałem na numer piętra, a potem na nią. Stała, jakby sparaliżowana i wpatrywała się w sufit z wyraźnym przerażeniem. A potem spojrzała na mnie, a ja poczułem, że miękną mi kolana i serce zaczyna walić jak oszalałe. Miała najpiękniejsze zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Najprawdziwiej zielone, niczym szkło butelki. Opanowałem się, gdy poczułem, że brak mi powietrza- najnormalniej w świecie zapomniałem o oddychaniu- najbardziej przerażające było to, że nigdy mi się coś takiego nie zdarzało. - Nie warto- powiedziałem, gdy sięgnęła, by wcisnąć guzik awaryjny.- I tak nie zadziała. Spojrzała na mnie ze strachem. - Jest zepsuty- wyjaśniłem, starając się do niej uśmiechnąć.- Chyba od zawsze. Wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem do domu. - Spodziewają się ciebie, tam, na górze?- zapytałem ją, wykorzystując fakt, iż nikt jeszcze nie podniósł słuchawki. - Mnie?- spytała, przyciskając się do ściany.- Ja... to znaczy, tak. - Państwo Słonimscy? Spojrzała na mnie w końcu, trochę zdezorientowana. - N-nie. Spod 7c. Mieszkam tam. Zamarłem na chwilę, nie odpowiadając na "Słucham?" matki. Po chwili wyjaśniłem, co się stało i poprosiłem, żeby zadzwoniła do obsługi, by coś z tym zrobili. -Wejdź jeszcze pod 7c, mamo, do tych państwa, co się dopiero wprowadzili, ich córka jest tutaj ze mną, powiedz, żeby się nie martwili- dodałem na koniec. Potem schowałem telefon, ściągnąłem plecak i usiadłem na ziemi, opierając się o ścianę. - To trochę potrwa- powiedziałem.- Przynajmniej ze dwadzieścia minut. Zawahała się na chwilę, a potem usiadła obok mnie. Wyciągnąłem do niej dłoń. - Kuba Biedrzycki. - Marta Bagińska. Uśmiechnęła się, po raz pierwszy tak naprawdę. Uśmiechem szczerym i prawdziwym. A w oczach zamigotały te jej zielone iskierki, które później tak dobrze znałem. Które były dla mnie niczym tlen, niczym woda potrzebna do życia, niezbędna i zaskakujące było to, że wcześniej jakoś dawałem sobie bez nich radę. Nastąpiło kilka milczących chwil, w których człowiek zazwyczaj nie wie, co powiedzieć, gdy szuka odpowiednich słów. A potem były pytania. O wszystko. I nagle doznałem uczucia jakbym ją znał od zawsze, jakby mieszkała pod 7c od lat, będąc moją sąsiadką, dziewczyną z mieszkania obok. Nagle poczułem, jakbym jej przeprowadzki tutaj spodziewał się, jakby to, iż będzie chodziła do mojej szkoły, do biologiczno-chemicznej wraz z Olką, nie było niczym nowym. Jakbym wiedział o tym od dawna. Minuty płynęły, uciekały nie wiadomo gdzie, a ja marzyłem, by winda nigdy nie ruszyła, by to się nie skończyło. Opowiadaliśmy sobie wszystko, zupełnie nieświadomie, nie kontrolując tego, nie przejmując się, że znamy się zaledwie od kilkunastu minut. Wiedziałem, że ona nie odejdzie, że nie jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy się widzimy. Byłem pewny, że będę ją spotykał codziennie, mimo to chciałem, by wiedziała to wszystko, co jej mówiłem. Zupełnie nieświadomie w ciągu tych chwil stworzyliśmy sobie wspólną przeszłość- jej przeszłość, którą znałem ja, i moją, którą znała ona. W pewnym momencie zauważyła książkę. - Leśmian?- wzięła tomik do ręki.- Wyprzedzasz program? Uśmiechnąłem się, patrząc na okładkę. - Można tak powiedzieć. Otworzyła w miejscu, gdzie się zatrzymałem. Zaśmiała się cicho. - Lubię ten wiersz- powiedziała, chwilę później cytując- "Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz, ale w innym sadzie, w innym lesie- może by inaczej zaszumiał nam las, wydłużony mgłami na bezkresie...". - Jeden z najsmutniejszych, jakie kiedykolwiek czytałem. Wywróciła oczami, cmokając z niecierpliwością. - Następny interpretujący, tak jak chcą inni. Czytasz wiersz i z góry zakładasz, że rozumiesz przesłanie. Próbowałeś spojrzeć na niego z innego punktu widzenia? Tym razem ja się zaśmiałem. - Nie ma innego punktu widzenia. On stracił nadzieję, mówi o czymś, co mogłoby się stać, lecz nie stanie się, bo jest za późno. Jak każdy chciałby zmienić przeszłość, cofnąć czas, by przeżyć coś ponownie, lepiej. - A dlaczego nie możesz sobie wyobrazić, że dla niego jeszcze nie jest wszystko stracone?- zapytała.- Że jest na tej granicy i waha się przed krokiem? A jeśli ma nadzieję, jeśli kieruje słowa do kogoś, od kogo chce dostać drugą szansę? Z kim chce zacząć wszystko od początku? "Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz...". Czy nie prosi tymi słowami o kolejny "pierwszy raz"? - Jeśli on i ona mieli wspólną przeszłość, która runęła z winy jednego z nich... Nie zawsze wszystko da się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych